Czterdziestkowe opowieści

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 28 czerwca 2013, 20:11

[center]Licznik -68.56.14[/center]
W Barrtorze, na wschód od rzeki Boros 111 i 112 kompanie Ultramarines stacjonowały w obozach wzniesionych z prefabrykatów na obszarze tamtejszych lasów. Otrzymawszy rozkaz Vareda, mistrza 11 chapteru, legioniści mieli wsiąść do Land Raiderów i Rhino udając się do punktu zbiorczego w kosmoporcie Numinusu.

Ekritus objął dowództwo nad 111 Kompanią po śmierci Briende, który poległ na Emexie. Była to dla kompanii ciężka strata. Ekritus miał doskonałe zadatki na dowódcę. Pragnął okazji do wzięcia udziału w wojnie, w walce mogącej przywrócić kompanii ducha i dowieść tego, że nowy kapitan jest godny następcą powszechnie lubianego Briende.

- Nigdy nie widziałem człowieka rwącego się równie gorliwie do boju - powiedział Phrastorex, kapitan Sto Dwunastej - A wy, sierżancie Anchise?

- Nie, sir - odparł sierżant.

Obaj legioniści ze Sto Dwunastej dołączyli do Ekritusa na wysokiej skarpie powyżej linii lasu. Wysokie wzniesienie stanowiło doskonały punkt obserwacyjny. Z krawędzi zbocza Ultramarines widzieli nadrzeczną nizinę, obozy kompanii Głosicieli Słowa, którzy wylądowali na Calthu minionej nocy, miasteczka namiotowe Armii, punkty postojowe Tytanów. Ogromne machiny tkwiły w bezruchu z wyłączonymi reaktorami, uśpione, nieruchome niczym gigantyczne metalowe drzewa. Po odległej autostradzie sunęły kolumny pojazdów pancernych i ciągników artyleryjskich. Przez przestworza przemknęło kilka lecących nisko myśliwców.

W powietrzu unosiła się niebieska mgiełka spalinowych wyziewów.

Ekritus zareagował na komentarz towarzyszy odsłaniającym zęby uśmiechem. Phrastorex był doświadczonym oficerem z długim stażem. Ekritus zdawał sobie sprawę z tego, że Vared zlecił Phrastorexowi rolę mentora w nadchodzącej wojnie, zaufanego doradcy Ekritusa. Kompania to liczący się związek taktyczny, kontrola nad nią nie była łatwym wyzwaniem.

- Wiem, że nikt nie powinien rzucać się w pośpiechu do konfrontacji - odpowiedział Ekritus - Wiem, wiem. Czytałem swojego Machuliusa i Antaxusa, czytałem Von Klowswitta...

- I Guillimana, mam nadzieję - powiedział Phrastorex.

- O nim też słyszałem - odparł Ekritus. Obaj kapitanowie roześmiali się jednocześnie. Stojący na baczność Anchise zdołał powstrzymać cisnący mu się na usta uśmieszek.

- Potrzebuję zajęcia dla swoich ludzi. Wyzwania praktycznego, nie analiz teoretycznych. Można wygłosić określoną ilość motywacyjnych przemówień, ale potem trzeba w końcu pokazać im coś swoim przykładem.

Phrastorex westchnął ze zrozumieniem.

- Podzielam twój osąd. Pamiętam, kiedy objąłem dowództwo po Nectusie. Potrzebowałem jak najszybciej walki. Psiakrew, bardzo jej potrzebowałem. Musieli zacieśnić więź ze mną przeciwko wrogowi, a nie więź między sobą przeciwko mnie jako obcemu spoza kompanii.

Ekritus pokiwał w milczeniu głową.

- Mamy rację, sierżancie?

Anchise zawahał się na ułamek chwili.

- Całkowicie poprawny pogląd, sir. W teorii brzmi logicznie. Koncentracja na działaniach operacyjnych pozwala legionistom zapomnieć o innych sprawach. To doskonała okazja do umocnienia pozycji nowego dowódcy. Pozwoli związać się wspólnymi doświadczeniami. Rzecz jasna w specyficznym przypadku kapitana Phrastorexa sprawy mają się inaczej, albowiem on nigdy nie zdołał nawiązać z nami wspólnego języka ani dowieść swej wartości w boju.

Tym razem roześmiali się wszyscy trzej.

