PBF - Bournemouth after Midnight
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Dzwonię do Niny i mówię jej, że od teraz jestem oficjalnie martwy. Clark ma nie znać prawdy. Przekaż mu, by przyjechał natychmiast na miejsce, gdzie zostałem zaatakowany. Podaję adres. Clark ma szukać członków koterii, a gdy znajdzie Marcusa, ma natychmiast zawieźć go do Księcia i dopilnować, by Francis usłyszał, co się stało.
Uzgodniłem z koszalem, że Marcus będzie czekał pod Niewidocznością i się bał. Trzeba tylko coś, zrobić, by pojawił się Marcus. Może jakieś uderzenie w głowę doktora Sandsa?
Wcześniej wyleczy Pinkiego, dając mu swojej krwi. Clark powinien rozpoznać psa, a Marcus głos Clarka. U Księcia Marcus opowiada historię.
Gdyby były problemy Ghul posiada odpowiednie i pomocne Dyscypliny,
Nie puszczam Malkaviana samego, bo to będzie katastrofa. Clark będzie chciał się dowiedzieć jak najwięcej od tego, który przetrwał.
Jedziemy do mojego schronienia.
Uzgodniłem z koszalem, że Marcus będzie czekał pod Niewidocznością i się bał. Trzeba tylko coś, zrobić, by pojawił się Marcus. Może jakieś uderzenie w głowę doktora Sandsa?
Gdyby były problemy Ghul posiada odpowiednie i pomocne Dyscypliny,
Nie puszczam Malkaviana samego, bo to będzie katastrofa. Clark będzie chciał się dowiedzieć jak najwięcej od tego, który przetrwał.
Jedziemy do mojego schronienia.
Ostatnio zmieniony 27 stycznia 2015, 17:35 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
Gdyby krew Korovieva tętniła życiem nieczułe szarpnięcie niosłoby ze sobą brutalne i nieodwracalne doznanie śmierci. Doświadczenie najtrudniejsze, zarazem nieoczekiwanie przyjemnie, ekstatyczne, wyzwalające. Błogość i ulga, niemożliwe do opisania.
Nic bardziej mylnego.
Obskurny kawałek drutu znaleziony w pobliskiej piwnicy wciąż ostentacyjnie protestował uwłaczającej roli wysłannika poselstwa śmierci. Miał służyć celom wszelako bardziej humanitarnym, jak bracia jego- druty, gumki, nakrętki.
Nakrętki, nakrętki, wieczka, pojemniczki, słoiczki... -Marcus rozmyślał nad solarną egzystencją człowieka i nad jej kainickim zaprzeczeniem. Tysiące osób zakręcających każdego dnia słoiczki z musztardą i majonezem, tysiące azjatów nawijających drut na rolkę...
Koroviev wciąż bujał się na prowizorycznej, wżerającej się w szyję linie pogrążając się w nieopisanych wzorcach zdarzeń, egzystencji ponadempirycznej, programowalnej, nierównanie dookreślonej i pozbawionej zbędnych pytań.
Niespójna, młoda myśl osadzona w prymitywnych emocjach- Pinki?
-Pinkiiiii! -Koroviev począł szarpać się i wyć. Powieszony w ciemnej piwnicy pobliskiego domu. Wypadek! Jak się tu znalazłem??, Szok zmroził go przez chwilę. Pinkiiii! Gdzie jesteś?!
Odpowiedział mu ledwie słyszalny szept wątłych płuc..
Brzytwa!
Szarpał się z brzytwą walcząc zaciekle, by wreszcie uwolniła go od ciężaru myśli, wspomnień, z każdą chwilą zapewniając mu swobodną myśl, lub przynajmniej jej iluzję.
-Nieee...! Nieeee!- zerwał się z liny upadając na wilgotną posadzkę piwnicy Cromwellów.- Zostawcie mnie!
Wyczuł, dotarło wreszcie do niego, że Pinki ledwie dyszy- stłamszony, zagoniony w ciemny kąt, obcy, głuchoniemy w krainie gawędziarzy.
-Nieeee!- szarpał się, zadzierzgnął, zerwał wreszcie. Doczołgał do kundla. Wiedział, że uratuje go jedynie ofiarą z krwi. Nie wahał się ani chwili. Ukrył się czerpiąc z resztek sił, wiedział jak to uczynić. Pinki, słodki Pinki- nie pozostawał niewdzięczny.
Ktoś.. coś zbliżało się... mimo prób uciszenia kundelek ujadał wściekle.
-Marcusie?! Jest Pan tutaj??- zaskakujące brzmienie głosu, który Koroviev dobrze znał w tym ponurym świecie pełnym podobnych owej sytuacji powiedzeń. Niedopowiedzeń.
[center]***[/center]
Człowiek znalazł go w owej ponurej piwnicy. Charakterystyczny, basowy tembr głosu należał do kogoś z otoczenia Xavier'a. Miał chyba na imię Clark. Tak, Clark... Odwoził mnie kiedyś.
Zadygotał ledwie utrzymując w ryzach spłoszoną bestię. Miotała się w nim, dusiła, wiła tuż pod skórą usiłując wyrwać się na powierzchnię. Uciec!
Drżał na całym ciele, wreszcie zdołał wydusić z siebie słowa, w których treść trudno było mu uwierzyć. Słowa niepokojące, straszne.
-Price... Twój Pan...
To takie trudne!- Malkavian przetarł twarz dłonią. Nigdy nie przypuszczał, że to nastąpi. Nie chciał być aniołem śmierci ogłaszającym fatalną nowinę. Nie miał wyboru.
-Zawieź mnie natychmiast do księcia. -rzucił roztrzęsionym, skołowanym tonem.
[center]***[/center]
Klęczał pod wrotami do innego świata. Miejsca, w którym toczyły się sprawy daleko wykraczające poza jego przyziemne problemy. Wyczulone zmysły rejestrowały wszelkie napływające z zewnątrz bodźce.
Za chwilę miał zginąć. Zdał sobie z tego sprawę, gdy dotarł na miejsce. Zbyt skupiony na bólu, zmęczony i przerażony zastanawiał się dlaczego jako jedyny "przeżył". Nagła myśl uderzyła w jego umysł z taką siłą, że niemal spadł ze schodów tracąc na chwilę równowagę.
...łatwy łup.. zabiłem wszystkich... wypuścili mnie, bym przywiódł wszystkich do księcia... Co narobiłeś idioto?! Uciekaj!!
Niezgrabnie stanął na nogach cofając się w kierunku wyjścia, uderzył laską o schody. Jest jeszcze szansa! -znikoma szansa, że lupini go nie wyśledzili. Kogo próbujesz oszukać Marcusie?? Już po Tobie, zginiesz, zanim dopadną Cię wilki.
ATy kurwa dokąd się wybierasz tancereczko? - szorstki głos Antona zmroził go w miejscu. Jeśli teraz powie mu o swoich obawach Anton rozerwie go na strzępy.
Malkavian właśnie popełniał samobójstwo. Nie było innego wytłumaczenia. przeżył, bo mu pozwolono. Przeżył, by przywieźć lupinów wprost do nieumarłego serca Bournemounth. Słyszał tylko jednego wilkołaka. opowiadano mu, że zawsze poruszają się watahą.
Pozostałe czaiły się teraz w mroku. Ich pyski ociekały śliną, źrenice pałały odwieczną nienawiścią. w ciemności ostrzyły stalowe pazury oczekując chwili tryumfu.
-Pinki.. ukryj się, czekaj na mnie.. -opuścił psa na ziemię. Mizerne szanse kundelka, znacząco większe niż gdyby wraz z nim miał stanąć przed obliczem Francisa.
[center]***[/center]
-W świetle ostatnich niepokojących wydarzeń jako koteria poruszaliśmy się wspólnie, by zapewnić sobie większe bezpieczeństwo. Udaliśmy się do kryjówki torreadora Achille.-
Słowa na moment uwięzły mu w gardle. Rozegrali razem tak wiele partii. Xavier... czyżby coś przeczuwał? Był ostatnio tak spięty... obnażył tak dalece swoje wnętrze.. przeczuwał coś, niepokoił się, gdyby tylko chciał Marcus poprosiłby doktora, by pomówił z Ventrue o nękających go problemach...
Miażdżące, nieme ukłucie wyczekiwania ocuciło błąkający się wśród wspomnień umysł Korovieva. Książę chciał odpowiedzi.
-Jest to dla mnie niezmiernie trudne książę.. -rzekł Marcus opuściwszy głowę w dłonie. Miał wrażenie, że za chwilę straci przytomność. Słowa dusiły się w nim i protestowały, za wszelką cenę unikając artykulacji.
Wypluł je z siebie.
-Dzisiejszej nocy, podczas naszej wspólnej przejażdżki zostaliśmy napadnięci przez pozbawione krzty człowieczeństwa potworności. Ryk lupina, którego nie zapomnę do końca swej egzystencji osamotnił mnie pozbawiając towarzystwa znakomitych osobistości. Wciąż czuję ołowiany zapach krwi, a w uszach słyszę krzyki i strzały. Xavier wypalił wielokrotnie ku bestii. Słyszałem dźwięk tłuczonego szkła i urwany krzyk Achille. Steinbach i Cwetan byli na miejscu. Brujah chyba także podjął walkę. Jestem tylko ślepcem, ja... tak mi wstyd... chcieliśmy uciec wraz ze Steinbachem, lecz samochód Price'a uderzył w ścianę, gdy się ocknąłem byłem sam.. wciąż czuję zapach krwi... nie jestem wojownikiem.. ukryłem się. Tak mi wstyd..
Ponownie zatopił twarz w dłoniach. Czekał na pytania, które wciąż nie padały. Czekał na wyrok śmierci, na który zasługiwał za swe tchórzostwo.
Jeśli pozwolą mu odejść stąd żywcem nigdy już nie stanie przed obliczem księcia. Zaszyje się w swym schronieniu na wieki. Tak pragnął teraz się w nim znaleźć. Wyrwać niepostrzeżenie, by nie ściągnąć na siebie tropiących go bestii, które tak głupio za sobą zwabił.
Nic bardziej mylnego.
Obskurny kawałek drutu znaleziony w pobliskiej piwnicy wciąż ostentacyjnie protestował uwłaczającej roli wysłannika poselstwa śmierci. Miał służyć celom wszelako bardziej humanitarnym, jak bracia jego- druty, gumki, nakrętki.
Nakrętki, nakrętki, wieczka, pojemniczki, słoiczki... -Marcus rozmyślał nad solarną egzystencją człowieka i nad jej kainickim zaprzeczeniem. Tysiące osób zakręcających każdego dnia słoiczki z musztardą i majonezem, tysiące azjatów nawijających drut na rolkę...
Koroviev wciąż bujał się na prowizorycznej, wżerającej się w szyję linie pogrążając się w nieopisanych wzorcach zdarzeń, egzystencji ponadempirycznej, programowalnej, nierównanie dookreślonej i pozbawionej zbędnych pytań.
Niespójna, młoda myśl osadzona w prymitywnych emocjach- Pinki?
-Pinkiiiii! -Koroviev począł szarpać się i wyć. Powieszony w ciemnej piwnicy pobliskiego domu. Wypadek! Jak się tu znalazłem??, Szok zmroził go przez chwilę. Pinkiiii! Gdzie jesteś?!
Odpowiedział mu ledwie słyszalny szept wątłych płuc..
Brzytwa!
Szarpał się z brzytwą walcząc zaciekle, by wreszcie uwolniła go od ciężaru myśli, wspomnień, z każdą chwilą zapewniając mu swobodną myśl, lub przynajmniej jej iluzję.
-Nieee...! Nieeee!- zerwał się z liny upadając na wilgotną posadzkę piwnicy Cromwellów.- Zostawcie mnie!
Wyczuł, dotarło wreszcie do niego, że Pinki ledwie dyszy- stłamszony, zagoniony w ciemny kąt, obcy, głuchoniemy w krainie gawędziarzy.
-Nieeee!- szarpał się, zadzierzgnął, zerwał wreszcie. Doczołgał do kundla. Wiedział, że uratuje go jedynie ofiarą z krwi. Nie wahał się ani chwili. Ukrył się czerpiąc z resztek sił, wiedział jak to uczynić. Pinki, słodki Pinki- nie pozostawał niewdzięczny.
Ktoś.. coś zbliżało się... mimo prób uciszenia kundelek ujadał wściekle.
-Marcusie?! Jest Pan tutaj??- zaskakujące brzmienie głosu, który Koroviev dobrze znał w tym ponurym świecie pełnym podobnych owej sytuacji powiedzeń. Niedopowiedzeń.
[center]***[/center]
Człowiek znalazł go w owej ponurej piwnicy. Charakterystyczny, basowy tembr głosu należał do kogoś z otoczenia Xavier'a. Miał chyba na imię Clark. Tak, Clark... Odwoził mnie kiedyś.
