Miasto
I tak, nie mając wyboru, pomaszerowali otoczeni przez eskortę.
Trakt nie był brukowany, ale równy i dobrze utrzymany. Po obu stronach ciągnęły się pola, na których pracowali wieśniacy. Na ich widok rzucali narzędzia i podchodzili, by przyjrzeć im się z bliska. Niektóre kobiety miały na plecach małe dzieci owinięte w sukno, mężczyźni nie byli uzbrojeni. Zajmowali się zbieraniem roślin nie znanych przybyszom z zachodu, ale chyba były to i zboża, i warzywa.
Przeszli przez maleńką wioskę, w której zobaczyli tylko wojowników. Wyglądali oni tak samo jak ci z eskorty, ale nosili pióra błękitne i opaski ze skóry lwa. Spoglądali w ich stronę z niechęcią, jednak Chen Shu odniósł nieodparte wrażenie, że wrogość ta jest wymierzona nie w cudzoziemców, a raczej w wojowników z białymi piórami. Należało zapamiętać i przemyśleć ten fakt.
- Zmierzamy ku tamtemu miastu - zauważył Springald.
-
O ile to jest miasto - powątpiewał Ulfilo.
- Przynajmniej nie ma tu pustyni ani dżungli, ani hordy atakujących małpoludów - westchnęła z ulgą Malia. - Nie będę się skarżyła, nawet jeśli miejsce, do którego nas prowadzą, nie okaże się równe Tarancii czy Belverusowi.
-
Cóż za hart ducha - skomentował Zorian. - Chwytaj okazję, gdy się tylko nadarza, i zawsze szukaj dobrych stron. - Roześmiał się na całe gardło, aż wojownicy z eskorty obrzucili go zdumionymi spojrzeniami.
Droga była długa, ale łatwa, zwłaszcza w porównaniu z minionymi trudami. Minęli wiele wiosek składających się z nie więcej niż dziesięciu-dwudziestu chat, mających kształt uli pokrytych gęstymi strzechami z palmowych liści.
Choć tak prymitywne, domy były niepospolicie czyste i schludne. Druss zastanawiał się nad sytuacją ludzi zamieszkujących mijane wioski. Nie wyglądali na ciemiężonych, tyranizowanych niewolników, o czym świadczyła ich ciekawość i żywe zainteresowanie przybyszami. Ale wszyscy zachowywali się z dystansem, jakby bali się zdradzić swoje uczucia. Nikt się nie śmiał, nikt nie śpiewał przy pracy, jak to było w zwyczaju większości ludów mieszkających na południe od Stygii.
Aquilończycy chyba tego nie zauważali, lecz Cymmerianin wiedział, że arystokraci rzadko zwracają uwagę na ludzi nisko urodzonych, chyba że ci okazują się bezczelni albo wrodzy. Dostrzegł jednakże, że dziwne zachowanie tubylców nie umknęło bystrym oczom kapitana.
-
Myślę, że ten kraj ma jakieś kłopoty, przyjaciele - powiedział Van.
- Z czego to wnosisz? - zainteresował się Ulfilo.
- Wieśniacy boją się naszych strażników.
-
Wojownicy z błękitnymi piórami, których minęliśmy po drodze, też ich nie lubią - dodał Tranicos.
- Zazdrość miedzy pułkami nie jest niczym niezwykłym - zauważył Ulfilo.
- Myślę, że nasi przyjaciele mają rację - wtrącił Vanko. - Coś... Nie wiem, czuję po prostu, że coś jest nie w porządku. Ziemia wygląda na spokojną i bogatą, strzegą jej silni wojownicy, a uprawiają pracowici chłopi. Ale tutejsi mieszkańcy są wyjątkowo cisi, i to nie ze strachu przed nami, widzą bowiem, że jesteśmy otoczeni przez strażników.
- Może przyczyną tego są jakieś wewnętrzne niepokoje? - Ulfilo był uparty i arogancki, ale nie brakowało mu przenikliwości, kiedy szło o mechanizmy władzy. - Każdy jest nieszczęśliwy, kiedy nie wiadomo dokładnie, kto rządzi.
-
Możliwe - przyznał Wulfrede. - Bywałem w państwach balansujących na krawędzi wojny domowej, gdzie niepokój wręcz wyczuwało się w powietrzu.
