PBF - Ścigając samego siebie
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, Prospector Saloon
Oparty o kontuar baru chudzielec wychylił do dna szklankę podanej przez Trudi whiskey, tak mocnej, że oczy wręcz mu się zaszkliły z wrażenia. Barmanka uśmiechnęła się na ów widok ukradkiem, ale zaraz spoważniała, chowając butelkę trunku pod ladę.
- Nie myśl, że się schlasz przed akcją - powiedziała posyłając chudzielcowi znaczące spojrzenie - Pomogło?
- Pewnie, że tak, siostro - wyjąkał mężczyzna ocierając rękawem koszuli usta - Pomogło jak cholera.
Odzyskawszy przynajmniej po części panowanie nad nerwami, człowiek usiadł przy jednym ze stolików sięgając ponownie po przyniesiony do baru automat doktora. Był to wykonany całkowicie z metalu niewielki pistolet maszynowy o bardzo prostej konstrukcji, zaopatrzony w magazynek na trzydzieści naboi 9 mm.
[center]
[/center]
Chudzielec obejrzał broń bardzo starannie, dzięki możności niepodzielnego skoncentrowania na czymś uwagi tracąc w jednej chwili objawy drżenia rąk i nerwowego tiku w prawym oku. Złapawszy za niewielki śrubokręt należący bodajże do Cheta zaczął rozkręcać osłonę mechanizmu spustowego, mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem.
Oparty o kontuar baru chudzielec wychylił do dna szklankę podanej przez Trudi whiskey, tak mocnej, że oczy wręcz mu się zaszkliły z wrażenia. Barmanka uśmiechnęła się na ów widok ukradkiem, ale zaraz spoważniała, chowając butelkę trunku pod ladę.
- Nie myśl, że się schlasz przed akcją - powiedziała posyłając chudzielcowi znaczące spojrzenie - Pomogło?
- Pewnie, że tak, siostro - wyjąkał mężczyzna ocierając rękawem koszuli usta - Pomogło jak cholera.
Odzyskawszy przynajmniej po części panowanie nad nerwami, człowiek usiadł przy jednym ze stolików sięgając ponownie po przyniesiony do baru automat doktora. Był to wykonany całkowicie z metalu niewielki pistolet maszynowy o bardzo prostej konstrukcji, zaopatrzony w magazynek na trzydzieści naboi 9 mm.
[center]
[/center]Chudzielec obejrzał broń bardzo starannie, dzięki możności niepodzielnego skoncentrowania na czymś uwagi tracąc w jednej chwili objawy drżenia rąk i nerwowego tiku w prawym oku. Złapawszy za niewielki śrubokręt należący bodajże do Cheta zaczął rozkręcać osłonę mechanizmu spustowego, mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem.
Sięgam po pakiet Dryg 5, Alibi żołnierza 4 oraz Flaki z olejem! Test trudny (PT 4+k10), z drugiej strony algorytm 5+1k12+1k4. Wykonuję trzy rzuty, z wynikami 5, 7, 4. Suma 9:16. Broń odblokowana, brawo!
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, dach Prospector Saloon
Sunny oderwała spojrzenie od odległego strażnika na wzgórzu, obejrzała się z ukosa na towarzysza mrużąc oczy pod wpływem rażącego ją słonecznego światła. Z bezchmurnych przestworzy lał się istny żar sprawiając, że wyciągnięci na dachu strzelcy co chwila ocierali z potu swe czoła.
- Obstawiam tuzin - odpowiedziała dziewczyna - Cobb przychodził tu już kilka razy, z koleżkami. Czasami było ich pięciu, czasami ośmiu, ale nie zawsze te same gęby, więc musi ich być więcej. Nie mam pojęcia, ilu skazańców Republika wsadziła do więzienia.
- Co to w ogóle za więzienie? - zainteresował się nowym tematem jasnowłosy zabijaka, odkręcając jednocześnie kurek napełnionej wodą metalowej manierki.