Zadygotał ledwie utrzymując w ryzach spłoszoną bestię. Miotała się w nim, dusiła, wiła tuż pod skórą usiłując wyrwać się na powierzchnię. Uciec!
Drżał na całym ciele, wreszcie zdołał wydusić z siebie słowa, w których treść trudno było mu uwierzyć. Słowa niepokojące, straszne.
-Price... Twój Pan...
To takie trudne!- Malkavian przetarł twarz dłonią. Nigdy nie przypuszczał, że to nastąpi. Nie chciał być aniołem śmierci ogłaszającym fatalną nowinę. Nie miał wyboru.
-Zawieź mnie natychmiast do księcia. -rzucił roztrzęsionym, skołowanym tonem.
[center]***[/center]
Klęczał pod wrotami do innego świata. Miejsca, w którym toczyły się sprawy daleko wykraczające poza jego przyziemne problemy. Wyczulone zmysły rejestrowały wszelkie napływające z zewnątrz bodźce.
Za chwilę miał zginąć. Zdał sobie z tego sprawę, gdy dotarł na miejsce. Zbyt skupiony na bólu, zmęczony i przerażony zastanawiał się dlaczego jako jedyny "przeżył". Nagła myśl uderzyła w jego umysł z taką siłą, że niemal spadł ze schodów tracąc na chwilę równowagę.
...łatwy łup.. zabiłem wszystkich... wypuścili mnie, bym przywiódł wszystkich do księcia... Co narobiłeś idioto?! Uciekaj!!
Niezgrabnie stanął na nogach cofając się w kierunku wyjścia, uderzył laską o schody. Jest jeszcze szansa! -znikoma szansa, że lupini go nie wyśledzili. Kogo próbujesz oszukać Marcusie?? Już po Tobie, zginiesz, zanim dopadną Cię wilki.
ATy kurwa dokąd się wybierasz tancereczko? - szorstki głos Antona zmroził go w miejscu. Jeśli teraz powie mu o swoich obawach Anton rozerwie go na strzępy.
Malkavian właśnie popełniał samobójstwo. Nie było innego wytłumaczenia. przeżył, bo mu pozwolono. Przeżył, by przywieźć lupinów wprost do nieumarłego serca Bournemounth. Słyszał tylko jednego wilkołaka. opowiadano mu, że zawsze poruszają się watahą.
Pozostałe czaiły się teraz w mroku. Ich pyski ociekały śliną, źrenice pałały odwieczną nienawiścią. w ciemności ostrzyły stalowe pazury oczekując chwili tryumfu.
-Pinki.. ukryj się, czekaj na mnie.. -opuścił psa na ziemię. Mizerne szanse kundelka, znacząco większe niż gdyby wraz z nim miał stanąć przed obliczem Francisa.
[center]***[/center]
-W świetle ostatnich niepokojących wydarzeń jako koteria poruszaliśmy się wspólnie, by zapewnić sobie większe bezpieczeństwo. Udaliśmy się do kryjówki torreadora Achille.-
Słowa na moment uwięzły mu w gardle. Rozegrali razem tak wiele partii. Xavier... czyżby coś przeczuwał? Był ostatnio tak spięty... obnażył tak dalece swoje wnętrze.. przeczuwał coś, niepokoił się, gdyby tylko chciał Marcus poprosiłby doktora, by pomówił z Ventrue o nękających go problemach...
Miażdżące, nieme ukłucie wyczekiwania ocuciło błąkający się wśród wspomnień umysł Korovieva. Książę chciał odpowiedzi.
-Jest to dla mnie niezmiernie trudne książę.. -rzekł Marcus opuściwszy głowę w dłonie. Miał wrażenie, że za chwilę straci przytomność. Słowa dusiły się w nim i protestowały, za wszelką cenę unikając artykulacji.
Wypluł je z siebie.
-Dzisiejszej nocy, podczas naszej wspólnej przejażdżki zostaliśmy napadnięci przez pozbawione krzty człowieczeństwa potworności. Ryk lupina, którego nie zapomnę do końca swej egzystencji osamotnił mnie pozbawiając towarzystwa znakomitych osobistości. Wciąż czuję ołowiany zapach krwi, a w uszach słyszę krzyki i strzały. Xavier wypalił wielokrotnie ku bestii. Słyszałem dźwięk tłuczonego szkła i urwany krzyk Achille. Steinbach i Cwetan byli na miejscu. Brujah chyba także podjął walkę. Jestem tylko ślepcem, ja... tak mi wstyd... chcieliśmy uciec wraz ze Steinbachem, lecz samochód Price'a uderzył w ścianę, gdy się ocknąłem byłem sam.. wciąż czuję zapach krwi... nie jestem wojownikiem.. ukryłem się. Tak mi wstyd..
Ponownie zatopił twarz w dłoniach. Czekał na pytania, które wciąż nie padały. Czekał na wyrok śmierci, na który zasługiwał za swe tchórzostwo.
Jeśli pozwolą mu odejść stąd żywcem nigdy już nie stanie przed obliczem księcia. Zaszyje się w swym schronieniu na wieki. Tak pragnął teraz się w nim znaleźć. Wyrwać niepostrzeżenie, by nie ściągnąć na siebie tropiących go bestii, które tak głupio za sobą zwabił.
Leczę Pinkiego krwią.
Jeśli książę puści zywcem Marcusa, to zwieję do swego schronienia. Poproszę o podwiezienie Clarka. Niech gna jak szalony, by zgubić trop.
Marcus jest przekonany, że pozostali nie żyją (i słusznie, od dawna są martwi).
Jeśli książę puści zywcem Marcusa, to zwieję do swego schronienia. Poproszę o podwiezienie Clarka. Niech gna jak szalony, by zgubić trop.
Marcus jest przekonany, że pozostali nie żyją (i słusznie, od dawna są martwi).
Ostatnio zmieniony 28 stycznia 2015, 12:59 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Bournemouth, Westover Rd; Westover Gallery; 19.11.14; północ
Zabiją mnie... Gdyby tu tylko był doktor...
Marcus starając się opanować targające nim uczucia, czekał na cios, którym zapewne Anton za chwile pozbawi go nieżycia. Nic się jednak nie działo przez długą chwilę, która zdawała się być dla Malkavianina jak nie kończąca się posępna uwertura.
- Mówże prawdę! - wrzasnął nagle Nosferatu, tak że biedny Koroview niemal zmarł ze strachu.
- Mówi prawdę Antonie... Mówi prawdę... Najpierw Michael, teraz oni... - odpowiedział za niego zatroskany głos księcia. Marcus skulił się jeszcze bardziej wyczekując coup de grace, który wciąż nie nadchodził.
Teraz to już koniec... Zrzucą mnie, pionka z szachownicy...
I znowu nic poza ciszą i zakłopotaniem, którego gorzki posmak Malkavianin miał w ustach. Dosłyszał jak Francis zapada się w fotel, a Nosferatu nerwowo drapie się po łysej czaszce.
- Kurwa, ostrzegałem żabojada! - syknął Anton: - Mówiłem, że serbowie od Mladica są na jego tropie i żeby się trzymał z dala od tego swojego kurwidołka. Musiał tam kurwa leźć jak mucha do gówna.
- Nieważne! - głośno przerwał szeryfowi Francis: - Stało się i to w takim momencie! W jakim to dramacie godnym klasyków przyszło nam grać. Gdybym tylko zrzucić kurtynę i zakończyć akt!
Fotel skrzypnął cicho i Książe podniósł się. Odgłos jego kroków zbliżał się niczym krok kostuchy do pozbawionego jakichkolwiek złudzeń Marcusa. Dłoń Francisa delikatnie spoczęła na ramieniu śmiertelnie przestraszonego Malkavianina:
- Wielką stratą jest smutny los jaki spotkał twych przyjaciół. Spoczywały na nich wielkie nadzieje... Naprawdę bardzo mi przykro chłopcze... - głos Księcia był taki smutny, że Koroview zapomniał o tym że jest na skraju życia i śmierci. Krwawa łza za przyjaciółmi spłynęła po policzku skrzypka. Francis ciągnął dalej, przytulając do siebie łkającego wampira:
- Nie mogłeś nic zrobić biedaku. Wiem co teraz przeżywasz. Łączę się z Tobą w bólu Marcusie. Rzeknij czy czegoś potrzebujesz? Ciężkie chwile nastały nad domeną. Musisz się wziąść w garść chłopcze. Szkoda,że nie ma z nami Twojego przyjaciela Zachariasza. - wyszeptał cicho Toreador: - Och, Doktorze Sands, przybądź do mnie...
Zabiją mnie... Gdyby tu tylko był doktor...
Marcus starając się opanować targające nim uczucia, czekał na cios, którym zapewne Anton za chwile pozbawi go nieżycia. Nic się jednak nie działo przez długą chwilę, która zdawała się być dla Malkavianina jak nie kończąca się posępna uwertura.
- Mówże prawdę! - wrzasnął nagle Nosferatu, tak że biedny Koroview niemal zmarł ze strachu.
- Mówi prawdę Antonie... Mówi prawdę... Najpierw Michael, teraz oni... - odpowiedział za niego zatroskany głos księcia. Marcus skulił się jeszcze bardziej wyczekując coup de grace, który wciąż nie nadchodził.
Teraz to już koniec... Zrzucą mnie, pionka z szachownicy...
I znowu nic poza ciszą i zakłopotaniem, którego gorzki posmak Malkavianin miał w ustach. Dosłyszał jak Francis zapada się w fotel, a Nosferatu nerwowo drapie się po łysej czaszce.
- Kurwa, ostrzegałem żabojada! - syknął Anton: - Mówiłem, że serbowie od Mladica są na jego tropie i żeby się trzymał z dala od tego swojego kurwidołka. Musiał tam kurwa leźć jak mucha do gówna.
- Nieważne! - głośno przerwał szeryfowi Francis: - Stało się i to w takim momencie! W jakim to dramacie godnym klasyków przyszło nam grać. Gdybym tylko zrzucić kurtynę i zakończyć akt!
Fotel skrzypnął cicho i Książe podniósł się. Odgłos jego kroków zbliżał się niczym krok kostuchy do pozbawionego jakichkolwiek złudzeń Marcusa. Dłoń Francisa delikatnie spoczęła na ramieniu śmiertelnie przestraszonego Malkavianina:
- Wielką stratą jest smutny los jaki spotkał twych przyjaciół. Spoczywały na nich wielkie nadzieje... Naprawdę bardzo mi przykro chłopcze... - głos Księcia był taki smutny, że Koroview zapomniał o tym że jest na skraju życia i śmierci. Krwawa łza za przyjaciółmi spłynęła po policzku skrzypka. Francis ciągnął dalej, przytulając do siebie łkającego wampira:
- Nie mogłeś nic zrobić biedaku. Wiem co teraz przeżywasz. Łączę się z Tobą w bólu Marcusie. Rzeknij czy czegoś potrzebujesz? Ciężkie chwile nastały nad domeną. Musisz się wziąść w garść chłopcze. Szkoda,że nie ma z nami Twojego przyjaciela Zachariasza. - wyszeptał cicho Toreador: - Och, Doktorze Sands, przybądź do mnie...
Spoiler!
...ochh... dobry książę, troskliwy, dobry opiekun....myśli o mnie...
Roztrzęsione dłonie Korovieva ruszyły ku księciu. Twe chłodne dłonie są tak czułe Panie. Kojący głos Francisa wywoływał u malkaviana poczucie kruchej egzystencji, bezradności i błogości. Przez moment pomyślał o Pinkim. Taaak! Jestem jak Pinki, jak mały biedny kundelek, a to jest mój dobry Pan! Pełnym szacunku gestem uchwycił czułą rękę Księcia zbliżywszy ją do ust, by oddać jej hołd czułym pocałunkiem..
Niegodnym rąk Twoich całować. Jestem jak pies, będę lizał Cię dobry panie. Koroviev wysunął wilgotny język skamląc cicho. W ekstatycznym uniesieniu zapragnął ssać palec księcia, niczym dziecię pierś matki.
Słowa Francisa były niczym kojący balsam:
- Nie mogłeś nic zrobić biedaku. Wiem co teraz przeżywasz. Łączę się z Tobą w bólu Marcusie. Rzeknij czy czegoś potrzebujesz? Ciężkie chwile nastały nad domeną. Musisz się wziąść w garść chłopcze. Szkoda,że nie ma z nami Twojego przyjaciela Zachariasza. - wyszeptał cicho Toreador: - Och, Doktorze Sands, przybądź do mnie...
-...tfaaak, mójf dofry Faanie.. -uniósł usta uwalniając słodki palec księcia - natychmiast zadzwonię po pana doktora. Muszę tylko skorzystać z telefonu. Doktor jest dla mnie dobry, dba o mnie niemal jak Ty Szlachetny Książę.
-Telefon! Dajcie mi telefon! Książę ma życzenie widzieć się z psychiatrą!! -Koroviev krzyknął wściekle, jego głos odbił się echem po salonach.
