PBF - Bournemouth after Midnight

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 22 grudnia 2014, 15:22

No właśnie co robicie?

czak
Reactions:
Posty: 72
Rejestracja: 21 października 2014, 20:01

Post autor: czak » 22 grudnia 2014, 16:11

Cwetan do tej pory przysłuchiwał się, w jego mniemaniu jałowej dyskusji, teraz jednak postanowił włączyć się do rozmowy.
- W moich ojczystych stronach pojawienie się sabatników nie było niczym niezwykłym. Zawsze wyglądało to tak samo. Zagrożenie sabatem, stan wyjątkowy, krwawe łowy. Bez śladu znikali książeta, ich świty, całe koterie. Nikt nie zadawał za dużo pytań. Każdy mógł być posądzony o kolaborację i czapa!

- Do tej pory siedzieliśmy tylko przy stole. Teraz jednak karty są w grze i zaczeliśmy rozgrywać partię w której stawką jest być może nasze życie.

Powinniśmy się trzymać razem bez względu na wszystko tym bardziej, że i tak już wszyscy nas kojarzą jako koterię.

Jeżeli Vallo porwali sabatnicy to nie mamy czego szukać bo nic nie znajdziemy. Uważam jednak, że to Francis miał zamiar pozbyć się z jakiegos powodu Vallo. Michaelowi palił się grunt pod nogami, pewnie nie wiedział komu w mieście może zaufać i wtedy pojawiliśmy się my. Spoza układu, z pozoru płotki. Vallo miał jakiś plan ale nie zdążył zrealizować. Musiał zniknąć, a my musimy go znaleźć.

Teraz Francis wymyślił sabat co wydatnie ułatwi mu polowanie na naszego znajomego Ventrue

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 22 grudnia 2014, 17:05

..Nie wierzę, że Vallo kazał Ci szerzyć strach, potęgując paranoję w koterii, a raczej chodziło mu o coś zupełnie innego... -Marcus rozmyślał nad unoszącymi się w powietrzu słowami Price'a. Rola, jaką miał do odegrania w tej farsie coraz bardziej go intrygowała.. farsa... hmmm

-Możliwe, że się mylisz.. -podjął po chwili zastanowienia.

-.. a do tego histeria po całym tym straszeniem sabatem... cóż Książę mógłby sobie na to pozwolić pozbywszy się niewygodnego primogena. Nie śmiem jednak przypuszczać, by wielkoduszny Francis posunął się do czegoś takiego. -rzucił ironicznie, po czym powrócił do pierwszej myśli..

-... i może właśnie tego oczekiwał Vallo ode mnie? Może właśnie znalazłeś odpowiedź Xavierze? Kwestia, czy ktoś pozbył się starszego Twego klanu, czy też Vallo upozorował zdarzenie wciąż pozostaje otwarta. Bez względu jednak na to, kto za tym stoi wygodnym dla większości wnioskiem jest oficjalnie zrzucić winę na sabat, czyż nie? Vallo.. jeśli to mistyfikacja mógł zatem uprzedzić ruch księcia oczekując ode mnie siania strachu i paranoji właśnie... a może i miał ochotę na teatralną farsę? Osobiście stanowi to dla mnie zagadkę..

- Możliwe też, że twoje nadmierne skupienie i odpowiedzialność będą barierą w jej rozwikłaniu Xavierze. Brak Ci potrzebnego czasem dystansu, na który nie pozostawiasz sobie miejsca, ale niespecjalnie interesuje mnie krytykowanie Twoich wyborów.

Koroviev w zauważalny sposób odbiegł myślami gdzieś na bok, wyciągnąwszy przed siebie rękę.
Gdzież znowu posiałem tę cholerną laskę?
Odwrócił się po chwili, nie zauważywszy lub zignorowawszy fakt, że Price przesunął się nieco, Głośnym tonem przemawiając do ściany:

-Xavierze Price. Prócz widocznych na doskonałym nagraniu nieumarłych w Twym szczelnie zaczarowanym przez tuzin arabskich dżinów pokoju był ktoś jeszcze, jednak nie dowiesz się tego ode mnie wcześniej, niż uznam to za stosowne, lub do czasu gdy...

...nie, nie sądzę byś był w tej chwili w nastroju do recytowania wierszy.

Awatar użytkownika
Oggy
Reactions:
Posty: 766
Rejestracja: 13 lipca 2009, 15:05
Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/Oggy
Has thanked: 24 times
Been thanked: 10 times

Post autor: Oggy » 23 grudnia 2014, 00:11

Moreau z serdecznym rozbawieniem słuchał Xaviera. Własnie takich slow się spodziewał. Chociaż wolałby usłyszeć inne.

- (...) nawymyślałeś, że czyha na nas ktoś pachnący morzem i winem. - Czy naprawdę mowie tutaj w pustkę? Los potrafi zmieniać się szybko, wczorajsze kłamstwa staja się dzisiejsza prawda, głupcy prowadza lud. - Wzrok Achille wędrował od Marcusa do Xaviera. Cóż za przedziwna relacja.
"Jestem nędzarzem, posiadam tylko marzenia.
Rozsiałem je u twych stóp. Stąpaj lekko, gdyż stąpasz
po moich marzeniach"

Ostrożniej Ventrue


- Francis jest Toreadorem, a linia krwi, która chcą reaktywować jest związana z sztuką (...)
Achille przesunął dłonią po twarzy dając sobie dwie sekundy na uspokojenie myśli. Przecież wiadomo ze każdy pijak to złodziej.