- Nie ma sensu spekulować, póki nie zorientujemy się we własnym położeniu - Druss położył kres domysłom. - Ale musimy być czujni.
- Nie widzę ani śladu poszukiwanego skarbu - powiedziała Malia.
- Aquilonia jest bogata - rzekł jej na to Ulfilo - lecz pospólstwo nie paraduje w złocie i klejnotach. A tutejsi władcy z pewnością kryją bogactwo w skarbcach.
- Być może nawet nie wiedzą o istnieniu skarbu - dodał Springald.
- Jak to? - zdumiał się Wulfrede.
-
Ci ludzie wielce przypominają tych, których kapitan Belphormis spotkał bliżej wybrzeża. Być może przybyli tutaj w ostatnich stuleciach. Jeżeli tak, mogą nie wiedzieć o skarbie i tych, którzy go przynieśli. Tak jak ludzie mieszkający obecnie w miejscu dawnego Pythonu prawdopodobnie nie mają pojęcia o istnieniu tego miasta.
- Zatem skarb może być nietknięty! - zawołał uszczęśliwiony Ulfilo.
- Ale i trudny do znalezienia - rzekła zaniepokojona Malia. - Kto wie, gdzie go ukryto?
-
Wskazówki, które Marandos dostał od stygijskiego kapłana, były całkiem wyraźne - zapewnił ją Springald. A obecny tu Sethmes, na pewno potrafi odnaleźć skarb.
Druss słuchał z zaciekawieniem. Po raz pierwszy słyszał o tych wskazówkach.
Malia się roześmiała.
- Springaldzie, przecież to zawsze ty przypominasz nam o ogromnym potoku czasu, który dzieli nas od upadku Pythonu! Niegdyś było to największe miasto świata, ale obecnie nikt nie wie, gdzie dokładnie leżało. Mimo to spodziewasz się, że tutaj wszystko będzie tak, jak w chwilę po odejściu tragarzy?
- No więc, hmmm...
-
Na razie mamy inne zmartwienia na głowie - przerwał mu Druss. - Najpierw upewnijmy się, czy nic nam nie grozi, potem możemy zająć się skarbem.
- Wiele ode mnie wymagasz - rzekł żałośnie Wulfrede - chcąc, żebym przestał myśleć o skarbie!
Nawet marynarze przyłączyli się do ogólnej wesołości. Malia śmiała się głośniej niż inni.
- Humor ci dopisuje, bratowo - stwierdził Ulfilo takim tonem, jakby uważał to za coś nieprzyzwoitego.
- Nie straciłam poczucia humoru. Popatrz na nas! Wyglądamy jak obszarpańcy, jak strachy na wróble, i szukamy w kraju dzikusów bogowie wiedzą czego, a zachowujemy się tak, jakbyśmy dźwigali na grzbietach wielki skarb i szli z nim do domu! Czy nikt poza mną nie dostrzega tej głupoty? - Głos zaczął się jej rwać i ostatnie słowa wypowiedziała ze szlochem.
-
Moje kochanie, nie ma potrzeby tak się denerwować - uspokajał ją Springald. - Znajdziemy skarb, a bez wątpienia ci naiwni krajowcy dadzą nam tragarzy. Zapłacimy im świecidełkami, gdy doniosą naszą zdobycz do miejsca, gdzie zostawiliśmy towary. I, nie zapominaj, że być może wkrótce znajdziesz się u boku swego męża!
- Och, tak, nie wolno mi o tym zapomnieć - mruknęła w odpowiedzi.
Słysząc to, Druss chętnie by się roześmiał, gdyby ich sytuacja nie była tak poważna. Gdy Aquilończycy zaczęli rozmawiać między sobą, zatrzymał się na chwilę i przyłączył do kapitana.
-
Ty też uważasz, że dojście do porozumienia z naiwnymi krajowcami będzie takie proste?
- Co? - zawołał z udawanym przerażeniem Wulfrede. - Spodziewasz się, że śmiem mieć odmienne zdanie niż nasi arystokratyczni przywódcy? Wstydź się, Drussie!
- Mój lud też by uważali za naiwnych dzikusów - warknął Cymmerianin. - Ale drogo zapłaciliby za swoją głupotę.
- My, Vanirowie, jesteśmy bardziej cywilizowani. Złożylibyśmy ich w ofierze jednemu z pomniejszych bogów, skoro nie nadają się do niczego innego.
