- Nie przyszliśmy tutaj odprawiać czarów - rzucił niecierpliwie Ulfilo - ale by odnaleźć mojego brata. Nie powiesz nam, co ci o nim wiadomo?
- Denerwowanie Nabo nie jest rozsądne - ostrzegł tłumacz, nieznacznym ruchem wskazując ściętą głowę.
- Zatem powiedz królowi, że nasze zamiary są całkowicie pokojowe - rzekł Springald - i że pragniemy ochrony i gościny w tym kraju na czas poszukiwania naszego zagubionego krajana.
Tłumacz przełożył słowa uczonego. Nabo skinął głową, jego usta skrzywiły się w uśmiechu. Aghla zachichotała, a ten dźwięk, o ile to w ogóle możliwe, był jeszcze bardziej odrażający niż jej piski wściekłości.
- Nie podoba mi się ten rechot - powiedziała z grymasem Malia.
- Kim jest ta pokraka? - mruknął Wulfrede. - Doradcą? Czarownicą? Błaznem?
Druss parsknął.
- Z tego, co widać, może być matką tego nadętego łajdaka.
- Potrafię w to uwierzyć, bo niedaleko pada jabłko od jabłoni - powiedziała Malia. - Oboje są potworami.
Zamilkli, gdy tłumacz przemówił do nich.
- Mój pan wita was i zaprasza. Zostaniecie tutaj, w jego królewskiej siedzibie, a dziś wieczorem odbędzie się wielka uczta na waszą cześć.
- Musimy zgodzić się bez zastrzeżeń - zadecydował Springald.
- Tak - potwierdził Tranicos po aquilońsku. - W tej chwili nasze życie wisi na włosku, a jeśli chcemy stąd odejść, ze skarbem albo i bez niego, trzeba dowiedzieć się czegoś więcej o tym kraju i jego mieszkańcach.
- Zgoda - powiedział Ulfilo, po czym zwrócił się do tłumacza: - Przekaż nasze najserdeczniejsze podziękowania swojemu panu i powiadom go, że jesteśmy wdzięczni za gościnę po długiej i obfitującej w trudy podróży.
Król wydawał się zadowolony z odpowiedzi. Przemówił do tłumacza i gromady stojących za nim sług, potem odwrócił się i zniknął w drzwiach wieży.
- Chodźcie ze mną - nakazał tłumacz. - W czasie waszego pobytu będziecie mieszkać w domu króla.
- Wolałbym gdzieś indziej - mruknął Ulfilo - ale nie ma rady. Chodźmy. Drussie, Wulfrede, zwracajcie uwagę na wszystkie wyjścia.
Van zachichotał.
- Zawsze tak robię, bo czyż nie jest powiedziane w Poemacie o dobrej radzie: Przed wejściem do domostwa bacz na jego okna i drzwi, może bowiem się zdarzyć, iż będziesz musiał wyjść spiesznie, i to drogą inną od tej, którą wszedłeś?
- Taki poemat mógł ułożyć tylko Van - skomentowała Malia ze śmiechem.
- Jesteśmy praktycznym ludem. Ten poemat jest pełen takich przykazań.
Podążyli za tłumaczem do wielkiej kamiennej wieży. Jej wnętrze było o wiele obszerniejsze, niż można by sądzić patrząc z zewnątrz, i niesamowite, gdyż ściany, sufity i podłogi stykały się pod dziwnymi kątami. Wokół wznosiły się liczne schody i podesty, które zdawały się prowadzić donikąd. Do starożytnej kamiennej konstrukcji krajowcy dodali przepierzenia i stropy z drewna, bambusa i palmowych liści.
- Co za szaleniec to zbudował? - zapytał Vanko.
- Nie... nie potrafię powiedzieć - wydukał Springald. - Konstrukcja murów jest bardzo podobna do wczesnostygijskiej, ale projekt - nigdy czegoś takiego nie widziałem, pomijając pewne bardzo dawne rysunki, zawsze uważane za prace obłąkanego artysty.
Król i jego świta zniknęli w jakiejś mrocznej części labiryntu.
Tłumacz poprowadził Drussa i jego towarzyszy schodami i podestami do sąsiadujących z sobą komnat, oświetlonych przez wysokie, wąskie okna. Tutaj ściany i sufity też były krzywe. Pomieszczenia wysprzątano, a ich podłogi zasłano świeżym sitowiem.
- Patrzcie! - zawołała Malia, wskazując na okno.
Stłoczyli się przy nim i ze zdumieniem zobaczyli rozległe jezioro. Jego woda była dziwnie ciemna i wydawała się nienaturalnie spokojna.