- Związana ze sztuka? Cos mi umknęło? - Toreador poruszył się, pochylając z zainteresowaniem ku Princowi.
astrolog/alchemik 10/10 POZ

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 24 grudnia 2014, 09:32

dostaniecie jeszcze ode mnie "pod choinkę" dwa świąteczne posty, żebyście mieli o czym myśleć, a nie tylko obżerać się karpiami;)

Założyłem po poście Cwetana, że w zaistniałej sytuacji trzymacie się razem, ale jeśli zdecydujecie innaczej, to nie ma sprawy.

Oto pierwszyz postów:

Bournemouth; Stafford Rd. W pobliżu schronienia Achile; 18.11.14 nad ranem

Achile zbliżał się pewnym acz ostrożnym krokiem w stronę zaniedbanego budynku w jakim miał swoje nieiwelkie mieszkanie. Chciał zabrać kilka rzeczy. Dziwny lęk kołatający w tyle głowy nie pozwalał się rozluźnić. Lęk jaki pamiętał gdy przemierzał za dnia ulice ostrzeliwanego przez snajperów Sarajewa, czy dżunglę dalekiego wschodu, gdy uciekał przed rządowymi siłami Sri-Lanki. Coś kazało mu zachować czujność i jakkolwiek by nazwał to dziwne uczucie, to Achile utwierdził się w przekonaniu, że coś podpowiadało dobrze. Przed drzwiami frontowymi stało dwóch mężczyzn palących papierowsy i rozmawiających cicho. Moreau powoli odwrócił się:

- Powoli... Potem za róg, wyciągnę broń z torby i sobie pogadamy...

Dostrzegł kątem oka, jak jeden z mężczyzn jakby zaciągnął nosem powietrza i momentalnie odwrócił głowę w stronę Moreau. Ruszyli w jego stronę coraz szybszym krokiem. Toreador zniknął za rogiem przyśpieszając znacznie aby zyskać nieco czasu i zdążyć sięgnąć po skryty w torbie karabinek szturmowy.

Coś schwyciło go w pewnym momencie mocarnym uściskiem z jakiego nie sposób było wyrwać i wciągnęło do ciemnego zaułku śmierdzącego uryną. Wielka dłoń zacisnęła się na twarzy Achile pozbawiając go możliwości wydania jakiegokolwiek dźwięku. Toreador zwymiotowałby gdyby tylko był człowiekiem. Muskularna ręka cuchnęła paletą odrażających kanałowych woni. Niski, chrapliwy głos wyszpetał tylko złowrogo:

- Siedź kurwa cicho degeneracie, bo Cię zostawię na ich pastwę.

Zaułek minęły dwie postaci rozglądające się czujnie na boki i węszące niczym psy. Ku zdzwieniu zszokowanego całą sytuacją Moreau, obaj wymieniając kilka słów po serbsku nie dostrzegli dwóch postaci przyczajonych w mroku.

- Serbowie? Skąd mogli się tu wziąźć? Czego mogą chcieć ode mnie? - rozbrzmiewało w głowie Achile.

Nosferatu jeszcze przez długi czas nie zwolnił uścisku. Po chwili, która dla torturowanego odorem Achile wydawała się wiecznością, chwyt zelżał ale Anton pokazał palcem aby zachować ciszę. Dopiero po jakimś czasie szeryf rozluźnił się i odezwał się:

- Odeszli, ale kurwa mówię Ci koleżko, że wrócą. Są od Radko Mladica. Na twoim miejscu, znalazłbym se kurwa jakąś inną zajebistą metę, chyba że wolisz towarzystwo tych szalenie miłych panów. Aż ich świerzbią pazury, żeby zrobić ci coś zajebiście miłego.

- Mladica! Ale jak? Przecież został skazany za zbrodnie wojenne! Czemuby mnie miał szukać? Nigdy nie weszliśmy sobie w drogę. - krzyczał w myślach Toreador. Koszmar Sarajewa powrócił w jednej chwili. Wszystkie sceny artyleryjskiego ostrzału, bycia w stanie pernamentnego oblężenia i konających dzieci, którym nie potrafił pomóc, zapach ich krwi, który przyprawiał wampira o mdłości. Pamiętał te chwile, gdy każdy dzień mógłbyć ostatnim. Wystarczyłby jeden zbłąkany pocisk który zerwałby dach jego schronienia. Toreador otrząsnął się nagle z zamyślenia:

- Skąd to wszystko wiesz? - zapytał krótko.