-Zaraz go kurwa pierdolnę!- powietrze wokół Antona zgęstniało od narastającej wściekłości. Francis gestem zatrzymał go w pół kroku, wymownym spojrzeniem wydając stosowne polecenie szeryfowi.
-Ksiiąfszę, dobfy książę... doftor zafaz się pojafffiii- zakamarki fantastycznych linii na nieziemskiej dłoni Francisa wyczuwalnych pod językiem były tak cudowne.
Ekstaza trwała tak krótko, czas bywa okrutny w najpiękniejszych momentach. Brutalny, nieczuły głos Antona pozbawił Korovieva szans na dłuższe czułości.
-Masz swój telefon jełopie. - podał mu stary, gustowny aparat liczący conajmniej kilkadziesiąt lat. Istny antyk, najprawdopodobniej robiony na zamówienie.
Numer.. jaki jest numer? -Marcus poczuł suchość w gardle. Nigdy dotąd nie miał problemów. Po prostu zawsze wiedział gdzie dzwonić. Skulił się opuszczając czuły uścisk księcia. Drżącą ręką powędrował ku aparatu.
Jak jak go sobie przypomnieć? A może to kabel jest winowajcą? Oblicze malkaviana przybrało wyraz trwogi. Życzenie księcia mogło nie zostać spełnione!!
Jak?! Jak znaleźć rozwiązanie? ... Musztarda, nakrętki, kable, majonez... -wciąż miał je przy sobie. Tak! przypominał sobie powoli.. był jakiś wzór w tym wszystkim... tysiące ludzi, tysiące powiązań... miał je przy sobie.. zwędził z kuchni Pirce'a... kilka znalazł po wypadku, gdy schował się w rozbitej kawiarence.
Gdzieś tam tkwiła odpowiedź!
Dotykał aparatu. Głaskał go i obmacywał dookoła. Wyjął z kieszeni słoiczek musztardy. Odkręcił pospiesznie.
-Nie będziesz długo czekał mój książę! -dwa palce zanurzył w gęstej sarepskiej. Z westchnieniem odchylił głowę do tyłu. Naprzemiennie wkładał je i wyjmował ze słoiczka. Wreszcie uniósł umorusaną dłoń w geście zwycięstwa.
-Pamiętam numer doktora.- krwawe łzy zrosiły policzki Korovieva. Szarpnął aparat zrywając kabel.
Po chwili spokojnym gestem przyłożył telefon do ucha. Gęste musztardziane kluchy leniwie skapywały na stary perski dywan.
-Tak, Panie doktorze. Mój książę chce o tym porozmawiać. Pańska wyśmienita reputacja dotarła na sam szczyt. -Marcus z satysfakcją w głosie cieszył się, że wreszcie mógł zrewanżować się doktorowi wprowadzając go na wysokie salony.
[center]***[/center]
Zaszył się głęboko w swym gabinecie. Z bezpiecznej odległości obserwując wszystko poprzez migoczącą powierzchnię lustra. Falujący obraz często stawał się niewyraźny. Emocje Marcusa zniekształcały go. Powierzchnia falowała nabierając krwistoczerwonej barwy. Doktor Zachariasz Sands wahał się. Nie planował już tej nocy wychodzić z ukrycia. Nie planował wogóle kiedykolwiek pokazywać się w gronie starszych. Jednak Marcus z każdą chwilą sprowadzał na siebie katastrofę. Musiał interweniować.
[center]***[/center]
-Wybacz książę- głos Korovieva nabrał metalicznej barwy, w oczach zamigotała czerwona, krwawa poświata- Doktor Sands pragnie porozmawiać na osobności, jeśli zatem pozwolisz z głębokim żalem przerwę nasze spotkanie.
Nie czekając na odpowiedź okręcił zerwany kabel telefoniczny wokół własnej szyji. Szarpnął mocno i zdecydowanie upadając na podłogę. podczołgał się jeszcze kawałek krztusząc się i kaszląc. Poczuł tysiące owadów mierzwiących go pod skórą. Mówiły doń. Wskazywały kierunek. Pospiesznie ruszył schodami w dół, ku otchłani. Musiał jedynie otworzyć tę starą klapę w podłodze.
[center]***
[/center]
Fatalnie to wygląda. Idiota mógł nas zabić. -pomyślał doktor wydostawszy się spod podwiniętego dywanu.
Wstał na równe nogi. Poprawił się. Otrzepał z kurzu zrzucając zadzierzgnięty kabel. Klejącą się od musztardy dłoń wyczyścił jedwabną chusteczką.
-Witaj potężny książę. Jestem doktor Zachariasz Sands. Życzył Pan sobie mnie widzieć.
Roztrzęsione dłonie Korovieva ruszyły ku księciu. Twe chłodne dłonie są tak czułe Panie. Kojący głos Francisa wywoływał u malkaviana poczucie kruchej egzystencji, bezradności i błogości. Przez moment pomyślał o Pinkim. Taaak! Jestem jak Pinki, jak mały biedny kundelek, a to jest mój dobry Pan! Pełnym szacunku gestem uchwycił czułą rękę Księcia zbliżywszy ją do ust, by oddać jej hołd czułym pocałunkiem..
Niegodnym rąk Twoich całować. Jestem jak pies, będę lizał Cię dobry panie. Koroviev wysunął wilgotny język skamląc cicho. W ekstatycznym uniesieniu zapragnął ssać palec księcia, niczym dziecię pierś matki.
Słowa Francisa były niczym kojący balsam:
- Nie mogłeś nic zrobić biedaku. Wiem co teraz przeżywasz. Łączę się z Tobą w bólu Marcusie. Rzeknij czy czegoś potrzebujesz? Ciężkie chwile nastały nad domeną. Musisz się wziąść w garść chłopcze. Szkoda,że nie ma z nami Twojego przyjaciela Zachariasza. - wyszeptał cicho Toreador: - Och, Doktorze Sands, przybądź do mnie...
-...tfaaak, mójf dofry Faanie.. -uniósł usta uwalniając słodki palec księcia - natychmiast zadzwonię po pana doktora. Muszę tylko skorzystać z telefonu. Doktor jest dla mnie dobry, dba o mnie niemal jak Ty Szlachetny Książę.
-Telefon! Dajcie mi telefon! Książę ma życzenie widzieć się z psychiatrą!! -Koroviev krzyknął wściekle, jego głos odbił się echem po salonach.
-Zaraz go kurwa pierdolnę!- powietrze wokół Antona zgęstniało od narastającej wściekłości. Francis gestem zatrzymał go w pół kroku, wymownym spojrzeniem wydając stosowne polecenie szeryfowi.
-Ksiiąfszę, dobfy książę... doftor zafaz się pojafffiii- zakamarki fantastycznych linii na nieziemskiej dłoni Francisa wyczuwalnych pod językiem były tak cudowne.
Ekstaza trwała tak krótko, czas bywa okrutny w najpiękniejszych momentach. Brutalny, nieczuły głos Antona pozbawił Korovieva szans na dłuższe czułości.
-Masz swój telefon jełopie. - podał mu stary, gustowny aparat liczący conajmniej kilkadziesiąt lat. Istny antyk, najprawdopodobniej robiony na zamówienie.
Numer.. jaki jest numer? -Marcus poczuł suchość w gardle. Nigdy dotąd nie miał problemów. Po prostu zawsze wiedział gdzie dzwonić. Skulił się opuszczając czuły uścisk księcia. Drżącą ręką powędrował ku aparatu.
Jak jak go sobie przypomnieć? A może to kabel jest winowajcą? Oblicze malkaviana przybrało wyraz trwogi. Życzenie księcia mogło nie zostać spełnione!!
Jak?! Jak znaleźć rozwiązanie? ... Musztarda, nakrętki, kable, majonez... -wciąż miał je przy sobie. Tak! przypominał sobie powoli.. był jakiś wzór w tym wszystkim... tysiące ludzi, tysiące powiązań... miał je przy sobie.. zwędził z kuchni Pirce'a... kilka znalazł po wypadku, gdy schował się w rozbitej kawiarence.
Gdzieś tam tkwiła odpowiedź!
Dotykał aparatu. Głaskał go i obmacywał dookoła. Wyjął z kieszeni słoiczek musztardy. Odkręcił pospiesznie.
-Nie będziesz długo czekał mój książę! -dwa palce zanurzył w gęstej sarepskiej. Z westchnieniem odchylił głowę do tyłu. Naprzemiennie wkładał je i wyjmował ze słoiczka. Wreszcie uniósł umorusaną dłoń w geście zwycięstwa.
-Pamiętam numer doktora.- krwawe łzy zrosiły policzki Korovieva. Szarpnął aparat zrywając kabel.
Po chwili spokojnym gestem przyłożył telefon do ucha. Gęste musztardziane kluchy leniwie skapywały na stary perski dywan.
-Tak, Panie doktorze. Mój książę chce o tym porozmawiać. Pańska wyśmienita reputacja dotarła na sam szczyt. -Marcus z satysfakcją w głosie cieszył się, że wreszcie mógł zrewanżować się doktorowi wprowadzając go na wysokie salony.
[center]***[/center]
Zaszył się głęboko w swym gabinecie. Z bezpiecznej odległości obserwując wszystko poprzez migoczącą powierzchnię lustra. Falujący obraz często stawał się niewyraźny. Emocje Marcusa zniekształcały go. Powierzchnia falowała nabierając krwistoczerwonej barwy. Doktor Zachariasz Sands wahał się. Nie planował już tej nocy wychodzić z ukrycia. Nie planował wogóle kiedykolwiek pokazywać się w gronie starszych. Jednak Marcus z każdą chwilą sprowadzał na siebie katastrofę. Musiał interweniować.
[center]***[/center]
-Wybacz książę- głos Korovieva nabrał metalicznej barwy, w oczach zamigotała czerwona, krwawa poświata- Doktor Sands pragnie porozmawiać na osobności, jeśli zatem pozwolisz z głębokim żalem przerwę nasze spotkanie.
Nie czekając na odpowiedź okręcił zerwany kabel telefoniczny wokół własnej szyji. Szarpnął mocno i zdecydowanie upadając na podłogę. podczołgał się jeszcze kawałek krztusząc się i kaszląc. Poczuł tysiące owadów mierzwiących go pod skórą. Mówiły doń. Wskazywały kierunek. Pospiesznie ruszył schodami w dół, ku otchłani. Musiał jedynie otworzyć tę starą klapę w podłodze.
[center]***
[/center]
Fatalnie to wygląda. Idiota mógł nas zabić. -pomyślał doktor wydostawszy się spod podwiniętego dywanu.
Wstał na równe nogi. Poprawił się. Otrzepał z kurzu zrzucając zadzierzgnięty kabel. Klejącą się od musztardy dłoń wyczyścił jedwabną chusteczką.
-Witaj potężny książę. Jestem doktor Zachariasz Sands. Życzył Pan sobie mnie widzieć.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Bournemouth, Westover Rd; Westover Gallery; 19.11.14; północ
- Witaj doktorze. Marcus jest w takim strasznym stanie. - westchnął teatralnie książe: - Będzie potrzebował pomocy swojego terapeuty, któremu tak ufa. Takie traumatyczne przeżycie. Proszę być dla niego delikatnym, to taki wrażliwy biedak.
Sands przypatrywał się Księciu obojętnym wzrokiem nieco zbity z tropu słowami Francisa. Nos jednak nie mylił Zachariasza. Troeador pomimo wyraźnej troski o Marcusa, zmienił temat na ten jakiego się spodziewał:
- Przepraszam, że wezwałem tu pana doktorze Sands w tak drastyczny sposób, ale wierzę, że może pan nieco unaocznić w kwestii dramatycznych przeżyć Marcusa, a nie chciałbym jeszcze bardziej jątrzyć bolesnych ran pana podopiecznego. Proszę opowiedzieć co tam się stało i czy koteria naprawdę zaznała śmierci ostatecznej?
Spodziewał się, że Francis użyje wampirzych sztuczek aby wydobyć wszystko z Malkaviana, ale nie poczuł żadnego przymusu czy obcej woli nakazującej w niewytłumaczalny sposób odpowiedzieć na pytanie. Pytania za to mnożyły się w głowie przebiegłego Zachariasza:
Czyżby był tak zadufany i pewny siebie, że nawet nie próbuje dociec prawdy? Czy tylko mnie bada ile mu powiem? A może wszystko wie i nie obchodzi go co powiem?...
- Witaj doktorze. Marcus jest w takim strasznym stanie. - westchnął teatralnie książe: - Będzie potrzebował pomocy swojego terapeuty, któremu tak ufa. Takie traumatyczne przeżycie. Proszę być dla niego delikatnym, to taki wrażliwy biedak.
