PBF - Wojna z Cieniem
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Dobra zrobimy tak. Nasze sily beda robic pozorowane ataki na sily mutkow i potem beda symulowac ucieczke, tak zeby odciagnac jak najwieksze sily od wzgorza. Potem wchodzi komando do kregu z priorytetowym celem wyrzniecia szamanow. Jesli ktos potrafilby rzucic jakas sfere na krag, rak zeby nie dochodzily stamtad halasy to byloby super. (Moze mutki by sie nawet nie jarnely jaka tam sieczka byla).
Zabezpieczamy krag i sprobujemy zniszczyc kamien jako cel drugorzedny. Jesli nie da rady to wycofujemy sie tunelem zawalajac go za soba, albo ewakuuje nas smol.
[offtopic]MG:
Tak czarny smok jak i Radgasta jako błotny smok, mogą ewakuować kilka osób, Druidzi też się pozmieniają w zwierzęta różne, głównie latające i zwieją, Co do sfery itd. czekam na inwencje Druida i Kyrie.[/offtopic]
Zabezpieczamy krag i sprobujemy zniszczyc kamien jako cel drugorzedny. Jesli nie da rady to wycofujemy sie tunelem zawalajac go za soba, albo ewakuuje nas smol.
[offtopic]MG:
Tak czarny smok jak i Radgasta jako błotny smok, mogą ewakuować kilka osób, Druidzi też się pozmieniają w zwierzęta różne, głównie latające i zwieją, Co do sfery itd. czekam na inwencje Druida i Kyrie.[/offtopic]
Ostatnio zmieniony 31 lipca 2014, 13:23 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
- To ważne zadanie, od ciebie będzie zależeć cała misja. Ta, jasne. Mam się pchać w paszczę lwa. Vader tylko ubrał to w ładne słówka. Kyrie rozmyślał, siedząc przy stole i spokojnie popijając wodę. Akurat zaczynał się tydzień postu, to i wina ruszyć nie można. A i jeszcze sprawa z tą drugą wyprawą... ech dobra, zajmę się nią później - zdecydował, po czym przywołał do siebie oddelegowanych i podległych mu ludzi ze specgrupy.
- Kiedy tanowie Vader i Radagast będą wspólnymi siłami robić pozorowane ataki, my zaczekamy na dogodny moment i uderzymy pełną szarżą w szamanów. Uderzymy w formacji klina - o ile szamani nie będę stać na wzgórzu. Wtedy zakradniemy się od tyłu i uderzymy z całą furią. Wymagam tylko jednego: pełnego posłuszeństwa. Zrozumiano? - krzyknął, wznosząc buławę.
- Kiedy tanowie Vader i Radagast będą wspólnymi siłami robić pozorowane ataki, my zaczekamy na dogodny moment i uderzymy pełną szarżą w szamanów. Uderzymy w formacji klina - o ile szamani nie będę stać na wzgórzu. Wtedy zakradniemy się od tyłu i uderzymy z całą furią. Wymagam tylko jednego: pełnego posłuszeństwa. Zrozumiano? - krzyknął, wznosząc buławę.
Uff, nadrobiłem. Możemy ruszać do walki!
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Nie no myślę, że w kwestii ataku na krąg to weźmiemy wszyscy udział w tej akcji. Dowodzenie sojuszniczymi silami poza menhirami pozostawimy Grishnakowi (bede mial pewnosc ze wypelni rozkazy) i baronowi (wczesniej tlumaczac mu co sie stanie jesli przewazy zakuty rycerski leb i baron pojdzie po calosci atakujac na calego).
Radagscie dasz rade stworzyc taka sfere ciszy albo druidzi?
Radagscie dasz rade stworzyc taka sfere ciszy albo druidzi?
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Jak kilku Druidów wesprze Radagasta, to rzucą taką sferę ciszy na szczyt wzgórza, na zewnątrz sfery nie będzie nic słychać.
Chyba, ze szamani Chaosu, rozproszą ten czar.
Przydałoby wam się kilku rzeźników jeszcze. Szamani będą mieli obstawę, we 3 nie poradzicie, zwłaszcza, że Radgast będzie miał na głowie głównego Szamana mutantów.
Druidzi będą walczyć na magię z Szamanami.
Chyba, ze szamani Chaosu, rozproszą ten czar.