- Z dupy. - wycharczał Anton: - Wiem i chuj. A tak żeby coś rzec na marginesie, bo mnie ozór dziś swędzi okrutnie, to rzeczy się trochę pozmieniają na mieście. A wam radzę iść tropem Vallo z tymi przydupasami z paczki. Tylko w swej mądrości pamiętaj, że ode mnie tego nie słyszałeś.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 24 grudnia 2014, 09:38

Bournemouth; Spearmint Rhino; 18.11.14 nad ranem

Czy gdyby Price wiedział ile rzeczy zaskoczy tej nocy jego samego i jego koterię zrobiłby coś innaczej? Chyba nie. Na większość nie miał najmniejszego wpływu. Teraz siedział obracając w palcach szklaneczkę whiskey i próbując przeanalizować z wampirami wszystko. Miał dziś dwóch niespodziewanych gości i dwa telefony. Z wampira, który przez ostanie lata żył na marginesie stał się w kilka godzin kimś w centrum zainteresowania. Ale póki co to zainteresowanie nie zmieniało jego statusu, niewiele lepszego od nic wartego pariasa.

***

- Xavierze, Baz chciałby się z panem widzieć. - poinformował go telefonicznie ghoul. Baz był jednym z dość znacznych dilerów i sporo ze swoich szemranych interesów ustawiał w SR. Facet oczywiście nie przekazywał towaru w kasynie, ale aranżował spotkania, płacąc zawsze niemałe rachunki. Price przymykał oko na kryminalne praktyki, jakie się odbywały w jego lokalu. Sam za życia niewiele różnił się od cwanych typków, jacy przychodzili do Rhino w interesach. Baz pojawiał sie tu dość często, aby poznać Xaviera oraz był kulturalny, całkiem sympatyczny i jak głosiła plotka, można było od niego kupić każdy narkotyczny specyfik jaki znała ludzkość.

- Niech wejdzie. - potwierdził Clarkowi, po czym sprawdził czy leżący w szufladzie Cassull jest naładowany. Ostatnio stawał się paranoiczny. Nawet po to by podjechać na Westcliff zorganizował tyle broni, by wyposażyć pluton piechoty. Ale jeśli sabat naprawdę szykował coś to ostrożności nigdy nie za wiele. Paranoiczny? A może to Marcus miał na niego taki wpływ? Siał atmosferę strachu, jaka udzielała się nawet statecznemu i spokojnemu Xavierowi.

Baz wszedł do biura i przywitał się z właścicielem i siedzącymi wampirami. Wymieniwszy jak prawdziwy Anglicy kilka zdań na temat pogody, gość, uznawszy, że może mówić przy obcych z czym przychodzi przeszedł do rzeczy:

- Miałbym małą prośbę. Chciałbymz paroma klientami pograć w pokera. Chciałbym im otworzyć rachunek na powoedzmy dwieście tysięcy. Oczywiście wpłacę wszystko wcześniej... Posłuchaj mnie... - Xavier spostrzegł, że głos Baza nagle zmienił się lekko:

- Każdego tygodnia przekazuj wszystkie nagrania cctv pod skrzynkę pocztową 246 w Boscombe Sovereign Centre. Innaczej czekają Cię niemiłe komplikacje...

Nim ktokolwiek zdążył zareagować na oczywisty i bezczelny szantaż, Baz mrugnął kilkukrotnie oczami i wrócił do swojego normalnego tonu:

- Zależy mi żeby się dobrze bawili. To ważni kontrahenci. Wpłacę jeszcze dziś pięćdziesiąt tysięcy jako wyraz dobrej woli.

Zaskoczony Xavier kiwnął głową. Domyślił się już, że jakakoliwek próba interogacji będzie skazana na porażkę. Mężczyzna jedynie bezwolnie i całkowicie tego nieświadom dostarczył wiadomość dla Ventrue. Vallo zniknął i na szachownicy nagle pojawiły się nowe pionki. Baz uśmiechnąwszy się przyjaźnie, podziękował, pożegnał się i wyszedł

***

Na telefon od Blackwooda nie trzeba było długo czekać, choć Price w najoptymistyczniejszym wariancie spodziewał się kontaktu za co najmniej kilka dni. Ale nie było na co narzekać. Odebrał połączenie:

- Witaj Carl.

- Dobry wieczór Xavierze. Mam kilka wieści.

- Widzę, że nie próżnujesz.

- Na razie idzie łatwo, ale jak to mówią nie mów hop. Zresztą jeszcze nie dowiedziałem się zbyt wiele, trochę pogrzebałem tylko u źródeł. Ten samolot jest zarejestrowany na prywatną klinikę neurochirurgiczną pod Zurychem, współpracującą z Międzynarodowym Stowarzyszeniem Neurochirurgii. Klinika ma opinię jednej z najlepszych na świecie i wbrew pozorom nie jest tylko dla bogaczy. Mają ugruntowaną opinię hojnych filantropów. Współpracują z Lekarzami bez Granic. Nie zrozum mnie źle, powiedziałbym, że tacy ludzie chyba nie porywają milionerów. Ale jutro i tak spróbuję może pomyszkować za Vallo w budynku. Skontaktuje się, jak tylko będę coś wiedział.

Carl był profesjonalistą w każdym calu i tego oczekiwał od niego Price. Wiedział, że każdy funt zainwestowany w sprawę prowadzoną przez Blackwooda przyniesie proporcjonalne korzyści. Xavier był zadowolony. Jego detektyw był tam parę godzin a już dowiedział się tak wiele i to tylko ogólnodostępnej wiedzy.