Sands przypatrywał się Księciu obojętnym wzrokiem nieco zbity z tropu słowami Francisa. Nos jednak nie mylił Zachariasza. Troeador pomimo wyraźnej troski o Marcusa, zmienił temat na ten jakiego się spodziewał:
- Przepraszam, że wezwałem tu pana doktorze Sands w tak drastyczny sposób, ale wierzę, że może pan nieco unaocznić w kwestii dramatycznych przeżyć Marcusa, a nie chciałbym jeszcze bardziej jątrzyć bolesnych ran pana podopiecznego. Proszę opowiedzieć co tam się stało i czy koteria naprawdę zaznała śmierci ostatecznej?
Spodziewał się, że Francis użyje wampirzych sztuczek aby wydobyć wszystko z Malkaviana, ale nie poczuł żadnego przymusu czy obcej woli nakazującej w niewytłumaczalny sposób odpowiedzieć na pytanie. Pytania za to mnożyły się w głowie przebiegłego Zachariasza:
Czyżby był tak zadufany i pewny siebie, że nawet nie próbuje dociec prawdy? Czy tylko mnie bada ile mu powiem? A może wszystko wie i nie obchodzi go co powiem?...
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Bournemouth, Schronienie Xaviera; 19.11.14; północ
Martwi stali w pomieszczeniu pachnącym oliwą i woskiem. Każdy zadawał sobie jedno pytanie. Czy nieświadom niczego Malkavian podoła zadaniu jakie zostało zrzucone na jego barki. Ślepiec nie mógł skłamać. Niemal samemu doświadczył ostatecznej śmierci na przed kamienicą Toreadora. W myślach życzyli powodzenia ślepcowi. Nikt nie potrafił przewidzieć jak zareaguje Książe.
[center]
[/center]
Moreau zabrał się rozpakowywanie plecaka. Laptop był całkowicie rozbity po brutalnym upadku z pierwszego piętra, ale ku swojemu zadowoleniu Achile utwierdzał się w przekonaniu, że twardy dysk był sprawny i przy minimum wysiłku wszelkie dane zostaną odzyskane. Poukładał luźne karki, jakie powypadały z uszkodzonych segregatorów. Sprawdził przenośne dyski. Wszystko było w porządku. Na samym końcu, przejęty otworzył pokrowce na garnitury. Ku wielkiej uldze Toreadora były całe. Wymagały jedynie odprasowania, co zważywszy na okoliczności w jakich zabrał je z domu Achile, zakrawało na istny cud. Nie mógł się powstrzymać, uśmiechnął się szeroko, gładząc dłonią szlachetną wełnę. Ubranie było najważniejsze. Na tym zależało mu najbardziej. :
- C' est merveilleux!* - wyszeptał cicho w rodzimym języku.
Oczy wszystkich nagle spoczęły na zadowolnym niewiadomo z czego Moreau. Toreador znów przybrał posępną i zatroskaną jak inni minę:
- I co teraz panowie?
Martwi stali w pomieszczeniu pachnącym oliwą i woskiem. Każdy zadawał sobie jedno pytanie. Czy nieświadom niczego Malkavian podoła zadaniu jakie zostało zrzucone na jego barki. Ślepiec nie mógł skłamać. Niemal samemu doświadczył ostatecznej śmierci na przed kamienicą Toreadora. W myślach życzyli powodzenia ślepcowi. Nikt nie potrafił przewidzieć jak zareaguje Książe.
[center]
[/center]Moreau zabrał się rozpakowywanie plecaka. Laptop był całkowicie rozbity po brutalnym upadku z pierwszego piętra, ale ku swojemu zadowoleniu Achile utwierdzał się w przekonaniu, że twardy dysk był sprawny i przy minimum wysiłku wszelkie dane zostaną odzyskane. Poukładał luźne karki, jakie powypadały z uszkodzonych segregatorów. Sprawdził przenośne dyski. Wszystko było w porządku. Na samym końcu, przejęty otworzył pokrowce na garnitury. Ku wielkiej uldze Toreadora były całe. Wymagały jedynie odprasowania, co zważywszy na okoliczności w jakich zabrał je z domu Achile, zakrawało na istny cud. Nie mógł się powstrzymać, uśmiechnął się szeroko, gładząc dłonią szlachetną wełnę. Ubranie było najważniejsze. Na tym zależało mu najbardziej. :
- C' est merveilleux!* - wyszeptał cicho w rodzimym języku.
Oczy wszystkich nagle spoczęły na zadowolnym niewiadomo z czego Moreau. Toreador znów przybrał posępną i zatroskaną jak inni minę:
- I co teraz panowie?
No właśnie, co teraz?
* Cudownie!
Ostatnio zmieniony 31 stycznia 2015, 20:08 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Price zaraz po wejściu do schronienia podszedł do obrazu Viven. Stał tam bardzo długo jakby, mówił coś w myślach chcąc przekazać swoje uczucia. Nie zwracał uwagi na resztę koterii oraz ich aktualne problemy. Nie był w stanie na nich teraz spojrzeć, bowiem myślami był gdzieś bardzo daleko.
Czy każdy na kim mi zaczyna zależeć, musi doświadczać spotkania ze śmiercią? Od momentu gdy spotkałem pierwszego nieumarłego, wszystko plami krew. Wszędzie widzę szkarłat i ból. Ventrue przypomniał sobie obraz z szkieletami i to co sobie obiecał, gdy wpadł w Więzy Krwi swojego stwórcy. Miałem nigdy nie być taki jak on, a czuję się jakbym tracił kontrolę nad sobą. Tych kilku nieumarłych, którzy są ze mną... Dlaczego pozwoliłem im wejść tutaj? Co się stało, że odważyłem się zaatakować tego potwora jako pierwszy? Co się ze mną dzieje...?
Price stał dalej wpatrzony w obraz jak zahipnotyzowany. Nie usłyszał pytania Achille. Przed oczyma jego ducha przelatywały obrazy z przeszłości: wizje martwej Viven upadającej na podłogę, uczucie całkowitego podporządkowania, i smak krwi Roberta. Wszystkie lata tłumionego gniewu i poczucia winy wypełzały na powierzchnię świadomości.
Czy ja tak naprawdę kogoś kochałem? Dlaczego tak mocno czuję, że wszyscy ludzie coś znaczą? Jestem słaby i czuję się jak wrak. Te więzy mnie zniszczyły. Nawet nie wiem kim naprawdę jestem, kim byłem...? Kiedy ostatnio wybrałem się z Gilbertem do restauracji zapraszając też jego żonę? Kiedy ostatnio przebywałem z tymi, których znam prawie całe życie? Potrafię tylko do nich dzwonić i płacić jak najemnikom...
Michael Vallo się pomylił ratując mi życie podczas procesu Roberta. Archonci i Książe mieli rację. Powinienem wtedy zginąć wraz z Robertem.
Price drżącą ręką wyjął broń i przystawił ją sobie pod brodę.
- Tak bardzo cię przepraszam... - powiedział patrząc na obraz.
[center]
[/center]
Czy każdy na kim mi zaczyna zależeć, musi doświadczać spotkania ze śmiercią? Od momentu gdy spotkałem pierwszego nieumarłego, wszystko plami krew. Wszędzie widzę szkarłat i ból. Ventrue przypomniał sobie obraz z szkieletami i to co sobie obiecał, gdy wpadł w Więzy Krwi swojego stwórcy. Miałem nigdy nie być taki jak on, a czuję się jakbym tracił kontrolę nad sobą. Tych kilku nieumarłych, którzy są ze mną... Dlaczego pozwoliłem im wejść tutaj? Co się stało, że odważyłem się zaatakować tego potwora jako pierwszy? Co się ze mną dzieje...?
Price stał dalej wpatrzony w obraz jak zahipnotyzowany. Nie usłyszał pytania Achille. Przed oczyma jego ducha przelatywały obrazy z przeszłości: wizje martwej Viven upadającej na podłogę, uczucie całkowitego podporządkowania, i smak krwi Roberta. Wszystkie lata tłumionego gniewu i poczucia winy wypełzały na powierzchnię świadomości.
Czy ja tak naprawdę kogoś kochałem? Dlaczego tak mocno czuję, że wszyscy ludzie coś znaczą? Jestem słaby i czuję się jak wrak. Te więzy mnie zniszczyły. Nawet nie wiem kim naprawdę jestem, kim byłem...? Kiedy ostatnio wybrałem się z Gilbertem do restauracji zapraszając też jego żonę? Kiedy ostatnio przebywałem z tymi, których znam prawie całe życie? Potrafię tylko do nich dzwonić i płacić jak najemnikom...
Michael Vallo się pomylił ratując mi życie podczas procesu Roberta. Archonci i Książe mieli rację. Powinienem wtedy zginąć wraz z Robertem.
Price drżącą ręką wyjął broń i przystawił ją sobie pod brodę.
- Tak bardzo cię przepraszam... - powiedział patrząc na obraz.
[center]
[/center]Xavier chce popełnić samobójstwo. Nawet wampirza natura, która dąży do utrzymania się przy egzystencji w tej chwili nie jest w stanie powstrzymać Price'a. Jak nic nie zrobicie to będzie koniec Ventrue.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Szaleniec? Czy też może kpi ze mnie? -Sands wytrzymał spojrzenie księcia. Postać Francisa w w jakiś sposób straciła nieco ze swego blasku.
Fenomenalna zdolność torreadorów do manipulacji emocjami była fascynująca pod względem możliwych zastosowań terapeutycznych. Zachariasz zetknął się z nią nie po raz pierwszy, jego fach polegał na pracy z silnymi emocjami, to właśnie one najczęściej były źródłem inicjującym spotkania z Marcusem.
Francis był starszym, niewątpliwie potrafił odczytywać myśli, a jeśli nie w jego otoczeniu znajdzie się pewnie ktoś, kto uczyni to na jego polecenie. Mimo to prowokował Zachariasza do odegrania tej szopki.
A może... może zwyczajnie obawiasz się książę zaglądania do umysłu szaleńca? ...Możesz odnaleźć tam niechciany obraz, ujrzeć lub otrzymać coś, czego byś sobie nie życzył, a co już pozostanie w Tobie... Z wolna kiełkujące ziarno, które wzrastając wypuści pnącza oplatające Twój delikatny umysł... piękny umysł, nieprawdaż? .... Niewątpliwie torreadorze uważasz się za coś wyjątkowego. Podejmijmy zatem tę grę, której tak się lękasz, a którą nieopatrznie zaproponowałeś ...
-Zaiste troskliwy książę osoba Marcusa z racji na nękające go problemy nie zawsze bywa źródłem wystarczająco wiarygodnym. Dziękuję zatem za zaproszenie mnie do dyskusji, która wnieść może nieco więcej światła w sprawę.
Sands poprawił ubranie. Doskonale zdawał sobie sprawę z niesmaku, jaki musiał budzić jego niestosowny strój. Detale i bzdury, które tak przyciągały uwagę klanu estetów. niemniej jednak sam gest musiał mieć dla księcia znaczenie i podnosić wiarygodność rozmówcy.
Doktor podszedł do wielkiego lustra, spoglądając głęboko we własne oczy. Wytężywszy wzrok dostrzegł w nich miniaturową sylwetkę powielającą jego osobę. Wciągająca otchłań coraz mniejszych luster i coraz mniejszych, niezliczonych odbić.
Wiarygodność... jak ją uzyskać? Czy realne jest to, co zaszło, czy też to w co wierzymy? Jakże podnieść swoją wiarę w wydarzenia, które mogły mieć miejsce. Lustro w gabinecie wciąż porusza się i zniekształca obrazy. Zachariaszu... opierasz się najczęściej na relacjach Marcusa.
Zatem wyobraź sobie Zachariaszu wszystko to, czego spodziewał się Koroviev czując rozgrywającą się przed schronieniem Achille tragedię.
-Mówiono mi, by uciekać gdy usłyszę mrożące krew w sercu wycie. Ostrzegano, że lupini atakują niczym szarańcza. Koroviev uciekał obawiając się ostatecznej śmierci. Ślepiec nie poprowadzi auta. Był wypadek. Kilkanaście metrów dalej uderzyliśmy w budynek kawiarni. Byłem tam z nim przez moment, wydostałem się z auta. Lupini mogli być wszędzie wokół..
Sands zamknął oczy, by skupić się na odczuciach Marcusa. Cichy warczący pomruk i gorące powietrze na karku.
-Ukryłem się. Krzyki koterii ucichły. Nie wiem jak długo Marcus chował się na tyłach kawiarenki. Pamiętam jedynie, że członkowie mej koterii podjęli nierówną walkę. Oczy Marcusa spowija mroczny całun książę, lecz w umyśle jego jest mieszkań wiele. Być może pojawił się tam ktoś jeszcze. Jakaś obecność, której nie wyczuwam.
