PBF - Skarb Acheronu - Conan na Fate
Ja dalej nie ruszam tyłka z wygodnej tawerny. Gomeza też chamuje. Żadnego szpiegowania z naszej strony; to my mamy przewagę liczebną i jak będą chcieli nas wykiwać, to srogą cenę za to zapłacą.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Mroczne miasto
Z gospody, na ulicę wyszły trzy osoby - jedna wysoka i dobrze zbudowana, druga niska i otyła, a trzecia drobna i smukła. Cała trójka nosiła ciemne płaszcze. Przez chwilę stali nieruchomo. Tranicos znał powód. Kierowany żołnierską ostrożnością Ulfilo czekał, aż oczy oswoją się z panującym na zewnątrz mrokiem. Zwiadowca poczuł podziw. Nie lubił Aquilończyka, ale musiał przyznać, iż jest on prawdziwym wojownikiem.
Ruszyli. Tranicos podążył za nimi. Kroczył w dość sporej odległości, ale nie musiał się zbliżać.
Gdy Aquilończycy dotarli do rzeki, czekała na nich łódź. Siedziało w niej czterech wioślarzy.
Tranicos schował się, gdy Aquilończycy wchodzili na pokład. Ściągnął płaszcz i zrolował go ciasno. Jedwab dał się łatwo zwinąć i zwiadowca bez problemów wsunął płaszcz do niewielkiego woreczka z krokodylich jelit. Przezroczyste opakowanie nie przepuszczało wody. Tranicos zawiązał koniec i zawiesił pakunek na szyi na jedwabnym sznurze. Ubrany jedynie w krótkie żeglarskie spodnie przyglądał się, jak łódź odpływa z przystani.
Kiedy znalazła się w odpowiedniej odległości, Tranicos zbliżył się do nabrzeża i powoli, by nie zdradził go plusk, wśliznął się do rzeki. Ciepła woda Styksu zamknęła się wokół niego, gdy ruszył za łodzią. Płynął niczym żaba, nie wynurzając rąk i nóg na powierzchnię. Wiedział, że w ten sposób może spędzić w wodzie całe godziny.
Mokre włosy oblepiły mu głowę, dzięki czemu każdy obserwator mógłby go wziąć za jakieś fokę. Statek z Aquilończykami nie był jedyną jednostką na rzece. Tranicos widział liczne łódki rybaków, którzy łowili żerujące nocą ryby. Łodzie wyposażono w pochodnie i kosze z żarzącymi się węglami, by wabić ryby w sieci. Płomienie na tle czarnych wód Styksu tworzyły niesamowicie piękny widok.
Tranicos aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, że on i ryby nie są jedynymi istotami pływającymi w wodzie. Gdzieś tutaj krążyły wielkie węże wodne, a plusk w pobliżu oznaczał, że krokodyl złapał ofiarę i walczy z nią zażarcie.
Ignorując niebezpieczeństwo, zwiadowca podążał za łodzią. Silni wioślarze nie spieszyli się, więc nie było to trudne. Kierowali się do południowego brzegu, gdzie na tle ciemnego nieba rysowały się potężne świątynie i posągi Khemi.
Jak się okazało, Tranicos nie musiał długo płynąć. Łódź przybiła do schodów prowadzących w mrok ulic. Wioślarze przywiązali dziób do wielkiego brązowego pierścienia osadzonego w nabrzeżu i pomogli wyjść pasażerom na brzeg. Tranicos dostrzegł sylwetkę jakiegoś Stygijczyka.
Schody na nabrzeżu pojawiały się co mniej więcej pięćdziesiąt kroków, więc Tranicos podpłynął do najbliższych. Wyszedł z wody niczym rzeczny stwór i wspiął się po szerokich stopniach. Wyjął płaszcz, rozwinął go i zarzucił na ramiona. Jedwab zafurkotał w powietrzu i szczelnie otulił jego masywną postać. Tranicos naciągnął kaptur i wyszedł na ulicę. Płaszcz pozwalał mu chodzić bezkarnie po mieście, pod warunkiem, że nie natknie się na dokładną kontrolę.
W ostatniej chwili zobaczył, jak drobna postać niknie w wąskiej uliczce. Z posępnym uśmiechem ruszył w tamtym kierunku.
Czwórka podążała dość długo ulicami Khemi. Tworzyły one niezwykły widok jak wiele innych w większych miastach Stygii. Niewolnicy i kupcy wrócili do swych kwater, ale nie oznaczało to, że ulice były całkowicie puste. Wszędzie pojawiali się wygoleni na łyso akolici rozmaitych świątyń, wychudzeni postami i innymi wymaganymi od nich umartwieniami.
Kontrastowały z nimi zmysłowe ladacznice, które paradowały po placach nagie, jedynie w kunsztownych chustach na głowach. Wpinały w nie świeczki, by migotliwe światło ukazywało piękno ich ciał. Przybysze z pustyni o przysłoniętych twarzach, odziani w czarno-białe pasiaste szaty, wiedli wielbłądy w kierunku targowisk, które rankiem miały zaroić się od handlarzy. Pomarszczeni starcy w wystrzępionych łachmanach sprzedawali narkotyki zakazane we wszystkich krajach poza Stygią. Na rogach ulic sztukmistrze trenowali swoje zwierzęta. Zza drzwi prowadzących do mrocznych piwnic płynęła obca, niezrozumiała muzyka oraz śmiech i okrzyki przestrachu.
Khemi, główny port handlowy Stygii, nie był tak bardzo opanowany przez kapłanów, jak Luxur czy inne wielkie ośrodki kultu - ale tylko według norm Stygijskich. Tranicos odnosił wrażenie, że co piąta mijana budowla jest przybytkiem poświęconym jednemu czy kilku z wielu dziwnych bóstw, a przecież jeszcze się nie zbliżyli do dzielnicy świątyń.
Co chwilę zatrzymywał się i bacznie omiatał wzrokiem ulicę. Wiedział, że jest prawie niewidoczny na tle ciemnej ściany, ale w ruchu mógłby go dostrzec jakiś przypadkowy przechodzień, gdyby tylko spojrzał w górę.
Po dotarciu do okna zaczął się zachowywać z najwyższą ostrożnością. Słyszał głosy i pragnął się dowiedzieć, czego dotyczy rozmowa. Nie próbował wciągnąć się na parapet, zamiast tego przesunął wzdłuż okna. Znalazł głębokie na pół palca wcięcie w murze i stanął tak pewnie, jak na podłodze. Powoli pochylił się ku oknu, żeby zobaczyć wnętrze i wyraźnie usłyszeć rozmowę.
Ale nim cokolwiek zobaczył czy usłyszał, poczuł silną woń dymu. Nie był to zwyczajny zapach płonącego drewna, oliwnych lampek czy woskowych świec, ale ostra, charakterystyczna woń palonych szypułek, płatków i nasion czarnego lotosu. Był to najpotężniejszy z wielu narkotyków używanych przez czarnoksiężników do wywoływania mistycznych wizji, potrzebnych do odprawiania czarów i nawiązywania kontaktów z pozaziemskimi mocami. Zapach był zwietrzały, ale łatwy do wykrycia przez człowieka z zewnątrz. Tranicos wiedział, że narkotyku często używano przez całe pokolenia. Z czarnego lotosu mogli korzystać tylko najpotężniejsi magowie. Inni po jego zażyciu wpadali w obłęd, a nawet umierali. Gdy wyciągnął wnioski, zimne ciarki przemknęły mu po krzyżu.
- Twój przyjaciel przemawia z wielką mądrością - powiedział do Ulfila. - Wyprawa musi się zakończyć sukcesem. Jak mogłoby być inaczej, z pomocą mistrza tak uczonego jak on, z małżeńską miłością i oddaniem, jakie wykazuje szlachetna pani, oraz z odwagą prawego wojownika, jakim ty jesteś? - Jeśli w jego słowach było szyderstwo, to zamaskował je bardzo dobrze.
- Rzeczywiście, jak? - powtórzył Springald.
- Jesteście zadowoleni z wynajętego okrętu i załogi?