-
A jednak Ulfilo jest wspaniałym wojownikiem, a Springald zabawnym człowiekiem, lojalnym w stosunku do przyjaciół. Nie, to myśl o skarbie mąci im rozum. Wmawiają sobie, że po przybyciu na miejsce sam wpadnie im w ręce, a oni zabiorą go i odejdą. Zaślepieni tą wiarą nie dostrzegają trudności, które się przed nimi piętrzą.
- Może masz rację, ale posłuchaj mnie uważnie. Jeżeli ten skarb jest tutaj, nie zamierzam odejść bez swojego udziału. - Błękitne oczy Vana przypominały dwie bryłki lodu i Druss wiedział, że kapitan nie zmieni zdania.
Znał ludzi z Nordheimu, Aesirów i Vanirów od wczesnej młodości. Byli hałaśliwi i lubowali się w rozlewie krwi, ucztowaniu, zbytkownym odzieniu i pięknych okrętach. Ponad wszystko kochali złoto, srebro, klejnoty i inne cenne rzeczy. Ich zachłanność czasami graniczyła z szaleństwem.
Druss, syn posępnej cymmeriańskiej rasy, nie był tak opętany żądzą bogactwa. W odróżnieniu jednak od swoich górskich pobratymców zasmakował w zbytkach i kiedy przebywał w cywilizowanych krajach, walczył o złoto, by przez jakiś czas pławić się w luksusie. Ale zawsze musiał wracać do twardego życia wojownika, i to również mu odpowiadało. Bogactwo samo w sobie nigdy nie stanowiło jego ostatecznego celu.
Wśród okropieństw i cudów czarnych krain, daleki był od zaprzedania się powabom skarbu. Myśl o powrocie do Asgalunu, o wysokiej zapłacie i udziale w zyskach była przyjemna, ale teraz wszystko to wydawało się nierealne. Od dnia rozpoczęcia podróży w głąb lądu stopniowo do głosu dochodziła jego pierwotna natura. Cuda i wspaniałości, jakie napotykali po drodze, oczyściły go z chciwości typowej dla cywilizacji. Był zachłanny, a jakże, lecz nie chodziło o bogactwo. Pragnął zobaczyć jak najwięcej tego cudownego kraju. Złoto tylko by mu przeszkadzało. Jednakże zgodził się na udział w misji i musiał dotrwać do końca.
Nie byli przygotowani na widok, jaki pod koniec marszu roztoczył się przed ich oczyma.
-
Ależ miasto! - sapnęła Malia.
Rzeczywiście, mur, który się przed nimi piętrzył, nie przyniósłby wstydu stolicom Aquilonii, Nemedii ani żadnemu innemu wielkiemu miastu Hyborii. Zdobiły go dziwne, tajemnicze płaskorzeźby. Za murem widzieli strzeliste wieże i dachy ogromnych budowli.
-
Z pewnością nie wznieśli go wieśniacy! - zawołał Wulfrede.
- Nie - rzekł Springald głosem ściszonym w nabożnej grozie. - Myślę, że patrzymy na miasto starożytnego Pythonu, być może jedyne jeszcze istniejące! Pomyślcie tylko! Państwo zostało starte z powierzchni ziemi, po hyboriańskim najeździe nie ostał się nawet kamień na kamieniu. Jednak tutaj, w głębi czarnych krain, nadal istnieje miasto tego cesarstwa.
-
To mi się nie podoba - powiedział Druss. - Jeżeli Pythończycy przybyli tutaj, aby ukryć królewski skarb, dlaczego zbudowali całe miasto? I popatrzcie, jak wielkie są te kamienie!
Zbliżyli się, żeby zobaczyć, o co mu chodzi. Głazy faktycznie były ogromne, najmniejsze wielkości tego, który znaleźli na przełęczy.
- Sądzę, że kamienna belka nad bramą ma dwadzieścia pięć kroków długości - powiedział Ulfilo. - Nie chciałbym być generałem, który dostał rozkaz zdobycia tego miasta taranami i machinami oblężniczymi.
Wojownicy nie pozwolili im na zatrzymanie się i dokładniejsze obejrzenie muru, tylko poprowadzili do bramy.
-
Ostatecznie zdobycie tego miasta nie byłoby takie trudne - zauważył Druss. - Popatrzcie na wrota.
- Jakie wrota? - zapytała Malia. - Nie widzę żadnych wrót.
