PBF - Boskie potyczki
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Gratulować pamięci. Już myślałem, że całkiem zapomniałeś o spadku po dziadku. Spadek jest w prawej cholewie dziadkowego buta, czyli w miejscu jego pochówku. Jeżeli idzie o chwilkę czasu, to teraz będzie taka chwilka. Jest ranek, krwiopijca pokonany, rozruchy w mieście ucichły. Barthur i Bazookh muszą poddać się leczeniu. Balin natomiast sam lub w towarzystwie może wybrać się na przeciw Huskunowi i Gusłkowi (bo coś długo ich nie widać). Cmentarz jest po drodze.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Panowie rycerze jeśli łaska wyprowadźcie Bazookha i Barthura ledwo stoją na nogach niebożęta, my tu z gnomem nieco zabawimy jeszcze.
- Drayaharus, jak skończymy tu sprzątać i szukać naszych rzeczy, to wyjdziemy na spotkanie Gusłka i tego niecnoty Huskuna, cosik długo ich nie ma.
Ja zaś po drodze grób dziadunia mego odwiedzę, jako i ty ze mną tam pójdziesz.
[offtopic]MG: a ja muszę dziadunia wykopać? Czy ma coś a la sarkofag w jakiejść niwielkiej budowli, taki mały grobowiec?
Bo jak trza wykopywać, to biorę łopatę...[/offtopic]
- Drayaharus, jak skończymy tu sprzątać i szukać naszych rzeczy, to wyjdziemy na spotkanie Gusłka i tego niecnoty Huskuna, cosik długo ich nie ma.
Ja zaś po drodze grób dziadunia mego odwiedzę, jako i ty ze mną tam pójdziesz.
[offtopic]MG: a ja muszę dziadunia wykopać? Czy ma coś a la sarkofag w jakiejść niwielkiej budowli, taki mały grobowiec?
Bo jak trza wykopywać, to biorę łopatę...[/offtopic]
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Plan na resztę pobytu poza miastem jest następujący: Orofar oraz Huskun i jego świeżo upieczona straż przyboczna wracają z uwolnionym druidem do świętego gaju, kapitalizują zyski (jakie by nie były, chodzi przede wszystkim o dług wdzięczności ze strony druidów), a następnie czym prędzej wszyscy (w tym naturalnie i Gusłek) powracają do miasta.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Dzikie ostępy, ranek, 3 dnia bakis-ranu
Szaman Huskun jeździł na osiołku wzdłuż szeregu swoich goblinów doglądając, czy aby każdy wykonuje powierzone mu zadanie. Wracali szerokim traktem wprost do Rotgan-kir. Zmęczony rytuałem Gusłek drzemał w siodle cicho pochrapując, a Orofar niezbyt zachwycony ze swojej roli uspokajał spanikowanych widokiem komanda goblinów, podróżnych.
Upał nie był dotkliwy jak dnia wczorajszego więc podróżowało się o wiele przyjemniej. Co prawda podróż spowalniały tachające ciężkie skrzynie gobliny, ale i przy takim tempie powinni dotrzeć do miasta popołudniu.
Podróż mijała bez żadnych przygód, jednak im bliżej byli miasta tym gorsza stawała się pogoda. Nieco dziwnym wydawał się także fakt, że brakło osób podróżujących od stromy miasta. Wkrótce zaczął padać deszcz a wiatr wzmagał się z minuty na minutę.
Huskun zorientował się, że coś się stało, gdy Orofar wraz z Gusłkiem stanęli oniemiali na szczycie wysokiego i łysego wzgórza. Czym prędzej podjechał i gdy zobaczył to co jego towarzysze oniemiał także i poczuł ciarki na grzbiecie.
Dalego na błękitnym morskim horyzoncie uformowały się czarne jak węgiel chmury oraz skłębiły się tworząc mroczną rozetę z której co rusz wytryskiwały błyskawice. Takie zjawisko atmosferyczne nie mogło być naturalne, tym bardziej, że od strony morza, ku niebu wił się niczym wąż wirujący słup wody.
- Na najświętszego Asteriusza a co to znowuż za diabelstwo - zakrzyknął Orofar.
- To chyba przy samym Rotgan-kir - dodał Gusłek - musiało stać się coś straszliwego. Huskunie rozkaż swoim goblinom schować gdzieś część łupów, będziemy musieli się pośpieszyć.