***

Nim Price zdążył przetrawić przekazane przez Blackwooda informacje, telefon zadzwonił po raz drugi. Tym razem dzwonił Anderson z Komendy Policji Hrabstwa Dorset:

- Witaj Xavierze. Słuchaj, sprawdziłem ten samolot wylatujący w nocy z lotniska. Tylko jeden pasażer i trochę cargo. Pasażerem był niejaki Kurt Rundstedt, obywatel Niemiec i Szwajcarii. Uruchomiłem kilku swoich znajomych w Scotlandyardzie. Nienotowany, były oficer Bundeswehry, a ściślej mówiąc jednostki specjalnej GSG-9. Przyleciał kilka dni temu lotem rejsowym z Zurychu na Heathrow. Potem ślad się urwał, aż do wczoraj, gdy opuścił kraj. Można powiedzieć, że dość podobny do mężczyzny z monitoringu. Jakość nie najlepsza, ale na upartego, to bym powiedział, że to ten sam facet.

***

To czego świadkiem właśnie byli, ścięło ich z nóg. W biurze stał Vaughn, ghoul Vallo. Sam fakt, że tu przyszedł nie był niesamowity, ale to co powiedział...
- Wesołych Świąt Panowie. Dużo zdrowia, szczęścia i pomyślności. I dobrych rzucików w sesjach;)

Ciąg dalszy wkrótce.
Ostatnio zmieniony 24 grudnia 2014, 09:48 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 27 grudnia 2014, 22:26

Bournemouth; Spearmint Rhino; 18.11.14 nad ranem

George był wyraźnie poruszony. Nie mógł pamiętać, że kilka nocy temu Price poprosił go aby poinformował kogo się da o nowej koterii i zapomnieć o zniknięciu Vallo, ale patrząc na wstrząśniętego czymś do głębi Vaughna, zgromadzone w biurze wampiru w lot zrozumiały, że sługa Vallo już dowiedział się w jakiś sposób o zniknięciu swego pana. Mężczyzna drżącymi dłońmi zapalił papierosa i zaczął wyjaśniać.

- Nie wiedziałem do kogo z tym przyjść. Coś złego stało się Michaelowi. Coś bardzo złego...

- Skąd wiesz? Ktoś Ci powiedział?

- Nie. Miałem się z spotkać Michaelem dziś wieczorem. Ale go nie było, więc udałem się tam, gdzie spodziewałem się go zastać, w jednej z rezydencji na Lilliput. Wszedłem do środka i nogi się pode mną ugięły. Popatrzcie na to. - Vaughn podał wampirom swojego smartfona. Na ekranie było zdjęcie luksusowego wnętrza domu. W zasadzie to kiedyś luksusowego. Teraz, wyglądał jak po przejściu armii Wandalów. Niektóre dzieła sztuki zdobiące wielki hall zostały zniszczone, ściany i meble pokrywały rozmazane czerwoną farbą dziwne znaki. Telefon podawany z ręki do ręki odsłaniał kulisy dziwnego zdarzenia w domu Vallo, które wprowadziło Vaughna w całkowicie zrozumiałe przerażenie. Ghoul dodał jeszcze drżącym tonem:

- Coś złego musiało się stać. Poinformowałem o tym od razu Francisa dziś wieczorem. Ale zdecydowałem się przyjść i do was. Powiedzieliście wczoraj, że Michael wspiera waszą koterię. Proszę, pomóżcie mu, jeśli tylko jeszcze żyje. Zapewniam was, że napewno się odwdzięczy.
No to zgodnie z obietnicą po świętach dostajecie "breaking newsa" od George'a.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 29 grudnia 2014, 13:33

Bournemouth; Spearmint Rhino; 18.11.14 nad ranem

- Rundstedt... Rundstedt... Rundstedt... - kołatało niczym mantra w głowie Steinbacha. Thomas za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć skąd zna to nazwisko.

- Rundstedt i ta znajoma twarz z monitoringu? Gdzie ja mogłem go widzieć? Skąd ja znam to nazwisko? Jak to ma się do mnie? Czy ja znam tego faceta? W jaki sposób mógłbym znać kogoś takiego? - pytań przybywało, a młody Tremere nie był nawet cal bliżej od znalezienia odpowiedzi choć na jedno z nich.

Zamyślony Steinbach poczuł dłoń Marcusa i usłyszał jego uspokajający, pełny troski głos:

- Czymś się martwiszprzyjacielu?

- Rundstedt... - wymamrtotał tylko półgłosem Thomas.

- Gerd von Rundstedt, niemiecki feldmarszałek, dowodził grupą armii Południe w 1941 po wybuchu wojny z ZSRR. Przyszedłem na świat niewiele później. - Z rozbrajającym uśmiechem wyrecytował Malkavian.

Steinbach spojrzał na Koroviewa. Nie sposób było mu ocenić, kiedy mógł urodzić się Marcus, ani skąd wariat może znać biografie niemieckich feldmarszałków. Zresztą co mógł mieć z tym wspólnego generał Wermachtu?