- Stary Pete opowiadał, że przed wojną podobno to było więzienie dla kobiet - wzruszyła niepewnie ramionami Sunny - Jakieś półtora roku temu Republika dogadała się z władzami Primm, wyremontowała obiekt i wsadziła tam więźniów zza własnej granicy. Większość z nich pracowała w kamieniołomach w Sloan, inni oczyszczali z wraków nitki na piętnastce, ale szybko im się to znudziło.
- Bunt? - podpowiedział mężczyzna obserwując jednocześnie niewielką kropelkę potu spływającą po szyi dziewczyny ku jej częściowo odsłoniętemu dekoltowi.
- Tak właśnie przechwalał się Joe Cobb. Podobno zabili strażników i zaprowadzili w więzieniu własne rządy. Od kilku tygodni dochodziły do nas pogłoski o bandziorach napadających na mniejsze karawany pomiędzy Przyczółkiem, Primm i Nipton - wyjaśniła Sunny przyglądając się zmrużonymi oczami wartownikowi na wzgórzu - Jeśli za wszystkimi stoją Kajdaniarze, to znaczy, że wielu z nich wyszło z buntu bez szwanku. I wiesz co? Lubię cię, ale jak dalej tak się będziesz gapił na moje cycki, zarobisz w gębę.
Sunny oderwała spojrzenie od odległego strażnika na wzgórzu, obejrzała się z ukosa na towarzysza mrużąc oczy pod wpływem rażącego ją słonecznego światła. Z bezchmurnych przestworzy lał się istny żar sprawiając, że wyciągnięci na dachu strzelcy co chwila ocierali z potu swe czoła.
- Obstawiam tuzin - odpowiedziała dziewczyna - Cobb przychodził tu już kilka razy, z koleżkami. Czasami było ich pięciu, czasami ośmiu, ale nie zawsze te same gęby, więc musi ich być więcej. Nie mam pojęcia, ilu skazańców Republika wsadziła do więzienia.
- Co to w ogóle za więzienie? - zainteresował się nowym tematem jasnowłosy zabijaka, odkręcając jednocześnie kurek napełnionej wodą metalowej manierki.
- Stary Pete opowiadał, że przed wojną podobno to było więzienie dla kobiet - wzruszyła niepewnie ramionami Sunny - Jakieś półtora roku temu Republika dogadała się z władzami Primm, wyremontowała obiekt i wsadziła tam więźniów zza własnej granicy. Większość z nich pracowała w kamieniołomach w Sloan, inni oczyszczali z wraków nitki na piętnastce, ale szybko im się to znudziło.
- Bunt? - podpowiedział mężczyzna obserwując jednocześnie niewielką kropelkę potu spływającą po szyi dziewczyny ku jej częściowo odsłoniętemu dekoltowi.
- Tak właśnie przechwalał się Joe Cobb. Podobno zabili strażników i zaprowadzili w więzieniu własne rządy. Od kilku tygodni dochodziły do nas pogłoski o bandziorach napadających na mniejsze karawany pomiędzy Przyczółkiem, Primm i Nipton - wyjaśniła Sunny przyglądając się zmrużonymi oczami wartownikowi na wzgórzu - Jeśli za wszystkimi stoją Kajdaniarze, to znaczy, że wielu z nich wyszło z buntu bez szwanku. I wiesz co? Lubię cię, ale jak dalej tak się będziesz gapił na moje cycki, zarobisz w gębę.
Ciąg dalszy leniwej konwersacji...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, Prospector Saloon
Rozmawiający z pastorem Sam trącił Cheta łokciem w ramię, wskazał głową na jedno z zakurzonych okien salonu. Gottschalk bez słów pojął znaczenie tego gestu, schował trzymany w palcach różaniec z powrotem do kieszonki płaszcza.
- Już późno - powiedział Chet podnosząc się ze swego krzesła i przenosząc wzrok na Ringa - Jeśli Cobb nadciąga z powrotem, powinien być w połowie drogi do osady. Trzeba przygotować scenę i aktora.
