Ufilio po rozmowie z wami postanowił poczekać na Sethmesa. Po kilku godzinach ruszyliście jako jedna grupa.
Udało wam się dyskretnie rozmówić z Sethmesem, jaki zapewnił was, że wszelcy sojusznicy są mile widziani, a on pilnuje tylko waszego bezpieczeństwa.
-
Skoro doszliście do porozumienia, ruszajmy dalej - powiedział Goma. - O zmroku będziemy przy Rogach.
Resztę dnia spędzili w ponurym milczeniu. Zorian przestał się oglądać. Był zadowolony, że Stygijczycy są razem z nimi, przynajmniej miał na nich oko.
Rogi Shushtu, dwa urwiste szczyty różniące się jedynie kolorem, wznosiły się przed nimi złowieszczo. Niepokój narastał w miarę zbliżania się do przełęczy. Nad górami zaczęły się gromadzić chmury. Błyskawice rozcinały niebo ponad poszarpanymi graniami.
-
Jeżeli nadejdzie nawałnica, tutaj rozpęta się piekło - powiedział Springald.
- Tak - mruknął Tranicos. - Ulewa może zmieść nas w dół zbocza.
-
Takie burze zniszczyły prawdopodobnie drogę w niższych partiach - zawyrokował Springald. - Strumienie w wąwozach muszą mieć ogromną prędkość, gdy pędzą w dół zboczy, a potem wylewają...
- Oszczędzaj oddech na marsz - warknął Ulfilo. - Przyspieszmy! Musimy znaleźć się na przełęczy, zanim rozpęta się burza!
Ruszyli truchtem. Długa wędrówka zahartowała ich, lecz mimo to ten ostatni wysiłek był morderczy. Nim znaleźli się na równym gruncie między Rogami, większość z nich była bliska omdlenia. Wielu marynarzy padło na ziemię, sapiąc i wymiotując. Nie mieli czasu rozejrzeć się, gdy tylko ostatni z nich bowiem znalazł się na przełęczy, rozpoczęła się burza.
Błyskawice oświetlały skały trupią poświatą, towarzyszyły im jednoczesne ogłuszające grzmoty. Podróżnicy rzucili bagaże na ziemię i przykucnęli, obejmując się w obronie przed wyjącym wichrem i napinając mięśnie przy każdej błyskawicy. W ich nozdrza uderzała dziwna, ostra woń, coraz wyrazistsza, gdy pioruny darły niebo i kreśliły niesamowite, syczące zygzaki między Rogami.
Nagle rozległy się dwa