PBF - Skarb Acheronu - Conan na Fate

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 23 kwietnia 2014, 10:01

Dolina skarbu

- Nie przyszliśmy tutaj odprawiać czarów - rzucił niecierpliwie Ulfilo - ale by odnaleźć mojego brata. Nie powiesz nam, co ci o nim wiadomo?
- Denerwowanie Nabo nie jest rozsądne - ostrzegł tłumacz, nieznacznym ruchem wskazując ściętą głowę.
- Zatem powiedz królowi, że nasze zamiary są całkowicie pokojowe - rzekł Springald - i że pragniemy ochrony i gościny w tym kraju na czas poszukiwania naszego zagubionego krajana.
Tłumacz przełożył słowa uczonego. Nabo skinął głową, jego usta skrzywiły się w uśmiechu. Aghla zachichotała, a ten dźwięk, o ile to w ogóle możliwe, był jeszcze bardziej odrażający niż jej piski wściekłości.
- Nie podoba mi się ten rechot - powiedziała z grymasem Malia.
- Kim jest ta pokraka? - mruknął Wulfrede. - Doradcą? Czarownicą? Błaznem?
Druss parsknął.
- Z tego, co widać, może być matką tego nadętego łajdaka.
- Potrafię w to uwierzyć, bo niedaleko pada jabłko od jabłoni - powiedziała Malia. - Oboje są potworami.
Zamilkli, gdy tłumacz przemówił do nich.

- Mój pan wita was i zaprasza. Zostaniecie tutaj, w jego królewskiej siedzibie, a dziś wieczorem odbędzie się wielka uczta na waszą cześć.
- Musimy zgodzić się bez zastrzeżeń - zadecydował Springald.
- Tak - potwierdził Tranicos po aquilońsku. - W tej chwili nasze życie wisi na włosku, a jeśli chcemy stąd odejść, ze skarbem albo i bez niego, trzeba dowiedzieć się czegoś więcej o tym kraju i jego mieszkańcach.
- Zgoda - powiedział Ulfilo, po czym zwrócił się do tłumacza: - Przekaż nasze najserdeczniejsze podziękowania swojemu panu i powiadom go, że jesteśmy wdzięczni za gościnę po długiej i obfitującej w trudy podróży.
Król wydawał się zadowolony z odpowiedzi. Przemówił do tłumacza i gromady stojących za nim sług, potem odwrócił się i zniknął w drzwiach wieży.
- Chodźcie ze mną - nakazał tłumacz. - W czasie waszego pobytu będziecie mieszkać w domu króla.
- Wolałbym gdzieś indziej - mruknął Ulfilo - ale nie ma rady. Chodźmy. Drussie, Wulfrede, zwracajcie uwagę na wszystkie wyjścia.
Van zachichotał.
- Zawsze tak robię, bo czyż nie jest powiedziane w Poemacie o dobrej radzie: Przed wejściem do domostwa bacz na jego okna i drzwi, może bowiem się zdarzyć, iż będziesz musiał wyjść spiesznie, i to drogą inną od tej, którą wszedłeś?

- Taki poemat mógł ułożyć tylko Van - skomentowała Malia ze śmiechem.
- Jesteśmy praktycznym ludem. Ten poemat jest pełen takich przykazań.

Podążyli za tłumaczem do wielkiej kamiennej wieży. Jej wnętrze było o wiele obszerniejsze, niż można by sądzić patrząc z zewnątrz, i niesamowite, gdyż ściany, sufity i podłogi stykały się pod dziwnymi kątami. Wokół wznosiły się liczne schody i podesty, które zdawały się prowadzić donikąd. Do starożytnej kamiennej konstrukcji krajowcy dodali przepierzenia i stropy z drewna, bambusa i palmowych liści.
- Co za szaleniec to zbudował? - zapytał Vanko.
- Nie... nie potrafię powiedzieć - wydukał Springald. - Konstrukcja murów jest bardzo podobna do wczesnostygijskiej, ale projekt - nigdy czegoś takiego nie widziałem, pomijając pewne bardzo dawne rysunki, zawsze uważane za prace obłąkanego artysty.