- Statek jest bardzo dobry - odparł Ulfilo - i chociaż niewiele wiemy o morzu, ludzie wydają się dobrymi i dzielnymi żeglarzami. Kapitan jest piratem z Vaniru, a marynarze wyglądają na rzezimieszków, ale przypuszczam, że przy wynajmowaniu ludzi na taką wyprawę nikt nie kieruje się ich układnością i manierami. Nasi ochroniarze i przewodnicy to cymmeriański awanturnik, akwiloński zwiadowca oraz kilku innych weteranów, to zawodowcy, doświadczeni w walce na ziemiach czarnych ludów.
- Jak chcecie - powiedział kapłan. - Mógłbym przydzielić wam paru ludzi, którzy będą pilnowali zarówno moich, jak i waszych interesów.
Ulfilo chciał odwarknąć coś gniewnie, ale Springald był szybszy.
Tranicos się przygotował, włożył swój płaszcz zwiadowcy, czekał aż akwilończycy wyjdą, wyszedł chwilę później. Wiedział, że być może przyjdzie mu się skradać, dlatego zostawił długi łuk, a zabrał tylko krótki miecz i sztylet. Tak wyposażony mógł przemykać ciemnymi ulicami cicho i niepostrzeżenie.
Z gospody, na ulicę wyszły trzy osoby - jedna wysoka i dobrze zbudowana, druga niska i otyła, a trzecia drobna i smukła. Cała trójka nosiła ciemne płaszcze. Przez chwilę stali nieruchomo. Tranicos znał powód. Kierowany żołnierską ostrożnością Ulfilo czekał, aż oczy oswoją się z panującym na zewnątrz mrokiem. Zwiadowca poczuł podziw. Nie lubił Aquilończyka, ale musiał przyznać, iż jest on prawdziwym wojownikiem.
Ruszyli. Tranicos podążył za nimi. Kroczył w dość sporej odległości, ale nie musiał się zbliżać.
Gdy Aquilończycy dotarli do rzeki, czekała na nich łódź. Siedziało w niej czterech wioślarzy.
Tranicos schował się, gdy Aquilończycy wchodzili na pokład. Ściągnął płaszcz i zrolował go ciasno. Jedwab dał się łatwo zwinąć i zwiadowca bez problemów wsunął płaszcz do niewielkiego woreczka z krokodylich jelit. Przezroczyste opakowanie nie przepuszczało wody. Tranicos zawiązał koniec i zawiesił pakunek na szyi na jedwabnym sznurze. Ubrany jedynie w krótkie żeglarskie spodnie przyglądał się, jak łódź odpływa z przystani.
Kiedy znalazła się w odpowiedniej odległości, Tranicos zbliżył się do nabrzeża i powoli, by nie zdradził go plusk, wśliznął się do rzeki. Ciepła woda Styksu zamknęła się wokół niego, gdy ruszył za łodzią. Płynął niczym żaba, nie wynurzając rąk i nóg na powierzchnię. Wiedział, że w ten sposób może spędzić w wodzie całe godziny.
Mokre włosy oblepiły mu głowę, dzięki czemu każdy obserwator mógłby go wziąć za jakieś fokę. Statek z Aquilończykami nie był jedyną jednostką na rzece. Tranicos widział liczne łódki rybaków, którzy łowili żerujące nocą ryby. Łodzie wyposażono w pochodnie i kosze z żarzącymi się węglami, by wabić ryby w sieci. Płomienie na tle czarnych wód Styksu tworzyły niesamowicie piękny widok.
Tranicos aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, że on i ryby nie są jedynymi istotami pływającymi w wodzie. Gdzieś tutaj krążyły wielkie węże wodne, a plusk w pobliżu oznaczał, że krokodyl złapał ofiarę i walczy z nią zażarcie.
Ignorując niebezpieczeństwo, zwiadowca podążał za łodzią. Silni wioślarze nie spieszyli się, więc nie było to trudne. Kierowali się do południowego brzegu, gdzie na tle ciemnego nieba rysowały się potężne świątynie i posągi Khemi.
Jak się okazało, Tranicos nie musiał długo płynąć. Łódź przybiła do schodów prowadzących w mrok ulic. Wioślarze przywiązali dziób do wielkiego brązowego pierścienia osadzonego w nabrzeżu i pomogli wyjść pasażerom na brzeg. Tranicos dostrzegł sylwetkę jakiegoś Stygijczyka.
Schody na nabrzeżu pojawiały się co mniej więcej pięćdziesiąt kroków, więc Tranicos podpłynął do najbliższych. Wyszedł z wody niczym rzeczny stwór i wspiął się po szerokich stopniach. Wyjął płaszcz, rozwinął go i zarzucił na ramiona. Jedwab zafurkotał w powietrzu i szczelnie otulił jego masywną postać. Tranicos naciągnął kaptur i wyszedł na ulicę. Płaszcz pozwalał mu chodzić bezkarnie po mieście, pod warunkiem, że nie natknie się na dokładną kontrolę.
W ostatniej chwili zobaczył, jak drobna postać niknie w wąskiej uliczce. Z posępnym uśmiechem ruszył w tamtym kierunku.
Czwórka podążała dość długo ulicami Khemi. Tworzyły one niezwykły widok jak wiele innych w większych miastach Stygii. Niewolnicy i kupcy wrócili do swych kwater, ale nie oznaczało to, że ulice były całkowicie puste. Wszędzie pojawiali się wygoleni na łyso akolici rozmaitych świątyń, wychudzeni postami i innymi wymaganymi od nich umartwieniami.
Kontrastowały z nimi zmysłowe ladacznice, które paradowały po placach nagie, jedynie w kunsztownych chustach na głowach. Wpinały w nie świeczki, by migotliwe światło ukazywało piękno ich ciał. Przybysze z pustyni o przysłoniętych twarzach, odziani w czarno-białe pasiaste szaty, wiedli wielbłądy w kierunku targowisk, które rankiem miały zaroić się od handlarzy. Pomarszczeni starcy w wystrzępionych łachmanach sprzedawali narkotyki zakazane we wszystkich krajach poza Stygią. Na rogach ulic sztukmistrze trenowali swoje zwierzęta. Zza drzwi prowadzących do mrocznych piwnic płynęła obca, niezrozumiała muzyka oraz śmiech i okrzyki przestrachu.
Khemi, główny port handlowy Stygii, nie był tak bardzo opanowany przez kapłanów, jak Luxur czy inne wielkie ośrodki kultu - ale tylko według norm Stygijskich. Tranicos odnosił wrażenie, że co piąta mijana budowla jest przybytkiem poświęconym jednemu czy kilku z wielu dziwnych bóstw, a przecież jeszcze się nie zbliżyli do dzielnicy świątyń.
Tropiona czwórka zatrzymała się. Stygijski przewodnik wskazał drzwi dwupiętrowego budynku. Wszyscy zniknęli w środku. Tranicos szybko podszedł do portalu i zdążył jeszcze usłyszeć trzask zasuw. Przyjrzał się budowli. Jak wiele domów w tym mieście, z wyjątkiem świątyń, miał płaską fasadę i z każdej strony stykał się z sąsiednimi budynkami. Ścianę zdobiły płaskorzeźby przedstawiające sceny z historii, mitologii i stygijskie obrzędy. Nad drzwiami widniała owalna płyta z dziwnym herbem: trójząb o falistych ostrzach wpisany w sierp księżyca. Jeśli oznaczał jednego z bogów Stygii, to był on nie znany Tranicosowi.
Na parterze nie było okien, ale każde piętro miało ich po trzy. Gdy Tranicos przyglądał się budynkowi, w oknie na drugim piętrze zapłonęło światło. Tranicos rozejrzał się czujnie. Z dala nadchodzili dwaj pijani mężczyźni. Skręcili za róg i ulica opustoszała. Tranicos zbliżył się do budynku i zaczął wspinać po ścianie ze zręcznością wiewiórki. Stygijscy bogowie i boginie, często ze zwierzęcymi głowami, zapewniali dogodne oparcie dla rąk i nóg. Jedyna korzyść z bogów Stygii, pomyślał z krzywym uśmiechem.Co chwilę zatrzymywał się i bacznie omiatał wzrokiem ulicę. Wiedział, że jest prawie niewidoczny na tle ciemnej ściany, ale w ruchu mógłby go dostrzec jakiś przypadkowy przechodzień, gdyby tylko spojrzał w górę.