Przydałoby wam się kilku rzeźników jeszcze. Szamani będą mieli obstawę, we 3 nie poradzicie, zwłaszcza, że Radgast będzie miał na głowie głównego Szamana mutantów.
Druidzi będą walczyć na magię z Szamanami.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Marsz hordy mutantów
Dotarliście w miejsce, skąd możecie obserwować przemarsz mutantów.
Po jakimś czasie oczekiwania widzicie, że jedno z drzew rysujących się na tle poświaty zadrżało i zachybotało się, jakby porwał je cyklon, po czym powoli przechyliło się przy akompaniamencie straszliwego skrzypienia.
Chwilę później podobnie przewróciło się kolejne drzewo i po chwili następne. Wyglądało to tak, jakby jakaś olbrzymia stopa wgniatała je w ziemię.
Vader ponownie zwrócił wzrok ku dolinie. Żółtawe światło stawało się coraz bardziej intensywne i nabierało kształtu, długiego i krętego, niczym jakiś niewyobrażalnie wielki, świecący robak przeciskający się między drzewami. Jego koniec niknął w zasypanej śniegiem dali. Mógł się tak ciągnąć w nieskończoność.
Na tle poruszającego się słupa światła odcinały się ciemne sylwetki śmigające między smukłymi pniami drzew. Olbrzymie przygarbione istoty z gigantycznymi toporami i pałkami w dłoniach brnęły
mozolnie przez śnieżne zaspy i rozglądały się dokoła. Każdy z was instynktownie przykucnął jeszcze niżej, gdy je spostrzegł, ale nic nie wskazywało na to, żeby go zauważyły.
Wreszcie, gdy już coraz więcej drzew łamało się z trzaskiem i padało na ziemię. Mogliście jedynie patrzeć jak zaczarowani.
Pierwsze szły ungory, wszystkie niosąc wysoko w górze płonące pochodnie, oświetlające drogę. Tuż za nimi stąpała ciężko przednia straż złożona z ogromnych gorów. Z głowy każdego z nich wyrastały
rogi. Wszyscy byli w zbrojach i nosili przerażającą broń, którą wznosili wysoko i potrząsali nią w rytm bezustannego zawodzenia.
Były ich setki. Maszerowali przed siebie w jednym, nierównym szeregu rozciągającym się od punktu, gdzie znajdowała się wasza drużyna, aż do przeciwległego końca doliny, jak daleko byliście w stanie
sięgnąć wzrokiem.
Za gorami padały kolejne drzewa. Wytężaliście wzrok, żeby rozróżnić szczegóły sceny oświetlonej chybotliwym blaskiem przetaczającej się masy pochodni. Niewielkie cienie skulonych ungorów tłoczyły się wokół powalonych drzew, odciągając je na bok.
Następnie istoty podbiegały po kolejne kłody, a wszystko to odbywało się przy akompaniamencie trzasków biczy i ryków nadzorców. Kolejne dwie sosny zachwiały się i z trzaskiem osunęły na ziemię, a ze szczeliny, która się za nimi utworzyła, wychynęły cztery olbrzymie rogate cienie.
Były to gigantyczne stworzenia, górujące nad gorami, tak jak gory przewyższały wzrostem ungory. Ich kudłate głowy przywodziły na myśl bycze łby, a olbrzymie, zakręcone rogi rozciągały się szerzej niż rozpiętość ramion dorosłego człowieka.
Każdy z potworów dzierżył topór wyższy od zwierzoczłeka, o podwójnym ostrzu, które było tak wielkie, że mógłby się za nim schować krasnolud.
Podczas gdy ungory przymocowywały łańcuchy do gałęzi powalonych sosen i odciągały je na bok, cztery olbrzymie bykogłowe bestie podchodziły do kolejnych drzew, które stały im na drodze i
uderzeniami toporów ścinały je u podstawy. Ich ruchy były powolne i metodyczne - raz dwa, raz dwa, raz dwa. Tak wycinali sobie przejście.
Dwie kolumny ungorow z pochodniami wynurzyły się ze szczeliny, którą monstrualne minotaury wycięły między drzewami.
Pomiędzy nimi szalała w dzikich podskokach chmara dziko wyglądających zwierzoludzi. Wszyscy mieli na twarzach maski, a ich kompletnie nagie ciała przyozdobione były piórami, kośćmi i dziwnymi fetyszami. W dłoniach lub łapach trzymali długie kije, na jakie nadziane były ludzkie i zwierzęce czaszki wysadzane odłamkami kryształów i miedzią, która lśniła i błyskała w świetle pochodni.