Młodziutki handlarz pokiwał z rozpaczliwą desperacją, wstał spoglądając na brodacza pytająco. Chet i jeden z pozostałych osadników, zwący się Nick, związali Ringa grubym sznurem krępując jego ręce za plecami.
- Wsadźcie mi za pasek rewolwer - poprosił młodzieniec, krzywiąc się jednocześnie z bólu, bo Nick nieco za mocno zacisnął pętający go sznur.
- Do niczego ci się nie przyda, synu - odpowiedział Chet zaklejając handlarzowi usta taśmą klejącą i urywając w jednej chwili jego cisnące się na usta protesty. Wyprowadzony na taras przed salonem Ringo przewrócił kilkakrotnie oczami i wydał z siebie serię dziwacznych dźwięków, budząc jedynie posępne rozbawienie swych sojuszników.
- Siadaj na podeście i czekaj cierpliwie - polecił brodacz podając rewolwer Ringa stojącemu przy oknie albinosowi. Białoskóry mężczyzna zważył broń w dłoni, po czym wsadził ją w kieszeń spodni.
- Pete, Sam i pastor na werandę, na krzesła - Chet zaczął przekroczył próg salonu wychodząc na zalane słońcem pobocze drogi przed budynkiem - Udawajcie, że pilnujecie Ringa. Nick, za pikapa. Sunny, wszystko u was gra?
- Tak - z góry padła natychmiast wygłoszona dziewczęcym tonem odpowiedź - Skurczybyków nigdzie nie widać.
- Dobra, od teraz pełna gotowość, mogą nadejść lada chwila - przestrzegł Chet - Ty, przyjacielu... jak ja mam cię nazywać, co? - brodacz spojrzał na stojącego za parapetem uchylonego okna albinosa, nie przejawiającego najmniejszej ochoty do wyjścia na słoneczną ulicę.
- Może Śnieżek? - zasugerował Nick, nie posiadając się z rozbawienia własnym żarcikiem.
- Może być Śnieżek - przytaknął natychmiast Chet - Pamiętasz, gdzie zakopałeś wszystkie ładunki? Kable ci się nie popierdzielą?
- Pamiętam - odparł lakonicznie albinos, nie podzielając rozbawienia większości towarzyszy.
- Odpalaj, kiedy dranie znajdą się dostatecznie blisko, zdaję się na twój osąd. Reszta czeka na pierwszy wybuch, a potem wali do ocalałych z wszystkich luf. I pamiętajcie, że nie możemy żadnemu z nich pozwolić na ucieczkę.
Rozmawiający z pastorem Sam trącił Cheta łokciem w ramię, wskazał głową na jedno z zakurzonych okien salonu. Gottschalk bez słów pojął znaczenie tego gestu, schował trzymany w palcach różaniec z powrotem do kieszonki płaszcza.
- Już późno - powiedział Chet podnosząc się ze swego krzesła i przenosząc wzrok na Ringa - Jeśli Cobb nadciąga z powrotem, powinien być w połowie drogi do osady. Trzeba przygotować scenę i aktora.
Młodziutki handlarz pokiwał z rozpaczliwą desperacją, wstał spoglądając na brodacza pytająco. Chet i jeden z pozostałych osadników, zwący się Nick, związali Ringa grubym sznurem krępując jego ręce za plecami.
- Wsadźcie mi za pasek rewolwer - poprosił młodzieniec, krzywiąc się jednocześnie z bólu, bo Nick nieco za mocno zacisnął pętający go sznur.
- Do niczego ci się nie przyda, synu - odpowiedział Chet zaklejając handlarzowi usta taśmą klejącą i urywając w jednej chwili jego cisnące się na usta protesty. Wyprowadzony na taras przed salonem Ringo przewrócił kilkakrotnie oczami i wydał z siebie serię dziwacznych dźwięków, budząc jedynie posępne rozbawienie swych sojuszników.
- Siadaj na podeście i czekaj cierpliwie - polecił brodacz podając rewolwer Ringa stojącemu przy oknie albinosowi. Białoskóry mężczyzna zważył broń w dłoni, po czym wsadził ją w kieszeń spodni.