Król i jego świta zniknęli w jakiejś mrocznej części labiryntu.
Tłumacz poprowadził Drussa i jego towarzyszy schodami i podestami do sąsiadujących z sobą komnat, oświetlonych przez wysokie, wąskie okna. Tutaj ściany i sufity też były krzywe. Pomieszczenia wysprzątano, a ich podłogi zasłano świeżym sitowiem.
- Patrzcie! - zawołała Malia, wskazując na okno.
Stłoczyli się przy nim i ze zdumieniem zobaczyli rozległe jezioro. Jego woda była dziwnie ciemna i wydawała się nienaturalnie spokojna.

- Teraz wiemy, skąd pochodzą ryby - stwierdził Chen Shu.
- Takie dziwadła faktycznie mogą pochodzić z takiego jeziora - rzekł Springald. - Nie podoba mi się ono.
- Tak - przyznał niespokojnie Druss. - Jest w nim coś niesamowitego.
Jezioro było prawie doskonale okrągłe i leżało w samym środku doliny, w jej najniższym punkcie. Najwidoczniej zasilały je wszystkie okoliczne strumienie.
- Musi być gdzieś odpływ, ale ja żadnego nie widzę.
- Może woda odpływa do podziemnych jaskiń - zaryzykował Springald.
- Na razie mamy do rozwiązania ważniejsze zagadki - przypomniał im Ulfilo. Odwrócił się od okna i usiadł na pęku sitowia. - Na przykład: Dlaczego ci ludzie nie powiedzieli nam nic o Marandosie? Możemy być pewni, że dotarł do tej doliny. Dlaczego ukrywają to przed nami?
- Może go zabili - podsunął Springald.

- Widziałeś, jak zarżnęli człowieka za kichnięcie - powiedział Druss. - Nie sadzę, żeby król Nabo zawracał sobie głowę ukrywaniem egzekucji.
- Może nic o nim nie wiedzą - rzekła Malia. Nadal stała przy oknie i patrzyła na jezioro.
Ulfilo miał wątpliwości.
- Jak mogliby nie wiedzieć?
- Popatrzcie na te niskie wzgórza. Czy mi się wydaje, czy też widać tam jeszcze jedno miasto?
Jeszcze raz zbliżyli się do okien. Palec Malii wskazywał skupisko budowli na drugim brzegu jeziora.

- Może on jest tam! - zawołała. - Być może tę dolinę zamieszkują dwa rywalizujące ze sobą plemiona.
Ulfilo podrapał się po brodzie.
- Tak, to możliwe. Ale nie mamy sposobu, żeby się dowiedzieć, czy ten stos kamieni jest zamieszkany.

- Nie widzę dymu - powiedział Wulfrede - ale z tej odległości może być niewidoczny. Wieczorem powinniśmy zobaczyć światła pochodni.
Zoriab odwrócił się do tłumacza i przemówił doń po kushycku.

- Co to za miasto tam na wzgórzach?
- Nic takiego - zapewnił go pospiesznie doradca. - Tylko stare ruiny. - Na jego twarzy odmalował się strach.
- Nie naciskaj go - poradził cicho Ulfilo.
- Jak się nazywasz? - zapytał Druss.
Mężczyzna się uspokoił.

- Jestem Khefi. Jak się domyśliłeś, mój ojciec był Stygijczykiem i prowadził interesy z kupcami i handlarzami niewolników nad rzeką Zarkhebą. Matka, jego nałożnica, pochodziła z Kushu. Gdy raz przeganiano stado bydła na targ na południe od Zarkheby, zostałem porwany przez łowców niewolników i przez prawie dwa lata sprzedawano mnie z jednego targowiska na drugie. Wreszcie kupili mnie niscy, skośnoocy ludzie nie znanej mi rasy. Przywiedli tutaj, przez jaskinię pod stromym pasmem górskim na północy. Sprzedali mnie ojcu króla Nabo. Początkowo byłem pasterzem, ale szybko awansowałem, jestem bowiem zdolny i znam języki inne niż te używane w dolinie.

