Rotgan-kir wstrząsnął kolejny grzmot, a piorun rozłupał iglicę jednej z baszt murów miejskich. Głazy potoczyły się po pustej ulicy druzgocąc stojący tam dostawczy wózek z połamana dyszą. Ulicą nieopodal baszty przemaszerowali zwartym szykiem katańscy orkowie. Przed nimi szli związani ludzie w obdartych szatach i lekkimi uszkodzeniami ciała. Byli to głównie bezdomni lub biedacy, ale według orków wichrzyciele i wzniecający zamieszki sharamici.
Z wąskiego miejskiego zaułka wybiegł strażnik miejski i zwymiotował zanim zdążył oprzeć się o ścianę. Pozostali z jego oddziału byli bladzi i przemęczeni.
- Ilu - zapytał krótko dziesiętnik odwracając wzrok od rzygajacego.
- Będzie z ośmiu - odpowiedział strażnik o pooranej bliznami twarzy z trudem powstrzymując drżenie warg - kobiety, dzieci i kilka sharamitów - dokończył i smarknął zamaszyście.
Tymczasem w "Rezolutnym Goblinie" Drayaharus dwoił się i troił starając się wycisnąć choć krztynę radości z przygnębionego towarzystwa. Zawołał nawet rycerstwo i Mordila, ale jakoś tak było nieciekawie. Do popijawy dołączył się karczmarz, bo na gości trudno było dzisiaj liczyć.
Rotgan-kir szło na dno, a Nieulękli razem z nim i ta myśl pośrednio lub bezpośredni nie dawała im o sobie znać. Wpatrzony w okno Barthur słyszał kiedyś opowieść o katańskie galerze, która zawadziła o sterczący z mielizny głaz. Mimo, że statek nieuchronnie szedł na dno, kapitan kazał grać muzykantom i podawać wino. On czuł się podobnie.