PBF - Charleston by Night

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 24 marca 2015, 00:22

Rozdział I

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 09.08.1993 20:45

Szybkimi krokami naszedł świt, niczym gość nieproszony, choć oczekiwany. Koteria musiała przerwać rozmowę i położyć się w swoich trumnach. Dzień przespaliście bez żadnych problemów. Pierwszy obudził się Namtar około 20:25, chwilę po nim reszta członków koterii. Na samym końcu ze swej trumny wyjrzał Horacy.
Zamknęliśmy właśnie Preludium. Koteria zdążyła się zapoznać i ma naszkicowany plan działania. Proszę tych, którzy potrzebują informacji o efektach swoich działań z poprzedniej nocy, o stosowne pytania na PW.
Tracicie po 1 PK i odzyskujecie 1 SW. Przypominam, że niektórzy mają jeszcze niezaleczone obrażenia.
Spoiler!
Od wielu lat nie spałeś tak spokojnie. Koszmar palącego się Lucjana odszedł. Czujesz się bardzo szczęśliwy gdzieś w środku i pełen świeżej energii do działania.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 24 marca 2015, 00:25

Wspomnienia powracają w snach, niczym potężna fala z głębin, wdzierająca się daleko na wydmy świadomości... Obrazy, o których nie myślał od lat, przepływają, migocąc na ekranie umysłu, niczym w jakimś szalonym, pozbawionym fabuły pokazie filmowym. A jednak on rozumie je, albowiem pamięta...

Sterylne pomieszczenia, wyłożone kafelkami. Białymi i błękitnymi, błękitnymi i białymi... Sala operacyjna, laboratorium, długie, obojętne korytarze, pochłaniające krzyki... Ponownie widzi celę, zatopioną w ciemności. Ten niewielki wycinek świata, który kiedyś znał na pamięć. Ponownie czuje ból wypalonych gałek ocznych i cierpienie towarzyszące regeneracji tkanek. Ponownie uczy się nienawidzić światła. I ponownie rozumie, że ona, Ciemność, jest jedyną ucieczką... Ponownie wierzy, choć nie może tego wiedzieć, lecz wierzy, że poza tymi ścianami musi istnieć coś więcej... Że życie nie może być jedynie fragmentem bez początku i celu... Światło, ból, krzyki... Ciemność...

A kiedy strach, bezsilność, nienawiść i ból przepływają jeszcze raz, przez jego mózg, i układ nerwowy, zaczyna zdawać sobie sprawę, że wszystko to jest tylko snem. I choć nie wie jeszcze, jak blisko jest w tym momencie prawdy, zaczyna ponownie rozumieć, że to wszystko pojawia się i przemija. Niczym wrzaski i niczym przekleństwa szeptane w samotności... A wraz z tym zrozumieniem przychodzi ulga, gdy pojmuje, iż światło także jest iluzją. Śmiertelnym mirażem, oszustwem umysłu. Jest bowiem tylko jedna rzecz, w którą może uwierzyć. Ciemność, która jest niepodzielna, nieśmiertelna i niezmienna. I do której zawsze może wrócić... A gdy jego umysł akceptuje ten stan, fala wspomnień cofa się, odbita od brzegu... On sam zaś budzi się w kamiennej trumnie. I przez chwilę smakuje strzępy snów, które zagubiły się jeszcze w zakamarkach świadomości. I uśmiecha się w mroku, zimnym, nieludzkim uśmiechem. Bowiem wie, że poznał prawdę i zapłacił cenę...


[center]Obrazek[/center]

[center]***[/center]
Wstał odsuwając wieko sarkofagu i rozejrzał się po Sanktuarium. Kuffrowie spali jeszcze, co niespecjalnie go zdziwiło, leczy było kolejnym, oczywistym dowodem na słabość ich dusz. Haqimma bika asbahnaa ła bika amsajnaa ła bika nahjaa ła bika namuutu ła ilajkan-nuszuur*. Szepnął bezgłośnie, wymawiając Zir. Słowa modlitwy pomogły mu się skoncentrować i przez chwilę napełniły go spokojem, którego potrzebował.