Tańczący zwierzoludzie wydawali z siebie gardłowy, szorstki śpiew i podrzucali swoje totemy w rytm dudniącego, ciężkiego dźwięku, który stawał się coraz głośniejszy z każdą mijającą sekundą.
Niektórzy z nich rozorywali sobie ciała w ekstazie. Inni przypalali się pochodniami, jeszcze inni zderzali się głowami z współbraćmi przy akompaniamencie ogłuszającego trzasku ścierających się rogów.
Niektórzy padali martwi lub nieprzytomni, a ungory w pośpiechu podbiegały i odciągały ich na bok, podczas gdy nowi zajmowali ich miejsce.
Co kilka kroków, według jakiegoś rytmu, wszystkie bestie odwracały się do tyłu i wykonywały głęboki ukłon. Zawodziły przy tym straszliwie i krzyczały coś, po czym znowu zrywały się w podskokach i
kontynuowały przerwany taniec.
Gory.

Minotaur

Ungor

Dotarliście w miejsce, skąd możecie obserwować przemarsz mutantów.
Po jakimś czasie oczekiwania widzicie, że jedno z drzew rysujących się na tle poświaty zadrżało i zachybotało się, jakby porwał je cyklon, po czym powoli przechyliło się przy akompaniamencie straszliwego skrzypienia.
Chwilę później podobnie przewróciło się kolejne drzewo i po chwili następne. Wyglądało to tak, jakby jakaś olbrzymia stopa wgniatała je w ziemię.
Vader ponownie zwrócił wzrok ku dolinie. Żółtawe światło stawało się coraz bardziej intensywne i nabierało kształtu, długiego i krętego, niczym jakiś niewyobrażalnie wielki, świecący robak przeciskający się między drzewami. Jego koniec niknął w zasypanej śniegiem dali. Mógł się tak ciągnąć w nieskończoność.
Na tle poruszającego się słupa światła odcinały się ciemne sylwetki śmigające między smukłymi pniami drzew. Olbrzymie przygarbione istoty z gigantycznymi toporami i pałkami w dłoniach brnęły
mozolnie przez śnieżne zaspy i rozglądały się dokoła. Każdy z was instynktownie przykucnął jeszcze niżej, gdy je spostrzegł, ale nic nie wskazywało na to, żeby go zauważyły.
Wreszcie, gdy już coraz więcej drzew łamało się z trzaskiem i padało na ziemię. Mogliście jedynie patrzeć jak zaczarowani.
Pierwsze szły ungory, wszystkie niosąc wysoko w górze płonące pochodnie, oświetlające drogę. Tuż za nimi stąpała ciężko przednia straż złożona z ogromnych gorów. Z głowy każdego z nich wyrastały
rogi. Wszyscy byli w zbrojach i nosili przerażającą broń, którą wznosili wysoko i potrząsali nią w rytm bezustannego zawodzenia.
Były ich setki. Maszerowali przed siebie w jednym, nierównym szeregu rozciągającym się od punktu, gdzie znajdowała się wasza drużyna, aż do przeciwległego końca doliny, jak daleko byliście w stanie
sięgnąć wzrokiem.
Za gorami padały kolejne drzewa. Wytężaliście wzrok, żeby rozróżnić szczegóły sceny oświetlonej chybotliwym blaskiem przetaczającej się masy pochodni. Niewielkie cienie skulonych ungorów tłoczyły się wokół powalonych drzew, odciągając je na bok.
Następnie istoty podbiegały po kolejne kłody, a wszystko to odbywało się przy akompaniamencie trzasków biczy i ryków nadzorców. Kolejne dwie sosny zachwiały się i z trzaskiem osunęły na ziemię, a ze szczeliny, która się za nimi utworzyła, wychynęły cztery olbrzymie rogate cienie.
Były to gigantyczne stworzenia, górujące nad gorami, tak jak gory przewyższały wzrostem ungory. Ich kudłate głowy przywodziły na myśl bycze łby, a olbrzymie, zakręcone rogi rozciągały się szerzej niż rozpiętość ramion dorosłego człowieka.
Każdy z potworów dzierżył topór wyższy od zwierzoczłeka, o podwójnym ostrzu, które było tak wielkie, że mógłby się za nim schować krasnolud.