Szaman Huskun jeździł na osiołku wzdłuż szeregu swoich goblinów doglądając, czy aby każdy wykonuje powierzone mu zadanie. Wracali szerokim traktem wprost do Rotgan-kir. Zmęczony rytuałem Gusłek drzemał w siodle cicho pochrapując, a Orofar niezbyt zachwycony ze swojej roli uspokajał spanikowanych widokiem komanda goblinów, podróżnych.
Upał nie był dotkliwy jak dnia wczorajszego więc podróżowało się o wiele przyjemniej. Co prawda podróż spowalniały tachające ciężkie skrzynie gobliny, ale i przy takim tempie powinni dotrzeć do miasta popołudniu.
Podróż mijała bez żadnych przygód, jednak im bliżej byli miasta tym gorsza stawała się pogoda. Nieco dziwnym wydawał się także fakt, że brakło osób podróżujących od stromy miasta. Wkrótce zaczął padać deszcz a wiatr wzmagał się z minuty na minutę.
Huskun zorientował się, że coś się stało, gdy Orofar wraz z Gusłkiem stanęli oniemiali na szczycie wysokiego i łysego wzgórza. Czym prędzej podjechał i gdy zobaczył to co jego towarzysze oniemiał także i poczuł ciarki na grzbiecie.
Dalego na błękitnym morskim horyzoncie uformowały się czarne jak węgiel chmury oraz skłębiły się tworząc mroczną rozetę z której co rusz wytryskiwały błyskawice. Takie zjawisko atmosferyczne nie mogło być naturalne, tym bardziej, że od strony morza, ku niebu wił się niczym wąż wirujący słup wody.
- Na najświętszego Asteriusza a co to znowuż za diabelstwo - zakrzyknął Orofar.
- To chyba przy samym Rotgan-kir - dodał Gusłek - musiało stać się coś straszliwego. Huskunie rozkaż swoim goblinom schować gdzieś część łupów, będziemy musieli się pośpieszyć.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Rezolutny goblin, przed południem, 3 dnia bakis-ramu
- Delikatniej starucho! - zasyczał z bólu Bazookh, którego rany szyła zawezwana przez karczmarza starucha. Kobiecinie daleko było do delikatności, ale szyła z wprawą i dość równo.
- Nie trzeba było dać się porżnąć jak prosiak przed weseliskiem. Teraz zamknij japę i daj mi pracować - gderała starowina - co rusz tu przyłażę łatać wasze rany, jakbym nie miała nic do roboty.
Barhur, którego już zeszyli leżał na łóżku i pozwalał poić się naparem o jakiejś dziwnej nazwie i obrzydliwym smaku, przez jedną z uroczych elfek Orofara.
Po pokoiku chodził wściekły jak osa giermek Orofara.
- Dalejże, opowiadajcie. Jak to było. O, że też musiałem zostać w karczmie. Taka sława przechodzi mi między palcami!
Starucha słysząc te rewelacje ograniczyła się do prychnięcia i szyła dalej.
- Nic tam bohaterskiego nie było - zaczął Bazookh - bo nas wampir czarem spętał i posiekałby jak wspomniane prosiaki jakby Barthrowi się nie udało z magicznej niemocy wykaraskać.
Elfka z zainteresowaniem podniosła oczy na goblinią facjatę Barthura, aż mu się cieplej zrobiło na sercu.
- Eeee, tak było jako rzecze krasnolud. Trzasnąłem wąpierza perlikiem w czerep, aż się mu nad głową gwiazdki zakręciły dzięki czemu się nieco jaśniej zrobiło. Po ćmicy nie lubię się bić, bo nigdy nie wiadomo w kogo się trafi - zaczął opowiadać, nieco ubarwiając astrolog.
- Auć! - zapiszczała druga elfka,która siedziała na skrzyni wypchanej łupami ze świątyni, zajęta naszywaniem wyciętych ze złotogłowia kielichów na zdobyczną szatę Seriona - ależ to twarde.
Tak to miłej atmosferze mijał czas gdy Nieulękli odpoczywali po walce z nieumarłym, czekając na powrót Gusłak i Huskuna.
