Pogwizdujący wesoło Simpson pokonał szybkim krokiem przerzucony nad międzystanówką most, uważając na szczeliny w spękanym betonie i odpędzając ręką jakiegoś natrętnego kundla. Poszczekiwanie psa wprawiło chudzielca w stan ogromnego zadowolenia, chociaż Bart nie potrafił stwierdzić, co właściwie tak go ucieszyło.
W wojskowym obozie ruch nieco zmalał, chociaż obsadzający punkty kontrolne żołnierze wciąż czujnie obserwowali okolicę, a grupka szeregowców grzebała pod podniesioną maską jednego z jeepów. Pozdrawiając wszystkich machaniem ręki Simpson wszedł do namiotu, w którym kurierzy spali minionej nocy, po czym wyciągnął spod pryczy plecakowy radiokomunikator owijając wokół dłoni jego skórzaną uprząż.
- Dobrze, że jesteś! - czyjś głos dobiegający zza pleców sprawił, że chudzielec podskoczył mimowolnie - Porucznik Hayes chciał z kimś od was porozmawiać, natychmiast.
Stojący w progu namiotu młody żołnierz w pustynnym uniformie miał nasunięte na czoło przeciwsłoneczne gogle, które przydawały mu dziwnie owadziego wyglądu. Na jego szczupłej twarzy malował się grymas sugerujący brak zrozumienia dla jakiejkolwiek formy odmowy wykonania polecenia.
- Spoko, spoko - Bart uniósł dłonie w pojednawczym geście - Tylko zbiorę graty.