Po dotarciu do okna zaczął się zachowywać z najwyższą ostrożnością. Słyszał głosy i pragnął się dowiedzieć, czego dotyczy rozmowa. Nie próbował wciągnąć się na parapet, zamiast tego przesunął wzdłuż okna. Znalazł głębokie na pół palca wcięcie w murze i stanął tak pewnie, jak na podłodze. Powoli pochylił się ku oknu, żeby zobaczyć wnętrze i wyraźnie usłyszeć rozmowę.
Ale nim cokolwiek zobaczył czy usłyszał, poczuł silną woń dymu. Nie był to zwyczajny zapach płonącego drewna, oliwnych lampek czy woskowych świec, ale ostra, charakterystyczna woń palonych szypułek, płatków i nasion czarnego lotosu. Był to najpotężniejszy z wielu narkotyków używanych przez czarnoksiężników do wywoływania mistycznych wizji, potrzebnych do odprawiania czarów i nawiązywania kontaktów z pozaziemskimi mocami. Zapach był zwietrzały, ale łatwy do wykrycia przez człowieka z zewnątrz. Tranicos wiedział, że narkotyku często używano przez całe pokolenia. Z czarnego lotosu mogli korzystać tylko najpotężniejsi magowie. Inni po jego zażyciu wpadali w obłęd, a nawet umierali. Gdy wyciągnął wnioski, zimne ciarki przemknęły mu po krzyżu.
Troje Aquilończyków zajmowało ciężkie rzeźbione krzesła z czarnego drewna. Naprzeciw nich siedział Stygijczyk. Był olbrzymem, wyższym nawet od Ulfila i masywniej zbudowanym. Długie, czarne włosy miał schludnie uczesane i przewiązane złotą wstążką, pośrodku której błyszczał złoty medalion z herbem takim samym jak nad drzwiami. Stygijczyk miał szpiczastą brodę, wystające kości policzkowe i przenikliwe oczy lśniące czarnym ogniem. Tranicos domyślił się, że nieznajomy jest wielmożą z najwyższej kasty.
- Ale co ci powiedział? - zapytywał ostrym tonem Ulfilo. Starał się przemawiać ze zwykłą pewnością, ale Tranicos mógłby przysiąc, że Aquilończyk boi się swego gospodarza.
- Że widział to, czego szukał. - Dobywający się z potężnej klatki piersiowej głos Stygijczyka był głęboki i dźwięczny. - Że zobaczył znak na górskiej przełęczy, zanim jego ludzie zmusili go do powrotu.
- Jak wyglądał? - zapytała niespokojnie Malia. - Dobrze?
- Pani, powrócił z niezwykle trudnej wyprawy, w czasie której zginęło wielu jego ludzi. On sam ledwo uszedł z życiem. Wygląd odzwierciedlał te przeżycia. A jednak nie wzdragał się przed powtórną wyprawą. Pomimo przerażających niedostatków nie stracił odwagi. Twój mąż jest człowiekiem zdeterminowanym i odważnym.
- Mój brat - powiedział Ulfilo - nie baczy na niebezpieczeństwo i waży się na najgłupsze ryzyko. Mówisz, że znalazł to, czego szukał?
- O tak, w końcu mu się powiodło. Znaki napotykane po drodze były jednoznaczne. A jednak zabrakło mu ostatecznego ogniwa w łańcuchu i pieniędzy na wyposażenie nowej wyprawy. Z tego powodu przyszedł do mnie i wtedy dobiliśmy targu.
- A ten układ wiąże także i nas? - zapytał ponuro Ulfilo.
- Oczywiście. - Stygijczyk pchnął po stole pregamin. - Jak możesz zobaczyć, twój brat związał się poważną przysięgą, i ten kontrakt obowiązuje całą waszą rodzinę.
Ulfilo spojrzał na dokument. Twarz wydłużała mu się w miarę czytania.
- To jest nie do przyjęcia! Niezależnie od zysku, nie miał prawa podejmować tego rodzaju zobowiązań!
- Bogowie mało się przejmują prawami ludzi - zganił go Stygijczyk. - To nie jest dokument, nad którym mieliby rozprawiać godni pogardy prawnicy i sędziowie. Akt składa się ze świętych przysiąg, a karą za ich niedotrzymanie będzie nie grzywna czy więzienie, lecz przerażające przekleństwo bogów.
Ulfilo z trudem powstrzymał się przed użyciem przemocy, ale Springald uspokoił go.
- Ale co ci powiedział? - zapytywał ostrym tonem Ulfilo. Starał się przemawiać ze zwykłą pewnością, ale Tranicos mógłby przysiąc, że Aquilończyk boi się swego gospodarza.
- Że widział to, czego szukał. - Dobywający się z potężnej klatki piersiowej głos Stygijczyka był głęboki i dźwięczny. - Że zobaczył znak na górskiej przełęczy, zanim jego ludzie zmusili go do powrotu.
- Jak wyglądał? - zapytała niespokojnie Malia. - Dobrze?
- Pani, powrócił z niezwykle trudnej wyprawy, w czasie której zginęło wielu jego ludzi. On sam ledwo uszedł z życiem. Wygląd odzwierciedlał te przeżycia. A jednak nie wzdragał się przed powtórną wyprawą. Pomimo przerażających niedostatków nie stracił odwagi. Twój mąż jest człowiekiem zdeterminowanym i odważnym.
- Mój brat - powiedział Ulfilo - nie baczy na niebezpieczeństwo i waży się na najgłupsze ryzyko. Mówisz, że znalazł to, czego szukał?
- O tak, w końcu mu się powiodło. Znaki napotykane po drodze były jednoznaczne. A jednak zabrakło mu ostatecznego ogniwa w łańcuchu i pieniędzy na wyposażenie nowej wyprawy. Z tego powodu przyszedł do mnie i wtedy dobiliśmy targu.
- A ten układ wiąże także i nas? - zapytał ponuro Ulfilo.
- Oczywiście. - Stygijczyk pchnął po stole pregamin. - Jak możesz zobaczyć, twój brat związał się poważną przysięgą, i ten kontrakt obowiązuje całą waszą rodzinę.
Ulfilo spojrzał na dokument. Twarz wydłużała mu się w miarę czytania.
- To jest nie do przyjęcia! Niezależnie od zysku, nie miał prawa podejmować tego rodzaju zobowiązań!
- Bogowie mało się przejmują prawami ludzi - zganił go Stygijczyk. - To nie jest dokument, nad którym mieliby rozprawiać godni pogardy prawnicy i sędziowie. Akt składa się ze świętych przysiąg, a karą za ich niedotrzymanie będzie nie grzywna czy więzienie, lecz przerażające przekleństwo bogów.
Ulfilo z trudem powstrzymał się przed użyciem przemocy, ale Springald uspokoił go.
- Dobry kapłanie Maata, nie potrzebujemy tutaj gróźb ani kłótni. Wszyscy wiemy, jaka nas czeka nagroda w przypadku udanej ekspedycji. Takie bogactwo przerasta wszelkie wyobrażenia. Jeśli będziemy musieli je podzielić, cóż z tego? Nawet część skarbu wykracza poza marzenia największego aquilońskiego szlachcica. Zapewniam cię, że warunki zawarte w tym dokumencie są więcej niż satysfakcjonujące. Dogadajmy się po dobroci, bez podejrzeń czy urazy.
Stygijczyk uśmiechnął się lekko.- Twój przyjaciel przemawia z wielką mądrością - powiedział do Ulfila. - Wyprawa musi się zakończyć sukcesem. Jak mogłoby być inaczej, z pomocą mistrza tak uczonego jak on, z małżeńską miłością i oddaniem, jakie wykazuje szlachetna pani, oraz z odwagą prawego wojownika, jakim ty jesteś? - Jeśli w jego słowach było szyderstwo, to zamaskował je bardzo dobrze.
- Rzeczywiście, jak? - powtórzył Springald.