- I o to chodzi. Kłody zgniły dawno temu, a okucia zostały rozkradzione.
- Tak. - Springald wskazał na kwadratowe otwory w podporach ogromnego nadproża. - Widzicie, tam były zawiasy. Drewno i metal nie zachowały się jak kamienie. Drewno zgniło, a ludzie zabrali metal, by wykuć z niego oręż.
-
Miejmy nadzieję, że zabrali tylko tyle - mruknął Wulfrede.
Zobaczyli, że większa część miasta popadła w ruinę. Opuszczone świątynie nie miały dachów, podobnie jak inne ogromne budowle, które niegdyś mogły być teatrami, sądami albo wielkimi halami targowymi. Mniejsze budynki były zamieszkane i wyglądały dość dziwacznie, będąc pokryte strzechami.
Znaczną grupę wśród licznych mieszkańców miasta stanowili wojownicy, wszyscy z białymi albo czarnymi pióropuszami. W cieniu strzech albo plecionych z trzciny daszków pracowali rzemieślnicy zajmujący się obróbką drewna i metalu, kobiety ubijały ziarno w żarnach wielkimi tłuczkami z twardego drewna. Powietrze przesycał zapach odchodów, wokół kręciły się kozy, bydło i drób. Większe zwierzęta pasły się w dawnych publicznych parkach albo ogrodach i sadach bogaczy. Scena była żywcem wzięta z wiosek typowych w tej części świata, pomijając dziwaczne tło ruin wielkiego i tajemniczego miasta.
Minęli rynek, gdzie zabijano i na miejscu oprawiano bydło i gdzie myśliwi zachwalali mięso z upolowanej zwierzyny. W jednym końcu na sznurach wisiały wielkie ryby wielkości człowieka.
- Dobrze, że nie wystawiają na sprzedaż ludzkiego mięsa - odezwał się jeden z marynarzy. - To już coś.
- Ale gdzie oni łapią takie ryby? - zaciekawił się inny. - Z pewnością nie w strumieniach, które mijaliśmy.
Ryby były nie tylko wielkie, ale wydawały się jakby zniekształcone. Miały bulwiaste, płaskie łby, niby ludzkie twarze, a przednie płetwy, wyposażone w pięć kościstych wyrostków, przypominały ręce.
- Nie wiem, jak wy - powiedziała Malia, z trudem opanowując mdłości - ale jeżeli dadzą nam rybę do zjedzenia, chyba zemdleję.
Ciągnęła za nimi gromada miejskich próżniaków i ciekawskich, którzy porzucili swoje zajęcia, żeby przyjrzeć się cudzoziemcom. Eskorta minęła dwa podesty, na których niegdyś stały wielkie pomniki, i znaleźli się na rozległym placu wyłożonym płytami w niesamowitym czerwonym kolorze. Plac otaczały ogromne, zrujnowane budowle, a naprzeciwko postumentów stała okrągła wieża mierząca sto stóp wysokości. Zachowała się w stanie nienaruszonym dzięki temu, że wzniesiono ją z wyjątkowo wielkich, ściśle dopasowanych kamiennych bloków. Wieżę otaczał spiralny pas płaskorzeźb, przerywany jedynie nielicznymi, wąskimi oknami.
-
Ilu ludzi uciekło z Pythonu ze skarbem? - spytał Druss.
- Ledwie parę statków - odparł Springald, zdumiony roztaczającymi się wokół nich wspaniałościami.
- Zatem skąd wzięli siłę roboczą? Zbudowanie jednego grobowca dla stygijskiego władcy wymaga pracy wszystkich ludzi prowincji, a i tak mogą strawić na tym całe życie.
- Nie... nie wiem, ale musi istnieć jakieś wyjaśnienie - zająknął się Springald. - Może ta dolina była gęsto zaludniona i Pythończycy zmusili do pracy tubylców.
- Starczy - przerwał mu Ulfilo. - Mamy ważniejsze rzeczy na głowie.
Eskorta zatrzymała się przed kamienną platformą u stóp wieży. Wokół niej stały wysokie słupy, a szczyt każdego wieńczyła czaszka. Niektóre lśniły wybielonymi przez słońce kośćmi, do innych przylegały płaty wysuszonej skóry, były wśród nich także niedawno odcięte głowy.
- Wygląda to dość ponuro - skomentował Ulfilo.