- Przyznam wam, że życzyłbym sobie czegoś mniej znaczącego - oświadczył Ekritus - Skala tej operacji wydaje się przerastać wszelkie potrzeby. Już same problemy logistyczne przysparzają nam ślamazarnego tempa.

- Mówi się, że zostaniemy zaokrętowani dzisiejszej nocy - odrzekł Phrastorex - Najpóźniej jutro. Co potem? Dwa tygodnie czasu pokładowego i znajdziesz się po uszy w orczej krwi.

- Nie mogę się doczekać, kiedy tam dotrzemy - kiwnął głową Ekritus - Ponieważ jedno jest pewne: tutaj nigdy nie wydarzy się nic.
Chociaż cała powieść jest pisana w trybie czasu teraźniejszego, nie potrafię do tego przywyknąć i od tego postu przestawiłem się na konwersję do czasu przeszłego.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 28 czerwca 2013, 21:28

[center]Licznik -61.20.31[/center]
Jeśli rozpoczniesz wojnę wieloma zwycięstwami, a zakończysz jednym, koszt znajdujący się pomiędzy zawsze będzie akceptowalny.

Guilliman przeczytał napisane przez siebie zdanie. Ukryte w nim znaczenie nie było autorstwa pisarza, zostało wypowiedziane kiedyś przez plemiennego wojownika T'Vanti. Guilliman je jedynie... wypolerował.

Nie sądził co prawda, by owe motto miało w sobie ziarno prawdy, ale uważał, że wszelkie militarne dogmaty i koncepty warte były uwiecznienia - choćby po to, by człowiek wiedział później, w jaki sposób funkcjonuje umysł jego nieprzyjaciela.

Plemiona T'Vanti szczerze w to wierzyły. Stanowiły armię godnych szacunku sprzymierzeńców, wybitnych wojowników. Nie mając dostępu do nowoczesnych technologii nie mogli się rzecz jasna równać z jego Legionem. T'Vanti przystali skwapliwie na rolę oddziałów pomocniczych. Ze strony Guillimana było to posunięcie dyplomatyczne. Pozwalając miejscowym na współudział w wypracowaniu zwycięstwa umacniał szanse na to, iż później z równą zaangażowaniem będą wspierali proces akcesyjny swego świata. Lecz zielonoskórzy zachowali się tamtego dnia w całkowicie nieprzewidywalny sposób, powodowani nieludzkim stadnym rozumowaniem. Wbrew wszelkim oczekiwaniom zawrócili na zachód. Oddziały Guillimana weszły do walki z jednodniowym opóźnieniem. Nie czekając na ich przybycie plemiona ruszyły do boju na własną rękę, zdobywając wzgórze Kunduki i dekapitując - w dosłownym tego słowa znaczeniu - przywódcę orków.

T'Vanti zdawali się upajać swym heroicznym wyczynem, nie zwracając najmniejszej uwagi na osiemdziesiąt dziewięć tysięcy ludzkich istnień, którymi zmuszeni byli okupić swe zwycięstwo.

Guilliman obrócił w palcach swe pióro, pogrążony w zamyśleniu. Umieranie w tak ogromnych liczbach wymagało wyjątkowej dyscypliny. Z tego między innymi powodu ceremonialny kordelas T'Vanti wisiał na jednej ze ścian apartamentu Guillimana. Primarch wierzył, że pod jego rozkazami znajdowali się najbardziej zdyscyplinowani żołnierze w całym Imperium i biorąc pod uwagę wysoki poziom wyszkolenia Ultramarines miał prawo tak sądzić. Lecz nawet on nie miał niezbitej pewności, że jego Ultramarines okazaliby równie wielką pogardę śmierci i lojalność jak wojownicy T'Vanti.

- Nigdy nie będą musieli tego dowieść - powiedział do siebie samego.

Wyprostował się w fotelu, a ten natychmiast zmienił swój profil dopasowując się do kształtu okrytego pancerzem ciała. Guilliman został ukształtowany na podobieństwo człowieka, ale był kimś znacznie większym, dalece przerastającym nawet nadludzkich olbrzymów Legionu. Był primarchem. Oprócz niego w całym wszechświecie istniało tylko siedemnaście podobnych istot.