- Jesteście zadowoleni z wynajętego okrętu i załogi?
- Statek jest bardzo dobry - odparł Ulfilo - i chociaż niewiele wiemy o morzu, ludzie wydają się dobrymi i dzielnymi żeglarzami. Kapitan jest piratem z Vaniru, a marynarze wyglądają na rzezimieszków, ale przypuszczam, że przy wynajmowaniu ludzi na taką wyprawę nikt nie kieruje się ich układnością i manierami. Nasi ochroniarze i przewodnicy to cymmeriański awanturnik, akwiloński zwiadowca oraz kilku innych weteranów, to zawodowcy, doświadczeni w walce na ziemiach czarnych ludów.
- Jak chcecie - powiedział kapłan. - Mógłbym przydzielić wam paru ludzi, którzy będą pilnowali zarówno moich, jak i waszych interesów.
Ulfilo chciał odwarknąć coś gniewnie, ale Springald był szybszy.
- Och, dziękujemy ci, przyjacielu Sethmesie. Gdybyśmy pokazali się z twoimi ludźmi, nasz kapitan szybko nabrałby podejrzeń. Jesteśmy od niego zależni we wszystkim, co wiąże się z kierowaniem statkiem. Obawiam się, że musimy odmówić.
- Jak sobie życzycie. Kiedy odpływacie?
- Najszybciej jutro - odpowiedział Ulfilo. - Jeśli kapitan załatwi wszystkie interesy. A jak nie, to na pewno pojutrze.
- Aha, Sethmesie, przyjacielu - rzekł z wahaniem Springald - to... to ogniwo, o którym niedawno wspomniałeś... czy nie moglibyśmy je dostać?
Stygijczyk rozpostarł ręce.
- Jak to? Dałem je Marandosowi, zgodnie z naszą umową.
- Zapewne, ale czy przypadkiem nie zachowałeś kopii?
- Widzę, żeś człek uczony, jednak nie wiesz pewnych rzeczy o zwyczajach kapłanów Stygii. Cenimy tylko oryginały i czujemy wstręt do jakichkolwiek kopii, szczególnie gdy chodzi o pisma starożytnej wiedzy. Najwierniejszy duplikat może zawierać wszystkie litery i symbole, ale zawsze jest gorszy. Brakuje mu mistycznej prawdy. Dla nas takie rzeczy są bezwartościowe.
- Rozumiem. Wobec tego, jeśli nie masz nic więcej do dodania, wrócimy do naszej gospody.
- Mój służący odprowadzi was do łodzi - powiedział kapłan. - Bez jego poręczenia, moglibyście zostać zabici.
Ulfilo parsknął lekceważąco na myśl, że Stygijczycy mogliby go pokonać.
Tranicos trwał przy oknie. Światło w komnacie zgasło, chwilę później otworzyły się drzwi na dole i na ulicę wyszły cztery odziane na czarno postacie. Teraz nie musiał za nimi podążać. Najważniejsze było opuszczenie tego miejsca niezauważenie. Gdy ulica opustoszała, Tranicos zaczął ostrożnie schodzić. Poruszał się bardzo powoli.- Jak sobie życzycie. Kiedy odpływacie?
- Najszybciej jutro - odpowiedział Ulfilo. - Jeśli kapitan załatwi wszystkie interesy. A jak nie, to na pewno pojutrze.
- Aha, Sethmesie, przyjacielu - rzekł z wahaniem Springald - to... to ogniwo, o którym niedawno wspomniałeś... czy nie moglibyśmy je dostać?
Stygijczyk rozpostarł ręce.
- Jak to? Dałem je Marandosowi, zgodnie z naszą umową.
- Zapewne, ale czy przypadkiem nie zachowałeś kopii?
- Widzę, żeś człek uczony, jednak nie wiesz pewnych rzeczy o zwyczajach kapłanów Stygii. Cenimy tylko oryginały i czujemy wstręt do jakichkolwiek kopii, szczególnie gdy chodzi o pisma starożytnej wiedzy. Najwierniejszy duplikat może zawierać wszystkie litery i symbole, ale zawsze jest gorszy. Brakuje mu mistycznej prawdy. Dla nas takie rzeczy są bezwartościowe.
- Rozumiem. Wobec tego, jeśli nie masz nic więcej do dodania, wrócimy do naszej gospody.
- Mój służący odprowadzi was do łodzi - powiedział kapłan. - Bez jego poręczenia, moglibyście zostać zabici.
Ulfilo parsknął lekceważąco na myśl, że Stygijczycy mogliby go pokonać.
Ostatnio zmieniony 26 marca 2014, 11:31 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Tranicosowi udało się dotrzeć do gospody, tuż za waszymi pracodawcami. Ci poszli spać.
Przedstawiłem scenę powyżej, zakładając, że Tranicos się z wami podzieli tym co widział, a klimat Khemi w nocy, jest ciekawy.
Chciałem go przybliżyć.
Następnego dnia wasi pracodawcy, wrócili na wyspę Żółw. Załatwiliście wszystko, kapitan uzupełnił zapasy, wynajął nieco dodatkowych ludzi. Następnego dnia rano wypływacie. Macie kilka godzin na ew. zakupy. Jest około 15 godziny.
Jakieś wnioski, wiecie wszystko co widział Tranicos, chyba, ze on zadeklaruje, że to zataja, wtedy wasze Postacie w grze, tego nie wiedzą.
Przedstawiłem scenę powyżej, zakładając, że Tranicos się z wami podzieli tym co widział, a klimat Khemi w nocy, jest ciekawy.
Chciałem go przybliżyć.
Następnego dnia wasi pracodawcy, wrócili na wyspę Żółw. Załatwiliście wszystko, kapitan uzupełnił zapasy, wynajął nieco dodatkowych ludzi. Następnego dnia rano wypływacie. Macie kilka godzin na ew. zakupy. Jest około 15 godziny.
Jakieś wnioski, wiecie wszystko co widział Tranicos, chyba, ze on zadeklaruje, że to zataja, wtedy wasze Postacie w grze, tego nie wiedzą.
Co robicie i co mówi reszcie Tranicos, o tym co widział?
Czy Wam się podobają opisy, czy też się Wam nudzi wobec braku akcji ?, ale to się zmieni niedługo...
Ostatnio zmieniony 18 marca 2014, 13:32 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Byliśmy na spacerze, oraz z wizytą u jednego z tutejszych wielmożów i jak widzisz nic nam się nie stało. Dziękujemy za troskę.
Odpowiedział Ufilio na pytanie o to, co robili w nocy.
Proszę o odpowiedź na pytanie z posta 139 co do opisów. Nudzą Was, czy dawać je dalej?
Ostatnio zmieniony 18 marca 2014, 18:24 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
Mistrzu, to było pytanie retoryczne. Dawaj wincyj!!! Oczywiście jak masz czas - sam dobrze wiem, że porządny opis to 20-50 minut pisania i redagowania tekstu, ale bardzo fajnie się go czyta.
No i jak chciałbym więcej akcji, to zagrałbym w Diablo...
Btw jako gracz domyślam się co się święci, ale jako pijany Zorian mam to gdzieś - póki płacą...
No i jak chciałbym więcej akcji, to zagrałbym w Diablo...
Btw jako gracz domyślam się co się święci, ale jako pijany Zorian mam to gdzieś - póki płacą...
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Spoko mam tego dużo. Ale ja tylko obrabiam fragmenty powieści o Conanie. Jednej z mniej znanych, na motywach której jest ta przygoda.
Więc aż tak dużo pracy mnie to nie kosztuje. A opisy są fajne. Gość miał talent co to pisał.
Dobra kolejny etap będzie na statku, czyli jutro i w PBF-ie i w realu.
Więc aż tak dużo pracy mnie to nie kosztuje. A opisy są fajne. Gość miał talent co to pisał.
Dobra kolejny etap będzie na statku, czyli jutro i w PBF-ie i w realu.
Macie ostatnią noc na lądzie i ostatnią szansę by coś kupić. Przed dalszą podróżą.