- Przybyli tu handlarze, którzy cię sprzedali - powiedział Wulfrede - a ty tłumaczysz słowa cudzoziemców. Zatem wstęp do tej doliny nie jest zakazany dla obcych, jak mówiłeś.
Khefi wzruszył ramionami.
- Żaden lud nie pragnie całkowitego odcięcia od świata. Król Nabo potrzebuje stali i ubrań, a mieszkańcy cenią sobie kolorowe szklane paciorki i pstrokaty perkal. Ale cudzoziemcom nie wolno tu zostawać dłużej, niż na czas potrzebny na wymianę towarów.
- A jak my zostaniemy potraktowani? - zapytał Ulfilo.
- To zależy od mojego pana. Tutaj jest tylko jedno prawo: król Nabo. Dzisiaj was przyjmuje. Jeżeli będzie zadowolony, może odeśle was z podarkami. Jeżeli nie... - wzruszył ramionami - prawdopodobnie zabije.
Rozdzielono was z eskortą, żołnierze wasi i marynarze oraz ochrona Ufilia są poza pałacem króla. Ugoszczono waszych ludzi i nie odebrano im broni, ale w pałacu jesteście wy, wasi pracodawcy i Sethmes oraz 5 jego ludzi. Wulfrede ma 4 marynarzy tylko jako ochronę.
Dostaliście pewne informacje, chcecie coś przedsięwziąć, o coś spytać tłumacza? Czekam.
Ostatnio zmieniony 23 kwietnia 2014, 10:39 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 23 kwietnia 2014, 11:56

Potem to ładnie rozpiszę, bo do poniedziałku mam hardcore w pracy. Generalnie grzecznie, lecz czujnie idę gdzie nas prowadzą, rozglądając się po ścianach, szukając jakichś symboli religijnych itp- próbuję odgadnąć, komu skąłdają cześć.

Waylander
Reactions:
Posty: 476
Rejestracja: 08 listopada 2012, 08:12

Post autor: Waylander » 23 kwietnia 2014, 16:29

- Możesz nam opowiedzieć trochę o okolicy, nie wiemy nawet jak nazywa się miejscowy lud....

Dalsze pytania są o jezioro i o dziwne ryby. Zapytam się jeszcze raz o tamto miasto, ale jak nie będzie chciał mówić to nie naciskałbym żeby go nie zrazić.

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 23 kwietnia 2014, 22:38

- Czy w ostatnim czasie przybywali tutaj kupcy podobni do nas? - zapytał Zorian, wskazując siebie oraz pozostałych akwilończyków.
Ogólnie przysłuchuje się rozmowom, a oprócz tego przyglądam się strażnikom: jak są uzbrojeni, jakie mają zwyczaje, jak się na nas patrzą.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 24 kwietnia 2014, 12:00

Miejscowy lud to Atlajowie panie, odrzekł Khefi, co do innych podróżnych to dawno tu żadnych nie było, może buntownicy z miasta po drugiej stronie jeziora ich napadli.
Wyśpijcie się, jutro uczta na waszą cześć.
Strażnicy, są dyskretni, nie są wrodzy, ale czujni. Ostra stal dobrej jakości, duże tarcze i brak zbroi.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 24 kwietnia 2014, 12:01

Władca jeziora

Udało im się zasnąć, chociaż było dopiero popołudnie. Przebudził ich dźwięk bębnów. Służące przyniosły dzbany z wodą i szaty uszyte z materiału dostarczanego przez kupców. Wszyscy oprócz Drussa zrzucili łachmany, w które przemieniło się ich podróżne odzienie, i założyli barwne stroje, nie zapominając o przypasaniu broni.
- Jak na razie jesteśmy traktowani z należnym szacunkiem - rzekł z nadzieją Springald.
- W każdej chwili może to ulec zmianie - ostrzegł Ulfilo. - Władcy zawsze są kapryśni.
- Te kobiety nie zaliczają się do szpetnych - zauważył marynarz o twarzy przeciętej blizną. - Jak myślicie, co mieści się w granicach królewskiej gościnności?

- Trzymaj łapy z daleka od kobiet - warknął surowo Ulfilo. - Jeszcze za mało wiemy. Mógłby to uznać za śmiertelną obrazę. Zaczekaj, dopóki wyraźnie nie da do zrozumienia, że możesz sobie z nimi swobodnie poczynać.
- Trudno o coś takiego pytać. A od dawna obywamy się bez kobiecych wdzięków.
Jego słowa poparł zgodny pomruk pozostałych majtków.
- Ten król kazał ściąć głowę za kichnięcie w swojej obecności - przypomniał Druss z krzywym uśmiechem. - Jak myślicie, co obetnie za swawolenie z jego poddankami?
Marynarze szybko spoważnieli i zostawili jego uwagę bez komentarzy.