- Pete, Sam i pastor na werandę, na krzesła - Chet zaczął przekroczył próg salonu wychodząc na zalane słońcem pobocze drogi przed budynkiem - Udawajcie, że pilnujecie Ringa. Nick, za pikapa. Sunny, wszystko u was gra?
- Tak - z góry padła natychmiast wygłoszona dziewczęcym tonem odpowiedź - Skurczybyków nigdzie nie widać.
- Dobra, od teraz pełna gotowość, mogą nadejść lada chwila - przestrzegł Chet - Ty, przyjacielu... jak ja mam cię nazywać, co? - brodacz spojrzał na stojącego za parapetem uchylonego okna albinosa, nie przejawiającego najmniejszej ochoty do wyjścia na słoneczną ulicę.
- Może Śnieżek? - zasugerował Nick, nie posiadając się z rozbawienia własnym żarcikiem.
- Może być Śnieżek - przytaknął natychmiast Chet - Pamiętasz, gdzie zakopałeś wszystkie ładunki? Kable ci się nie popierdzielą?
- Pamiętam - odparł lakonicznie albinos, nie podzielając rozbawienia większości towarzyszy.
- Odpalaj, kiedy dranie znajdą się dostatecznie blisko, zdaję się na twój osąd. Reszta czeka na pierwszy wybuch, a potem wali do ocalałych z wszystkich luf. I pamiętajcie, że nie możemy żadnemu z nich pozwolić na ucieczkę.
Jakieś ostatnie uwagi bądź komentarze?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, na zewnątrz Prospector Saloon
Jak się później okazało, Chet był zbyt optymistyczny w swych obliczeniach albo też Kajdaniarzom wcale się do osady nie śpieszyło. Siedzący na cmentarnym wzgórzu wartownik zaczął wysyłać świetlne sygnały dobre dwie godziny po tym jak związany Ringo znalazł się przed barem, siedząc w piachu w cieniu rzucanym przez fasadę budynku.
Zaalarmowani okrzykiem Sunny, obrońcy Goodsprings stężeli w jednej chwili, raz jeszcze upewniając się, że ich mniej lub bardziej ukryta broń jest gotowa do użytku. Wzrok wszystkich podążył ku widnokręgowi na wysokości biegnącej na południe zdewastowanej asfaltowej drogi.
Jeden po drugim pojawiały się tam nadciągające szybkim krokiem postacie, idące w stronę Goodsprings.
- Jedenastu i jest z nimi Cobb - oznajmił Chet spoglądając na przybyszów przez porysowane szkła starej lornetki - Prawie wszyscy w kamizelkach, kurwa mać. Dobrze, że mamy ten zasrany dynamit. Widzę dwa, nie... cztery karabinki.
- Zachowajcie spokój - rzuciła zza okna salonu Trudi, ukrywająca się za parapetem z rewolwerem w dłoniach.
Kwadrans później Kajdaniarze znaleźli się dostatecznie blisko, by obstawa coraz bardziej przerażonego Ringa mogła rozróżnić ich rysy twarzy. Na znak ręki Cobba wszyscy rozproszyli się na boki nie chcąc stanowić zbyt łatwego celu. Widząc to albinos zmełł w ustach przekleństwo, bo jego plan wysadzenia w powietrze całej jedenastki w komplecie właśnie obrócił się w nicość.
Wszyscy Kajdaniarze byli uzbrojeni, ale wciąż celowali w ziemię pod swymi stopami, wyraźnie zadowoleni z widoku związanego i zakneblowanego Ringa, któremu Stary Pete mierzył z obrzyna w plecy.
- Poszliście po rozum do głowy? - uśmiechnął się szyderczo Joe Cobb - Lepiej późno niż wcale, ale gorzej niż od razu. Przez wasz tępy upór musiałem zaliczyć z buta drogę tam i z powrotem i należy mi się za to jakaś rekompensata!