Ostatnio zmieniony 18 marca 2014, 21:02 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Korsarze na horyzoncie
- Musiałem brać takich, jacy byli. Normalni żeglarze nie wypłynęliby w podróż tak ryzykowną. Upewniłem się, że ci są doświadczonymi ludźmi morza. Nie mogę żądać niczego więcej.
- Zobaczymy - powiedział Druss z ponurym grymasem.
W przeciwieństwie do kapitana, nie był taki pewny. Dłonie nowych marynarzy bardziej pasowały do rękojeści niż lin i żagli.
Na szczęście warunki żeglugi sprawiały, że ludzie jedynie czasami trymowali żagle, gdy stały wiatr pchał ich na południe. Ale prawie od pierwszego dnia marynarze pełniący wachtę na bocianim gnieździe widywali daleko za rufą obcy statek. Obecność żaglowca martwiła was, a tego dnia jeszcze bardziej niż zwykle. Chen Shu, złożył ręce przy ustach i krzyknął do majtka na oku.
- Co widzisz?
- Ten sam czarny żaglowiec płynący naszym śladem - odkrzyknął mężczyzna. - Jest dość blisko. Widzę go dzisiaj już trzeci raz.
- Co to znaczy? - zapytał Ulfilo. Stał obok dwóch Aquilończyków, którzy wyszli zaczerpnąć powietrza.
- Nie wiem i nie podoba mi się to - odrzekł Chen Shu.
- To może nic nie znaczyć - powiedział Wulfrede. - Żółwia obiegła plotka, że żeglujemy na rzadko odwiedzane wody. Może ci z tego okrętu myślą, iż odkryliśmy dobre miejsce do handlu i płyną za nami, aby zobaczyć, gdzie ono jest.
- W dalszym ciągu to mi się nie podoba - mruknął Druss. - Mamy dość zmartwień związanych z czekającymi nas niebezpieczeństwami. Nie lubię zawracać sobie głowy tym, co już minęło.
- A co jest przed nami? - spytał Springald.
- Widzisz te wyspy? - Wulfrede wskazał szare kontury lądu daleko na horyzoncie. - To Krwawe Wyspy. Każdy statek przepływający między nimi a kontynentem zostaje zaatakowany przez piratów.
- Nie możemy ich ominąć od strony morza?
- Wiatry i woda są tam bardzo niebezpieczne - poinformował Wulfrede. - Żeglowanie tamtędy oznaczałoby utratę lądu z oczu. Lekka zmiana kierunku wiatru mogłaby cisnąć nas daleko w morze, a tam prąd niósłby nas jeszcze dalej. Bliżej wysp są niebezpieczne skały. Wierzcie mi, mniej ryzykowne jest przepłynięcie między wyspami a kontynentem.
- Wobec tego obejrzyjmy broń - flegmatycznie powiedział Ulfilo.
- W dalszym ciągu pozostaje problem naszego towarzystwa - powiedział Chen Shu wskazując na tajemniczy żaglowiec płynący za wami. - Zaczekajmy do zmroku, zawróćmy i wedrzyjmy się na pokład, zanim tamci zorientują się, o co chodzi.
- Mamy wedrzeć się na obcy statek na pełnym morzu bez ostrzeżenia? - Wulfrede roześmiał się na całe gardło. - Toż to korsarstwo!
Kilku marynarzy ryknęło śmiechem w ślad za kapitanem.
- I co z tego? - Mało prawdopodobne, że trafimy przed sąd.
- Nie. To mój okręt i powiadam, że zajmiemy się korsarzami czekającymi przed nami. W odpowiednim czasie weźmiemy się za tych z tyłu. - Kapitan poszedł na dziób, by dopilnować przygotowań do walki.
Chen Shu był wściekły, jednak nim zdążył wybuchnąć, podszedł do niego Springald i położył mu rękę na ramieniu.
- Jesteś niezadowolony, przyjacielu?
- Niezadowolony i zdumiony - przyznał Chen Shu.
- Jak to?
- Po pierwsze, według mnie błędem jest angażowanie się w potyczkę z wrogiem z przodu, kiedy drugi zagraża nam od tyłu. To kiepska taktyka. Po drugie, nigdy nie znałem Vana, który nie rwałby się do walki. Dlaczego ten człowiek unika konfrontacji z prześladowcami?
- Być może ma racje. Być może to tylko handlowy rywal. Wulfrede jest kapitanem kupieckiego statku, który przemierzał te wody wiele razy. Chyba powinniśmy ufać jego sądom.
- Mamy pewien wybór: bunt - mruknął Chen Shu.
- Chodź ze mną - powiedział Springald do Drussa. - Mój przyjaciel i ja mamy do ciebie parę pytań, w związku ze zbliżającym się starciem z tymi morskimi bandytami.
Druss podążył za Aquilończykiem na rufę, gdzie czekał Ulfilo. Szlachcic badał kciukiem ostrze masywnego miecza.
- Możemy zostać zaatakowani - zaczął. - Czego mamy się spodziewać?
- Ci ludzie nie urządzają napadów z dala od rodzinnych wysp - powiedział Druss. - Atakują z wielkich piróg, obsadzonych dwudziestoma wioślarzami.
Gdy podpływali do wysp, przygaszeni żeglarze zapomnieli o swoich piosenkach i ordynarnych żartach. Ich oczy przeczesywały widnokrąg, a dłonie wędrowały ku broni, by pieszczotliwie pogładzić rękojeść albo sprawdzić, czy klinga jest dostatecznie ostra. Pierwszą i drugą wyspę minęli spokojnie. Trzecia wyspa leżała najbliżej kontynentu. Kiedy przepływali wąską cieśninę, marynarz na oku krzyknął:
- Pirogi! Pirogi! Czarne diabły pędzą na nas!
Wulfrede biegiem rzucił się do relingu.
- Gdzie są?
- Z przodu na sterburcie, wypływają zza tej wielkiej skały tuż za południowym przylądkiem wyspy!
- Ilu? - ryknął Druss.
- Widzę trzy łodzie, ale chyba wychodzi następna!
Ulfilo wyszedł na pokład, zapinając stalowy półpancerz.
- Kiedy tu będą? - spytał Cymmerianin.
Wulfrede wzruszył ramionami.
- To zależy, jak twardzi są ich wioślarze i czy będą nas ścigać. Jeśli pożeglujemy wystarczająco szybko i miniemy ich, zanim zbliżą się do nas, może unikniemy walki.
- Nie możemy zwiększyć szybkości za pomocą wioseł? - zapytał Springald, wychodząc na pokład. Miał stalowy hełm z misiurką opadającą na ramiona i lekką kolczugę z posrebrzanej stali. W ręku trzymał obnażony miecz, a na lewym przedramieniu małą stalową tarczę.
- Nie - odpowiedział Wulfrede - na tego typu żaglowcach wiosła są używane jedynie w czasie portowych manewrów. Poza tym korzysta się z nich tylko w czasie ciszy morskiej albo gdy na przykład trzeba ominąć skały. Nie powinniśmy także męczyć ludzi przed walką. Jak widzisz, w tego rodzaju potyczkach wszystko ma znaczenie. Im dłużej będziemy uciekać, tym mniej sił będą mieć ich ludzie przy wiosłach, podczas gdy nasi będą wypoczęci, gdy dojdzie do starcia.
- Wielce roztropne - skomentował Springald.
- Tylko w jeden sposób mogę opuścić to miejsce: martwy - powiedział Ulfilo, wspierając się na długiej rękojeści miecza.
- Rób, jak uważasz. - Kapitan z powątpiewaniem popatrzył na długie ostrze. - I uważaj, jak będziesz nim wymachiwał.
- Już nam o tym powiedziano - rzekł Springald.
Chen Shu, bosy, odziany jedynie w krótkie marynarskie spodnie, wspiął się na maszt i stanął na rei. Popatrzył najpierw w kierunku wyspy, skąd płynęło spiesznie pięć długich łodzi. Potem spojrzał w tył. Statek o czarnych żaglach w dalszym ciągu podążał za nimi, utrzymując stały dystans. Chen Shu zaklął pod nosem i zsunął się z masztu na pokład.