Był trzynastym synem Imperatora. Był przywódcą Ultramarines, Trzynastego Legionu. Okazał się jednym z tych bardziej ludzkich spośród swoich braci. Niektórzy z nich byli bardziej anielscy. Inni... wręcz przeciwnie.

Z większej odległości ktoś mógłby go przypadkiem wziąć za człowieka. Dopiero z bliska owo złudne wrażenie pryskało przechodząc w przekonanie, że spoglądało się na boga.

Był na pewny sposób przystojny. Był przystojny w tym stylu, który zwykło się widywać na starożytnych monetach, przystojny na podobieństwo doskonale wykonanego miecza. Brakowało mu piękna ceremonialnej broni na podobieństwo Fulgrima. Nie był tak anielski jak Sanguinius, brakowało mu również tego zapierającego dech piękna. Żaden z pozostałych braci nie był równie anielski niczym Sanguinius.

W patrycjuszowskich rysach twarzy rysowały się te same linie, które nosił na swym obliczu jego brat Dorn. Podzielali tę samą godność charakterów. Guilliman miał też w sobie nieugiętą siłę Ferrusa i witalność Mortariona. W jego oczach pojawiał się czasami taki sam kpiarski błysk jak w spojrzeniu Khana, czasami zaś zaduma Liona. Wielu twierdziło, że dostrzega w kształcie nosa i zarysie brwi primarcha podobieństwo do oblicza Horusa Lupercala.

Nie było w nim goryczy, która zdawała się nieustannie towarzyszyć Coraxowi ani graniczącej z szaleństwem desperacji drążącej duszę nieszczęsnego Konrada. Nie miał w sobie aury tajemniczości otaczającej Alphariusa czy Magnusa, był też o wiele bardziej otwarty od zamkniętego na co dzień w sobie Vulkana.

Osiągnął bardzo wiele, nawet podług miary primarchów. Wiedział, że ogrom jego osiągnięć wprawiał w zatroskanie bardziej prostolinijnych braci, takich jak Lorgar czy Perturabo. Nigdy nie pozwalał sobie na wybuchy dzikiej furii cechującej Angrona ani w jego oczach nie błyszczały psychopatycznym blaskiem na podobieństwo Russa.

Stawiał sobie wysokie wyzwania i był tego świadomy. Czasami miał wręcz wrażenie, że ów wysoki standard był swoistego rodzaju niedoskonałością charakteru, z której należało tłumaczyć się braciom, lecz wtedy wpadał w poczucie winy z tytułu tych usprawiedliwień. Niewielu z nich prawdziwie mu ufało, a miał wrażenie, że powodem tego była ich podejrzliwość we względzie korzyści, jakie mógł zyskać z każdego sojuszu i aktu kooperacji. Jeszcze mniejsza garstka go lubiła: w poczet swych przyjaciół zaliczał jedynie Dorna, Ferrusa, Sanguiniusa i Horusa.

Niektórym z jego braci wystarczała w zupełności instrumentalna rola w forpoczcie Krucjaty. Niektórzy z nich nawet nie zastanawiali się, kim właściwie byli. Angron, Russ, Ferrus, Perturabo... stanowili odpowiednik broni i nie chcieli stać się niczym więcej jak właśnie bronią. Znali swe miejsce i byli zadowoleni z wyznaczonej im roli - jak Russ - bądź nie mieli pojęcia, w jakiej innej roli mogliby się sprawdzić - jak Angron.

Guilliman wierzył w to, że żaden z primarchów nie został stworzony wyłącznie do roli żołnierskiego narzędzia. Żadna wojna nie miała trwać wiecznie. Imperator, jego ojciec, nie stworzył swych niezwykłych synów po to, by w odpowiednim momencie się ich pozbyć. Czy można było uzasadnić tworzenie tak nadludzkich talentów, gdyby nie można ich było wykorzystać po zakończeniu wojny?

Primarch obrócił pióro w dłoni i przeczytał raz jeszcze swój tekst. Materiał był bardzo obszerny. Guilliman zapisywał wszystko. Informacja była potęgą, techniczna teoria przesądzała o zwycięstwie. Primarch zamierzał gromadzić wiedzę, sukcesywnie ją katalogować. Kiedy wojna dobiegnie końca, zamierzał poświęcić się uporządkowaniu swoich archiwów.