- Delikatniej starucho! - zasyczał z bólu Bazookh, którego rany szyła zawezwana przez karczmarza starucha. Kobiecinie daleko było do delikatności, ale szyła z wprawą i dość równo.
- Nie trzeba było dać się porżnąć jak prosiak przed weseliskiem. Teraz zamknij japę i daj mi pracować - gderała starowina - co rusz tu przyłażę łatać wasze rany, jakbym nie miała nic do roboty.
Barhur, którego już zeszyli leżał na łóżku i pozwalał poić się naparem o jakiejś dziwnej nazwie i obrzydliwym smaku, przez jedną z uroczych elfek Orofara.
Po pokoiku chodził wściekły jak osa giermek Orofara.
- Dalejże, opowiadajcie. Jak to było. O, że też musiałem zostać w karczmie. Taka sława przechodzi mi między palcami!
Starucha słysząc te rewelacje ograniczyła się do prychnięcia i szyła dalej.
- Nic tam bohaterskiego nie było - zaczął Bazookh - bo nas wampir czarem spętał i posiekałby jak wspomniane prosiaki jakby Barthrowi się nie udało z magicznej niemocy wykaraskać.
Elfka z zainteresowaniem podniosła oczy na goblinią facjatę Barthura, aż mu się cieplej zrobiło na sercu.
- Eeee, tak było jako rzecze krasnolud. Trzasnąłem wąpierza perlikiem w czerep, aż się mu nad głową gwiazdki zakręciły dzięki czemu się nieco jaśniej zrobiło. Po ćmicy nie lubię się bić, bo nigdy nie wiadomo w kogo się trafi - zaczął opowiadać, nieco ubarwiając astrolog.
- Auć! - zapiszczała druga elfka,która siedziała na skrzyni wypchanej łupami ze świątyni, zajęta naszywaniem wyciętych ze złotogłowia kielichów na zdobyczną szatę Seriona - ależ to twarde.
Tak to miłej atmosferze mijał czas gdy Nieulękli odpoczywali po walce z nieumarłym, czekając na powrót Gusłak i Huskuna.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Cmentarz koło Rotgan-kie, przed południe, 3 dnia bakis-ranu
- Kopał byś szybciej krasnoludzie! Cały przemokłem, a synowie grabarza coraz bardziej się kręcą i zaglądają co robimy - marudził Drayaharus chowając się przed deszczem pod połami płaszcza.
- Cicho siedź - warknął Balin - lepiej byś pomachał łopatą. Przynajmniej byś się rozgrzał. Reptilionom powiedziałem, że zarządzam ekshumację dziadka, aby sprawdzić czy mój senior nie został przeklęty życiem po śmierci. I szczerze mówiąc chcę to sprawdzić, bo mój dziadunio i tak się wile po śmiercie nacierpiał nawiedzając karczmę. Kopanie musi potrwać, bo krasnoluda chowa się co najmniej na na cztery łokcie pod ziemią, żeby mu było bliżej do królestwa Gotam-gora. Wy tam się chowajcie w płytkich grobach, ale krasnoludzki musi być porządny.
W końcu łopata stuknęła o wieko. Nieulękli z trudem wyciągnęli trumnę z dołu i z pewnym wahaniem podważyli wieko łopatą. Z trumny buchnął odór zwłok w mocno posuniętej fazie rozkładu ciała.
Balin z westchnieniem ulgi i nostalgii spojrzał na szczątki seniora rodu ściskającego leżący na piersiach topór. Leżał tak jak go pochowano, czyli żadna moc nekromantyczna nie zakłóciła mu spoczynku.
- Niech stanie się zadość twojej ostatniej woli - zaintonował poważnym głosem Balin i ściągnął prawy but nieboszczyka.
Oględziny buta wykazały, że cholewa ukrywa mała skrytkę. Balin podważył jej wieczko sztyletem i odpędził szturchańcem zaglądającego zza ramienia gnoma.
W skrytce znajdowała się jedna jedyna rzecz. Mały złoty kluczy z wygrawerowaną krasnoludzką liczbą 54 oraz symbolem Krasnoludzkiego Banku Huberfortha.
- Kopał byś szybciej krasnoludzie! Cały przemokłem, a synowie grabarza coraz bardziej się kręcą i zaglądają co robimy - marudził Drayaharus chowając się przed deszczem pod połami płaszcza.