Kiedy zachodzące słońce zabarwiło wody jeziora złowieszczą purpurą, do komnaty wszedł Khefi.
- Król wydaje ucztę na waszą cześć. Bądźcie uprzejmi podążyć za mną.
Ulfilo zwrócił się do Springalda.
- Weź sakwę z prezentami. Mamy parę drobiazgów, których nawet król nie uzna za niestosowne. - Do innych powiedział: - Życzę sobie, żeby wszyscy zachowywali się przyzwoicie. Nie po to przedsięwzięliśmy tak długą podróż i narażaliśmy się na tyle niebezpieczeństw, by nasze kości zostały w tej obcej ziemi albo by wrócić do domu z pustymi rękoma.
- Pod tym względem w pełni się z tobą zgadzam - zapewnił gorąco Wulfrede.

- Mam nadzieję, że na ucztach nie podają dań rybnych - powiedziała Malia.
- Jedz, co ci dadzą, i to z uśmiechem - poradził Tranicos. - Istnieją rzeczy dużo gorsze od jedzenia odrażających ryb.
Wyszli z wieży na podest i zasiedli na wskazanych poduszkach ze skóry zebry. Za ich plecami stanęli służący, chłodząc ich usłużnie wachlarzami. Poprzebierani tancerze wirowali w takt muzyki bębnów i fletów. Mężczyźni w maskach demonów harcowali na szczudłach, uderzając jeden drugiego nadmuchanymi pęcherzami, a między nimi przewijały się prawie nagie kobiety, których ciała lśniły natarte oliwą. Dzieci klaskały w ręce i śpiewały do wtóru dziwnie urywaną pieśń.
Taniec i śpiew osiągnęły apogeum, gdy z wieży w towarzystwie orszaku wyłonił się król. Za nim podążała odrażająca Aghla.

- Kim jest ta wstrętna stara małpa? - zapytał Vanko.
- Uważaj, co mówisz - przestrzegł Khefi. - Ona potrafi czytać w sercach ludzi, nawet gdy nie rozumie ich języków. Jest członkiem królewskiej rodziny, być może praprababką króla. Podobno ma ponad dwieście lat i przedłuża życie z pomocą niewyobrażalnych obrzędów. Broni Nabo przed czarnoksięskimi spiskami. Każdy, kto wzbudza jej podejrzenia, umiera okropną śmiercią.
- W takim razie wszyscy tutaj muszą być zagrożeni - powiedział Chen Shu - bo chyba nikt nie myśli pochlebnie o tej pokrace.
Król usadowił się na swojej poduszce, z Aghlą u boku. Na jego znak cudzoziemcom podano tykwy z pienistym piwem. Wulfrede pociągnął długi łyk i z uznaniem oblizał wargi.
- Nie jest to piwo z północy - oświadczył tonem znawcy - ale da się wypić. Może ci ludzie nie są wcale takimi dzikusami, na jakich wyglądają.

Postawiono przed nimi misy z owocami, mięsiwem i płaskimi plackami. Podróżnicy rzucili się łapczywie na jedzenie. Z ulgą zauważyli, że nie podano ryby. Między jednym daniem a drugim Ulfilo ceremonialnie podarował królowi Nabo piękny naszyjnik ze srebrnych, emaliowanych płytek i sztylet z rękojeścią rzeźbioną w krysztale. Król zdawał się zadowolony, ale Aghla przypatrywała się im lśniącymi, czarnymi ślepkami, rozdziawiając bezzębne usta w złośliwym uśmiechu.
- Spojrzenie tej małpy odbiera mi apetyt - burknął Wulfrede.
- Wydaje mi się, że i tak oddajesz potrawom należną sprawiedliwość - zauważyła Malia.
Van oderwał udziec gazeli.
- Miałbym obrazić gospodarza? Poza tym, kto wie, kiedy znów będziemy jedli? Trzeba się opchać, gdy jest okazja. - Wprowadzając słowa w czyn, zatopił zęby w aromatycznym mięsie.