Podczas gdy ungory przymocowywały łańcuchy do gałęzi powalonych sosen i odciągały je na bok, cztery olbrzymie bykogłowe bestie podchodziły do kolejnych drzew, które stały im na drodze i
uderzeniami toporów ścinały je u podstawy. Ich ruchy były powolne i metodyczne - raz dwa, raz dwa, raz dwa. Tak wycinali sobie przejście.
Dwie kolumny ungorow z pochodniami wynurzyły się ze szczeliny, którą monstrualne minotaury wycięły między drzewami.
Pomiędzy nimi szalała w dzikich podskokach chmara dziko wyglądających zwierzoludzi. Wszyscy mieli na twarzach maski, a ich kompletnie nagie ciała przyozdobione były piórami, kośćmi i dziwnymi fetyszami. W dłoniach lub łapach trzymali długie kije, na jakie nadziane były ludzkie i zwierzęce czaszki wysadzane odłamkami kryształów i miedzią, która lśniła i błyskała w świetle pochodni.
Tańczący zwierzoludzie wydawali z siebie gardłowy, szorstki śpiew i podrzucali swoje totemy w rytm dudniącego, ciężkiego dźwięku, który stawał się coraz głośniejszy z każdą mijającą sekundą.
Niektórzy z nich rozorywali sobie ciała w ekstazie. Inni przypalali się pochodniami, jeszcze inni zderzali się głowami z współbraćmi przy akompaniamencie ogłuszającego trzasku ścierających się rogów.
Niektórzy padali martwi lub nieprzytomni, a ungory w pośpiechu podbiegały i odciągały ich na bok, podczas gdy nowi zajmowali ich miejsce.
Co kilka kroków, według jakiegoś rytmu, wszystkie bestie odwracały się do tyłu i wykonywały głęboki ukłon. Zawodziły przy tym straszliwie i krzyczały coś, po czym znowu zrywały się w podskokach i
kontynuowały przerwany taniec.
Gory.

Minotaur

Ungor

Ostatnio zmieniony 01 sierpnia 2014, 09:43 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- Hmmm. Ciekaw jestem... - wyszeptał Vader: - kto im wykuł broń, bo ta dzicz chyba sama ich nie zrobiła. Mam nadzieję że uda nam się tego dowiedzieć. Sądząc po ilości pancerzy, broni jaką dysponują to musiały być całe karawany sprzętu. Jak udało im się to utrzymać to w tajemnicy? Jak dopadnę tych kupców co ich zaopatrywali, to ciężko za to zapłacą.
Wątek techniczny
Śnieg? Myślałem że jest wczesna jesień. Te mutanty to w końcu są w stepie? Bo z opisu wynika jakby byli w puszczy jakiejś starej.
Wątek techniczny
Śnieg? Myślałem że jest wczesna jesień. Te mutanty to w końcu są w stepie? Bo z opisu wynika jakby byli w puszczy jakiejś starej.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Śnieg to wynik magii Chaosu, a raczej niedopatrzenie MG. Śniegu nie ma, jest wczesna jesień.
Oni idą, większość terenu to łąki, jakie na upartego można nazwać stepem. Ale tu jest też dużo lasów. To nie Dzikie Pola. Z bezkresnymi stepami. A normalny rejon z klimatem umiarkowano-morskim. Dużo lasów np.
Akurat tam gdzie ich obserwujecie, idą przez las.
Akurat tam gdzie ich obserwujecie, idą przez las.
Ostatnio zmieniony 01 sierpnia 2014, 10:13 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Kamień ofiarny z totemem i Przywódcy hordy
W chwili, kiedy kształt wynurzył się spośrod drzew, Kyrie pomyślał, że jego szalone wizje jednak się sprawdziły i naprawdę mają przed sobą olbrzymiego świetlika, który pełznął otoczony przez
stado zwierzoludzi. To coś było, bowiem długie, okrągłe jak ciało robaka i miało wiele odnóży. Po chwili jednak, gdy udało mu się skupić i dojrzeć więcej w oślepiającym świetle pochodni, zrozumiał,
że to, co brał za odnóża, to w rzeczywistości zwierzoludzie maszerujący w szeregu, noga za nogą. Na barki mieli zarzucone olbrzymie drewniane kłody, na nich nieśli to, co Kyrie wziął za ciało
robaka, a co tak naprawdę było największym menhirem, jaki widział w życiu.