- Cicho siedź - warknął Balin - lepiej byś pomachał łopatą. Przynajmniej byś się rozgrzał. Reptilionom powiedziałem, że zarządzam ekshumację dziadka, aby sprawdzić czy mój senior nie został przeklęty życiem po śmierci. I szczerze mówiąc chcę to sprawdzić, bo mój dziadunio i tak się wile po śmiercie nacierpiał nawiedzając karczmę. Kopanie musi potrwać, bo krasnoluda chowa się co najmniej na na cztery łokcie pod ziemią, żeby mu było bliżej do królestwa Gotam-gora. Wy tam się chowajcie w płytkich grobach, ale krasnoludzki musi być porządny.
W końcu łopata stuknęła o wieko. Nieulękli z trudem wyciągnęli trumnę z dołu i z pewnym wahaniem podważyli wieko łopatą. Z trumny buchnął odór zwłok w mocno posuniętej fazie rozkładu ciała.
Balin z westchnieniem ulgi i nostalgii spojrzał na szczątki seniora rodu ściskającego leżący na piersiach topór. Leżał tak jak go pochowano, czyli żadna moc nekromantyczna nie zakłóciła mu spoczynku.
- Niech stanie się zadość twojej ostatniej woli - zaintonował poważnym głosem Balin i ściągnął prawy but nieboszczyka.
Oględziny buta wykazały, że cholewa ukrywa mała skrytkę. Balin podważył jej wieczko sztyletem i odpędził szturchańcem zaglądającego zza ramienia gnoma.
W skrytce znajdowała się jedna jedyna rzecz. Mały złoty kluczy z wygrawerowaną krasnoludzką liczbą 54 oraz symbolem Krasnoludzkiego Banku Huberfortha.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- Nie godoj tyle dziołcha ino szyj - uśmiechnął się olbrzym, rad, że udało mu się wynieść tyle dobra ze świątyni. Zdobyty ekwipunek, spieniężony miał zapewnić lepszy start w przyszłość. A wiadomym było, że profesjonalne szkolenia kosztowały moc złota, a tego ostatnimi czasy Barthurowi brakowało.
Wątek techniczny
Co tam udało mi się wynieść z grobowca? Aha, tę smoczą skórę trzeba sprawdzić pod kątem magii.
Wątek techniczny
Co tam udało mi się wynieść z grobowca? Aha, tę smoczą skórę trzeba sprawdzić pod kątem magii.
- Co ty tam jeszcze przy tym trupie robisz, bierz to i uciekamy stąd do Rezolutnego! - sapnął gnom, stąpając z nogi na nogę. - No daj mu jeszcze całusa na pożegnanie i chodźmy! - ponaglał, dotykając swoich klejnotów... ukrytych w kieszeni.
Ile kosztowności udało mi się wynieść z podziemi świątyni Morglitha?
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Dzikie ostępy, ranek, 3 dnia bakis-ranu
Huskun wpadł na widok morskiego kataklizmu w takie osłupienie, że omal nie spadł z przemoczonego osiołka. Cokolwiek działo się na linii widnokręgu, nie wieściło niczego dobrego.
- Skrzynie w krzaczory! - zakrzyknął samozwańczy szaman Turgulów, pokazując swym towarzyszom wyjątkowo gęste chaszcze rosnące opodal traktu - A żwawo! Burza idzie wielgachna, trza się w mieście schronić!
Deszcz siekł coraz mocniej, ale goblin nie przykładał do uciążliwej aury większego znaczenia, nawykły do częstych mżawek na mokradłach.
Huskun wpadł na widok morskiego kataklizmu w takie osłupienie, że omal nie spadł z przemoczonego osiołka. Cokolwiek działo się na linii widnokręgu, nie wieściło niczego dobrego.
- Skrzynie w krzaczory! - zakrzyknął samozwańczy szaman Turgulów, pokazując swym towarzyszom wyjątkowo gęste chaszcze rosnące opodal traktu - A żwawo! Burza idzie wielgachna, trza się w mieście schronić!
Deszcz siekł coraz mocniej, ale goblin nie przykładał do uciążliwej aury większego znaczenia, nawykły do częstych mżawek na mokradłach.
Chowamy szybko łupy w miejscu, które zaklinacz postara się dobrze zapamiętać, potem zaś czym prędzej do miasta!