- Co o tym sądzisz? - z zamyślenia wyrwało Steinbacha pytanie zadane przez kogoś z koterii. Rozkojarzony Tremere rozejrzał się i domyslił się, że wampiry chcą coś wiedzieć o tajemniczych znakach. Przyjrzał się uważnie pokazanym przez Vaughna zdjęciom, starając zapomnieć o Rundstedcie. W końcu po długiej chwili ciszy odezwał się cicho:

- Powiedziałbym, że to robota Tremere... - ogromne zaskoczenie pojawiło się na twarach wszystkich kainitów, zapewne nawet na twarzy samego Steinbacha. Nigdy by nie pomyślał, że może powiedzieć coś takiego. Ale nie musiał tego ukrywać: - Ale znaki są jakieś inne... Niezupełnie według kanonu, rzekłbym splugawione

- Sabat... - przemknęło każdemu przez myśl.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 29 grudnia 2014, 16:05

- I co na to odpowiedział Francis? - Thomas wziął komórkę kiedy przyszła jego kolej i zaczął przyglądać się wnikliwie osobliwym malunkom z krwi.

- Jedno jest pewne te znaki, napisy bądź emblematy są jak najbardziej do odczytania. Maluje się takie rzeczy tylko wówczas kiedy chce się coś zakomunikować drugiej stronie. Inaczej nie ma to sensu. Pytanie tylko kto i co nam chce przekazać.

- Czy mogę prosić o dokumenty z napadu na elizjum? Być może są jakieś punkty wspólne. No i wypadałoby poznać szczegóły tej sprawy która stała się podstawą do założenia koteri.

- Ciągle słyszę o tej fenomenalnej linii krwi która zagroziła Albionowi ale ani słowa czegoś więcej nie słyszałem. Z jakiego klanu była ta linia, jakimi dyscyplinami się charakteryzowała, czego chciała i kto ja pokonał i upokorzył? A może miała jakiś swój charakterystyczny język? Wybaczcie ale liczyłem że od Was, że się tak wyrażę tutejszych, usłyszę coś więcej.

- Panowie dziękuję za uroczy pełny wrażeń wieczór, ale chyba już pora odpocząć nieco.

Wychodząc Thomas się uśmiechnął do siebie kiedy jeszcze raz przypomniał sobie groźbę jaką przekazał Baz i skrywaną pod kamienna twarzą reakcją właściciela elizjum. Nie znał wielu ludzi pokroju Xawiera ale wyobrażał sobie że jest to typ dla którego zlecenie przestrzelenia kolan i pobicia mogły być chlebem powszednim. Grożąc komuś takiemu ktoś zrobił olbrzymi błąd. Nawet jeśli był wampirem nie należy urażać honoru wampira.

Spoiler!
Kiedy wyjdę do swojego pokoju dzwonię do mojego ghula. Mark dowiedz się czegoś więcej o niejakim Kurcie Rudntstedzie pracuje dla prywatnej kliniki neurochirurgicznej pod Zurychem, zadzwoń do ghula mojej matki niech ci pomoże klanowymi drogami ustalić czy to nie jest ghul kogoś z naszego klanu w Zurychu. Nawet jeśli nie to może go znają, albo wiedza coś więcej o klinice, kto za nią stoi. Jakby nie było to nasze rodzinne klanowe strony.
Potem wysyłam sms do ghula mojej matki z treścią: Mam prośbę związaną z odnalezieniem kogoś, skontaktuje się z Tobą Mark i wyjaśni szczegóły.
MG mówiłeś że ta postać wydawała mi się znajoma może teraz coś więcej mi świta?
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 30 grudnia 2014, 14:31

Bournemouth; Spearmint Rhino; 18.11.14 nad ranem

Thomas siedział na trzymając w dłoni telefon, wpatrując się wtreść smsa jakiego właśnie wysłał. Z utęsknieniem oczekiwał dzwonka, który miał tej nocy nie nadejść. Tak bardzo chciał żeby zadzwoniła. Brakowało mu jej nie znoszącego sprzeciwu słodkiego głosu, zimnego matczynego dotyku i nieludzkiego wzroku. Miał przed oczyma idealną wizję swej Matki. Pięknej niczym noc, zimnej niczym lód, wampirzycy, która przemieniła go, gdy był na łożu śmierci. Tylko gdy kierował myśli ku niej, zagadkowy Rundstedt przestawał rozbijać się po jaźni Tremere'a.

Obok na łóżku leżały zdjęcia. Te, które przekazał Vaughn i te, które pochodziły z policyjnej teczki Price'a. Steinbach porównywał je przez długą chwilę, ale nie potrafił odnaleźć na nich żadnej wspólnej wykładni. Akt jaki dokonał się w Speramint Rhino był zbrodnią. To co stało się w domu Vallo, było w mniemaniu Thomasa rytuałem. Nikt nie zadałby sobie tyle trudu, aby z geometryczną precyzją wyrysować skomplikowane figury, tylko dla zabawy. Wydawało mu się, że potrafił rozpoznać kilka sekwencji znaków, jakie wyrysowano na marmurowej podłodze. Mógłby je uznać za część czegoś większego, ale nie potrafił powiedzieć czego.
Spoiler!
Niestety nic nie przychodzi Ci do głowy odnośnie Kurta Rundsteda, wciąż masz jednak głupie wrażenie, że jest Ci to ktoś znany. Mark skontaktuje się z Matką najbliższej nocy.
Spoiler!
- Cześć Cooper. Mam sprawę. Potrzebna mi duża ilość sprzętu. Broń palna, biała, ammo, granaty. Wszystko co jesteś w stanie zoorganizować. Na zaraz.