- Widzisz jakieś znajome twarze? - zapytał Wulfrede.
Malia zadrżała, słysząc to pytanie.
-
Żadna głowa nie należała do białego - rzekł Springald. - Co do reszty, wszystkie czaszki wyglądają podobnie.
W drzwiach wieży coś się poruszyło i wszyscy ludzie na placu, nie wyłączając eskorty, padli na twarze. Wznieśli prawe ręce, wnętrzem dłoni w stronę drzwi, i wyskandowali pozdrowienie.
Człowiek, który się pojawił, miał siedem stóp wzrostu.
Potężne mięśnie grały mu pod skórą. Miał na sobie jedynie krótką spódniczkę z lamparciej skóry i ozdoby. Prezentował się imponująco i można by nazwać go również przystojnym, gdyby nie wyjątkowo liczne tatuaże. Pokrywających jego ciało malowideł było tak dużo, że mężczyzna wyglądał jak odziany w strój z czarnych guzełków.
Tuż za nim, lekko z boku, powłóczyło nogami maleńkie, pomarszczone stworzenie nieokreślonej płci. Ta groteskowa istota otworzyła różowe bezzębne usta i wrzasnęła coś przenikliwie.
W jednej chwili wojownicy z eskorty zerwali się, złapali podróżników za ramiona i rzucili na kolana.
-
Nie uklęknę przed żadnym dzikusem! - krzyknął Ulfilo.
- W normalnych okolicznościach też bym tego nie zrobił - rzucił oschle Wulfrede. - W tym przypadku jednakże może to być jedyne rozsądne wyjście.
-
Tak, daruj sobie na razie uszczerbek na honorze - warknął Druss. - Później będzie czas na zemstę.
Za olbrzymim mężczyzną pojawiła się barwna świta. Niespotykanie piękne kobiety niosły wachlarze, kwiaty albo naczynia z dymiącym kadzidłem. Karły pląsały w rytm bębnów, rogów i piszczałek. Rosły mężczyzna o twarzy wymalowanej na podobieństwo trupiej czaszki niósł na ramieniu miecz. Ostrze było szerokie, lekko wygięte w łuk i zakończone ukośnie. Wędrowcy domyślili się, że to katowskie narzędzie.
Olbrzym powiedział coś i do przodu wysunął się mężczyzna średniego wzrostu. Był ubrany w szatę w czerwone i niebieskie pasy, na ramionach i szyi miał liczne ozdoby. Ku wielkiemu zdumieniu podróżników, przemówił do nich w bezbłędnym kushyckim.
-
Kim jesteście i dlaczego przychodzicie do kraju króla Nabo? Cudzoziemcom nie wolno stąpać po uświęconej ziemi doliny.
- A jednak sam jesteś tu obcy, na co wskazuje wygląd i mowa - odpowiedział Druss. - Założę się, że jesteś potomkiem Stygijczyka i Kushytki.
Mężczyzna się zdumiał.
-
Faktycznie. Przybyłem tu jako niewolnik, pojmany za górami i sprzedany przez handlarzy. Wspinałem się po szczeblach kariery i teraz jestem doradcą króla Nabo. Pytam raz jeszcze: co was tu sprowadza?
- Szukamy mojego brata - powiedział Ulfilo. - Nazywa się Marandos, i jakiś czas temu wyruszył ze swoimi ludźmi. Mamy powody, by wierzyć, że przeżył drogę przez przeklętą przełęcz i dotarł do tego królestwa.
- A czego tu szukał?
Było to drażliwe pytanie, gdyż nie wiedzieli, co ich czeka. W otoczeniu tego potężnego i wojowniczego ludu przyznawanie, że poszukują skarbu, mogłoby okazać się nierozsądne. Na wszelki wypadek wcześniej obmyślili, co powiedzą.
-
Mój brat jest kupcem i przybył tutaj w poszukiwaniu rynków zbytu na swoje towary: metale, ubrania i inne dobra z północy. Widziałeś go?
Mężczyzna przetłumaczył. Ku ich zdumieniu maleńka, pokraczna postać wybuchnęła przeszywającym śmiechem. Potem wymamrotała coś, wskazując kościstym, szponiastym palcem na przybyszy.
-
Pani Aghla mówi, że kłamiecie! - zawołał tłumacz. Jego słowa wyjaśniły kwestię płci wrzaskliwej kreatury. -
Mówi, że jesteście zdradzieckimi złodziejami, którzy przybyli splądrować nasz kraj.