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Skrzyżowanie dróg, 3 dnia bakis-ranu
Na skrzyżowaniu drogi prowadzącej między Rotgan-kir a stolicą Borowiru oraz dróżki prowadzącej na cmentarz, na kamieniu milowym przysiadł krasnolud strząsający co chwilę gromadzącą się na płaszczu wodę. Po drugiej stronie pod rozległymi konarami dębu stał gnom żonglujący kilkoma sztyletami.
- Nie ma co na nich czekać na deszczu. Musiał ich coś zatrzymać - zagadnął po raz setny Drayaharus starając wciągnąć Balina w konwersację - poza tym to nie dobrze siedzieć na rozstajach dróg. To złe miejsca, licha tu ciągną. Słyszałem nawet, że na rozstajach grzebią szczątki różnych potworzysk. Choć, po prawdzie, raz zdybałem na leśny skrzyżowaniu taką jedna słodziuchną gnomkę....
- Co żeś powiedział ?- przerwa opowieść iluzjonisty poczuwszy igiełkę niezidentyfikowanego niepokoju Balin.
- A no, mówiłem, że Jagódkę Strofoot kiedyś spotkałem w lesie. Cytata była i zadek też miała jak marzenie. Idzie sobie z koszykiem, a ja do niej prawię... - zaczął radośnie opowieść gnom
- Drayaharus! Ja pytałem o te potworzyska - krasnolud uciął historię o Jagódce.
- Potworzyska? A, tak. No wiesz słyszałem takie historię, że w jednym mieście w lochach pod ratuszem zalęgło się jakieś zło. Ludzi ubijało, ratuszowych urzędników w łapówkarstwa i kumoterstwa namawiało. Burmistrza nawet przez nie sporą malwersację popełnił. Najęli więc kilku takich co licho dopadli i zaciukali. To jednak nie pomogło, bo licho wróciło. I tak kilka razy. Dopiero znalazł się kapłan dużo wiedzący, acz głupi. Powiedział, że nie ma co na licho przywar ludzkich zwalać ino rachunek sumienia zrobić. Rozsierdził tym burmistrza, co się w końcu dla niego źle skończyło. Co do licha - radził, żeby następnym razem jak je pokonają, to szczątki na rozstajach dróg pogrzebać. Tak, też zrobili. I nawet połowicznie pomogło! Ludzie przestali ginąć, ino urzędnicy kradli po staremu.
- Imaginerus, a ty wiesz co to za licho było? - zapyta nerwowo podnosząc się z kamienia Balin.
- No, co ty Balin się gorączkujesz. To tylko taka historyjka. Coby pokazać, że urzędnicy jak kradli i nadal będą.
- Draya do to było za licho? - zapytałkrasnolud łapiąc gnoma za ramiona.
- Nie jestem pewny. Wąpierz chyba, bo lubił do dziewic się dobierać. Ale nie rozumiem..... O żesz kur! - w oczach gnoma zabłysło zrozumienie.
W tym czasie gdy dwóch Nieulękłych dopadły wątpliwości co do ostatecznego uśmiercenia ich potwornego wroga deszcz ustał, kapiąc jedynie z drzew, a na wzgórze przez które wiódł gościniec, padły promienie słońca. W tych promieniach ukazał się paladyn w lśniącej zbroi na rączym rumaku w towarzystwie odzianego w szaty kapłańskie człowieka oraz grupki goblinów, których przywódca powodował osiołkiem.
Takoż spotkali się Nieulękli którzy żywo rozprawiając czym prędzej ruszyli ku Rotgan-kir. Tam przed bramami miasta rozdzielili się, bo Orofar nie miał zamiaru przekradać się do miasta podziemiami. Gobliny i Nieulękli ruszyli tunelem, a Paladyn wraz z wierzchowcami ruszył ku brami, aby mieć godniejsze wejście.
W Rezolutnym Goblinie zapanowała wielka radość po spotkaniu przyjaciół, bo w obecnych czasach nikt niczego nie był pewien, a śmierć nachodziła nagle i niespodziewanie. Gusłek wraz ruszył do alchemika, aby objaśnić go w kwestii gwieździstego krzewu, pod którym miała spocząć sakiewka ze skóry krasnoluda wraz z uzyskanym alchemicznie proszkiem.