- Masz swojego chłopaczka, już opakowanego i gotowego do drogi! - odkrzyknął Chet - Jesteśmy kwita!
Cobb prychnął donośnie, potrząsnął głową wywołując tym gestem nieprzyjemne chichoty towarzyszy.
- Dajcie spokój, nie bądźcie tacy drętwi! - zakrzyknął rozkładając szeroko ramiona - Możemy się przecież troszkę zaprzyjaźnić, prawda? Napijmy się, zagrajmy w coś! Macie tu całkiem niezłe kobietki, niech one też coś mają z życia!
Jak się później okazało, Chet był zbyt optymistyczny w swych obliczeniach albo też Kajdaniarzom wcale się do osady nie śpieszyło. Siedzący na cmentarnym wzgórzu wartownik zaczął wysyłać świetlne sygnały dobre dwie godziny po tym jak związany Ringo znalazł się przed barem, siedząc w piachu w cieniu rzucanym przez fasadę budynku.
Zaalarmowani okrzykiem Sunny, obrońcy Goodsprings stężeli w jednej chwili, raz jeszcze upewniając się, że ich mniej lub bardziej ukryta broń jest gotowa do użytku. Wzrok wszystkich podążył ku widnokręgowi na wysokości biegnącej na południe zdewastowanej asfaltowej drogi.
Jeden po drugim pojawiały się tam nadciągające szybkim krokiem postacie, idące w stronę Goodsprings.
- Jedenastu i jest z nimi Cobb - oznajmił Chet spoglądając na przybyszów przez porysowane szkła starej lornetki - Prawie wszyscy w kamizelkach, kurwa mać. Dobrze, że mamy ten zasrany dynamit. Widzę dwa, nie... cztery karabinki.
- Zachowajcie spokój - rzuciła zza okna salonu Trudi, ukrywająca się za parapetem z rewolwerem w dłoniach.
Kwadrans później Kajdaniarze znaleźli się dostatecznie blisko, by obstawa coraz bardziej przerażonego Ringa mogła rozróżnić ich rysy twarzy. Na znak ręki Cobba wszyscy rozproszyli się na boki nie chcąc stanowić zbyt łatwego celu. Widząc to albinos zmełł w ustach przekleństwo, bo jego plan wysadzenia w powietrze całej jedenastki w komplecie właśnie obrócił się w nicość.
Wszyscy Kajdaniarze byli uzbrojeni, ale wciąż celowali w ziemię pod swymi stopami, wyraźnie zadowoleni z widoku związanego i zakneblowanego Ringa, któremu Stary Pete mierzył z obrzyna w plecy.
- Poszliście po rozum do głowy? - uśmiechnął się szyderczo Joe Cobb - Lepiej późno niż wcale, ale gorzej niż od razu. Przez wasz tępy upór musiałem zaliczyć z buta drogę tam i z powrotem i należy mi się za to jakaś rekompensata!
- Masz swojego chłopaczka, już opakowanego i gotowego do drogi! - odkrzyknął Chet - Jesteśmy kwita!
Cobb prychnął donośnie, potrząsnął głową wywołując tym gestem nieprzyjemne chichoty towarzyszy.
- Dajcie spokój, nie bądźcie tacy drętwi! - zakrzyknął rozkładając szeroko ramiona - Możemy się przecież troszkę zaprzyjaźnić, prawda? Napijmy się, zagrajmy w coś! Macie tu całkiem niezłe kobietki, niech one też coś mają z życia!
Rozwój wydarzeń zależy teraz od decyzji albinosa. Zdetonowanie ładunków teraz powinno wyeliminować połowę Kajdaniarzy. Stoją w polu rażenia części ładunków, ale zawczasu przezornie się rozproszyli, zapewne w obawie przed ostrzałem. Jeśli podejdą jeszcze bliżej, w pole rażenia może wejść kolejnych dwóch, trzech, ale na razie tkwią na swoich miejscach przekomarzając się złośliwie z osadnikami... z drugiej strony, mogą się w międzyczasie rozproszyć jeszcze bardziej...