- Nasi goście pędzą nam na spotkanie. Teraz jest pięć piróg. Musimy ich odpowiednio przyjąć.
Podniósł z pokładu pas z bronią i zapiął go na biodrach. Wyjął miecz, odczepił pochwę i rzucił ją na pokład.
- Nie będę jej potrzebował przed końcem tej zabawy - powiedział do Aquilończyków. - Radzę zrobić to samo. Pętająca się u boku pochwa może wywrócić człowieka szybciej niż chwiejny pokład.
Springald posłuchał rady, Ulfilo zignorował.
Gdy pirogi zbliżyły się, żeglarze wyszczerzyli zęby w wilczych uśmiechach i zaczęli ważyć broń w rękach. Wszyscy mieli krótkie miecze albo topory i małe okrągłe tarcze z wikliny obciągniętej skórą. Paru przywdziało stalowe hełmy. Wzdłuż relingu stały oparte oszczepy i skrzynie z kamieniami do proc.
Tranicos wziął łuk, napiął i wypróbował cięciwę. Była to tandetna broń, jaką właściciele statków kupowali na wszelki wypadek. Kiepskie strzały miały nasmarowane tłuszczem żelazne groty i lotki przywiązane sznurkiem. Morskie powietrze szybko zniszczyłoby nawet najlepszy klej. Tranicos wziął dwadzieścia pierzastych pocisków i wsunął je za pas.
Rano skacowani, Zorian i Vanko obudzili się, a raczej obudził ich jeden z ludzi Wulfrede, marynarz rzekł: zbierajcie swoje tyłki, za 4 godziny wypływamy.
Akwilończycy w ochronie Drusa, Tranicosa i Chen Shu wrócili na pokład waszego okrętu.
Jak Ktoś chciał coś kupić to kupił, odpiszcie gotówkę, nietypowe zakupy wymagają zgody MG. Po wypłynięciu, Zorian prowadził musztrę, Druss czytał w przerwach w pracy na okręcie, Chen Shu i Tranicos podszkalali się w żeglarstwie, Vanko pił pod pokładem.
Akwilończycy w ochronie Drusa, Tranicosa i Chen Shu wrócili na pokład waszego okrętu.
Jak Ktoś chciał coś kupić to kupił, odpiszcie gotówkę, nietypowe zakupy wymagają zgody MG. Po wypłynięciu, Zorian prowadził musztrę, Druss czytał w przerwach w pracy na okręcie, Chen Shu i Tranicos podszkalali się w żeglarstwie, Vanko pił pod pokładem.
Wasz statek nie był jedynym na niebezpiecznych wodach Czarnego Wybrzeża. Codziennie na horyzoncie pojawiały się żagle, ale obce okręty się nie zbliżały. Żaglowce na tych niebezpiecznych wodach unikały się wzajemnie. Jedyny wyjątek stanowiła silna grupa pięciu zingarańskich statków kupieckich. Ufne w swoją siłę, podpłynęły do Tygrysa tak blisko, że załoga mogła pogapić się na kość słoniową powiązaną w pęki na pokładzie, toboły wspaniałych piór i sterty egzotycznych gatunków drewna. Wszyscy wiedzieli, że ładownie są zapchane podobnym dobrem, i marzyli o bogactwie dostępnym dla ludzi dość dzielnych, by odważyć się na handel z południem i dość przewidujących, by wyruszyć w odpowiedniej sile.
Ładunek innych okrętów można było rozpoznać po smrodzie roztaczanym i niesionym przez wiatr. Statki przewoziły niewolników; w ładowniach, w brudzie i zaduchu, tłoczyły się setki nieszczęśników. Mniej niż połowa przeżywała nieludzkie warunki transportu, ale i tak, wymyci i odkarmieni, osiągali dobrą cenę na targach niewolników w cywilizowanych królestwach. Naczelnicy z wybrzeża sprzedawali swych sąsiadów tak tanio, że wysoka śmiertelność w czasie transportu była do przyjęcia.
Podróż na południe przebiegała bez zakłóceń. Byliście zadowoloni ze statku i z pogody, o wiele mniej z załogi. Szorstcy i gburowaci marynarze, którzy towarzyszyli wam od początku, byli łagodnymi jagniętami w porównaniu z tymi, których Wulfrede wynajął na Żółwiu. Sześciu nowo zaokrętowanych ludzi wyglądało na skończonych łajdaków, dla których rejs był odroczeniem od szubienicy. Kiedy Druss o nich zapytał, Van wzruszył ramionami.Ładunek innych okrętów można było rozpoznać po smrodzie roztaczanym i niesionym przez wiatr. Statki przewoziły niewolników; w ładowniach, w brudzie i zaduchu, tłoczyły się setki nieszczęśników. Mniej niż połowa przeżywała nieludzkie warunki transportu, ale i tak, wymyci i odkarmieni, osiągali dobrą cenę na targach niewolników w cywilizowanych królestwach. Naczelnicy z wybrzeża sprzedawali swych sąsiadów tak tanio, że wysoka śmiertelność w czasie transportu była do przyjęcia.
- Musiałem brać takich, jacy byli. Normalni żeglarze nie wypłynęliby w podróż tak ryzykowną. Upewniłem się, że ci są doświadczonymi ludźmi morza. Nie mogę żądać niczego więcej.
- Zobaczymy - powiedział Druss z ponurym grymasem.
W przeciwieństwie do kapitana, nie był taki pewny. Dłonie nowych marynarzy bardziej pasowały do rękojeści niż lin i żagli.
Na szczęście warunki żeglugi sprawiały, że ludzie jedynie czasami trymowali żagle, gdy stały wiatr pchał ich na południe. Ale prawie od pierwszego dnia marynarze pełniący wachtę na bocianim gnieździe widywali daleko za rufą obcy statek. Obecność żaglowca martwiła was, a tego dnia jeszcze bardziej niż zwykle. Chen Shu, złożył ręce przy ustach i krzyknął do majtka na oku.
- Co widzisz?
- Ten sam czarny żaglowiec płynący naszym śladem - odkrzyknął mężczyzna. - Jest dość blisko. Widzę go dzisiaj już trzeci raz.
- Co to znaczy? - zapytał Ulfilo. Stał obok dwóch Aquilończyków, którzy wyszli zaczerpnąć powietrza.
- Nie wiem i nie podoba mi się to - odrzekł Chen Shu.
- To może nic nie znaczyć - powiedział Wulfrede. - Żółwia obiegła plotka, że żeglujemy na rzadko odwiedzane wody. Może ci z tego okrętu myślą, iż odkryliśmy dobre miejsce do handlu i płyną za nami, aby zobaczyć, gdzie ono jest.
- W dalszym ciągu to mi się nie podoba - mruknął Druss. - Mamy dość zmartwień związanych z czekającymi nas niebezpieczeństwami. Nie lubię zawracać sobie głowy tym, co już minęło.
- A co jest przed nami? - spytał Springald.
- Widzisz te wyspy? - Wulfrede wskazał szare kontury lądu daleko na horyzoncie. - To Krwawe Wyspy. Każdy statek przepływający między nimi a kontynentem zostaje zaatakowany przez piratów.
- Nie możemy ich ominąć od strony morza?
- Wiatry i woda są tam bardzo niebezpieczne - poinformował Wulfrede. - Żeglowanie tamtędy oznaczałoby utratę lądu z oczu. Lekka zmiana kierunku wiatru mogłaby cisnąć nas daleko w morze, a tam prąd niósłby nas jeszcze dalej. Bliżej wysp są niebezpieczne skały. Wierzcie mi, mniej ryzykowne jest przepłynięcie między wyspami a kontynentem.
- Wobec tego obejrzyjmy broń - flegmatycznie powiedział Ulfilo.
- W dalszym ciągu pozostaje problem naszego towarzystwa - powiedział Chen Shu wskazując na tajemniczy żaglowiec płynący za wami. - Zaczekajmy do zmroku, zawróćmy i wedrzyjmy się na pokład, zanim tamci zorientują się, o co chodzi.
- Mamy wedrzeć się na obcy statek na pełnym morzu bez ostrzeżenia? - Wulfrede roześmiał się na całe gardło. - Toż to korsarstwo!