- Na Katana! wymsknęło się templariuszowi Kyrie, gdy obserwowali
olbrzymi kamień wysuwający się spomiędzy drzew. Co to jest?
To Plemienny totem, rzekł Radagast. Ale... jest taki wielki, zbyt wielki. I zwierzoludzie nigdy ich nie przemieszczali.
Kamień był położony na boku i miał długość łodzi. Był to ciemnoszary granit o niedbale ociosanym kształcie, pokryty runami. Na czubku wąski, rozszerzał następnie się w dół, aż do mniej więcej dwóch i pół metra średnicy pośrodku. Postrzępione żyłki kwarcu pulsowały na jego powierzchni dziwnym niebieskim światłem w rytm zaśpiewu wydobywającego się z gardeł zwierzoludzi.
Każdy z was nie tylko widział pulsowanie niebieskiego światła, czuł je także na skórze jak ciepły wiatr, a także w umyśle jak złowieszczy szept rodem z koszmaru. Sprawiał on, że jednocześnie chciał stąd uciec, ale również biec w stronę kamienia, odrzucić broń i przyłączyć się do szalonego tańca. Wymagało to nie lada siły woli, żeby pozostać na miejscu i tylko patrzeć.
Podwójne kolumny zwierzoludzi maszerowały po każdej stronie kamienia podtrzymując ociosane niedbale kłody. Wszyscy poruszali się w jednakowym rytmie, co powodowało, że ziemia trzęsła się od
jednostajnego dudnienia. Było ich co najmniej dwustu, po sto na każdej stronie, a jeszcze więcej tłoczyło się u ich boków. Oni również śpiewali, mieli obnażoną broń, a sierść na ich twarzach pomalowana była w niebieskie pasy i symbole, być może stanowili coś w rodzaju straży honorowej.
Gdy procesja szła dalej, pomiędzy drzewami ukazała się podstawa kamienia. Ujrzeliście przywódców stada.
Pierwszy był olbrzymi zwierzoczłek, niemal dorównujący rozmiarem i muskulaturą minotaurom, chociaż szczuplejszy. Przechadzał się w tę i z powrotem po kamieniu i ryczał na znajdujących się poniżej tragarzy. Miał okrągły łeb i grube kręte rogi barana, ale jego wyszczerzone zęby były kłami drapieżnika. Oczy świeciły tym samym niebieskim światłem, jakim pulsował kamień.
Grube futro, które pokrywało jego imponujące mięśnie, było czarne jak węgiel i pokryte białymi bliznami, pamiątkami po niezliczonych bitwach. Na tej naturalnej warstwie ochronnej nosił
dodatkowo zbroję ze stali i brązu, zdawała się ona być dopasowana idealnie do jego sylwetki, aczkolwiek wykonanie podobnej zbroi przekraczało umiejętności jakiegokolwiek zwierzoczłeka. Topór, który dzierżył, również nosił znamię tej samej sprawnej ręki mistrza.
Broń dorównywała rozmiarami krasnoludowi i była zakończona olbrzymim pojedynczym ostrzem, wykończonym w ten sposób, że w tnącej krawędzi ziało głębokie nacięcie upodabniające całość do
otwartego dzioba jakiegoś drapieżnego ptaka. Niebieskie gemmy rozmiarów pięści lśniły po obu stronach ostrza niczym złe, ptasie oczy.
Podczas gdy przywódca zwierzoludzi chodził w tę i z powrotem po kamieniu, nawołując gardłowymi pomrukami swych towarzyszy do wzmożonych wysiłków, druga postać na kamieniu stała zupełnie
nieruchomo.
Istota trzymała tylko w górze sękatą laskę i unosiła swą koźlą głowę, aby zaklinać niebiosa żałośliwą, piskliwą pieśnią. Drugi zwierzoczłek był o połowę mniejszy od pierwszego i wyglądał na kogoś w rodzaju świętego męża zwierzoludzi. Jego futro było szare, a sylwetka przygarbiona ze starości. Ubrany był w długie, brudne szaty z ponaszywanymi prymitywnymi symbolami. Na wymizerowanej jak u trupa twarzy nosił skórzaną maskę z niebieskimi zawijasami namalowanymi w okolicach brwi. Na głowie pysznił się grzebień z niebieskich piór i spływał mu aż na plecy. Jeden z rogów miał wygięty pod dziwnym kątem, zupełnie jakby został uszkodzony w czasach młodości. Najdziwniejszym elementem jego wizerunku były jednak setki odciętych ptasich szponów, które zwisały z każdej poły jego szat na sznurkach i rzemykach. Orle szpony służyły mu za kolczyki, krucze łapki wplątane były w rozwichrzoną, koźlą brodę.