Doktor uspokoił myśli błądząc po nieistotnych detalach. Szorstki dotyk tapicerki, wyczuwalny smród płynów samochodowych. Niewyrzucone resztki jedzenia w kawiarnianym koszu. Szafka wypełniona majonezem i musztardą. Kilkadziesiąt podobnych sobie słoiczków, które chciały zostać zabrane. Bzdury, które niosły za sobą kolejne punkty zaczepienia, gdyby Francis usiłował odczytywać jego myśli. Popieprzona wersja zdarzeń, w które wierzył Marcus.
-Wejrzyj w mój umysł książę, jeśli pragniesz ułożyć tę dramatyczną układankę. Z pewnością zrozumiesz więcej. Byliśmy tam wszyscy, lecz każdy z nas zna tylko niespójny ułamek. Wejrzyj we mnie Francisie, najgłębiej jak potrafisz, by powiązać szczegóły i potwierdzić swe obawy.
Fenomenalna zdolność torreadorów do manipulacji emocjami była fascynująca pod względem możliwych zastosowań terapeutycznych. Zachariasz zetknął się z nią nie po raz pierwszy, jego fach polegał na pracy z silnymi emocjami, to właśnie one najczęściej były źródłem inicjującym spotkania z Marcusem.
Francis był starszym, niewątpliwie potrafił odczytywać myśli, a jeśli nie w jego otoczeniu znajdzie się pewnie ktoś, kto uczyni to na jego polecenie. Mimo to prowokował Zachariasza do odegrania tej szopki.
A może... może zwyczajnie obawiasz się książę zaglądania do umysłu szaleńca? ...Możesz odnaleźć tam niechciany obraz, ujrzeć lub otrzymać coś, czego byś sobie nie życzył, a co już pozostanie w Tobie... Z wolna kiełkujące ziarno, które wzrastając wypuści pnącza oplatające Twój delikatny umysł... piękny umysł, nieprawdaż? .... Niewątpliwie torreadorze uważasz się za coś wyjątkowego. Podejmijmy zatem tę grę, której tak się lękasz, a którą nieopatrznie zaproponowałeś ...
-Zaiste troskliwy książę osoba Marcusa z racji na nękające go problemy nie zawsze bywa źródłem wystarczająco wiarygodnym. Dziękuję zatem za zaproszenie mnie do dyskusji, która wnieść może nieco więcej światła w sprawę.
Sands poprawił ubranie. Doskonale zdawał sobie sprawę z niesmaku, jaki musiał budzić jego niestosowny strój. Detale i bzdury, które tak przyciągały uwagę klanu estetów. niemniej jednak sam gest musiał mieć dla księcia znaczenie i podnosić wiarygodność rozmówcy.
Doktor podszedł do wielkiego lustra, spoglądając głęboko we własne oczy. Wytężywszy wzrok dostrzegł w nich miniaturową sylwetkę powielającą jego osobę. Wciągająca otchłań coraz mniejszych luster i coraz mniejszych, niezliczonych odbić.
Wiarygodność... jak ją uzyskać? Czy realne jest to, co zaszło, czy też to w co wierzymy? Jakże podnieść swoją wiarę w wydarzenia, które mogły mieć miejsce. Lustro w gabinecie wciąż porusza się i zniekształca obrazy. Zachariaszu... opierasz się najczęściej na relacjach Marcusa.
Zatem wyobraź sobie Zachariaszu wszystko to, czego spodziewał się Koroviev czując rozgrywającą się przed schronieniem Achille tragedię.
-Mówiono mi, by uciekać gdy usłyszę mrożące krew w sercu wycie. Ostrzegano, że lupini atakują niczym szarańcza. Koroviev uciekał obawiając się ostatecznej śmierci. Ślepiec nie poprowadzi auta. Był wypadek. Kilkanaście metrów dalej uderzyliśmy w budynek kawiarni. Byłem tam z nim przez moment, wydostałem się z auta. Lupini mogli być wszędzie wokół..
Sands zamknął oczy, by skupić się na odczuciach Marcusa. Cichy warczący pomruk i gorące powietrze na karku.
-Ukryłem się. Krzyki koterii ucichły. Nie wiem jak długo Marcus chował się na tyłach kawiarenki. Pamiętam jedynie, że członkowie mej koterii podjęli nierówną walkę. Oczy Marcusa spowija mroczny całun książę, lecz w umyśle jego jest mieszkań wiele. Być może pojawił się tam ktoś jeszcze. Jakaś obecność, której nie wyczuwam.
Doktor uspokoił myśli błądząc po nieistotnych detalach. Szorstki dotyk tapicerki, wyczuwalny smród płynów samochodowych. Niewyrzucone resztki jedzenia w kawiarnianym koszu. Szafka wypełniona majonezem i musztardą. Kilkadziesiąt podobnych sobie słoiczków, które chciały zostać zabrane. Bzdury, które niosły za sobą kolejne punkty zaczepienia, gdyby Francis usiłował odczytywać jego myśli. Popieprzona wersja zdarzeń, w które wierzył Marcus.
-Wejrzyj w mój umysł książę, jeśli pragniesz ułożyć tę dramatyczną układankę. Z pewnością zrozumiesz więcej. Byliśmy tam wszyscy, lecz każdy z nas zna tylko niespójny ułamek. Wejrzyj we mnie Francisie, najgłębiej jak potrafisz, by powiązać szczegóły i potwierdzić swe obawy.
Staram sie zbić Francisa z tropu, myślę o rzeczach związanych z wypadkiem, ale skupiam się na głupotach, a w miejscach istotnych wyobrażam sobie usilnie to, co może myśleć o całym zajściu Marcus.
Wydaje punkt siły woli, by oprzeć się dominacji, jeśli książę wprost nakaże mi precyzyjny opis zdarzenia, zarazem zachęcam go do zaglądania do świrdołka, raczej nie będzie chciał tego robić, bo mógłby sobie zaszkodzić. Jak zaryzykuje, byleby poznać prawdę to poczekam, aż dowiedzą się o tym bracia malkavianie w mieście, to może status mi skoczy. Było nie było, wkrótce i tak ktoś usłyszy o musztardzie, telefonie, lizaniu księcia, wołaniu o psychiatrę dla niego i bałaganie - słowem wszystkim, co budzi szacunek mojego klanu.
Wydaje punkt siły woli, by oprzeć się dominacji, jeśli książę wprost nakaże mi precyzyjny opis zdarzenia, zarazem zachęcam go do zaglądania do świrdołka, raczej nie będzie chciał tego robić, bo mógłby sobie zaszkodzić. Jak zaryzykuje, byleby poznać prawdę to poczekam, aż dowiedzą się o tym bracia malkavianie w mieście, to może status mi skoczy. Było nie było, wkrótce i tak ktoś usłyszy o musztardzie, telefonie, lizaniu księcia, wołaniu o psychiatrę dla niego i bałaganie - słowem wszystkim, co budzi szacunek mojego klanu.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Bournemouth, Schronienie Xaviera; 19.11.14; północ
- C' est merveilleux!
Dobre pytanie. Słabo to wszystko widział. Lata ciężkiej dyscypliny domu tremere szybko kazały mu zepchnąć w głęboki kąt leki i niepokoje. W chłodnym umyśle racjonalnych tremere nie było dla nich miejsca. Klan poświęcał wiele bolesnej troski by głęboko wpoić twarde zasady. Planuj i wykonuj, albo skończysz jak Uwo. Tak nam mówili wtedy...
Thomas momentalnie wziął się w garść. Obojętnie od przebiegu wypadków u księcia planował szybko dostać się do Zurychu. Przemyślał wszystko jeszcze raz. Lotnisko, ze względu na kamery i rentgen, w tej sytuacji odpada. Poza tym angielskie lotniska po zasugerowanym "zamachu terrorystycznym" będą miały podniesiony poziom zabezpieczeń jeszcze co najmniej przez kilka dni. W głupi sposób sami sobie zamknęli najszybszą drogę przemieszczania się.
Podróż samochodem byłby w tej sytuacji najbardziej incognito pod warunkiem że zapewnilibyśmy sobie bezpieczeństwo w dzień. Użycie ghula jako strażnika mogło nieść ze sobą ryzyko, ze nieprzychylne oczy dopatrzą się w mieście jego braku. Zdominować jakiegoś zawodowego kierowcę, który jedzie w tamtą stronę? Przypadkowy Tir, wynajęty specjalnie van? Xawier z łatwością mógłby przecież...
Mein lieber Gott*, co on robi!
Price stał dalej wpatrzony w obraz jak zahipnotyzowany. Drżącą ręką sięgnął pod marynarkę i wyjął broń...
Thomas zrozumiał wszystko w jednej chwili. Przed oczami stanął mu obraz tych z którymi studiował w zamku pośród skalistych Bawarskich gór.

W jednej z najbardziej surowych szkół klanu. Mój Boże z trzydziestki zostało ich nieco więcej niż połowa. Pierwsi odpadli ci którzy mieli taki sam wzrok jak Xawier. Pusty, bez nadziei i siły by rywalizować z pozostałymi dalej. Zniszczeni drżeli w swoich celach odmawiając wyjścia, a następnego poranka już nie było po nich śladu. Ostatni został wyprowadzony na powietrznym przejściu do wieży księżyca. Thomas pamiętał jak wszyscy stali i patrzyli. W pustych oczach nie było oporu kiedy jeden z opiekunów, ten od rózg, wyprowadził go na środek, tak żeby wszyscy dobrze widzieli karę. A potem Uwe pofrunął.
Pamiętał pozostałych, zostało ich mniej niż połowa ale gotowa by zrobić wszystko. Drzeć rękami do krwi kamień, lub wydrapywać innym oczy, czołgać się z połamanymi żebrami w kałuży krwi, jak robaki do nóg swoim panom błagając byleby tylko nie zabrano szansy. Szansy, by nadal należeć do tej resztki z trzydziestu wybranych, z których tylko trzech mogło dostąpić przemiany. A wśród nich rachityczny Steinbach.
Tak, wielka to była nagroda, warta wszystkiego. Zwłaszcza dla Thomasa który jeszcze jako śmiertelnik każdego dnia musiał zmagać się ze śmiercią, z powodu osobliwej choroby dręczącej jego ciało. Jak zatem można taki dar, tak po prostu...
...broń powędrowała w górę pod podbródek
Thomas czuł jak nienawiść zamalowała na szkarłatno wszystko w jego wnętrzu. Czuł gniew tym bardziej że za chwilę Xawier mógł też zburzyć wszystko, co...
Zabiję tego Scheißkerl**. Krew momentalnie wzmocniła jego ruchy, w chwilę był już na przeciw Ventra.
Drobna sylwetka Steinbacha stanęła przed Xawierem, który górował nad nim o dobre pół głowy. Thomas patrzył w górę na Ventra, ale jego osobliwe jasne oczy, tym razem nie były rozbiegane, tylko drążyły spojrzeniem chłodnym w głąb Xawiera. Jakby do duszy chciały dotrzeć. Otwarta dłoń Thomasa znalazła się pomiędzy podbródkiem a lufą, tak że Xawier musiałby ją przestrzelić najpierw. Przez chwilę, kiedy atłasowy głos tremera szeptał do Ventra wydawać by się mogło że nie rozmawia para prawie nieznajomych ale serdeczni przyjaciele albo nawet...
- Odłóż to Xawierze, jesteś nam wszystkim potrzebny. Liczymy na ciebie. - spokojny, ciepły głos szeptał - Nie możesz nas teraz opuścić kiedy tak jest coraz ciężej. Nie pozwól by potraktowali nas jak marionetki które można potem... Nie pozwól by skrzywdzili nas jak Ciebie i Vivian, bo chyba nie wierzysz, że to był tylko przypadek bez głębszego dna...
Steinbach czuł że nadal jest wzburzony. Biedny Uwo, biedny Xawier tacy miękcy. Gdzieś głęboko w uszach dzwoniły mu dźwięki piosenki...
https://www.youtube.com/watch?v=LcvuBGkVAqE
* mój kochany Boże
** gówniarz, smark
- C' est merveilleux!
Dobre pytanie. Słabo to wszystko widział. Lata ciężkiej dyscypliny domu tremere szybko kazały mu zepchnąć w głęboki kąt leki i niepokoje. W chłodnym umyśle racjonalnych tremere nie było dla nich miejsca. Klan poświęcał wiele bolesnej troski by głęboko wpoić twarde zasady. Planuj i wykonuj, albo skończysz jak Uwo. Tak nam mówili wtedy...
Thomas momentalnie wziął się w garść. Obojętnie od przebiegu wypadków u księcia planował szybko dostać się do Zurychu. Przemyślał wszystko jeszcze raz. Lotnisko, ze względu na kamery i rentgen, w tej sytuacji odpada. Poza tym angielskie lotniska po zasugerowanym "zamachu terrorystycznym" będą miały podniesiony poziom zabezpieczeń jeszcze co najmniej przez kilka dni. W głupi sposób sami sobie zamknęli najszybszą drogę przemieszczania się.