Kilku marynarzy ryknęło śmiechem w ślad za kapitanem.
- I co z tego? - Mało prawdopodobne, że trafimy przed sąd.
- Nie. To mój okręt i powiadam, że zajmiemy się korsarzami czekającymi przed nami. W odpowiednim czasie weźmiemy się za tych z tyłu. - Kapitan poszedł na dziób, by dopilnować przygotowań do walki.
Chen Shu był wściekły, jednak nim zdążył wybuchnąć, podszedł do niego Springald i położył mu rękę na ramieniu.
- Jesteś niezadowolony, przyjacielu?
- Niezadowolony i zdumiony - przyznał Chen Shu.
- Jak to?
- Po pierwsze, według mnie błędem jest angażowanie się w potyczkę z wrogiem z przodu, kiedy drugi zagraża nam od tyłu. To kiepska taktyka. Po drugie, nigdy nie znałem Vana, który nie rwałby się do walki. Dlaczego ten człowiek unika konfrontacji z prześladowcami?
- Być może ma racje. Być może to tylko handlowy rywal. Wulfrede jest kapitanem kupieckiego statku, który przemierzał te wody wiele razy. Chyba powinniśmy ufać jego sądom.
- Mamy pewien wybór: bunt - mruknął Chen Shu.
- Chodź ze mną - powiedział Springald do Drussa. - Mój przyjaciel i ja mamy do ciebie parę pytań, w związku ze zbliżającym się starciem z tymi morskimi bandytami.
Druss podążył za Aquilończykiem na rufę, gdzie czekał Ulfilo. Szlachcic badał kciukiem ostrze masywnego miecza.
- Możemy zostać zaatakowani - zaczął. - Czego mamy się spodziewać?
- Ci ludzie nie urządzają napadów z dala od rodzinnych wysp - powiedział Druss. - Atakują z wielkich piróg, obsadzonych dwudziestoma wioślarzami.
- Jak walczą?
- Większość używa włóczni, chociaż niektórzy wolą wielkie noże czy krótkie miecze. Czasami mają łuki, chociaż nie są zbyt dobrymi strzelcami, a kołysanie łodzi dodatkowo utrudnia celowanie. Wiosłują jak szaleni, aby szybko wspiąć się na pokład i walczyć wręcz. Są dzicy i nieulękli. Mają skórzane tarcze, długie i wąskie, nie noszą żadnej zbroi. Rzadko rzucają włóczniami, używają je raczej do bezpośredniej walki.
- Wygląda na to, że nie są zbyt niebezpieczni - stwierdził Ulfilo.
- Człowiek, który nie dba o własną skórę, zawsze jest niebezpieczny - upomniał go Druss. - Widziałem wojowników, którzy z radością zatapiali zęby w gardle przeciwnika, gdy ten rozpruwał im brzuch. Jeśli dojdzie do abordażu, na pokładzie zrobi się tłok. Dlatego marynarze wolą krótkie miecze. I nie próbuj walczyć w taki sposób, w jaki robiłbyś to na lądzie, na prostych nogach. Na statku musisz balansować, gdyż pokład nigdy nie przestaje się ruszać. Miej ugięte nogi i nigdy nie atakuj, kiedy stracisz równowagę. Broń się, dopóki znów nie staniesz pewnie na nogach i wtedy uderzaj.
Ulfilo wyglądał na urażonego tym pouczaniem, ale Springald przysłuchiwał się w uwagą. Malia była opanowana jak zwykle. Jeśli jej twarz wyrażała cokolwiek, to tylko zainteresowanie zbliżającym się starciem.- Większość używa włóczni, chociaż niektórzy wolą wielkie noże czy krótkie miecze. Czasami mają łuki, chociaż nie są zbyt dobrymi strzelcami, a kołysanie łodzi dodatkowo utrudnia celowanie. Wiosłują jak szaleni, aby szybko wspiąć się na pokład i walczyć wręcz. Są dzicy i nieulękli. Mają skórzane tarcze, długie i wąskie, nie noszą żadnej zbroi. Rzadko rzucają włóczniami, używają je raczej do bezpośredniej walki.
- Wygląda na to, że nie są zbyt niebezpieczni - stwierdził Ulfilo.
- Człowiek, który nie dba o własną skórę, zawsze jest niebezpieczny - upomniał go Druss. - Widziałem wojowników, którzy z radością zatapiali zęby w gardle przeciwnika, gdy ten rozpruwał im brzuch. Jeśli dojdzie do abordażu, na pokładzie zrobi się tłok. Dlatego marynarze wolą krótkie miecze. I nie próbuj walczyć w taki sposób, w jaki robiłbyś to na lądzie, na prostych nogach. Na statku musisz balansować, gdyż pokład nigdy nie przestaje się ruszać. Miej ugięte nogi i nigdy nie atakuj, kiedy stracisz równowagę. Broń się, dopóki znów nie staniesz pewnie na nogach i wtedy uderzaj.
Gdy podpływali do wysp, przygaszeni żeglarze zapomnieli o swoich piosenkach i ordynarnych żartach. Ich oczy przeczesywały widnokrąg, a dłonie wędrowały ku broni, by pieszczotliwie pogładzić rękojeść albo sprawdzić, czy klinga jest dostatecznie ostra. Pierwszą i drugą wyspę minęli spokojnie. Trzecia wyspa leżała najbliżej kontynentu. Kiedy przepływali wąską cieśninę, marynarz na oku krzyknął:
- Pirogi! Pirogi! Czarne diabły pędzą na nas!
Wulfrede biegiem rzucił się do relingu.
- Gdzie są?
- Z przodu na sterburcie, wypływają zza tej wielkiej skały tuż za południowym przylądkiem wyspy!
- Ilu? - ryknął Druss.
- Widzę trzy łodzie, ale chyba wychodzi następna!
Ulfilo wyszedł na pokład, zapinając stalowy półpancerz.
- Kiedy tu będą? - spytał Cymmerianin.
Wulfrede wzruszył ramionami.
- To zależy, jak twardzi są ich wioślarze i czy będą nas ścigać. Jeśli pożeglujemy wystarczająco szybko i miniemy ich, zanim zbliżą się do nas, może unikniemy walki.
- Nie możemy zwiększyć szybkości za pomocą wioseł? - zapytał Springald, wychodząc na pokład. Miał stalowy hełm z misiurką opadającą na ramiona i lekką kolczugę z posrebrzanej stali. W ręku trzymał obnażony miecz, a na lewym przedramieniu małą stalową tarczę.
- Nie - odpowiedział Wulfrede - na tego typu żaglowcach wiosła są używane jedynie w czasie portowych manewrów. Poza tym korzysta się z nich tylko w czasie ciszy morskiej albo gdy na przykład trzeba ominąć skały. Nie powinniśmy także męczyć ludzi przed walką. Jak widzisz, w tego rodzaju potyczkach wszystko ma znaczenie. Im dłużej będziemy uciekać, tym mniej sił będą mieć ich ludzie przy wiosłach, podczas gdy nasi będą wypoczęci, gdy dojdzie do starcia.
- Wielce roztropne - skomentował Springald.
Malia wyszła na pokład, blada, ale opanowana.
- Co mam robić? - zapytała bez lęku w głosie.
- Trzymaj się na dole - nakazał Wulfrede. - W swojej kabinie będziesz bezpieczna. Ich pirogi nie mają taranów i piraci nie będą próbowali podpalić statku. Ostatecznie zależy im na zdobyciu go w stanie nienaruszonym.
- Springald i ja będziemy strzec zejścia pod pokład - powiedział Ulfilo. Odwrócił się do Malii. - Jeśli zobaczysz pirata schodzącego w dół po tych schodach, wiedz, że nie żyję.
- Jestem przygotowana. - Malia poklepała mały, wysadzany klejnotami przedmiot, który wisiał na złotym łańcuszku na jej szyi. Conan zauważył, że jest to maleńki sztylecik. Było oczywiste, że kobieta nie zamierza użyć go przeciwko piratom.