Z rozmysłem wybrał za narzędzie piór, nanosząc zapiski na tablet własnym charakterem pisma. Kreślone nim litery były natychmiast zapisywane w układzie pamięci urządzenia, chociaż tego rodzaju rozwiązanie inni i tak uznaliby za staroświeckie. Klawiatury wydawały się primarchowi bezosobowe, a rejestratory głosu oraz zwykli skrybowie nigdy nie spełniali jego oczekiwań. Swego czasu wypróbował rejestrator myślowy, a nawet jedno z niedawno wprowadzonych do obiegu memopiór, ale te narzędzia też nie okazały się satysfakcjonujące. Zamierzał pozostać przy klasycznym piórze.

Obrócił je w palcach.

Gabinet był doskonale wyciszony. Poprzez przeszklone ściany pomieszczenia widział oczekujących na audiencję mistrzów chapterów. Wyczekiwali wezwania na spotkanie. Czekało ich wiele pracy. Niektórzy z nich sądzili zapewne, że marnotrawi czas tworząc zapiski i nie kontrolując bieżących wydarzeń.

Niezmiennie bawiła go świadomość tego, jak bardzo go nie doceniali.

Spisywał wspomnienia z czasów spędzonych z T'Vanti przez ostatnie siedemnaście minut, lecz w tym samym czasie przeczytał i odnotował w pamięci tysiąc pięćset biuletynów i meldunków wyświetlanych ustawicznie na mniejszym ekranie ustawionym w lewej części biurka.

Widział i analizował wszystko.

Informacja była kluczem do zwycięstwa.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 05 lipca 2013, 20:58

[center]Licznik -61.25.22[/center]
Mistrzowie chapterów czekali na spotkanie z primarchem. Zgromadzeni w rozległym przedpokoju, dostrzegali swego zwierzchnika poprzez przyciemnione szkło pancernych drzwi. Siedział na swym miejscu niczym upamiętniająca starożytnego bohatera statua usytuowana w pozbawionej innych ozdób kaplicy. Jego dłoń poruszała się co chwila, nanosząc zapiski na ekran lewitującego w powietrzu tabletu za pomocą antycznego świetlnego pióra. Apartament, gabinet Guillimana, był urządzony nadzwyczaj skromnie - stalowa podłoga komponowała się z adamandytowymi wspornikami ścian. Przeciwna do wejścia ściana wykonana była z przeźroczystego crystalfleksu, oferując panoramę otwartej pustki kosmosu. Gwiazdy błyszczały w czerni wszechświata. Delikatna poświata zdradzała bliską obecność tętniącego życiem świata poniżej orbity.

Marius Gage piastował funkcję Pierwszego Mistrza. Nie wszyscy dotarli jeszcze na spotkanie. Do tej pory pojawiło się dwunastu mistrzów, co samo w sobie było nader rzadkim przypadkiem. Do końca dnia grono to miało się poszerzyć do dwudziestu.

Trzynasty Legion, największy spośród Legionów Adeptus Astartes, podzielony był na chaptery, jednostki organizacyjne nawiązujące do starych regimentalnych struktur Gromowładnych. Na każdy chapter składało się dziesięć kompanii, każda z nich zaś liczyła tysiąc legionistów oraz członków służb pomocniczych oddanych pod rozkazy kapitana. Gage często słyszał o przeświadczeniu primarcha, że kompania sama w sobie wystarczała do większości stawianych przed Astartes wyzwań. Istniało pewne powiedzonko popularne w szeregach Trzynastego: być może nieco aroganckie i być może nie pasujące do przeciwników pokroju zielonoskórych czy eldarów, ale zawierające w sobie sporą dozę słuszności.

Do zajęcia miasteczka wystarczy jeden legionista. Chcąc zdobyć miasto wysyła się drużynę. Do zdobycia świata wystarczy kompania, do unicestwienia cywilizacji chapter.

Tego pamiętnego dnia na Calthu miało połączyć swe siły dwadzieścia z dwudziestu pięciu chapterów Ultramarines. Dwieście kompanii. Dwieście tysięcy legionistów. Reszta miała pozostać w garnizonach rozsianych na przestrzeni Pięciuset Światów Ultramaru.

Konsolidacja sił na tak masową skalę nie była co prawda precedensem, ale zdarzała się niezmiernie rzadko. Trzynasty Legion nie zgromadził tak licznych sił w jednym miejscu od pierwszych lat Wielkiej Krucjaty.