Uczta trwała, dopóki wszyscy nie najedli się do syta i nie wypili tyle, ile uznali za stosowne. Druss pojadł sobie przyzwoicie, ale powstrzymywał się od nadużywania piwa i palmowego wina. Towarzystwo było zbyt mało znane, a okoliczności zbyt niepewne. Zauważył, że Ulfilo i Springald zachowują podobną wstrzemięźliwość. Wulfrede nie odczuwał takiego przymusu, ale mimo licznych wypitych tykw trzymał się całkiem nieźle.
Gdy tylko księżyc ukazał się nad wzgórzami na wschodzie, król Nabo wstał i klasnął w dłonie. Bębny umilkły, a niewolnicy uprzątnęli resztki po uczcie. Na tyłach zgromadzonego tłumu zaczęło się jakieś zamieszanie. Dwaj strażnicy przepchnęli się do przodu, wlokąc między sobą młodą kobietę w miedzianej obroży na szyi. Nieszczęsna różniła się od mieszkańców doliny. Twarz miała okrągłą, rysy niezbyt wyraziste i ciało bez tatuaży. Była wyraźnie przerażona. Król powiedział coś i jego poddani wybuchnęli śmiechem. Wyglądało na to, że strach kobiety nikogo nie wzrusza.
- Co ona zrobiła? - zapytał Wulfrede. - Nie słyszałem kichania.

- Nic nie zrobiła - odparł Khefi. - Po prostu jest niewolnicą. Dziś w nocy zostanie podarowana duchom rzeki.
Na te słowa włos zjeżył się na karku Drussa.
- Złożona w ofierze?

- Tak. Tutaj głównie z tego powodu kupują niewolników. Ich duchy domagają się ludzkiej krwi, tubylcy wolą więc zabijać niewolników, niż wybierać spośród siebie. W czasie wielkich uroczystości w jeden dzień ginie mnóstwo ludzi.
- To nieludzkie! - oburzyła się Malia.
Wulfrede wzruszył ramionami.
- Mój lud też od czasu do czasu składa ofiary z ludzi. A ci mogą zażynać się do upojenia, niewiele mnie to obchodzi.
- Tak - mruknął szczerbaty marynarz. Z powodu wypitego wina seplenił bardziej niż zwykle. - Wiele razy woziłem niewolników z Czarnego Wybrzeża, i zazwyczaj więcej tego bydła zdychało, niż przeżywało podróż. To bezwartościowe stworzenia. Nie przejmujcie się losem tej baby.

Palce Drussa zacisnęły się na rękojeści.
- Nie lubię niewolnictwa, i nie lubię składania ludzi w ofierze. A szczególnie nie lubię ohydnych demonów, które żądają ludzkiej krwi. To wstrętne.
- Przypominam ci - rzekł stanowczo Ulfilo - że jesteśmy nieliczni, a ich jest mnóstwo. Nasz gospodarz... - wymówił te słowa z najwyższą pogardą - nie podziela twoich uczuć.
Znów odezwały się bębny, tym razem wybijając powolny, hipnotyczny rytm. Niewiasty ozdobiły niewolnicę girlandami kolorowych, wonnych kwiatów. Kobieta, z rękoma związanymi za plecami, została otoczona przez wojowników. Król wstał i wziął z rąk sługi pochodnię. Wzniósł ją wysoko i przemówił do ludu.
- Król mówi: Dzięki żyznej ziemi i obfitym plonom mieliśmy bogatą ucztę. W podzięce nakarmimy naszych bogów, którzy nie spożywają darów ziemi ani mięsa zwierząt, tylko ciało i krew mężczyzn i kobiet.

- Musimy iść? - zapytała Malia. Była jeszcze bledsza niż zwykle.
- Gdybyście tego nie zrobili, obrazilibyście duchy - ostrzegł ich Khemi. - Jeżeli chcecie żyć i nie wypaść z łask króla, musicie wziąć udział w obrzędzie.
Niechętnie przyłączyli się do procesji, która ruszyła naokoło wieży. Z drugiej strony zaczynał się długi kamienny pomost, który na sto kroków wżynał się w jezioro. Powietrze cuchnęło bagnem, gnijącymi resztkami roślin i zwierząt. Ofiara szła pokornie, z rezygnacją, niczym prowadzone na rzeź ciele. Przed nią tańczyła Aghla. Wiedźma śmiała się obłąkańczo i wirowała na pałąkowatych nogach z chyżością podlotka. Śpiewała, a raczej skrzypiała wysokim, zawodzącym głosem, i od czasu do czasu krzyczała w ekstazie.