Podróż samochodem byłby w tej sytuacji najbardziej incognito pod warunkiem że zapewnilibyśmy sobie bezpieczeństwo w dzień. Użycie ghula jako strażnika mogło nieść ze sobą ryzyko, ze nieprzychylne oczy dopatrzą się w mieście jego braku. Zdominować jakiegoś zawodowego kierowcę, który jedzie w tamtą stronę? Przypadkowy Tir, wynajęty specjalnie van? Xawier z łatwością mógłby przecież...
Mein lieber Gott*, co on robi!
Price stał dalej wpatrzony w obraz jak zahipnotyzowany. Drżącą ręką sięgnął pod marynarkę i wyjął broń...
Thomas zrozumiał wszystko w jednej chwili. Przed oczami stanął mu obraz tych z którymi studiował w zamku pośród skalistych Bawarskich gór.

W jednej z najbardziej surowych szkół klanu. Mój Boże z trzydziestki zostało ich nieco więcej niż połowa. Pierwsi odpadli ci którzy mieli taki sam wzrok jak Xawier. Pusty, bez nadziei i siły by rywalizować z pozostałymi dalej. Zniszczeni drżeli w swoich celach odmawiając wyjścia, a następnego poranka już nie było po nich śladu. Ostatni został wyprowadzony na powietrznym przejściu do wieży księżyca. Thomas pamiętał jak wszyscy stali i patrzyli. W pustych oczach nie było oporu kiedy jeden z opiekunów, ten od rózg, wyprowadził go na środek, tak żeby wszyscy dobrze widzieli karę. A potem Uwe pofrunął.
Pamiętał pozostałych, zostało ich mniej niż połowa ale gotowa by zrobić wszystko. Drzeć rękami do krwi kamień, lub wydrapywać innym oczy, czołgać się z połamanymi żebrami w kałuży krwi, jak robaki do nóg swoim panom błagając byleby tylko nie zabrano szansy. Szansy, by nadal należeć do tej resztki z trzydziestu wybranych, z których tylko trzech mogło dostąpić przemiany. A wśród nich rachityczny Steinbach.
Tak, wielka to była nagroda, warta wszystkiego. Zwłaszcza dla Thomasa który jeszcze jako śmiertelnik każdego dnia musiał zmagać się ze śmiercią, z powodu osobliwej choroby dręczącej jego ciało. Jak zatem można taki dar, tak po prostu...
...broń powędrowała w górę pod podbródek
Thomas czuł jak nienawiść zamalowała na szkarłatno wszystko w jego wnętrzu. Czuł gniew tym bardziej że za chwilę Xawier mógł też zburzyć wszystko, co...
Zabiję tego Scheißkerl**. Krew momentalnie wzmocniła jego ruchy, w chwilę był już na przeciw Ventra.
Drobna sylwetka Steinbacha stanęła przed Xawierem, który górował nad nim o dobre pół głowy. Thomas patrzył w górę na Ventra, ale jego osobliwe jasne oczy, tym razem nie były rozbiegane, tylko drążyły spojrzeniem chłodnym w głąb Xawiera. Jakby do duszy chciały dotrzeć. Otwarta dłoń Thomasa znalazła się pomiędzy podbródkiem a lufą, tak że Xawier musiałby ją przestrzelić najpierw. Przez chwilę, kiedy atłasowy głos tremera szeptał do Ventra wydawać by się mogło że nie rozmawia para prawie nieznajomych ale serdeczni przyjaciele albo nawet...
- Odłóż to Xawierze, jesteś nam wszystkim potrzebny. Liczymy na ciebie. - spokojny, ciepły głos szeptał - Nie możesz nas teraz opuścić kiedy tak jest coraz ciężej. Nie pozwól by potraktowali nas jak marionetki które można potem... Nie pozwól by skrzywdzili nas jak Ciebie i Vivian, bo chyba nie wierzysz, że to był tylko przypadek bez głębszego dna...
Steinbach czuł że nadal jest wzburzony. Biedny Uwo, biedny Xawier tacy miękcy. Gdzieś głęboko w uszach dzwoniły mu dźwięki piosenki...
https://www.youtube.com/watch?v=LcvuBGkVAqE
* mój kochany Boże
** gówniarz, smark
Ostatnio zmieniony 02 lutego 2015, 22:00 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
Oggy
- Reactions:
- Posty: 766
- Rejestracja: 13 lipca 2009, 15:05
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/Oggy
- Has thanked: 24 times
- Been thanked: 10 times
"Jeżeli coś się ze mną stanie..." Achille przypomniał sobie słowa Xaviera, wtedy, przed Marriottem. Porządkowanie spraw to typowy objaw. Jak mogłem przegapić syndrom presuicydalny? To już zawężenie dynamiczne. Gdyby Merton mógł przyjrzeć się społeczności Spokrewnionych byłby zachwycony. Moreau podnosił się z fotela układając okrągłe zdania w swojej głowie kiedy Thomas stanął przed Princem.
Toreador zatrzymał się w pół ruchu a kiedy usłyszał słowa Tremera opadł z powrotem na fotel. Miał wrażenie ze zapada się i ten ruch nigdy się nie zatrzyma. Jeszcze kilka godzin temu z pewnym politowaniem patrzył na to przedziwne mauzoleum w którym teraz przebywali. Melodramatyczne lapidarium znaczące jakiś błąd w życiu Xaviera. Jeden błąd, jedna kobieta.
"Śmierć jednego człowieka to tragedia, śmierć milionow ludzi to statystyka" Statystyka! Achille żuł to słowo z obrzydzeniem nie mogąc wypluć go z zaciśniętych ust. Widziałem te miliony. Stałem obok nich.
Teraz patrząc na Thomasa nagle poczuł jakby sam siebie oszukiwał. Ależ on zionie pogardą. Nie dałeś zapomnieć Czarodzieju ze nie znasz litości. Moreau podniósł się szybko i ustawił tuż za plecami Tremera. Czy naprawdę miałem dla Ciebie Xavierze jedynie podręcznikowe słowa? Wytyczne, zgrabnie przedstawione w psychologicznej literaturze. Przebiegł w myślach regoly interwencji kryzysowej Ringela i Sonnecka. Kurwa...
- Nie - położył rękę na dłoni Thomasa i delikatnie zsunal ja z broni. - Nie mamy prawa dysponować Twoim nieżyciem a Ty nie masz względem nas zobowiązań. Ale Xavierze, ja ... - znowu poczuł się jakby łamał jakieś tabu, tylko wspominając o tej kobiecie. - Ja widziałem ją. Wtedy, w hotelu. Ona nadal jest przy Tobie i nie czeka na to - wskazał wzrokiem na broń.
- Markus jak tarotowy glupiec przyniósł Ci w tobołku perłe. Taki piękny ślad. - Achille cofał ku fotelowi miękkim głosem wypowiadając linijkę za linijka.
Dość mając wszystkich, którzy przychodzą ze słowami,
ze słowami, ale nie mówiąc nic,
wyjechałem na zaśnieżoną wyspę.
Pustkowie nie zna słów.
Niezapisane stronice ciągną się na wszystkie strony!
Natrafiam na ślady sarnich kopytek w śniegu.
Mowa, choć żadnych słów.
Żadnych słów. Torturuja Cię tylko własne wspomnienia.
Toreador zatrzymał się w pół ruchu a kiedy usłyszał słowa Tremera opadł z powrotem na fotel. Miał wrażenie ze zapada się i ten ruch nigdy się nie zatrzyma. Jeszcze kilka godzin temu z pewnym politowaniem patrzył na to przedziwne mauzoleum w którym teraz przebywali. Melodramatyczne lapidarium znaczące jakiś błąd w życiu Xaviera. Jeden błąd, jedna kobieta.
"Śmierć jednego człowieka to tragedia, śmierć milionow ludzi to statystyka" Statystyka! Achille żuł to słowo z obrzydzeniem nie mogąc wypluć go z zaciśniętych ust. Widziałem te miliony. Stałem obok nich.
Teraz patrząc na Thomasa nagle poczuł jakby sam siebie oszukiwał. Ależ on zionie pogardą. Nie dałeś zapomnieć Czarodzieju ze nie znasz litości. Moreau podniósł się szybko i ustawił tuż za plecami Tremera. Czy naprawdę miałem dla Ciebie Xavierze jedynie podręcznikowe słowa? Wytyczne, zgrabnie przedstawione w psychologicznej literaturze. Przebiegł w myślach regoly interwencji kryzysowej Ringela i Sonnecka. Kurwa...
- Nie - położył rękę na dłoni Thomasa i delikatnie zsunal ja z broni. - Nie mamy prawa dysponować Twoim nieżyciem a Ty nie masz względem nas zobowiązań. Ale Xavierze, ja ... - znowu poczuł się jakby łamał jakieś tabu, tylko wspominając o tej kobiecie. - Ja widziałem ją. Wtedy, w hotelu. Ona nadal jest przy Tobie i nie czeka na to - wskazał wzrokiem na broń.
- Markus jak tarotowy glupiec przyniósł Ci w tobołku perłe. Taki piękny ślad. - Achille cofał ku fotelowi miękkim głosem wypowiadając linijkę za linijka.
Dość mając wszystkich, którzy przychodzą ze słowami,
ze słowami, ale nie mówiąc nic,
wyjechałem na zaśnieżoną wyspę.
Pustkowie nie zna słów.
Niezapisane stronice ciągną się na wszystkie strony!
Natrafiam na ślady sarnich kopytek w śniegu.
Mowa, choć żadnych słów.
Żadnych słów. Torturuja Cię tylko własne wspomnienia.
Ostatnio zmieniony 02 lutego 2015, 23:05 przez Oggy, łącznie zmieniany 1 raz.
astrolog/alchemik 10/10 POZ
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Price zamknął oczy i powolnym ruchem opuścił broń. Nie otwierając ich, odwrócił się od obrazu przedstawiającego Viven i bez słowa skierował się do ulubionego fotela. Znał to pomieszczenie jak własną kieszeń i nie musiał martwić się o najmniejsze potkniecie. Stawiając kolejne kroki słuchał słów wypowiadanych przez doktora Moreau. Delikatnie i z gracją usiadł, pozwalając zagłębić się ciału w wygodnym siedzisku. Trzymając broń w ręku, położył ją na oparciu skierowaną w tylko jemu wiadomym kierunku. Nawet z zamkniętymi oczyma widział, gdzie są pozostali oraz obiekt, który stoi na linii ewentualnego wystrzału kuli.
- Przepraszam was za moje zachowanie - odezwał się po dłuższej chwili. Jego głos był spokojny, lecz tembr zdradzał wewnętrzne poruszenie - Masz rację, Thomasie, że to nie był przypadek. Nic w tym mieście nie dzieje się przypadkowo... Powracają do mnie wspomnienia, bardzo dużo wspomnień, których nie pamiętałem. I to czasami nie jest łatwe.
Przerwał na chwilę by opanować emocje, a gdy znów zaczął mówić, jego głos nabrał zdecydowania i siły.
- Panowie okazuje się, że jestem kimś innym, niż byłem przez ostatnie kilkanaście lat. Xavier Price, którego znacie jest tylko produktem potężnej Dominacji...Mocy Uwarunkowania, kilkanaście lat temu, gdy byłem jeszcze Ghulem swojego byłego Pana. Mój stwórca Robert Greedy umarł ponad tydzień temu, pozwalając mi uwolnić się w końcu od Więzów Krwi. Zginął osądzony przez Francisa. - Ventrue westchnął, nie wiadomo, z żalem czy z ulgą - Ostatnie zdarzenia i nagłe emocje sprawiają, że wracają do mnie wytarte wspomnienia, efekty Dyscypliny słabną...Czekałem na ten moment bardzo długo. Gdyby nie wasza interwencja, Dominacja mojego Ojca zmusiłaby mnie do zniszczenia siebie. Zapamiętajcie słowa Ventrue: Nawet zza grobu będę władał i podbijał. Mój Ojciec nawet po egzekucji włada poprzez Dominację w umysłach swoich sług. Dziękuje wam za wsparcie, albowiem otrzymałem je, gdy byłem w potrzebie. Jestem pionkiem, tak jak każdy w koterii. Jeśli nie zdajecie sobie z tego sprawy, to tylko dlatego, że ten kto was kontroluje jest od was sprytniejszy. Thomas cały czas myślał zapewne, że inni Tremere mu pomogą.
Ventrue jakby widział Tremera poprzez zamknięte powieki, skierował głowę do Thomasa:
- W przeciwieństwie do mnie, okazałeś się zbędnym pionkiem i chcieli Cię zlikwidować. Ja postanowiłem zniszczyć mojego króla i kata w jednym. Nikt z was nie jest przypadkowo w Bournemouth. Może z wyjątkiem Marcusa, bo z Malkavianami nigdy nic nie wiadomo... Miałem okazje przebywać przez długie lata z mistrzem manipulacji oraz genialnym strategiem. Nie znam was, ale uwierzcie mi... Ta studnia jest bardzo głęboka...