A trzeba było doliczyć do nich jeszcze pięć chapterów Głosicieli Słowa.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 08 lipca 2013, 19:55

Bojowy potencjał takiego zgrupowania wydawał się wręcz absurdalny. Czego właściwie się spodziewał nowo mianowany marszałek wojny myśląc o siłach Ghaslakha?

- Mam nadzieję - oznajmił Kaen Atreus, mistrz Szóstego Chapteru - Mam nadzieję, że natrafimy na największe gniazdo zielonoskórych w całym znanym wszechświecie.

- Masz nadzieję na kłopoty? - zapytał rozbawiony tym stwierdzeniem Gage.

- Komentarz 56.xxi - wtrącił Vared, mistrz Jedenastego - Nigdy nie pożądaj zagrożenia. Zagrożenie nie potrzebuje zachęty. Nie istnieje coś takiego jak czyhające na zachętę przeznaczenie, ale morale nie ulegnie poprawie poprzez czynne poszukiwanie niebezpieczeństwa.

Atreus zmarszczył czoło.

- Wolałbym raczej sprowokować fikcyjne przeznaczenie niż marnotrawić mój czas na przysporzenie chwały innym - odparł z przekąsem.

- Jakich innych masz na myśli? - spytał Gage. Atreus obejrzał się w stronę rozmówcy. Stara blizna przecinała jego lewe oko i biegła ku kącikowi ust wykrzywiając go w dół. Kiedy mistrz Szóstego się uśmiechał, praktycznie nie sposób było ów uśmiech dostrzec.

- Ta operacja oparta jest na realizacji dwóch celów i żaden z nich nie ma charakteru militarnego - odpowiedział - Mamy podreperować choćby trochę reputację Głosicieli Słowa współpracując z nimi w ujęciu taktycznym. I jednocześnie mamy stanowić dowód autorytetu Horusa, który zażyczył sobie, by dwadzieścia chapterów podskoczyło zgodnie na jedno jego gwizdnięcie.

- To ocena teoretyczna czy praktyczna, Atreusie? - zapytał Banzor wywołując ze strony kilku mistrzów pomruki rozbawienia.

- Wszyscy studiowaliście audyty taktyczne. Zielonoskórzy Ghaslakha to jakiś żart. Wątpię nawet w to, że dotarli już do Golsorii. Zagrożenie z ich strony zostało po wielokroć wyolbrzymione. Mógłbym wziąć jedną kompanię z rezerwy i wykończyć ich w tydzień. Tutaj chodzi wyłącznie o gloryfikację i demonstrację władzy. Tak właśnie Horus pokazuje, na jak wiele może sobie pozwolić.

W przedsionku znów rozbrzmiały pomruki, w większości pełne aprobaty dla słów Atreusa.

- Horus Lupercal - powiedział Marius Gage.

- Słucham?

- Horus Lupercal - powtórzył Gage - Albo primarch Horus albo marszałek wojny. Możesz nie postrzegać go za lepszego od naszego primarcha, ale Imperator ma na ów temat inne zdanie i to on nadał mu ową rangę. Nawet w prywatnych rozmowach, nawet w naszym gronie jak tu i teraz, powinieneś wypowiadać się na jego temat z szacunkiem. To marszałek wojny, Atreusie, nasz marszałek i jeśli każe nam pójść na tę wojnę, pójdziemy.

Atreus zesztywniał w pierwszej chwili, ale zaraz skinął pojednawczo głową.

- Przepraszam.

Gage odpowiedział skinięciem głowy, po czym rozejrzał się wokół siebie. W przedsionku czekało już czternastu mistrzów chapterów. Gage obejrzał się w kierunku drzwi gabinetu.

A te rozsunęły się pchane siłą drzemiącą w hydraulicznych tłokach.

- Wejdźcie - powiedział podniesionym głosem Guilliman - Widzę, że przestępujecie już z nogi na nogę.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 17 sierpnia 2013, 18:04

Spytam z czystej ciekawości tych, którzy znają serię powieści Dana Abnetta "Duchy Gaunta": do której części doszliście w ramach lektury? Mnie listonosz dowiózł dzisiaj trzynasty tom, "Salvation Reach". Brakuje mi "Only in death" i "Blood Pact", ale drugi tytuł dostanę lada chwila z E-Baya.