- Nie powinno się wzywać bogów tak, jak wieprze do koryta z pomyjami - mruknął Springald.
- Obawiam się, że bogowie tej krainy mają niewielkie wyczucie smaku. - Malia przywołała na pomoc całe swe opanowanie i robiła, co mogła, żeby na jej twarzy nie odbiły się prawdziwe uczucia: przerażenie i odraza.
Ludzie podjęli śpiew. Ich głosy wznosiły się i opadały przerywane klaskaniem i szaleńczym biciem w bębny. Mimo dziwacznych i okropnych okoliczności, pieśń była niepokojąco piękna.
Procesja dotarła do końca pomostu. Aghla stanęła na samym skraju, wzniosła laskę i zawołała do bogów. Początkowo kontynuowała pieśń, która stopniowo przechodziła w nieludzkie dźwięki. Jej usta obryzgane śliną wydawały dziwaczne i odrażające odgłosy. Jakby w odpowiedzi, w wodzie coś zaczęło się zmieniać.

- Co to jest? - syknęła Malia.
Wskazywała na purpurową plamę, która pojawiła się na powierzchni jeziora i pulsowała niepokojąco. Potem zobaczyli, że plama nie znajduje się wcale na powierzchni, ale raczej wynurza się z głębi jeziora. Powoli stawała się coraz większa. Cokolwiek to było, zbliżało się.
Wynurzyło się tak niespodziewanie, że cudzoziemcy drgnęli przestraszeni. Po chwili coś wystrzeliło z wody i opadło. Zobaczyli ogromne, zdeformowane ryby, które wyskakiwały z toni niczym ławica w ucieczce przed rekinem. Słabe światło ograniczało widoczność, ale przybysze z północy dostrzegli, że stworzenia nie przypominają niczego, co zwykle zamieszkuje słodkowodne zbiorniki. Niektóre młóciły powietrze długimi mackami, inne rozpościerały skrzydła podobne do nietoperzych. Ze zgrozą zobaczyli mnóstwo ryb wielkości kałamarnicy, które miały coś w rodzaju rąk i używały ich do upychania różnych paskudztw w pyskach.
- To sprzeczne z naturą! - zawołała Malia.
- A myślałaś, że będzie inaczej? - zapytał Springald.
Cymmerianin siłą woli powstrzymywał się od odejścia. Czary i inne plugastwa zawsze budziły w nim wstręt.

Gdy śpiew Aghli osiągnął apogeum, woda w jeziorze wybrzuszyła się i zapłonęła krwawym blaskiem. Pod powierzchnią można było dostrzec ohydnego stwora złożonego z macek, galaretowatego mięsa i niezliczonych wytrzeszczonych ślepi, w których płonęło czyste zło.
- Co to jest? - wrzasnął jeden z marynarzy. Jego towarzysze zadygotali z przerażenia i wlepili oczy w potwora.
- Zostać na miejscach! - warknął Wulfrede.
- Ikhatun! - zawyła Aghla. - Ikhatun! Ikhatun!

Woda rozstąpiła się, spływając kaskadami po ogromnych bokach potwornego boga. Czerwone płomienie pełgały po chropawej czarnej skórze, od której bił niewiarygodny smród. Aghla usunęła się na bok, a król Nabo pchnął do przodu niewolnicę. Na widok szkarady z dna jeziora kobieta otrząsnęła się z otępienia i jej twarz wykrzywił grymas przerażenia. Stwór wlepił w ofiarę liczne ślepia. Od bezkształtnego korpusu oderwała się długa, pokryta śluzem, rozdygotana macka i powoli skierowała się w stronę niewolnicy. Kobieta zaczęła się szamotać, ale król trzymał ją mocno za związane ręce.
Ofiara wrzasnęła obłąkańczo, gdy poczuła oślizgły dotyk potwornej macki, zakończonej przyssawką z szeregiem ostrych kłów. Gdy król się odsunął, stwór schwycił kobietę i uniósł wysoko. Niewolnica zawyła w krańcowym przerażeniu, gdy macka zaczęła się zaciskać. Wrzask wibrował w powietrzu zdawałoby się w nieskończoność.