W pokoju na piętrze, gdzie spotkali się wszyscy Nieulękli i ich towarzysze zapanował gwar i ożywione rozmowy. Pobledli Barthur i Bazookh, którzy coraz bardziej odczuwali swoje rany leżeli na łóżkach i udzielali się nie wiele. Widać po nich było, że czar, który uratował im życie z wolna ustępuje. Ich stan był bardzo poważny mimo pomocy staruchy. Widząc to paladyni, Arachel i przybyły już również Orofar, użyczyli swoich mocy nakładając dłonie na rany i korzystając z unikalnych dla ich profesji zdolności leczenia ran. Efekt był jednak niemal niezauważalny.
Do pokoju wkroczyli Gusłek wraz gnomim alchemikiem. Gusłek przywitał się ze wszystkimi nie szczędząc dobrego słowa.
- Eliksir Elissy niemal ukończony - zakomunikował alchemik - teraz musimy sakiewkę wraz z proszkiem zakopać pod gwieździstym krzewem na dwie noce. Na szczęście taki krzew znajdziemy nawet pod karczmą i pobłogosławimy go ziemią z chramu driudów. Po tym pozostanie jedyne podgrzać proszek z sakiewki z winem, które z takim trudem i poświęceniem zdobyliście. Teraz potrzebny jest już tylko puchar Dreamona. Ostatni taki był w posiadaniu Elissy, która mieszkała w Akal-mar. Jak ustaliliśmy z Gusłkiem tam właśnie trzeba rozpocząć jego poszukieania.
Na skrzyżowaniu drogi prowadzącej między Rotgan-kir a stolicą Borowiru oraz dróżki prowadzącej na cmentarz, na kamieniu milowym przysiadł krasnolud strząsający co chwilę gromadzącą się na płaszczu wodę. Po drugiej stronie pod rozległymi konarami dębu stał gnom żonglujący kilkoma sztyletami.
- Nie ma co na nich czekać na deszczu. Musiał ich coś zatrzymać - zagadnął po raz setny Drayaharus starając wciągnąć Balina w konwersację - poza tym to nie dobrze siedzieć na rozstajach dróg. To złe miejsca, licha tu ciągną. Słyszałem nawet, że na rozstajach grzebią szczątki różnych potworzysk. Choć, po prawdzie, raz zdybałem na leśny skrzyżowaniu taką jedna słodziuchną gnomkę....
- Co żeś powiedział ?- przerwa opowieść iluzjonisty poczuwszy igiełkę niezidentyfikowanego niepokoju Balin.
- A no, mówiłem, że Jagódkę Strofoot kiedyś spotkałem w lesie. Cytata była i zadek też miała jak marzenie. Idzie sobie z koszykiem, a ja do niej prawię... - zaczął radośnie opowieść gnom
- Drayaharus! Ja pytałem o te potworzyska - krasnolud uciął historię o Jagódce.
- Potworzyska? A, tak. No wiesz słyszałem takie historię, że w jednym mieście w lochach pod ratuszem zalęgło się jakieś zło. Ludzi ubijało, ratuszowych urzędników w łapówkarstwa i kumoterstwa namawiało. Burmistrza nawet przez nie sporą malwersację popełnił. Najęli więc kilku takich co licho dopadli i zaciukali. To jednak nie pomogło, bo licho wróciło. I tak kilka razy. Dopiero znalazł się kapłan dużo wiedzący, acz głupi. Powiedział, że nie ma co na licho przywar ludzkich zwalać ino rachunek sumienia zrobić. Rozsierdził tym burmistrza, co się w końcu dla niego źle skończyło. Co do licha - radził, żeby następnym razem jak je pokonają, to szczątki na rozstajach dróg pogrzebać. Tak, też zrobili. I nawet połowicznie pomogło! Ludzie przestali ginąć, ino urzędnicy kradli po staremu.
- Imaginerus, a ty wiesz co to za licho było? - zapyta nerwowo podnosząc się z kamienia Balin.
- No, co ty Balin się gorączkujesz. To tylko taka historyjka. Coby pokazać, że urzędnicy jak kradli i nadal będą.
- Draya do to było za licho? - zapytałkrasnolud łapiąc gnoma za ramiona.