- Jak chcesz. - Wulfrede wzruszył ramionami. - Zdajecie sobie sprawę, że jeśli wypadniecie za burtę, to zbroje pociągną was na dno?- Co mam robić? - zapytała bez lęku w głosie.
- Trzymaj się na dole - nakazał Wulfrede. - W swojej kabinie będziesz bezpieczna. Ich pirogi nie mają taranów i piraci nie będą próbowali podpalić statku. Ostatecznie zależy im na zdobyciu go w stanie nienaruszonym.
- Springald i ja będziemy strzec zejścia pod pokład - powiedział Ulfilo. Odwrócił się do Malii. - Jeśli zobaczysz pirata schodzącego w dół po tych schodach, wiedz, że nie żyję.
- Jestem przygotowana. - Malia poklepała mały, wysadzany klejnotami przedmiot, który wisiał na złotym łańcuszku na jej szyi. Conan zauważył, że jest to maleńki sztylecik. Było oczywiste, że kobieta nie zamierza użyć go przeciwko piratom.
- Tylko w jeden sposób mogę opuścić to miejsce: martwy - powiedział Ulfilo, wspierając się na długiej rękojeści miecza.
- Rób, jak uważasz. - Kapitan z powątpiewaniem popatrzył na długie ostrze. - I uważaj, jak będziesz nim wymachiwał.
- Już nam o tym powiedziano - rzekł Springald.
Chen Shu, bosy, odziany jedynie w krótkie marynarskie spodnie, wspiął się na maszt i stanął na rei. Popatrzył najpierw w kierunku wyspy, skąd płynęło spiesznie pięć długich łodzi. Potem spojrzał w tył. Statek o czarnych żaglach w dalszym ciągu podążał za nimi, utrzymując stały dystans. Chen Shu zaklął pod nosem i zsunął się z masztu na pokład.
- Nasi goście pędzą nam na spotkanie. Teraz jest pięć piróg. Musimy ich odpowiednio przyjąć.
Podniósł z pokładu pas z bronią i zapiął go na biodrach. Wyjął miecz, odczepił pochwę i rzucił ją na pokład.
- Nie będę jej potrzebował przed końcem tej zabawy - powiedział do Aquilończyków. - Radzę zrobić to samo. Pętająca się u boku pochwa może wywrócić człowieka szybciej niż chwiejny pokład.
Springald posłuchał rady, Ulfilo zignorował.
Gdy pirogi zbliżyły się, żeglarze wyszczerzyli zęby w wilczych uśmiechach i zaczęli ważyć broń w rękach. Wszyscy mieli krótkie miecze albo topory i małe okrągłe tarcze z wikliny obciągniętej skórą. Paru przywdziało stalowe hełmy. Wzdłuż relingu stały oparte oszczepy i skrzynie z kamieniami do proc.
Tranicos wziął łuk, napiął i wypróbował cięciwę. Była to tandetna broń, jaką właściciele statków kupowali na wszelki wypadek. Kiepskie strzały miały nasmarowane tłuszczem żelazne groty i lotki przywiązane sznurkiem. Morskie powietrze szybko zniszczyłoby nawet najlepszy klej. Tranicos wziął dwadzieścia pierzastych pocisków i wsunął je za pas.
Jaka taktyka ktoś wchodzi wyżej i strzela, ktoś zostaje pod pokładem, zakładacie zbroje do walki?
Ostatnio zmieniony 26 marca 2014, 11:30 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
Hep? -zastanowił się Vanko słysząc zgiełk na pokładzie.
Vasquez, zobacz co to za hałasy. -rzucił spodziewając się, jakie wieści przyniesie najemnik. Podniósł się na nogi i zaczął zakładać pancerz.
Wasza dwójka niech strzeże białogłowy. Wiem, że się nudzicie, ale jeszcze nie pora na Was. zostańcie pod pokładem.
Jak Wam się nudzi, możecie wybatożyć Hienę. -dodał nieco znudzony rzuciwszy bat na posłanie. Dostrzegłszy zaś lęk w oczach niewolnika dodał:
Żartowałem. Dziś nie będziemy Cię bić.
Po czym wyszedł na pokład.
Vasquez, zobacz co to za hałasy. -rzucił spodziewając się, jakie wieści przyniesie najemnik. Podniósł się na nogi i zaczął zakładać pancerz.
Wasza dwójka niech strzeże białogłowy. Wiem, że się nudzicie, ale jeszcze nie pora na Was. zostańcie pod pokładem.
Jak Wam się nudzi, możecie wybatożyć Hienę. -dodał nieco znudzony rzuciwszy bat na posłanie. Dostrzegłszy zaś lęk w oczach niewolnika dodał:
Żartowałem. Dziś nie będziemy Cię bić.
Po czym wyszedł na pokład.
Opisy są bardzo wciągające, szczególnie, że wkomponowujesz w nie drużynę. Jest git.
Zorian przerwał musztrę, gdy rozległy się krzyki o piratach. Opanowując podniecenie, wykrzyczał pierwsze rozkazy.
- Gomez! Przygotuj małe palenisko! Łucznicy! Będziecie strzelać płonącymi strzałami! Reszta ustawiać się w mur i czekać na rozkazy! - wykrzyczał, rzucając się biegiem po swój arbalest, który zostawił w kajucie pod pokładem.
- Vankooooo! Będziemy się biiiić!!! - krzyknął uradowany, mijając skacowanego pogromcę demonów z Gazal.
- Gomez! Przygotuj małe palenisko! Łucznicy! Będziecie strzelać płonącymi strzałami! Reszta ustawiać się w mur i czekać na rozkazy! - wykrzyczał, rzucając się biegiem po swój arbalest, który zostawił w kajucie pod pokładem.
- Vankooooo! Będziemy się biiiić!!! - krzyknął uradowany, mijając skacowanego pogromcę demonów z Gazal.
Plan mam taki: strzelamy do wrogich statków płonącymi strzałami, mając nadzieję, że przynajmniej jeden się podpali, zanim dobiją do Tygrysa. Zorian biegnie po kuszę (zakładam, że miecz i tarcze ma już na sobie podczas musztry) a także po swoją małą lunetę (pamiętasz o niej Mistrzu, prawda?:)) i dołącza do ostrzeliwania korsarzy. Jak już będą mieli wchodzić na statek, to chciałbym wykonać kolejną akcję.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Spoko, tylko oni płyną na kilku dużych pirogach to wydrążone pnie drzew, duże canoe, bardziej są to duże łodzie.
Ok szansa podpalenie jest.
Korsarze z piróg są czarnoskórzy, nie macie co liczyć na litość w razie klęski.
Chen Shu walczy w zbroi z dwoma wschodnimi mieczami, będzie rzucał na bliski zasięg.
Poniżej macie podwójną pirogę, niektórzy z korsarzy płyną na pojedynczych.
Ok szansa podpalenie jest.
Korsarze z piróg są czarnoskórzy, nie macie co liczyć na litość w razie klęski.
Chen Shu walczy w zbroi z dwoma wschodnimi mieczami, będzie rzucał na bliski zasięg.
Poniżej macie podwójną pirogę, niektórzy z korsarzy płyną na pojedynczych.
Ostatnio zmieniony 19 marca 2014, 12:35 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Wygląd atakujących czarnych korsarzy, większość z włóczniami, część z krótkimi mieczami, lub podobnymi do maczet długimi nożami bojowymi.
Kwestia czy walczycie osobne, np. Vanko z osłaniajacym go Vasquezem, Tarnicos jako snajper z góry, Zorian obok żołnierzy, Druss i Chen Shu razem?. Czy jakoś inaczej?
Mamy chaos, chybotliwy pokład, i inne utrudnienia, wkrótce pokład będzie także śliski od krwi, lecą strzały na okręt i z niego.
Aspekt sceny: walka na chybotliwym i śliskim pokładzie.
Uwzględnię go w wynikach walki.
Mamy chaos, chybotliwy pokład, i inne utrudnienia, wkrótce pokład będzie także śliski od krwi, lecą strzały na okręt i z niego.
Aspekt sceny: walka na chybotliwym i śliskim pokładzie.
Uwzględnię go w wynikach walki.
Ostatnio zmieniony 19 marca 2014, 13:37 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.