Jeden z marynarzy wybełkotał coś niezrozumiale i rzucił się do ucieczki. Wulfrede chciał go zatrzymać, ale nie zdążył. Oko potwora wyśledziło ruch na pomoście i z tułowia wystrzeliła kolejna macka. Jej najeżony zębami koniec owinął się wokół przerażonego marynarza. Stwór wzniósł wysoko wyjącego mężczyznę. Macki zacisnęły się na ciałach ofiar i grube strumienie krwi polały się w ohydną jamę. Krwistoczerwone iskry zamigotały i zaskwierczały na czarnej skórze ze zdwojoną furią. Wreszcie potwór rozluźnił uchwyt. Z marynarza i niewolnicy pozostały strzępy mięsa i zdruzgotane kości. Szczątki wpadły do pyska, który zamknął się z obleśnym mlaśnięciem. Potwór zagulgotał i zahukał, potem zaczął się zanurzać. Kiedy zniknął w głębi jeziora, podążyły za nim mniejsze stworzenia.
Krajowcy odwrócili się i odeszli do swoich domostw. Goście stali wstrząśnięci, ale opanowani, jedynie czterej pozostali przy życiu marynarze wyglądali tak, jakby zaraz mieli odejść od zmysłów ze strachu. Aghla zaszczyciła ich milczącym uśmiechem, jakby wiedziała, że będą następnymi ofiarami i uznała to za niezwykle zabawne.
W milczeniu wrócili do swoich kwater. Malia odezwała się pierwsza, gdy szykowali sobie posłania ze słomy.

- Co to było? Czy był to prawdziwy bóg?
- Nie sądzę - odparł Springald, zzuwając połatane buty.
- Co masz na myśli? - zapytał Ulfilo.
- Kształt i ogólny wygląd sugerują, że to coś nie pochodzi z tego świata. - Głos miał ściszony i pozbawiony zwykłej jowialności.
- Ale czy to bóg? - zapytał Wulfrede.
Uczony wzruszył ramionami.

- Wiemy, że jest potężny. Dzierży wielką władzę nad tutejszym ludem. Myślę, że odmienił naturę wszystkiego, co żyje w jeziorze. Bóg czy nie, posiada boską moc.
- Nie obchodzi mnie, czym jest to obrzydlistwo - powiedział Druss. - I nie dbam o ludzi, którzy je czczą. Chyba powinniśmy wynieść się stąd jak najszybciej.
- Nie będę się kłócił - poparł go Ulfilo - bo nie znaleźliśmy tutaj ani mojego brata, ani skarbu. Ale dokąd moglibyśmy pójść?
Druss stanął przy oknie i wskazał na drugą stronę jeziora.
- Patrzcie.
Wstali i stłoczyli się przy parapecie. Na wzgórzach za jeziorem, gdzie wcześniej widzieli drugie miasto, mrugały liczne ognie.

Następnego dnia Ufilio poprosił o pozwolenie udania się na polowanie.
Co do rytuału składania ofiary, nie bardzo mogliście protestować. Ale może ktoś się sprzeciwił złożeniu niewolnicy w ofierze, albo jakoś zakłócił ceremonię? Jak tak proszę o info w spoilerze, albo w poście.

Ufilio chce następnego dnia polować, to może być okazja by zwiać. Chyba, że chcecie tu zostać?

Wszystko wskazuje na to, że Sethmes i Aghla zaczęli się dogadywać. Po drugiej stronie jeziora jest jakieś drugie miasto buntowników, nikt nie chce o nich za wiele mówić. Widocznie król zabija za to.

Podstawowa decyzja, czy idziecie na polowanie, jak tak czy weźmiecie swoich ludzi i zwiewacie do buntowników? i co z akwilończykami?
Ostatnio zmieniony 24 kwietnia 2014, 12:14 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 24 kwietnia 2014, 16:32

Najpierw trzeba się dowiedzieć coś o buntownikach, czego chcą, kto nimi dowodzi, czy walczą aktywnie z Nabo, kiedy rozpoczął się bunt itp.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 24 kwietnia 2014, 19:26

Właśnie problem w tym, że nie bardzo można się czegoś dowiedzieć o buntownikach.
To temat tabu. Miejscowi udają, że buntowników nie ma.
Może mnie nie być kilka dni mam pewne problemy z kompem.

