Przekręcając się w miejscu, metalowy człowiek o poharatanej i jakby nadpalonej twarzy skoczył płynnym ruchem z maski BMW. Uwolniony od jego ciężaru radiowóz odbił w bok podskakując na zmasakrowanych amortyzatorach, zatrzymał się po kilkudziesięciu metrach na środku jezdni. Zdjęci grozą pasażerowie vana nawet tego nie zauważyli, podobnie jak ostatnich chwil pozbawionej pilota powietrznej taksówki, która spadła na dach mijanego domostwa.
Cała uwaga dziewięciu podróżujących vanem mężczyzn skupiała się na ogromnym ciężarze, który wylądował przy wtórze metalicznego zgrzytu na dachu samochodu. Van aż siadł na osiach, zajęczał przeraźliwie. Jego kierowca pochylił się do przodu na kierownicę próbując zapanować nad wytrąconym z równowagi pojazdem. Z nosa sprzężonego z autem człowieka pociekła wartko strużka jasnej krwi.
- Co to?! - wrzasnął zamaskowany mężczyzna o niebieskich cyberoczach - Kto to?!
Siedzący obok kierowcy Frank wyciągnął spod siedzenia matowoczarnego Hecklera&Kocha MP5 i przeładował go trzęsącymi się rękami, tym razem zupełnie zapominając o swoim wcześniejszym oporze przed konfrontacją.
- Wskoczył na dach! - krzyknął krwawiący z nosa kierowca - Chyba... aaaaaa!
Metalowy dach vana zaczął się otwierać niczym potraktowana monokrystalicznym nożem puszka. Porażony spazmami bólu człowiek za kierownicą wozu wpadł w drgawki, odczuwając generowane przez sprzęg impulsy fizycznego cierpienia.