Nash rozmawiał na rogu ulicy z jakąś starszą kobietą w dżinsach, energicznie gestykulującą rękami. Bart przyglądał się tej rozmowie z pewnej odległości, coraz bardziej zniecierpliwiony. Pojazd miał wyjechać z Primm lada chwila, co zresztą bardzo było chudzielcowi na rękę - nie uśmiechało mu się podróżować po zapadnięciu zmroku, Pustkowia Mojave stawały się wówczas bardzo niebezpieczne.
Nie wytrzymawszy w końcu podszedł szybkim krokiem do pary miejscowych i klepnął Johnsona w ramię.
- Przepraszam, staruszku, ale wy tu pitu-pitu, a dolary stygną, że się tak wyrażę - huknął z szerokim uśmiechem, zaadresowanym przede wszystkim do kobiety, którą wcześniej miał już okazję przelotnie w Primm ujrzeć - Trzeba jeszcze zajrzeć do sklepu, obgadać to i owo.
- Pan kurier - rozmówczyni Nasha kiwnęła lekko głową, taksując Simpsona zmrużonymi oczami. Jej mina nie wyrażała żadnych emocji, toteż Bart nieco na wyrost przyjął, że kobieta nie żywiła wobec niego nieuzasadnionej niczym animozji.
- Samantho, porozmawiamy później - Johnson poklepał rozmówczynię po ramieniu - Jestem pewien, że wspólnie o wszystko się zatroszczymy. Konwój do Przyczółka wyjeżdża za kilkanaście minut, nie możemy się spóźnić.
Pożegnawszy się z Samanthą Ferguson obaj mężczyźni niemal pobiegli w stronę sklepu Nasha, z najwyższym trudem zachowując przynajmniej pozory opanowania.