Waylander
Reactions:
Posty: 476
Rejestracja: 08 listopada 2012, 08:12

Post autor: Waylander » 25 kwietnia 2014, 10:15

Co do ucieczki to jestem za tym żeby uciekać ale wydaje mi się że może być ciężko.
To będzie nasze pierwsze wyjście poza pałac od przybycia tutaj, więc pewnie będą nas dyskretnie ale dokładnie pilnować. Szczególnie jeśli pójdą wszyscy nasi ludzi(trzeba to jeszcze jakoś uzasadnić że idą wszyscy hm...np. że będą robić nagonkę albo coś w tym stylu) to na pewno będą nas obserwować bo to podejrzana. A jak tylko my uciekniemy a nie weźmiemy wszystkich to tamci zostaną wymordowani albo przejdą na stronę kapłana(w końcu ich porzucimy to czemu nie mieliby się tak ratować?). Wydaje mi się że co najwyżej moglibyśmy spróbować sfingować czyjąś śmierć na tym polowaniu żeby w pojedynkę poszedł do buntowników rozeznać się w sytuacji, trudne zadanie biorąc pod uwagę bariery językowe.

Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 25 kwietnia 2014, 16:46

Hmm... Brzmi jak zadanie dla mnie :)
MG, czy mam szansę nauczyć się od kogoś lokalnego języka w chociaż minimalnym stopniu? Na tyle żeby w mieście buntowników zdołać odnaleźć kogoś porozumiewającego się w którymś znanym mi języku? Skoro śmierć jest tu na porządku dziennym, to łatwo będzie znaleźć kogoś w "zastępstwo" za Tranicosa, mógłbym nawiać nawet z miasta, bez całej tej szopki z polowaniem.
Ostatnio zmieniony 25 kwietnia 2014, 16:53 przez Procjon, łącznie zmieniany 1 raz.

El Bragh
Reactions:
Posty: 58
Rejestracja: 31 października 2013, 21:54

Post autor: El Bragh » 27 kwietnia 2014, 12:17

Mnie interesuje zachowanie Sethmesa czy mieszka z nami czy w innym miejscu? Rozmawia z nami lub Aquilończykami czy ma na nas wy..bane i zajmuje się tylko Aghla ?
Jak wygląda teren wokół jeziora, czy można je spokojnie obejść czy trzeba się wspinać ? ile czasu tak na oko może zająć dotarcie do drugiego miasta ?

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 27 kwietnia 2014, 13:58

Dowiedzmy się co nieco o buntownikach, to będzie niezła misja dla naszego pogranicznika ;) Mi się wydaje, że tam może być jeszcze gorzej... lub zupełnie na odwrót niż tu. W każdym bądź razie chce się zobaczyć z moimi ludźmi, a przynajmniej z Gomezem i dać mu odpowiednie wytyczne: tj poinformować, że mają być gotowi do ucieczki, oczy dookoła głowy i nie upijać się.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Waylander
Reactions:
Posty: 476
Rejestracja: 08 listopada 2012, 08:12

Post autor: Waylander » 28 kwietnia 2014, 21:52

Tylko pytanie czy już uciekać czy na razie poczekać? Bo mogą nas testować chcąc sprawdzić czy nie czmychniemy przy pierwszej nadarzającej się okazji. Wydaje mi się że decydujące może być to o czym pisze El Bragh czyli co robi nasz ukochany kapłan, jeśli się od nas dystansuje to wydaje mi się że wiać trzeba natychmiast, ale z drugiej strony będzie jeszcze trudniej bo po tym jak nas obsmaruje będą mieli na nas baczniejsze oko.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 29 kwietnia 2014, 16:58

W kilka dni Tranicos języka się nie nauczysz.
Kapłan Sethmes zadaje się Aghlą. Innych ignoruje.
Pewnie, że was sprawdzają, ale tu życie ludzkie niewiele znaczy.
Polowanie zatwierdzone. Decydujcie co robicie, zostajecie czy zwiewacie.
Akwilończycy będą na polowaniu, Malia też.
Jezioro można obejść ostatnie 60 metrów trzeba popłynąć, tam już was zgarną buntownicy, może mają łodzie...
jakieś 5 godzin macie do jeziora i buntowników.

Mam problemy z kompem, może jutro go odzyskam.

Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 29 kwietnia 2014, 21:28

Na tyle żeby zapamiętać kilka zwrotów, a mianowicie:
"Nie strzelać, jestem przyjacielem"
"Nie jestem po stronie króla"
"Czy ktoś tu mówi po aquilońsku/argosańsku/stygijsku/shemicku/kushycku?" (zakładam że tych języków Tranicos zna jakieś podstawy)
"Nie znam waszego języka"
"Chcę jeść/pić/spać/za potrzebą"
"Przybyłem zza gór aby pokonać króla"
to chyba zdążę?

ODPOWIEDZ