Xavier zrobił dłuższą pauzę, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Wszyscy w pokoju dostrzegli małe drgnięcie ręki trzymającej ciężki pistolet.
- Nawet najpotężniejszy Ventrue, nie może pokonać Prawdziwej Miłości. Odebrał mi ją... A ja odebrałem jemu wszystko co miał...nawet jego własne życie. Jeżeli ktoś z was będzie na tyle nierozważny, by powtórzyć te słowa komuś z Starszych, to wykaże się wielka naiwnością. Skończycie jako kolejne marionetki w ich rękach. Nie wiecie jak potężna może być wieloletnia Dominacja połączona z Więzami Krwi...
Xavier odwrócił głowę w stronę Achille:
- Tak, ja także ją widziałem. Będę musiał porozmawiać o tym, z Marcusem. Za pół godziny wyślę Ninę po Marcusa, przywiezie go tutaj. Zobaczymy jak mu poszło z Księciem. Potem zrozpaczona Nina zniknie z oczu nieśmiertelnych opłakując stratę po Xavierze. Zawiezie nas w dzień do Zurychu. Umysły mych Ghuli także podporządkowane były woli Roberta, jednak pozbyłem się tego problemu jeszcze tej samej nocy, gdy on spotkał ostateczną śmierć.
Ventrue siedział dalej niewzruszony mając cały czas zamknięte oczy.
- Nie pozwolę Ci zniszczyć tego, na czym mi zależy. Teraz, gdy jesteś całkiem martwy i pokonałem Cię, nie będziesz więcej władał mym życiem. Taka jest MOJA WOLA! - Słowa Xaviera odbiły się od ścian schronienia, brzmiąc niczym pradawne zaklęcie Tremerów.
Price delikatnie podniósł powieki...
- Przepraszam was za moje zachowanie - odezwał się po dłuższej chwili. Jego głos był spokojny, lecz tembr zdradzał wewnętrzne poruszenie - Masz rację, Thomasie, że to nie był przypadek. Nic w tym mieście nie dzieje się przypadkowo... Powracają do mnie wspomnienia, bardzo dużo wspomnień, których nie pamiętałem. I to czasami nie jest łatwe.
Przerwał na chwilę by opanować emocje, a gdy znów zaczął mówić, jego głos nabrał zdecydowania i siły.
- Panowie okazuje się, że jestem kimś innym, niż byłem przez ostatnie kilkanaście lat. Xavier Price, którego znacie jest tylko produktem potężnej Dominacji...Mocy Uwarunkowania, kilkanaście lat temu, gdy byłem jeszcze Ghulem swojego byłego Pana. Mój stwórca Robert Greedy umarł ponad tydzień temu, pozwalając mi uwolnić się w końcu od Więzów Krwi. Zginął osądzony przez Francisa. - Ventrue westchnął, nie wiadomo, z żalem czy z ulgą - Ostatnie zdarzenia i nagłe emocje sprawiają, że wracają do mnie wytarte wspomnienia, efekty Dyscypliny słabną...Czekałem na ten moment bardzo długo. Gdyby nie wasza interwencja, Dominacja mojego Ojca zmusiłaby mnie do zniszczenia siebie. Zapamiętajcie słowa Ventrue: Nawet zza grobu będę władał i podbijał. Mój Ojciec nawet po egzekucji włada poprzez Dominację w umysłach swoich sług. Dziękuje wam za wsparcie, albowiem otrzymałem je, gdy byłem w potrzebie. Jestem pionkiem, tak jak każdy w koterii. Jeśli nie zdajecie sobie z tego sprawy, to tylko dlatego, że ten kto was kontroluje jest od was sprytniejszy. Thomas cały czas myślał zapewne, że inni Tremere mu pomogą.
Ventrue jakby widział Tremera poprzez zamknięte powieki, skierował głowę do Thomasa:
- W przeciwieństwie do mnie, okazałeś się zbędnym pionkiem i chcieli Cię zlikwidować. Ja postanowiłem zniszczyć mojego króla i kata w jednym. Nikt z was nie jest przypadkowo w Bournemouth. Może z wyjątkiem Marcusa, bo z Malkavianami nigdy nic nie wiadomo... Miałem okazje przebywać przez długie lata z mistrzem manipulacji oraz genialnym strategiem. Nie znam was, ale uwierzcie mi... Ta studnia jest bardzo głęboka...
Xavier zrobił dłuższą pauzę, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Wszyscy w pokoju dostrzegli małe drgnięcie ręki trzymającej ciężki pistolet.
- Nawet najpotężniejszy Ventrue, nie może pokonać Prawdziwej Miłości. Odebrał mi ją... A ja odebrałem jemu wszystko co miał...nawet jego własne życie. Jeżeli ktoś z was będzie na tyle nierozważny, by powtórzyć te słowa komuś z Starszych, to wykaże się wielka naiwnością. Skończycie jako kolejne marionetki w ich rękach. Nie wiecie jak potężna może być wieloletnia Dominacja połączona z Więzami Krwi...
Xavier odwrócił głowę w stronę Achille:
- Tak, ja także ją widziałem. Będę musiał porozmawiać o tym, z Marcusem. Za pół godziny wyślę Ninę po Marcusa, przywiezie go tutaj. Zobaczymy jak mu poszło z Księciem. Potem zrozpaczona Nina zniknie z oczu nieśmiertelnych opłakując stratę po Xavierze. Zawiezie nas w dzień do Zurychu. Umysły mych Ghuli także podporządkowane były woli Roberta, jednak pozbyłem się tego problemu jeszcze tej samej nocy, gdy on spotkał ostateczną śmierć.
Ventrue siedział dalej niewzruszony mając cały czas zamknięte oczy.
- Nie pozwolę Ci zniszczyć tego, na czym mi zależy. Teraz, gdy jesteś całkiem martwy i pokonałem Cię, nie będziesz więcej władał mym życiem. Taka jest MOJA WOLA! - Słowa Xaviera odbiły się od ścian schronienia, brzmiąc niczym pradawne zaklęcie Tremerów.
Price delikatnie podniósł powieki...
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Bournemouth, Westover Rd; Westover Gallery; 19.11.14; północ
- Przypierdolić temu świrowi? - stawy w palcach Antona strzeliły złowieszczo gdy złożył je w wielkie pięści. Zachariasz odruchowo przymknął oczy i napiął mięśnie. Zniesie grzebanie w swojej głowie, ale czy oprze się tępemu bólowi zadawanemu przez ogrmne szare monstrum?
Francis spojrzał na Nosferatu pełnym politowania wzrokiem, takim jakim pan obdarza swojego pieska, gdy ten załatwia potrzeby fizjologiczne w najmniej stosownym momencie:
- Antonie... - westchnął tylko. Potem zwrócił się do Zachariasza wzrokiem jakiemu nie dało się oprzeć. Tak ludzkim, ale zarazem tak obcym, że nawet doktor poczuł się nie swojo. Poczuł jak obca wola łamie jego opór, a grzeczna prośba zamienia się w niemal niemożliwy do złamania rozkaz
Terkot karabinów maszynowych, wybuchy pocisków. Ktoś skulony w błocie na dnie okopu płacze, ręce biedaka poruszają się nieskładnie. Objawy shell shock. Takie typowe. Nagle przeciągły, świdrujący odgłos gwizdka oficera:
- Do ataku! Wychodzić z okopu i ruszać przez ziemię niczyją.
Kolumny żołnierzy padają koszone stalową nawałą ogniową...
- Posłuchaj mnie uważnie. Zapomnisz teraz, że byłeś tutaj Zachariaszu i że Cię przywołałem. Rozmawiałem tylko z Marcusem. Uspokoiłem go i zaleciłem spotkanie z tobą. Teraz potwierdź, że wszystko zrozumiałeś i przywołaj z powrotem biednego Koroviewa.
...- Wyłaź!!! Na co czekasz!? Twój pluton już poszedł! - głos oficera wymachującego rewolwerem niemal poderwał biedaka do wyjścia z transzeji. Ale oficer skoczył pierwszy do samobójczego ataku, jak setki, tysiące, dziesiątki tysięcy. Upadł na krawędzi okopu.
Patrzył na krew ściekającą po podeszwach oficerskich butów, które nie zaniosły swego właściciela nawet metr w stronę nieprzyjacielskich pozycji. Uśmiechnął się przez łzy:
- Nigdzie nie idę!...
Doktor pokornie skłonił się, resztką siłą woli odrzucając palące jaźń słowa Francisa. Śmiejąc się w duszy, przytaknął:
- Tak Książe, zrozumiałem. Spojrzał na szeryfa. Musiał odegrać rolę przekonująco i do końca:
- Uderz mnie... - Świadomy nadchodzącego bólu Zachariasz napiął mięśnie w atawistycznym ludzkim odruchu. Nosferat uśmiechnął się sadystycznie i umieśniony kułak ruszył ku niemu. Dr Sands odpłynął w ciemność...
Zdezorientowamy Marcus wrócił na swoje miejsce, drgając ze strachu.
Kostucha nie przyszła po mnie, pionek nadal jest na szachownicy... Gdzież byłem jak mnie nie było? Gdzie doktor? Musieli go wezwać do nagłego przypadku?
Książe objął go raz jeszcze i szepnął uspokajająco:
- Jesteś bezpieczny chłopcze, nic Ci już nie grozi. Tak mi przykro za Twoich przyjaciół. Pamiętaj, że zrobiłeś wszytko co mogłeś, nie obwiniaj się. Czas leczy rany. Porozmawiaj ze swoim doktorem. On Ci pomoże Marcusie. Muszę zająć się ważnymi sprawami przyjacielu, ale pamiętaj, że jestem Ci bardzo życzliwy.
Anton wymownie skierował Marcusa w kierunku drzwi. Zostawiwszy Malakaviana na korytarzu, zamknął je głośno. Zdezorientowany obrócił się w kółko aż dosłyszał charakterystyczny krok Clarka i strzępki rozmowy jaka wywiązała się za zamkniętymi głucho drzwiami gabinetu Francisa. Ochrypły głos szeryfa spytał:
"- I co, powiedział prawdę?
- Sądzę, że nie całą prawdę, ale nie ma to znaczenia, kurtyna nie opadła, przedstawienie musi trwać dalej. Jakie masz zamiary co do broni?
- Show must go on... Czyż nie?"
Więcej nie dosłyszał. Clark zabrał go z pomieszczenia.
- Przypierdolić temu świrowi? - stawy w palcach Antona strzeliły złowieszczo gdy złożył je w wielkie pięści. Zachariasz odruchowo przymknął oczy i napiął mięśnie. Zniesie grzebanie w swojej głowie, ale czy oprze się tępemu bólowi zadawanemu przez ogrmne szare monstrum?
Francis spojrzał na Nosferatu pełnym politowania wzrokiem, takim jakim pan obdarza swojego pieska, gdy ten załatwia potrzeby fizjologiczne w najmniej stosownym momencie:
- Antonie... - westchnął tylko. Potem zwrócił się do Zachariasza wzrokiem jakiemu nie dało się oprzeć. Tak ludzkim, ale zarazem tak obcym, że nawet doktor poczuł się nie swojo. Poczuł jak obca wola łamie jego opór, a grzeczna prośba zamienia się w niemal niemożliwy do złamania rozkaz
Terkot karabinów maszynowych, wybuchy pocisków. Ktoś skulony w błocie na dnie okopu płacze, ręce biedaka poruszają się nieskładnie. Objawy shell shock. Takie typowe. Nagle przeciągły, świdrujący odgłos gwizdka oficera:
- Do ataku! Wychodzić z okopu i ruszać przez ziemię niczyją.
Kolumny żołnierzy padają koszone stalową nawałą ogniową...
- Posłuchaj mnie uważnie. Zapomnisz teraz, że byłeś tutaj Zachariaszu i że Cię przywołałem. Rozmawiałem tylko z Marcusem. Uspokoiłem go i zaleciłem spotkanie z tobą. Teraz potwierdź, że wszystko zrozumiałeś i przywołaj z powrotem biednego Koroviewa.
...- Wyłaź!!! Na co czekasz!? Twój pluton już poszedł! - głos oficera wymachującego rewolwerem niemal poderwał biedaka do wyjścia z transzeji. Ale oficer skoczył pierwszy do samobójczego ataku, jak setki, tysiące, dziesiątki tysięcy. Upadł na krawędzi okopu.
Patrzył na krew ściekającą po podeszwach oficerskich butów, które nie zaniosły swego właściciela nawet metr w stronę nieprzyjacielskich pozycji. Uśmiechnął się przez łzy:
- Nigdzie nie idę!...
Doktor pokornie skłonił się, resztką siłą woli odrzucając palące jaźń słowa Francisa. Śmiejąc się w duszy, przytaknął:
- Tak Książe, zrozumiałem. Spojrzał na szeryfa. Musiał odegrać rolę przekonująco i do końca:
- Uderz mnie... - Świadomy nadchodzącego bólu Zachariasz napiął mięśnie w atawistycznym ludzkim odruchu. Nosferat uśmiechnął się sadystycznie i umieśniony kułak ruszył ku niemu. Dr Sands odpłynął w ciemność...