- Hej Xavier. Normalnie powiedziałbym, że skołuje Ci vana z zabawkami w dzień, może dwa, ale posłuchaj. To potrwa dłużej. Jest posucha mała. Wiesz, jestem tylko pośrednikiem, a dostawcy moich dostawców zakręcili kurek. Znaczy się powiem krótko. Ojciec Chrzestny położył łapę na wszystkim, rozumiesz? To jest wysoko ponad moimi możliwościami.

- Kto to jest? - spytał trzyamjący nerwy na wodzy Prince.

- Nie wiem. Nikt nie wie. Od piętnastu lat zadaję sobie to pytanie i to nie tylko ja. To szef wszystkich szefów. Poważnie mówię. Kimkolwiek jest, to ja mu w drogę nie wejdę, bo pewnie więcej byś już nie usłyszał mojego głosu.

- Ok, ok. Skołuj co możesz, jak najszybciej.

- Stary, nie zrozum mnie źle, mam tylko parę sztuk broni: S&W .38, dwa ruskie Makarowy, obrzyna i sztucer myśliwski. Chcesz, są twoje. Ale, poza tym teraz to mogę przywieźć Ci zestaw tasaków z Tesco i siekierki z B&Q. Potrzebuję czasu, żeby coś wykombinować..

- Ile?

- Szczerze? Nie mam bladego pojęcia...

Wątek techniczny

Wygląda na to, że ktokolwiek kontroluje czarny rynek, to jest wysoko ponad Montym.
Koszal i Oggy wracają dopiero 2015r. więc nie będę pchał akcji na siłę dalej. Zresztą i tak jest interesująco, dla tych co grają. I tak zbliża się ranek, więc powoli nadchodzi wasza pora na dobranoc. Mam nadzieję, że następna noc będzie obfitować w niezapomniane chwile...

Oczywiście jest jeszcze trochę czasu na nocne pogawędki i różne deklaracje. Dla ułatwienia, znów uznam, że trzymacie się razem (szczególnie w świetle tego co zastał w swoim schronieniu pan Achile).

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 01 stycznia 2015, 15:04

Czy ktoś chce jeszcze cokolwiek robić tej nocy?

Podałem Czakowi mały ślad odnośnie masakry w SR, ale jak dotąd trop nie został podjęty.

Moreau, może jeszcze pogadać chwilę z Antonem, potem założyłem odgórnie, wróci do SR.

Co przyjdzie do głowy Marcusowi, to strach pomyśleć;)

Mam precyzyjnie nakreślone plany Xaviera, nie wiem czy Lightstorm chce je rozwinąć w wątku fabularnym.

Generalnie, to Steinbach będzie musiał poczekać na efekty małego śledztwa do następnej nocy.

Jak już chłopaki powrócą do życia po Nowym Roku, to zamkniemy tę noc i puszczę akcję do kolejnego wieczoru.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 02 stycznia 2015, 14:31

Bournemouth; Spearmint Rhino; 19.11.14; wieczór

Ostrzał zelżał. Tylko spordycznie słychać było charakterystyczny dźwięk moździerzy wypluwających ze wzgórz wokół miasta śmiercionośne pociski. No i suche trzaski karabinów Dragunowa, gdy serbscy strzelcy próbowali trafić kolejną ofiarę na Alei Snajperów.

Odór vitae wypełniał nozdrza lekarza i przyprawiał o mdłości. Kitel, dłonie Francuza były całe lepkie od krwi dziecka. Życiodajna karminowa ciecz wydawała się Achile czymś najgorszym na świecie. Czymś czego tak nienawidził. Nawet nie czuł głodu, nawet bestia normalnie wyjąca z rozkoszy na samą wizję krwi, schowała się gdzieś głęboko w sercu i siedziała cicho niczym mysz pod miotłą.

- Skurwysyny... dlaczego to zrobili?

Moreau po raz kolejny potarł głowice defibrylatora, próbując w rozpaczliwym geście desperacji przywrócić akcję serca dziewczynki postrzelonej przez serbskiego snajpera na którejś z ulic Sarajewa. Ciało dziecka konwulsyjnie drgnęło rażone prądem, ale linia na wykresie EKG wciąż była prosta niczym horyzont na Zatoce Bengalskiej.

