- Nie mam nic przeciwko -słowa brujaha zawisły w powietrzu.
Twe słowa nie napawają optymizmem. Namawianie Cię do czegokolwiek byłoby żałosne. Robak wijący się na haczyku nie stanowi atrakcji dla rekina.
Jesteś rekinie w tym środowisku obcy. Przepływasz jedynie leniwie obok. Cóż mogłoby Cię skusić?
Lepsza przynęta? O taaak.. Najlepiej taka, która zatrzepocze i umknie.
Solidny kawał krwistego mięcha, które wyrwiesz szamoczącej się zdobyczy. Nie oszukasz swej natury rekinie.
Wzrok malkaviana błądził pośród wiecznych cieni, lecz twarz jego zdawała się reagować na niedostrzegalne dla otoczenia barwy i kolory. Kolor krwi, kolor śmierci. Nie przepadał za nimi, niejednokrotnie wypierając się swej bestii. Teraz zaś winien kuszącym tonem rozbudzić czyjąś bestię, która w innej sytuacji mogłaby rozerwać go na strzępy.
- Skoro prócz tego, że nie masz ''nic przeciwko'' nie masz też ''nic za'', jakże pewnym byłbyś sojusznikiem? Rozumiem, że nie dostrzegasz jeszcze możliwości wsparcia kogoś tak wątłego jak np jak sprowadzając swoją ocenę współpracy do kwestii czysto fizycznej przemocy.
- W tej sferze z pewnością świetnie sam sobie radzisz. Jeśli więc obawiasz się, że narazisz swą wieczną egzystencję na uszczerbek poprzestając z kaleką takim jak ja nikt tu jak podejrzewam nie będzie mieć ci lęków twych za złe. Oczywiście każdy kainita albo potrafi się zatroszczyć o siebie lub ginie.
Malkavian podniósł laskę wyżej celując w nieistniejącego wroga.
- Niemniej jednak zabawne wiedzieć, że w obliczu szeptu czającego się gdzieś pośród cieni pierwszym, który myśli by czmychnąć jest ....
Rekin! -pomyślał Marcus.
- ... jest największy spośród drapieżników.