- Nie jestem pewny. Wąpierz chyba, bo lubił do dziewic się dobierać. Ale nie rozumiem..... O żesz kur! - w oczach gnoma zabłysło zrozumienie.
W tym czasie gdy dwóch Nieulękłych dopadły wątpliwości co do ostatecznego uśmiercenia ich potwornego wroga deszcz ustał, kapiąc jedynie z drzew, a na wzgórze przez które wiódł gościniec, padły promienie słońca. W tych promieniach ukazał się paladyn w lśniącej zbroi na rączym rumaku w towarzystwie odzianego w szaty kapłańskie człowieka oraz grupki goblinów, których przywódca powodował osiołkiem.
Takoż spotkali się Nieulękli którzy żywo rozprawiając czym prędzej ruszyli ku Rotgan-kir. Tam przed bramami miasta rozdzielili się, bo Orofar nie miał zamiaru przekradać się do miasta podziemiami. Gobliny i Nieulękli ruszyli tunelem, a Paladyn wraz z wierzchowcami ruszył ku brami, aby mieć godniejsze wejście.
W Rezolutnym Goblinie zapanowała wielka radość po spotkaniu przyjaciół, bo w obecnych czasach nikt niczego nie był pewien, a śmierć nachodziła nagle i niespodziewanie. Gusłek wraz ruszył do alchemika, aby objaśnić go w kwestii gwieździstego krzewu, pod którym miała spocząć sakiewka ze skóry krasnoluda wraz z uzyskanym alchemicznie proszkiem.
W pokoju na piętrze, gdzie spotkali się wszyscy Nieulękli i ich towarzysze zapanował gwar i ożywione rozmowy. Pobledli Barthur i Bazookh, którzy coraz bardziej odczuwali swoje rany leżeli na łóżkach i udzielali się nie wiele. Widać po nich było, że czar, który uratował im życie z wolna ustępuje. Ich stan był bardzo poważny mimo pomocy staruchy. Widząc to paladyni, Arachel i przybyły już również Orofar, użyczyli swoich mocy nakładając dłonie na rany i korzystając z unikalnych dla ich profesji zdolności leczenia ran. Efekt był jednak niemal niezauważalny.
Do pokoju wkroczyli Gusłek wraz gnomim alchemikiem. Gusłek przywitał się ze wszystkimi nie szczędząc dobrego słowa.
- Eliksir Elissy niemal ukończony - zakomunikował alchemik - teraz musimy sakiewkę wraz z proszkiem zakopać pod gwieździstym krzewem na dwie noce. Na szczęście taki krzew znajdziemy nawet pod karczmą i pobłogosławimy go ziemią z chramu driudów. Po tym pozostanie jedyne podgrzać proszek z sakiewki z winem, które z takim trudem i poświęceniem zdobyliście. Teraz potrzebny jest już tylko puchar Dreamona. Ostatni taki był w posiadaniu Elissy, która mieszkała w Akal-mar. Jak ustaliliśmy z Gusłkiem tam właśnie trzeba rozpocząć jego poszukieania.
Nieulękli znowu w komplecie. Barthurowi i Bazookhowi paladynie zdolnością profesjonalną "Przywracanie witalności" wyleczyli po 60 obrażeń. To jednak kropla w morzu potrzeb ( Bazookh ma 192 obr/ 141 Żyw, Barthur 144 obr/170 Żyw).
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Pod "Rezolutnym goblinem", 3 bakis-ran
Cztery towarzyszące Huskunowi gobliny otwierały oczy tak szeroko, że zaczynały przypominać z wyglądu gnomy, tle że gnomy nie miały wystających z gęby ostrych kiełków. Turgulowie nie zwykli bywać w miastach, toteż widok ogromu otaczających ich cudów sprawiał, że Brubrin i jego ziomkowie co chwila potykali się o własne sandały albo wpadali jeden drugiemu na plecy, kilka zaś razy na zad poirytowanego tym coraz bardziej osiołka szamana.
- Zamknijcie te gęby, a oczysków nie wytrzeszczajcie tak bardzo, bo wyglądacie jak istne głuptaki! - zasyczał z wysokości oślego grzbietu Huskun - Zachowujcie się z godnością, boście tera świta szamana mnie onego, znaczy się Huskuna! Jako was widzą, tako mnie piszą czy jakoś tak czcigodny Gusłek powiadał.