- To koniec... - stara lekarka wyjęła delikatnie z dłoni Achile defibrylator. Moreau siadł na ziemi brudnej od skrzepłej krwi rannych i zabitych. Przywieziono ich tylu, poszkodowanych po ostrzale na Rynku Markale, że leżeli wszędzie: łóżkach, podłodze. Szpital wypełniony był jękami poszkodowanych i krzykami lekarzy oraz pielęgniarek. Ale to Moreau przyszło najgorsze: Dzieci. Rozpacz jaka go ogarniała, gdy umierało któreś z tych małych, winnych tylko tego że urodziły się w Sarajewie, dzieciaków, doprowadzała go na skraj nerwowego załamania. Tylko jedno trzymało go przy nieżyciu. Było jeszcze tylu innych, którzy potrzebowali pomocy Dr Moreau...

***

Ciemność, wktórej jednak było jasno. Szum przypominający wzburzone morze. I krew opływająca falami stopy Thomasa, tak że nie mógł dostrzec na czym stoi. W tym surrealistycznym otoczeniu wiadział, jak Matka patrzyła na zdjęcie Steinbacha, krzywiąc usta w czymś co równie dobrze uznać można było za grymas złości jak i uśmiech. Thomas przypatrywał się temu z boku. Niewidzialny, ale też nie mogący się odezwać lub dotknąć ukochanej mu osoby. Odwróciła się w jego stronę.

- Dostrzegła mnie? - uśmiechnął się i mimowolnie wysunął ręcę jakby błagając aby go przytuliła. Opuścił ramiona. Ku jego rozpaczy nie mogła go dostrzec. Patrzyła przez niego, gdzieś w dal jakby próbując przejrzeć gęstą mgłę. Krew wciąż obmywała nogi Thomasa. Pazur Tremerki nagle przeciął zdjęcie Steinbacha na pół. Zamknął oczy, próbując skupić się i krzyknąć:

- Ale Matko! Przecież ja tak Cię kocham! - Wyrzucił z siebie, ale tylko cichy szept wydobył się z ust Steinbacha. Gdy otworzył oczy już jej nie było, a on stał już we krwi miemal po szyję. Potem zaczęła wlewać mu się ust i nosa, zamieniając jego krzyk w głuchy charkot topielca...

***

Jakaś dziwna postać o wysuszonej twarzy kucała w pod daszkiem i niczym przerażone dziecko opędzające się od osy próbowała odganiać krople wody, które co jakiś czas w jakiś nieznany sposób omijały prowizoryczną zasłonę i spadały na ubranie i skórę nieznajomego. Amulety jakie trzymał w dłoniach jarzyły się bladą poświatą. Miały odpędzić złe duchy wody, ale były bezsilne wobec żywiołu. Mężczyzna o krzywych kłach na przemian płakał, klął, rzucał klątwy.

-Dlaczego śni się Marcusowi? Kim on jest? - zastanwiał się Korowiev, gdy już się obudził. W zakamarkach pamięci widział kogoś takiego i było mu bardzo przykro. Spotkał go kiedyś i nie skończyło się to dobrze...
Ostatnio zmieniony 02 stycznia 2015, 21:40 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 02 stycznia 2015, 14:51

Bournemouth; Spearmint Rhino; 19.11.14; wieczór

Z boku siedział Cooper i liczył pieniądze ciesząc się jak dziecko.

To była chwila triumfu! Armia pariasów była na usługach Price'a. Dziesiątki tysięcy gardeł wołało "Xavier" unosząc w górę pistolety, szable, karabiny, topory. Wampiry jeszcze raz krzyknęły pogrążone w morderczym szale, jaki wywołała wola ich pana i władcy. Podnieśli na ręce Price'a i cała procesja zaczęła przelwać się ulicami Bournemouth.

Książę czekał blady jak śmierć. Taaaaak, zaraz zetną go jak jakobini ostatniego króla Francji! Lufy broni skierowały się w stronę Toreadora.

- Nie... Proszę... - zaczął błągać Francis dziwnym, niemal kobiecym głosem. Ale Xavier zaśmiał się tylko złowieszczo i machnął ręką, dając ręką znak swym przybocznym. Opamiętanie przyszło zbyt późno. Głos jakim błagał książe był głosem...

- Vivien! Nieeeeeee! - wrzasnął, ale jego krzyk utonął w rozrywającym uszy huku setek tysięcy wystrzałów...

***

Cwetan leżał na łóżku w Rhino. Widział sylwetki kilku mężczyzn trzymających w dłoniach noże. Chciał krzyczeć, ale był zbyt przerażony. Chciał błagać o litość, ale nie mógł wydobyć z siebie nawet najmniejszego pisku. Błysk stali uświadomił mu że to koniec. Zbliżyli się i poczuł jak precyzyjne cięcia rozrywają jego krocze pośród świdrującego bólu. Nie mógł krzyknąć, nawet się poruszyć. Stal wbijała się z bestialską siłą w członki i korpus Brujaha. Wciaż jeszcze widział wszystko, ale wzrok stawał się coraz bardziej mętny, aż w końcu pogrążył się w ciemności. Niezupełnie. Przed oczami miał tylko tautaż na przedramieniu jednego z oprawców...
Ostatnio zmieniony 02 stycznia 2015, 21:40 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 03 stycznia 2015, 13:20