Każdy z jego wychudzonych palców zakończony był jastrzębim pazurem, a skurczone kurze łapki zwisały u rękawów szaty. Nawet główka jego obciągniętej skorą, oplecionej fetyszami laski powtarzała ten motyw, najprawdopodobniej był to potężny dziob gryfa, gdzie lśniła uwięziona niebieska kula.
To niewątpliwie Wielki Szaman.
Wszyscy macie wrażenie, że odbywa się tutaj coś w rodzaju krucjaty, zmierzającej do miejsca mocy na Wyjących Wzgórzach.
W chwili, kiedy kształt wynurzył się spośrod drzew, Kyrie pomyślał, że jego szalone wizje jednak się sprawdziły i naprawdę mają przed sobą olbrzymiego świetlika, który pełznął otoczony przez
stado zwierzoludzi. To coś było, bowiem długie, okrągłe jak ciało robaka i miało wiele odnóży. Po chwili jednak, gdy udało mu się skupić i dojrzeć więcej w oślepiającym świetle pochodni, zrozumiał,
że to, co brał za odnóża, to w rzeczywistości zwierzoludzie maszerujący w szeregu, noga za nogą. Na barki mieli zarzucone olbrzymie drewniane kłody, na nich nieśli to, co Kyrie wziął za ciało
robaka, a co tak naprawdę było największym menhirem, jaki widział w życiu.
- Na Katana! wymsknęło się templariuszowi Kyrie, gdy obserwowali
olbrzymi kamień wysuwający się spomiędzy drzew. Co to jest?
To Plemienny totem, rzekł Radagast. Ale... jest taki wielki, zbyt wielki. I zwierzoludzie nigdy ich nie przemieszczali.
Kamień był położony na boku i miał długość łodzi. Był to ciemnoszary granit o niedbale ociosanym kształcie, pokryty runami. Na czubku wąski, rozszerzał następnie się w dół, aż do mniej więcej dwóch i pół metra średnicy pośrodku. Postrzępione żyłki kwarcu pulsowały na jego powierzchni dziwnym niebieskim światłem w rytm zaśpiewu wydobywającego się z gardeł zwierzoludzi.
Każdy z was nie tylko widział pulsowanie niebieskiego światła, czuł je także na skórze jak ciepły wiatr, a także w umyśle jak złowieszczy szept rodem z koszmaru. Sprawiał on, że jednocześnie chciał stąd uciec, ale również biec w stronę kamienia, odrzucić broń i przyłączyć się do szalonego tańca. Wymagało to nie lada siły woli, żeby pozostać na miejscu i tylko patrzeć.
Podwójne kolumny zwierzoludzi maszerowały po każdej stronie kamienia podtrzymując ociosane niedbale kłody. Wszyscy poruszali się w jednakowym rytmie, co powodowało, że ziemia trzęsła się od
jednostajnego dudnienia. Było ich co najmniej dwustu, po sto na każdej stronie, a jeszcze więcej tłoczyło się u ich boków. Oni również śpiewali, mieli obnażoną broń, a sierść na ich twarzach pomalowana była w niebieskie pasy i symbole, być może stanowili coś w rodzaju straży honorowej.
Gdy procesja szła dalej, pomiędzy drzewami ukazała się podstawa kamienia. Ujrzeliście przywódców stada.
Pierwszy był olbrzymi zwierzoczłek, niemal dorównujący rozmiarem i muskulaturą minotaurom, chociaż szczuplejszy. Przechadzał się w tę i z powrotem po kamieniu i ryczał na znajdujących się poniżej tragarzy. Miał okrągły łeb i grube kręte rogi barana, ale jego wyszczerzone zęby były kłami drapieżnika. Oczy świeciły tym samym niebieskim światłem, jakim pulsował kamień.
Grube futro, które pokrywało jego imponujące mięśnie, było czarne jak węgiel i pokryte białymi bliznami, pamiątkami po niezliczonych bitwach. Na tej naturalnej warstwie ochronnej nosił
dodatkowo zbroję ze stali i brązu, zdawała się ona być dopasowana idealnie do jego sylwetki, aczkolwiek wykonanie podobnej zbroi przekraczało umiejętności jakiegokolwiek zwierzoczłeka. Topór, który dzierżył, również nosił znamię tej samej sprawnej ręki mistrza.