Zdezorientowamy Marcus wrócił na swoje miejsce, drgając ze strachu.
Kostucha nie przyszła po mnie, pionek nadal jest na szachownicy... Gdzież byłem jak mnie nie było? Gdzie doktor? Musieli go wezwać do nagłego przypadku?
Książe objął go raz jeszcze i szepnął uspokajająco:
- Jesteś bezpieczny chłopcze, nic Ci już nie grozi. Tak mi przykro za Twoich przyjaciół. Pamiętaj, że zrobiłeś wszytko co mogłeś, nie obwiniaj się. Czas leczy rany. Porozmawiaj ze swoim doktorem. On Ci pomoże Marcusie. Muszę zająć się ważnymi sprawami przyjacielu, ale pamiętaj, że jestem Ci bardzo życzliwy.
Anton wymownie skierował Marcusa w kierunku drzwi. Zostawiwszy Malakaviana na korytarzu, zamknął je głośno. Zdezorientowany obrócił się w kółko aż dosłyszał charakterystyczny krok Clarka i strzępki rozmowy jaka wywiązała się za zamkniętymi głucho drzwiami gabinetu Francisa. Ochrypły głos szeryfa spytał:
"- I co, powiedział prawdę?
- Sądzę, że nie całą prawdę, ale nie ma to znaczenia, kurtyna nie opadła, przedstawienie musi trwać dalej. Jakie masz zamiary co do broni?
- Show must go on... Czyż nie?"
Więcej nie dosłyszał. Clark zabrał go z pomieszczenia.
Super sprawa Koszal. Twój status napewno wzrośnie pośród ziomków, jak się dowiedzą.
Rozumiem, że Marcus pędzi do swojego zakładu. Jeśli nie masz nic przeciwko, to dla ułatwienia kożemy założyć, że Nina zabiera Cie do reszty koterii, chyba że masz jeszcze jakieś plany.
Rozumiem, że Marcus pędzi do swojego zakładu. Jeśli nie masz nic przeciwko, to dla ułatwienia kożemy założyć, że Nina zabiera Cie do reszty koterii, chyba że masz jeszcze jakieś plany.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Gardziła mną od początku. Thomas pogrążył się przez chwilę w swoich myślach przypominając sobie noc przemiany. Stał półnagi pomiędzy sporą grupą postaci w czarnych zakrywających postać strojach. A potem, Lord tego miejsca wszedł w ten dziwny tłum i wyprowadził Ją. Wydawałoby się że wybrał zupełnie przypadkowo, bo na Jej twarzy przez chwilę odmalowało się zdziwienie połączone z obrzydzeniem, kiedy spojrzała na Thomasa. Tamtej nocy, przy wszystkich przeistoczyła go. Po pierwszym hauście jej krwi poczuł, jakby tysiące żyletek w nieopisany dotąd sposób rozcinało go od środka. Kiedy tak szarpał się w spazmach i umierał na zimnej posadzce zamku, oni stali i patrzyli.
Potem chwiejnie się podniósł a starsi podali mu dziwny w kształcie, a bogaty w ornamenty kielich. Kiedy w niego zajrzał zobaczył, że pełen był dziwnej, ciemnej krwi w której coś się poruszało, coś jakby pływało. Czuł rosnące obrzydzenie i miał zamiar jedynie zamoczyć usta, by tej chorej tradycji stało się zadość. Nie chciał, by to dziwne pływające stworzenie choćby przypadkiem dotknęło jego warg. Kiedy jednak poczuł pierwszą kroplę, bez namysłu wypił do dna. Był taki spragniony.

Thomas się lekko uśmiechnął. Cóż, wspomnienia potrafią boleć.
- Teraz Xawierze może i boli, możliwe że nawet tak jak nigdy nie sądziłeś że będzie bolało. Mimo całej legendarnej wytrzymałości Twojego klanu, nie da się nie czuć tego bólu wspomnień. I żadna magya przed nim nie chroni. Ale z czasem jak każdy i ten przeminie. Kto wie, za lat pięćdziesiąt to wspomnienie będzie może dla Ciebie już tylko słabym ukłuciem w chłodnym sercu, a Ty będziesz zajmował się zupełnie innymi sprawami. Poważnymi sprawami. Za lat sto lub sto pięćdziesiąt, będziesz pochłonięty grą o wiele większą stawkę niż kiedykolwiek w twoim kasynie się grało. Nie będziesz miał wtedy czasu na wspominki o rzeczach tak odległych i błahych. Za lat dwieście pięćdziesiąt, będzie Ci wstyd, że czułeś kiedykolwiek coś tak niestosownie delikatnego i będziesz chciał to wymazać ze swej pamięci. Za lat trzysta z okładem, będziesz gardził sobą dzisiejszym. Nieco później może kupisz sobie rasowego psa, którego bardzo polubisz mimo tej jego jednej małej wady. A gdy ją z niego usuniesz, to potem kto wie, być może… ugryzie Cię on w rękę.
- Kiedyś to zrozumiesz i nie będziesz myślał o mojej wypowiedzi jako o uszczypliwości za którą starałeś mi się zrewanżować. Będziesz wiedział, że im dłużej ten ból czujesz tym dłużej jesteś prawie tym samym Xawierem co kiedyś. Chociażby dlatego uświadomienia nie wydaje mi się, że okazałem się zbędny. Nie, nie wydaje mi się żeby mój klan obdarowałby mnie aż tak chojnie. Ponieważ Piramida, nie wypuszcza nikogo. Zatrzymuje przypadkowo przemienionych kochanków, nic nie warte dzieci z ciała i krwi stwórcy i jeszcze gorszych. Wszyscy nieudani krewniacy znajdują jednak swoje miejsce w wielkiej Piramidzie domu Tremere. A raczej, jest im ono wskazywane i nie podlega negocjacji. Jak widzisz u nas wszystko jest użytkowane i nic się nie wyrzuca. Przykro mi to mówić ale niektórzy w moim klanie powiadają, że nawet z niczego da się zrobić chociażby… mydło. Zatem rola którą ofiarowało mi przeznaczenie w dniu moich narodzin, tak naprawdę jeszcze nie została przede mną odkryta. Ale patrząc w przód, z nas dwóch, Ty Xawierze może będziesz bardziej szczęśliwy. Ponieważ dane Ci będzie poczuć wolność, której ja nie zaznam nigdy.
- Cóż, jak na razie obaj mieliśmy swoje drobne przejścia... - rozbiegany wzrok Thomasa, dyskretnie i tylko przez chwilę spoczął na Achille. - Adieu paniers, vendanges sont faites.*
* co przeszło, nie wróci
Potem chwiejnie się podniósł a starsi podali mu dziwny w kształcie, a bogaty w ornamenty kielich. Kiedy w niego zajrzał zobaczył, że pełen był dziwnej, ciemnej krwi w której coś się poruszało, coś jakby pływało. Czuł rosnące obrzydzenie i miał zamiar jedynie zamoczyć usta, by tej chorej tradycji stało się zadość. Nie chciał, by to dziwne pływające stworzenie choćby przypadkiem dotknęło jego warg. Kiedy jednak poczuł pierwszą kroplę, bez namysłu wypił do dna. Był taki spragniony.

Thomas się lekko uśmiechnął. Cóż, wspomnienia potrafią boleć.
- Teraz Xawierze może i boli, możliwe że nawet tak jak nigdy nie sądziłeś że będzie bolało. Mimo całej legendarnej wytrzymałości Twojego klanu, nie da się nie czuć tego bólu wspomnień. I żadna magya przed nim nie chroni. Ale z czasem jak każdy i ten przeminie. Kto wie, za lat pięćdziesiąt to wspomnienie będzie może dla Ciebie już tylko słabym ukłuciem w chłodnym sercu, a Ty będziesz zajmował się zupełnie innymi sprawami. Poważnymi sprawami. Za lat sto lub sto pięćdziesiąt, będziesz pochłonięty grą o wiele większą stawkę niż kiedykolwiek w twoim kasynie się grało. Nie będziesz miał wtedy czasu na wspominki o rzeczach tak odległych i błahych. Za lat dwieście pięćdziesiąt, będzie Ci wstyd, że czułeś kiedykolwiek coś tak niestosownie delikatnego i będziesz chciał to wymazać ze swej pamięci. Za lat trzysta z okładem, będziesz gardził sobą dzisiejszym. Nieco później może kupisz sobie rasowego psa, którego bardzo polubisz mimo tej jego jednej małej wady. A gdy ją z niego usuniesz, to potem kto wie, być może… ugryzie Cię on w rękę.
- Kiedyś to zrozumiesz i nie będziesz myślał o mojej wypowiedzi jako o uszczypliwości za którą starałeś mi się zrewanżować. Będziesz wiedział, że im dłużej ten ból czujesz tym dłużej jesteś prawie tym samym Xawierem co kiedyś. Chociażby dlatego uświadomienia nie wydaje mi się, że okazałem się zbędny. Nie, nie wydaje mi się żeby mój klan obdarowałby mnie aż tak chojnie. Ponieważ Piramida, nie wypuszcza nikogo. Zatrzymuje przypadkowo przemienionych kochanków, nic nie warte dzieci z ciała i krwi stwórcy i jeszcze gorszych. Wszyscy nieudani krewniacy znajdują jednak swoje miejsce w wielkiej Piramidzie domu Tremere. A raczej, jest im ono wskazywane i nie podlega negocjacji. Jak widzisz u nas wszystko jest użytkowane i nic się nie wyrzuca. Przykro mi to mówić ale niektórzy w moim klanie powiadają, że nawet z niczego da się zrobić chociażby… mydło. Zatem rola którą ofiarowało mi przeznaczenie w dniu moich narodzin, tak naprawdę jeszcze nie została przede mną odkryta. Ale patrząc w przód, z nas dwóch, Ty Xawierze może będziesz bardziej szczęśliwy. Ponieważ dane Ci będzie poczuć wolność, której ja nie zaznam nigdy.
- Cóż, jak na razie obaj mieliśmy swoje drobne przejścia... - rozbiegany wzrok Thomasa, dyskretnie i tylko przez chwilę spoczął na Achille. - Adieu paniers, vendanges sont faites.*
* co przeszło, nie wróci
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
Oggy
- Reactions:
- Posty: 766
- Rejestracja: 13 lipca 2009, 15:05
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/Oggy
- Has thanked: 24 times
- Been thanked: 10 times
- Odczuwamy bardzo często swe braki, a to, czego nam brak, posiada często, jak nam się wydaje, ktoś drugi... - Achille wypowiedział słowa w pustkę, myślami biegnąc gdzie indziej. Xavier i Thomas wymieniali się banalnym kwestiami, jak przesadnie dramatyczni aktorzy w papierowej scenerii schronienia Venture. Tylko Cwetan wydawał się prawdziwy. Siedział w fotelu i autentycznie milczał.
To co dopadło Emilio to nie byli po prostu serbscy paskarze. Powinien ostrzec innych ale potencjalnie mógłby naruszyć tym Maskarade. Musi załatwić to przez Zurych. Inaczej jest z Radmiłą...
Moreau obracał w dłoni znajomy kształt smartfona, balansujac go na koniuszkach palców. Wiedziała kim byli? Jaka była proporcja wiszącej nad nia groźby do zapieklych problemów jakie dzielili? Smartfon przechylał się to w jedna, to w druga stronę. Ostatnie piętro Palace Hotel w Belgradzie. Jej zapach wypełniający pokój az po brzegi i szmer ulicy która nigdy nie zasypiała... Nie wracaj tam Achille.
Telefon zsunął się w głąb kieszeni. To i tak nie była uczciwa walka. Pol godziny temu Moreau wyjął SIM, nie chcąc by ktoś namierzył go po wydarzeniach w jego schronieniu.
To co dopadło Emilio to nie byli po prostu serbscy paskarze. Powinien ostrzec innych ale potencjalnie mógłby naruszyć tym Maskarade. Musi załatwić to przez Zurych. Inaczej jest z Radmiłą...
Moreau obracał w dłoni znajomy kształt smartfona, balansujac go na koniuszkach palców. Wiedziała kim byli? Jaka była proporcja wiszącej nad nia groźby do zapieklych problemów jakie dzielili? Smartfon przechylał się to w jedna, to w druga stronę. Ostatnie piętro Palace Hotel w Belgradzie. Jej zapach wypełniający pokój az po brzegi i szmer ulicy która nigdy nie zasypiała... Nie wracaj tam Achille.
Telefon zsunął się w głąb kieszeni. To i tak nie była uczciwa walka. Pol godziny temu Moreau wyjął SIM, nie chcąc by ktoś namierzył go po wydarzeniach w jego schronieniu.
astrolog/alchemik 10/10 POZ