- A dlaczego tak sądzi? - zapytał Ulfilo, urażony do żywego.
- Mówi, że szukacie skarbu, starożytnego bogactwa bogów.
-
Ale co z Marandosem? - zapytał Springald.
W tej chwili ktoś kichnął w tłumie gapiów. Król Nabo mimowolnie spojrzał w tamtą stronę, a Aghla natychmiast wskazała winowajcę palcem i coś wrzasnęła. Strażnicy momentalnie rzucili się w tłum i wyciągnęli trzęsącego się nieszczęśnika. Był to mężczyzna odziany w spódniczkę, nie nosił żadnych ozdób. Wnosząc z wiórów, jakie przywierały do jego włosów i ubrania, musiał być rzemieślnikiem.
Król skinął niedbale na kata, a ten z powagą podszedł do ofiary, którą strażnicy rzucili na kolana. Stosowanie siły nie wydawało się konieczne, mężczyzna bowiem nie walczył, ale z rezygnacją poddał się przeznaczeniu. Kat złapał oburącz długą rękojeść miecza i zawirował ostrzem wokół skazańca w takt bicia w bębny. Kreślił mieczem w powietrzu skomplikowane arabeski, od czasu do czasu przyskakując i muskając ostrzem kark ofiary.
Za każdym razem, gdy zimne żelazo dotykało skóry, skazaniec krzywił się w straszliwych katuszach. Twarz mu poszarzała, ślina skapywała z obwisłych ust. Już wyglądał na martwego.
-
Dlaczego nie zabiją tego biednego durnia od razu? - warknął Druss.
Z obłąkańczym wyciem kat wyskoczył w powietrze, obrócił się dwa razy i wylądował na odległość ramienia od więźnia. Szerokie ostrze zatoczyło zamaszysty łuk i głowa ofiary, z rysami zakrzepłymi w wyrazie przerażenia, poszybowała w stronę platformy. Strażnicy puścili wstrząsany drgawkami i bryzgający krwią tułów.
Aghla z dziwacznym gulgotem złapała głowę w locie. Podniosła ją wysoko i zaczęła tańczyć, podobnie jak oprawca, nie zwracając uwagi na krew zalewającą jej brudne łachmany. Dotarła w podskokach do krawędzi podium i wbiła swoje trofeum na pusty pal, czemu towarzyszył śmiech i okrzyki zadowolenia zgromadzonego tłumu.
- Nie mam pojęcia, co to znaczy - rzekł Springald. - Wiem tylko jedno: kichanie w obecności króla jest niewskazane.
- Mam nadzieję, że mistrzowie etykiety na tym dworze nie są zbyt liczni - dodała Malia.
Król Nabo powiedział coś do tłumacza.
- Mój pan życzy sobie wiedzieć, kto was tu przyprowadził.
-
Kierowaliśmy się zapiskami starożytnego podróżnika - wyjaśnił Springald. Podniósł jedną ze swoich ksiąg. Tłumacz wziął ją i podał królowi, pokazawszy uprzednio, jak się przewraca kartki. Nabo obejrzał parę stron, potem przemówił.
-
Król nie wierzy, że znaczki na kartkach mogły przeprowadzić ludzi przez wielkie i nieznane krainy. Chce wiedzieć, kto był waszym przewodnikiem.
- Nie rozumiesz - zganił go uczony. - Ten, kto posiadł sztukę czytania, może poznać sekrety odległych krain.
- Ja to rozumiem - obruszył się tłumacz. - Widziałem wiele książek i umiem czytać po stygijsku. Spróbuję wyjaśnić to Nabo. - Tłumacz i król pogrążyli się w rozmowie, lecz po chwili monarcha zmarszczył brwi i pokręcił głową. Aghla, która przysłuchiwała się im zachłannie, wyskrzeczała coś jękliwie.
-
Król upiera się, że musieliście mieć przewodnika, który przeprowadził was przez pustynię i góry, a Aghla twierdzi, że twoje pismo to magia, która nie ma żadnej mocy w tej krainie.
Ktoś z was mówi coś do tłumacza, jaki działa w imieniu króla? Wygląda na to, że nie bardzo wam wierzą, że mogliście tu dotrzeć bez przewodnika. Aktualnie Springald się tłumaczy.