- Teraz wiemy, skąd pochodzą ryby - stwierdził Chen Shu.
- Takie dziwadła faktycznie mogą pochodzić z takiego jeziora - rzekł Springald. - Nie podoba mi się ono.
- Tak - przyznał niespokojnie Druss. - Jest w nim coś niesamowitego.
Jezioro było prawie doskonale okrągłe i leżało w samym środku doliny, w jej najniższym punkcie. Najwidoczniej zasilały je wszystkie okoliczne strumienie.
- Musi być gdzieś odpływ, ale ja żadnego nie widzę.
- Może woda odpływa do podziemnych jaskiń - zaryzykował Springald.
- Na razie mamy do rozwiązania ważniejsze zagadki - przypomniał im Ulfilo. Odwrócił się od okna i usiadł na pęku sitowia. - Na przykład: Dlaczego ci ludzie nie powiedzieli nam nic o Marandosie? Możemy być pewni, że dotarł do tej doliny. Dlaczego ukrywają to przed nami?
- Może go zabili - podsunął Springald.
- Widziałeś, jak zarżnęli człowieka za kichnięcie - powiedział Druss. - Nie sadzę, żeby król Nabo zawracał sobie głowę ukrywaniem egzekucji.
- Może nic o nim nie wiedzą - rzekła Malia. Nadal stała przy oknie i patrzyła na jezioro.
Ulfilo miał wątpliwości.
- Jak mogliby nie wiedzieć?
- Popatrzcie na te niskie wzgórza. Czy mi się wydaje, czy też widać tam jeszcze jedno miasto?
Jeszcze raz zbliżyli się do okien. Palec Malii wskazywał skupisko budowli na drugim brzegu jeziora.
- Może on jest tam! - zawołała. - Być może tę dolinę zamieszkują dwa rywalizujące ze sobą plemiona.
Ulfilo podrapał się po brodzie.
- Tak, to możliwe. Ale nie mamy sposobu, żeby się dowiedzieć, czy ten stos kamieni jest zamieszkany.
- Nie widzę dymu - powiedział Wulfrede - ale z tej odległości może być niewidoczny. Wieczorem powinniśmy zobaczyć światła pochodni.
Zoriab odwrócił się do tłumacza i przemówił doń po kushycku.
- Co to za miasto tam na wzgórzach?
- Nic takiego - zapewnił go pospiesznie doradca. - Tylko stare ruiny. - Na jego twarzy odmalował się strach.
- Nie naciskaj go - poradził cicho Ulfilo.
- Jak się nazywasz? - zapytał Druss.
Mężczyzna się uspokoił.
- Jestem Khefi. Jak się domyśliłeś, mój ojciec był Stygijczykiem i prowadził interesy z kupcami i handlarzami niewolników nad rzeką Zarkhebą. Matka, jego nałożnica, pochodziła z Kushu. Gdy raz przeganiano stado bydła na targ na południe od Zarkheby, zostałem porwany przez łowców niewolników i przez prawie dwa lata sprzedawano mnie z jednego targowiska na drugie. Wreszcie kupili mnie niscy, skośnoocy ludzie nie znanej mi rasy. Przywiedli tutaj, przez jaskinię pod stromym pasmem górskim na północy. Sprzedali mnie ojcu króla Nabo. Początkowo byłem pasterzem, ale szybko awansowałem, jestem bowiem zdolny i znam języki inne niż te używane w dolinie.
- Przybyli tu handlarze, którzy cię sprzedali - powiedział Wulfrede - a ty tłumaczysz słowa cudzoziemców. Zatem wstęp do tej doliny nie jest zakazany dla obcych, jak mówiłeś.
Khefi wzruszył ramionami.
- Żaden lud nie pragnie całkowitego odcięcia od świata. Król Nabo potrzebuje stali i ubrań, a mieszkańcy cenią sobie kolorowe szklane paciorki i pstrokaty perkal. Ale cudzoziemcom nie wolno tu zostawać dłużej, niż na czas potrzebny na wymianę towarów.
- A jak my zostaniemy potraktowani? - zapytał Ulfilo.
- To zależy od mojego pana. Tutaj jest tylko jedno prawo: król Nabo. Dzisiaj was przyjmuje. Jeżeli będzie zadowolony, może odeśle was z podarkami. Jeżeli nie... - wzruszył ramionami - prawdopodobnie zabije.
Dostaliście pewne informacje, chcecie coś przedsięwziąć, o coś spytać tłumacza? Czekam.