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, Prospector Saloon
Stojący za oknem baru albinos oblizał spierzchnięte usta, szacując bacznym spojrzeniem ukrytych za przeciwsłonecznymi szkłami oczu rozstawienie napastników oraz lokalizację ukrytych przez siebie ładunków. Długie palce mężczyzny zawisły w powietrzu nad parapetem, kilka milimetrów nad metalowymi przełącznikami pełniącymi rolę detonatorów.
- Jeszcze kilka kroków... - wyszeptał niemal bezgłośnie albinos, ignorując nerwowe posykiwania ukrytej za sąsiednim oknem Trudi. Ściskający naprawioną niedawno broń chudzielec wyjrzał ostrożnie za próg uchylonych nieznacznie drzwi i zmełł w ustach cichutkie przekleństwo.
- Dobra, chrzanić to! - krzyknął Joe Cobb machając lewą ręką - Bierzemy handlarza, na zabawę wpadniemy kiedy indziej!
Widząc ów gest przywódcy trzech Kajdaniarzy postąpiło do przodu zarzucając karabinki na ramiona w ewidentnym zamiarze postawienia na nogi spętanego sznurem Ringa. Albinos uśmiechnął się na ich widok wyjątkowo mściwie, a potem opuścił palec na jeden z przełączników i trącił go teatralnym gestem.
I skamieniał wstrząśnięty na wskroś, bo miast wyczekiwanego grzmotu ogłuszającej eksplozji do jego uszu dotarło jedynie pogwizdywanie zadowolonych z obrotu sprawy Kajdaniarzy.
- Kurwa mać - wykrztusił albinos, opuszczając spojrzenie szeroko otwartych oczu na przestawiony sekundę wcześniej przełącznik.
Stojący za oknem baru albinos oblizał spierzchnięte usta, szacując bacznym spojrzeniem ukrytych za przeciwsłonecznymi szkłami oczu rozstawienie napastników oraz lokalizację ukrytych przez siebie ładunków. Długie palce mężczyzny zawisły w powietrzu nad parapetem, kilka milimetrów nad metalowymi przełącznikami pełniącymi rolę detonatorów.
- Jeszcze kilka kroków... - wyszeptał niemal bezgłośnie albinos, ignorując nerwowe posykiwania ukrytej za sąsiednim oknem Trudi. Ściskający naprawioną niedawno broń chudzielec wyjrzał ostrożnie za próg uchylonych nieznacznie drzwi i zmełł w ustach cichutkie przekleństwo.
- Dobra, chrzanić to! - krzyknął Joe Cobb machając lewą ręką - Bierzemy handlarza, na zabawę wpadniemy kiedy indziej!
Widząc ów gest przywódcy trzech Kajdaniarzy postąpiło do przodu zarzucając karabinki na ramiona w ewidentnym zamiarze postawienia na nogi spętanego sznurem Ringa. Albinos uśmiechnął się na ich widok wyjątkowo mściwie, a potem opuścił palec na jeden z przełączników i trącił go teatralnym gestem.
I skamieniał wstrząśnięty na wskroś, bo miast wyczekiwanego grzmotu ogłuszającej eksplozji do jego uszu dotarło jedynie pogwizdywanie zadowolonych z obrotu sprawy Kajdaniarzy.
- Kurwa mać - wykrztusił albinos, opuszczając spojrzenie szeroko otwartych oczu na przestawiony sekundę wcześniej przełącznik.
Niektórzy z Was zwrócili zapewne uwagę, że nie opisałem we wcześniejszych wpisach żadnego testu dla albinosa związanego z konstruowaniem bomb. Naturalnie wcale o nim nie zapomniałem, natomiast pozwoliłem sobie zataić na jakiś czas wyniki. Test trudny (PT 4+k10), z drugiej strony algorytm 5+1k12+1k4. Wykonałem w sumie dziesięć testów, a skuteczność albinosa w budowaniu bomb właśnie została poddana weryfikacji - pierwszy z dziesięciu przełączników przestawiony... bez efektu!