Obrazek

Zacząłem już czytać i jest całkiem ciekawie...

vampire1308
Reactions:
Posty: 435
Rejestracja: 30 listopada 2008, 21:34

Post autor: vampire1308 » 09 września 2013, 11:48

Keth kawał dobrej roboty:) a tak na marginesie to grywałeś?? grywasz w bitewniaka?? czy tylko książki z tego tematu czytasz?? Z chęcią wciągnąłbym się bardziej. niestety chwilowo na emigracji jestem mało ogarnięty. brak czasu, pieniędzy i w ogóle ludzi pod bokiem z którymi można pogadać ( język też kiepski)

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 10 września 2013, 21:16

Grywałem przez bardzo długi czas. Około dziesięciu lat zbierałem armie do WFB i WH40.000, na dodatek z młodszymi braćmi-bliźniakami, którzy współdzielili tę pasję. Wtopiliśmy w hobby tyle kasy, że na strychu zalegały nam całe sterty pudeł z figurkami. W najlepszych latach byliśmy w stanie wystawić się turniejowo na osiem czy dziewięć różnych armii (do obu systemów łącznie). Dużo jeździliśmy na turnieje, nie tylko jako gracze (w Gdyni wiele lat temu byłem sędzią pomocniczym na turnieju battla). Długi czas prowadziłem Dział Gier Bitewnych na portalu Gildia (to tam rozpoczęła się moja powierzchowna znajomość z Arturem Szyndlerem), pomagałem też w przygotowaniach do polskojęzycznej podstawki WH40.000.

Potem wymieniliśmy figurki na żony i dzieci i tak już pozostało do dziś... ;)

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 02 czerwca 2014, 14:09

Pytanie do starych znajomych - posiadacie być może ciągle jeszcze gdzieś w archiwum te przedwieczne przekłady na język polski powieści z BL? Przede wszystkich Duchy Gaunta?

Awatar użytkownika
Kargan
Reactions:
Posty: 1420
Rejestracja: 22 listopada 2012, 13:44
Has thanked: 8 times
Been thanked: 7 times

Post autor: Kargan » 10 października 2014, 17:42

Cholera dopiero teraz zauważyłem tego posta - owszem mam chyba wszystko. Tylko muszę poszukać :) Jeśli to jeszcze aktualne ;)

maciej
Reactions:
Posty: 1374
Rejestracja: 29 marca 2012, 21:53

Post autor: maciej » 10 października 2014, 18:14

ja mam Duchy wszystkie które wyszły po polsku i boleję nad faktem iż dalej nie poczytam o ich przygodach,ulubiony tom to Nekropolis
"Mieli do wyboru wojn? lub ha?b?, wybrali ha?b?, a wojn? b?d? mieli tak?e"

Never
Reactions:
Posty: 333
Rejestracja: 09 stycznia 2010, 00:07

Post autor: Never » 10 października 2014, 18:51

ja mam chyba z 3 lub 4 książki w Pl. Dobra Saga;)

maciej
Reactions:
Posty: 1374
Rejestracja: 29 marca 2012, 21:53

Post autor: maciej » 12 października 2014, 17:18

Wracając do tematu książek 40stkowych to szczerze ubolewam nad brakiem polskiej wersji cyklu Herezja Horusa. Pierwsze wydanie zakończono na drugim tomie,drugie na piątym. Niestety kasa okazała się ważniejsza
"Mieli do wyboru wojn? lub ha?b?, wybrali ha?b?, a wojn? b?d? mieli tak?e"

Enc
Reactions:
Posty: 75
Rejestracja: 17 sierpnia 2014, 09:03

Post autor: Enc » 12 października 2014, 19:13

Kasa? Chodziło chyba o cofnięcie licencji na wszelkie tłumaczenia.

maciej
Reactions:
Posty: 1374
Rejestracja: 29 marca 2012, 21:53

Post autor: maciej » 12 października 2014, 20:25

No tak,czyli wszystkie pieniądze że wydania w dowolnym je,yku splyna do wydawcy bo tylko on będzie miał licencje,my bez znajomości języków obcych i pochodzący z kraju zasciankowego zapewne będziemy mogli obejść się smakiem
"Mieli do wyboru wojn? lub ha?b?, wybrali ha?b?, a wojn? b?d? mieli tak?e"

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 12 października 2014, 20:42

Mow za siebie:p

ODPOWIEDZ