Broń dorównywała rozmiarami krasnoludowi i była zakończona olbrzymim pojedynczym ostrzem, wykończonym w ten sposób, że w tnącej krawędzi ziało głębokie nacięcie upodabniające całość do
otwartego dzioba jakiegoś drapieżnego ptaka. Niebieskie gemmy rozmiarów pięści lśniły po obu stronach ostrza niczym złe, ptasie oczy.
Podczas gdy przywódca zwierzoludzi chodził w tę i z powrotem po kamieniu, nawołując gardłowymi pomrukami swych towarzyszy do wzmożonych wysiłków, druga postać na kamieniu stała zupełnie
nieruchomo.
Istota trzymała tylko w górze sękatą laskę i unosiła swą koźlą głowę, aby zaklinać niebiosa żałośliwą, piskliwą pieśnią. Drugi zwierzoczłek był o połowę mniejszy od pierwszego i wyglądał na kogoś w rodzaju świętego męża zwierzoludzi. Jego futro było szare, a sylwetka przygarbiona ze starości. Ubrany był w długie, brudne szaty z ponaszywanymi prymitywnymi symbolami. Na wymizerowanej jak u trupa twarzy nosił skórzaną maskę z niebieskimi zawijasami namalowanymi w okolicach brwi. Na głowie pysznił się grzebień z niebieskich piór i spływał mu aż na plecy. Jeden z rogów miał wygięty pod dziwnym kątem, zupełnie jakby został uszkodzony w czasach młodości. Najdziwniejszym elementem jego wizerunku były jednak setki odciętych ptasich szponów, które zwisały z każdej poły jego szat na sznurkach i rzemykach. Orle szpony służyły mu za kolczyki, krucze łapki wplątane były w rozwichrzoną, koźlą brodę.
Każdy z jego wychudzonych palców zakończony był jastrzębim pazurem, a skurczone kurze łapki zwisały u rękawów szaty. Nawet główka jego obciągniętej skorą, oplecionej fetyszami laski powtarzała ten motyw, najprawdopodobniej był to potężny dziob gryfa, gdzie lśniła uwięziona niebieska kula.
To niewątpliwie Wielki Szaman.
Wszyscy macie wrażenie, że odbywa się tutaj coś w rodzaju krucjaty, zmierzającej do miejsca mocy na Wyjących Wzgórzach.
Co czynicie?
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Zaszarżowałbym, ale trzeba dać im szansę na równą walkę. Wycofujemy się i ustalamy skład komanda z największych rezunów i druidów. Chcę żeby kążdy był zbrojny w tarcze o ile to możliwe, bo broń mutków ciężko będzie przyjmować "na klatę".
Nasze wojska nie chce żeby szly za mutkami, najlepiej tak aby podeszly pod wzgórze z innego kierunku, tak żeby wróg nie mógł się zorientować że są śledzeni.
Nasze wojska nie chce żeby szly za mutkami, najlepiej tak aby podeszly pod wzgórze z innego kierunku, tak żeby wróg nie mógł się zorientować że są śledzeni.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Jak wracacie ze zwiadu to widzicie w lesie słaby poblask niebieskiego światła i głos, ukryj topór bo widać go z daleka. Głos raczej ludzki.
Sprawdzacie to?, mutanty już przeszły. to raczej nie oni, ale kto to wie.
Sprawdzacie to?, mutanty już przeszły. to raczej nie oni, ale kto to wie.
Powiedzmy, że idąc nieco naokoło Wasze siły mogą dotrzeć w okolice Wyjących Wzgórz, dwa dni przed Hordą.
Wypoczną i ukryją się.
Wy zaś macie niecałe 10 dni na zebranie Druidów.
Powiedzmy 20 ludzi idzie, wym 12 Druidów łącznie z Radagastem.
8 wojowników, czyli jeszcze 6 poza lordem Vaderem i tanem Kyrie.
Wypoczną i ukryją się.
Wy zaś macie niecałe 10 dni na zebranie Druidów.
Powiedzmy 20 ludzi idzie, wym 12 Druidów łącznie z Radagastem.
8 wojowników, czyli jeszcze 6 poza lordem Vaderem i tanem Kyrie.