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, główna ulica
Wyznaczeni przez Cobba Kajdaniarze zrobili trzy dalsze kroki, zanim świat utonął znienacka w ogłuszającym huku i pociemniał w oczach przygotowanych na wybuch mieszkańców osady.
Fragment starej popękanej nawierzchni, częściowo przysypanej naniesionym przez wiatr piaskiem, eksplodował pod nogami ludzi, którzy dosłownie zniknęli w chmurze ziemi, pyłu, kawałków skał i długich jęzorów ognia. Z nieba natychmiast zaczął spadać grad szczątków trafiających w głowy i plecy obrońców, w niektórych przypadkach nie tyle uderzając ich twardo w ciała odłamkami skały, co brudząc krwistą organiczną miazgą
Echo wybuchu wciąż jeszcze dźwięczało przeraźliwie w uszach wszystkich, kiedy górować ponad nim zaczęły przenikliwe nieludzkie skowyty okaleczonych Kajdaniarzy oraz huk pierwszych wystrzałów.
Z chmury gęstego pyłu wypadł jakiś zakrwawiony człowiek z przyciśniętymi do zarośniętej twarzy rękami, ścięty natychmiast wystrzelonymi jednocześnie loftkami Starego Pete. Trudi, Nick i Chet strzelali na oślep, prosto w tumany drobniutkiego pyłu i żwiru wydające się wisieć w powietrzu wbrew prawu ciążenia. Dwa następne wybuchy tylko spotęgowały panujące w osadzie pandemonium, pochłaniając w kulach ognia następne sekcji starej asfaltówki.
Oderwana ludzka ręka spadła z nieba wirując wokół własnej osi, uderzyła w krawędź dachu salonu bryzgając na wszystkie strony krwią.
Wyznaczeni przez Cobba Kajdaniarze zrobili trzy dalsze kroki, zanim świat utonął znienacka w ogłuszającym huku i pociemniał w oczach przygotowanych na wybuch mieszkańców osady.
Fragment starej popękanej nawierzchni, częściowo przysypanej naniesionym przez wiatr piaskiem, eksplodował pod nogami ludzi, którzy dosłownie zniknęli w chmurze ziemi, pyłu, kawałków skał i długich jęzorów ognia. Z nieba natychmiast zaczął spadać grad szczątków trafiających w głowy i plecy obrońców, w niektórych przypadkach nie tyle uderzając ich twardo w ciała odłamkami skały, co brudząc krwistą organiczną miazgą
Echo wybuchu wciąż jeszcze dźwięczało przeraźliwie w uszach wszystkich, kiedy górować ponad nim zaczęły przenikliwe nieludzkie skowyty okaleczonych Kajdaniarzy oraz huk pierwszych wystrzałów.
Z chmury gęstego pyłu wypadł jakiś zakrwawiony człowiek z przyciśniętymi do zarośniętej twarzy rękami, ścięty natychmiast wystrzelonymi jednocześnie loftkami Starego Pete. Trudi, Nick i Chet strzelali na oślep, prosto w tumany drobniutkiego pyłu i żwiru wydające się wisieć w powietrzu wbrew prawu ciążenia. Dwa następne wybuchy tylko spotęgowały panujące w osadzie pandemonium, pochłaniając w kulach ognia następne sekcji starej asfaltówki.
Oderwana ludzka ręka spadła z nieba wirując wokół własnej osi, uderzyła w krawędź dachu salonu bryzgając na wszystkie strony krwią.
Na sześć przestawionych dotąd przełączników trzy wywołały eksplozje. Pylisty grunt sprawił, że praktycznie nic nie widzicie, bo w powietrzu natychmiast utworzyła się gęsta chmura kurzu i dymu. Większość strzałów będzie oddawanych na ślepo, chociaż tu i ówdzie widać poruszające się niemrawie w kurzu ludzkie sylwetki!
Tak czy owak, Kajdaniarze jednak dali się zaskoczyć!
Tak czy owak, Kajdaniarze jednak dali się zaskoczyć!