Pilnowali z oddali przez parę ukrytych za wrakiem towarzyszy, dwaj wyznaczeni do roli zwiadowców mężczyźni podeszli ostrożnie do posterunku policji. Niski budyneczek o płaskim dachu sprawiał względnie dobre wrażenie, chociaż jego zakratowane okna zostały dawno temu skrupulatnie zamurowane, zapewne z zamiarem przeistoczenia tego miejsca w miniaturową twierdzę. Wędrując międzystanową kilka dni wcześniej w towarzystwie kupieckiej karawany, Gottschalk miał sposobność zajrzeć do wnętrza posterunku i nie znalazł tam niczego ciekawego poza parą kompletnie popsutych służbowych terminali, pustych butelek i pudełek po jedzeniu pozostawionych przez urządzających w tym miejscu regularnie popasy przejezdnych oraz innych nic nie wartych śmieci.
Niemal całkowicie zżarte przez rdzę radiowozy zostały dawno temu doszczętnie okradzione, a czego nie dało się z nich wyszabrować, to bez cienia żenady zniszczono. Opierający o biodro kolbę M16 Venkmen przyjrzał się samochodom pobieżnie, nie dostrzegając w nich niczego, co mogło go zainteresować.
Wzrok ociekającego potem i ciężko dyszącego albinosa pobiegł ku zamurowanym oknom budynku, zatrzymał się na uchylonych drzwiach, kołysanych leciutkimi podmuchami gorącego wiatru w rytm piskliwego dźwięku.