Bournemouth; Russell Coates Museum; 19.11.14; wieczór

- Zaiste piękny kwiat. Niemożliwy do zdobycia dla kogoś z chudym portfelem. Ale dla takiego arystokraty, to zapewne jeden szybki telefon. Niemniej rada jestem za dostarczenie mi ulotnej chwili przyjemności. - Katherine stała wpatrzona w kwiat, ale Price był śwoadom, że drogi prezent nie zrobił wrażenia jakiego się spodziewał. Najwyraźniej opiekunka Elizjum nie zwracała uwagi na metkę i zapewne tak samo, jeśli nie bardziej, zachwyciłaby się bukietem polnych ostów, byle by były piękne. Ventrue wyjaśnił z czym przybywa. Katherine uśmiechnęła się lekko:

- Nagrania monitoringu muzeum. Ach wy Arystokraci... Wasza mania kontroli jest zaprawdę zadziwiająca. Zapewne Elizjum prowadzone przez kogoś z Was byłoby naszpikowane technologią, a jego goście zaczipowani, lub przynajmniej obklejeni identyfikatorami, tak aby wiadomo było jakiego są klanu i pokolenia. Niestety niewiele będę w stanie pomóc. Tu po prostu nie ma kamer dla nas chłopcze. - słowo "chłopcze" dziwnie zabrzmiało w uszach Price'a, bo Katherine wyglądała na wiele młodszą od Xaviera, ale jak już wiedział Ventrue, wampiry nie mierzyły wieku, jakże błędnym ludzkim wyglądem: - Elizjum w założeniu mają być miejscem, gdzie każdy kainita może czuć się swobodnie. Nie wydaje Ci się, że czułbyś się niezręcznie rozmawiając w moim Elizjum obserwowany setkami szklanych oczu i być może podsłuchiwany? Miejsca takie jak to od setek lat obywały się bez takich fanaberii. Potrafisz sobie wyobrazić konsekwencje, jeśli ewentualne nagrania wpadłyby w niepowołane ręce, przypadkiem lub wskutek czyjegoś zamierzonego działania? Nie wspomnę jakie implikacje mogłoby coś takiego nieść dla Pierwszej Tradycji.

Zapadła chwila ciszy kiedy Price osądzał, czy zgodzić się czy nie zgodzić z Toreadorką. Z jednej strony miał ochotę wyrazić swoją opinie, bo jego klub najeżony był kamerami monitoringu, ale z drugiej strony nie chciał wchodzić na wojenną ścieżkę z piękną i potężną Katherine.

- Przyszedłem tu wczoraj z pewnym doktorem. Osoba ta obiecała spotkać się ze mną i rozwiązać pewien problem przed kimś z starszych, jednak bezczelnie uciekła. Dodaję, że to sprawa prywatna.

- Mówisz o doktorze Sandsie? Przyjacielu Koroviewa, ślepego Malkavianina, który jest członkiem twojej koterii? Cóż mogę rzec. Skoro to prywatna sprawa... Zachariasz i Marcus są sobie bardzo bliscy i mimo tak wielu różnic o wiele więcej łączy ich niż dzieli.

Cichy sygnał dzwonka komórki na chwilę osłupił Price'a. Dzwoniła Nina. Wiedziała, gdzie udał się Xavier, a mimo to dzwoniła. To musiało być coś piekielnie ważnego. Nie ośmieliłaby niepokoić swego pana jakąś błahostką. Czuł, że spotkanie z opiekunką Elizjum i tak dobiegło już końca. Ventrue uśmiechnął przyjaźnie i kurtuazyjnie pożegnał z kainitką. Wyszedłwszy sprawdził pocztę głosową. Nina Richards bardzo poruszonym głosem oświadczała krótko:

- Xavier, wracaj do Rhino. Najszybciej jak tylko potrafisz!
Ostatnio zmieniony 03 stycznia 2015, 16:45 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 03 stycznia 2015, 13:33

Bournemouth; Spearmint Rhino; 19.11.14; wieczór

Suchy trzask pistoletowego wystrzału doszedł uszu Koroviewa i Moreau, silących się na amatorską partię szachów.

- Znaleźli mnie?! - oderwany od szachów Moreau odruchowo złapał za broń. Nawet normalnie spokojny Marcus wydawał się przerażony, niezręcznie próbując znaleźć jakieś schronienie.

Achile doskoczył do drzwi biura i dyskretnie je uchylił. Na korytarzu było spokojnie. Marcus syknął zza sofy:

- Czarodziej... Słyszę krzyk czarodzieja...

- Co ty... o jakim cholernym czarodzieju ty mówisz? - spytał sam siebie skonfudowany Toreador. Wytężył słuch i dosłyszał po chwili charczący krzyk Steinbacha, dochodzący z któregoś z pokojów. Kimkolwiek byli napastnicy widać przyszli po wszystkich... albo tylko po Tremere'a.

- Siedź tam spokojnie Marcusie... - Francuz powoli wyszedł na korytarz, omiatając lufą pistoletu wszytko. Po chwili był przed drzwiami pomieszczenia, skąd dochodził skowyt Thomasa. Moreau był gotowy na wszystko. Wpadł do pokoju, ale na to co zobaczył nie był przygotowany w żaden sposób...
Czas troszkę podkręcić atmosferę.

ODPOWIEDZ