Jackson skinął z aprobatą głową, oderwał się od ściany opierając dłonie dla odmiany o biurko Knighta i spoglądając pytająco na stojącego nieco w tyle wojskowego lekarza.
- Poruczniku, pańska opinia? Mogą wyruszyć jutro w drogę? - zapytał Strażnik.
- Ci dwaj raczej tak, chociaż będą się drapać jak szaleni - odparł lekarz - Ale z pastorem sprawy mają się dużo gorzej. Muszę go na jakiś czas hospitalizować, doznał ciężkiego udaru cieplnego, rokowania nie są dobre.
- Niech się lepiej tutaj leczy - wtrącił naprędce chudzielec, wyraźnie nie żywiący wobec Gottschalka gorących uczuć - Jeszcze mu się coś złego przydarzy na pustyni. Taka pustynia to nie miejsce dla sługi bożego.
- Majorze, proszę wydać tym ludziom broń z rezerwowego arsenału - Jackson wyciągnął przed siebie rękę, ściskając wpierw dłoń Flanagana, później zaś Simpsona - Nie możecie spać w budynku komendantury, ale sierżant Lee znajdzie dla was jakieś miejsce do spania na zewnątrz, załatwi koce i materace. Jeśli macie ochotę, jest tutaj cywilny bar, w następnym budynku od strony posągów, mają tam coś do żarcia i picia.
- Zajebiście, ale my nie mamy ani centa - prychnął rozżalony Bart - Straciliśmy wszystko.
Jackson uśmiechnął się półgębkiem, sięgnął do kieszeni spodni wyciągając z niej bitą z niklu kalifornijską pięciodolarówkę.
- Wystarczy na jedną flaszkę - powiedział rzucając monetę w ręce Simpsona - W prezencie ode mnie za pomoc udzieloną porucznikowi Hayesowi.
[/center]