Wkroczywszy w progi karczmy zaklinacz posadził swoich jeszcze bardziej skołowanych i psychicznie rozbitych pobratymców przy stole wciśniętym bezpiecznie w róg sali jadalnej, nakazując karczmarzowi przynieść czwórce goblinów miski z kaszą i skwarkami.
- Teraz zakarbujcie sobie co ważnego w łepetynkach - oznajmił przemawiając w rodzimej mowie - Jam tu jest w tym mieście ludziów wielki szysz, wielki pan. Złotem mi tu płacą, żarcie dają, a pozwalają się chędożyć jak mam ku temu ochotę. Będziecie robić, co każę, też wam się zacznie powodzić. Tera jedna taka przyniesie wam jadło, tedy weźmiecie, ale bez macania, a kradziowania, pojmujecie? Zjecie, a potem będziecie tu siedzieli, z nikim nie gadali, a udawali, że was tu nie ma, pojmujecie? Mus mi z inszymi poteżnymi magusami, a rzezakami się naradzić, co czynić w sprawach wagi wiele większej niźli nasze bagniskowe, pojmujecie?
Świdrowane wzrokiem samozwańczego szamana gobliny przełknęły jak na komendę ślinę, po czym pokiwały głowami na znak uległości. Kiedy oddalający się w stronę ław zajmowanych przez Nieulękłych Huskun obejrzał się ponownie w ich kierunku, wszyscy tkwili w absolutnym bezruchu przy stoliku, wręcz nie oddychając i pozwalając sobie jedynie na pełne ogłupienia strzelanie na wszystkie strony oczami.
Cztery towarzyszące Huskunowi gobliny otwierały oczy tak szeroko, że zaczynały przypominać z wyglądu gnomy, tle że gnomy nie miały wystających z gęby ostrych kiełków. Turgulowie nie zwykli bywać w miastach, toteż widok ogromu otaczających ich cudów sprawiał, że Brubrin i jego ziomkowie co chwila potykali się o własne sandały albo wpadali jeden drugiemu na plecy, kilka zaś razy na zad poirytowanego tym coraz bardziej osiołka szamana.
- Zamknijcie te gęby, a oczysków nie wytrzeszczajcie tak bardzo, bo wyglądacie jak istne głuptaki! - zasyczał z wysokości oślego grzbietu Huskun - Zachowujcie się z godnością, boście tera świta szamana mnie onego, znaczy się Huskuna! Jako was widzą, tako mnie piszą czy jakoś tak czcigodny Gusłek powiadał.
Wkroczywszy w progi karczmy zaklinacz posadził swoich jeszcze bardziej skołowanych i psychicznie rozbitych pobratymców przy stole wciśniętym bezpiecznie w róg sali jadalnej, nakazując karczmarzowi przynieść czwórce goblinów miski z kaszą i skwarkami.
- Teraz zakarbujcie sobie co ważnego w łepetynkach - oznajmił przemawiając w rodzimej mowie - Jam tu jest w tym mieście ludziów wielki szysz, wielki pan. Złotem mi tu płacą, żarcie dają, a pozwalają się chędożyć jak mam ku temu ochotę. Będziecie robić, co każę, też wam się zacznie powodzić. Tera jedna taka przyniesie wam jadło, tedy weźmiecie, ale bez macania, a kradziowania, pojmujecie? Zjecie, a potem będziecie tu siedzieli, z nikim nie gadali, a udawali, że was tu nie ma, pojmujecie? Mus mi z inszymi poteżnymi magusami, a rzezakami się naradzić, co czynić w sprawach wagi wiele większej niźli nasze bagniskowe, pojmujecie?
Świdrowane wzrokiem samozwańczego szamana gobliny przełknęły jak na komendę ślinę, po czym pokiwały głowami na znak uległości. Kiedy oddalający się w stronę ław zajmowanych przez Nieulękłych Huskun obejrzał się ponownie w ich kierunku, wszyscy tkwili w absolutnym bezruchu przy stoliku, wręcz nie oddychając i pozwalając sobie jedynie na pełne ogłupienia strzelanie na wszystkie strony oczami.
Na wszelki wypadek ściągnę z piętra Mordila, niech z nimi siądzie i przypilnuje wieśniaków, coby im coś do głowy nie strzeliło!