Przeciągnął się i wykonał pięćdziesiąt pompek. Następnie pośpiesznie zebrał z podłogi kurtkę i broń, i wszedł do kręgu, opuszczając Umbrę. Wiedział, że nie pozostało mu wiele czasu, bowiem Niewierni obudzą się już niedługo. Miał jednak kilka spraw do załatwienia. A poza tym, wczorajsza wymiana zdań uświadomiła mu, iż rozmowy z Bękartami Khayyina nie służą niczemu dobremu. Czuł narastającą frustrację i wiedział, że w ciągu najbliższych nocy, będzie ona jego najgorszym wrogiem. Chyba, że uda się ją zmyć krwią... Nie lubił tego stanu. Czasami... Często doprowadzał go do sytuacji, w której przestawał kontrolować potrzebę zabijania... A to nie było dobre, nie teraz, kiedy miał pracę. Tawakkaltu ala' Haqim** - pomyślał. Wiedział, że będzie potrzebował tej pomocy w najbliższym czasie. Wyszedł z pokoju rytualnego, kierując się ku miejscu, gdzie ukrył ciało Lucjana...
Deklaracje:
[olist=1]Przenoszę ciało Lucjana do piwnicy, do magazynu z rupieciami;
Modlę się chwilę w piwnicy, w okrągłym pokoju z czarną, lustrzaną podłogą;
Obchodzę dom i sprawdzam, czy wszystko jest w porządku, Sprawdzam także zabezpieczenia i wejścia. Nie zapalam świateł.
Następnie siadam w bibliotece na piętrze i zajmuje się przeglądem i czyszczeniem broni. Dochodzę bowiem do wniosku, że jeśli koteria czegoś ode mnie będzie chciała, to mnie zawiadomią przez Strażnika, bym się zjawił w Sanktuarium. A dopóki tego nie robią mogę skorzystać z chwili samotności.[/olist]
Tak więć, gdy się obudzicie Namtara nie będzie w Sanktuarium
Sny piszę kursywą, bowiem dzieją się w głowie postaci - jak myśli. Żeby je ponadto odróżnić od reszty, zdecydowałem się na zastosowanie czasu teraźniejszego. Mam nadzieję, że tworzy to ciekawy klimat. ;)
* arab. Haqimie, z Twojej woli doczekaliśmy ranka i pory wieczornej, i z Twojej woli żyjemy i umieramy, i do Ciebie należy nasze zmartwychwstanie.
** arabska fraza, oznaczająca pełną ufność pokładaną w Haqimie, a wymawiana jest w chwilach próby lub w nieszczęściu.
Ostatnio zmieniony 24 września 2015, 11:14 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 24 marca 2015, 08:07

Wieczór. Przez krótką chwilę, kiedy umysł budził się ze snu i mara łączyła się z rzeczywistością w jeden nierozróżnialny zlepek, miał wrażenie, że Ją widzi, że może Jej dotknąć. Spróbował choć jeszcze przez krótki moment odsunąć nieuchronną chwilę pobudki by choć trochę dłużej popatrzyć. Na ułamek sekundy czas teraźniejszy zmieszał się ze wspomnieniami tworząc majaki w których ból starty nie istniał. Lecz ta rzadka krotochwila minęła zbyt szybko. Horacy otworzył oczy, przywitała go ciemność i chłód bijący od kamiennego sarkofagu.
Przez tą dziwną marę na chwilę zupełnie stracił rozeznanie gdzie jest. Nie lubił tego króciutkiego uczucia zagubienia, za bardzo kojarzyła mu się z początkiem starczej demencji. Z nieuchronnym rozkładem. Jedną ręką odrzucił płytę sarkofagu, szybko wstał i przesadził jedną nogę poza legowisko. W tym samym momencie napłynął strumień wspomnień wyganiając resztki błogiej nieświadomości. Był w sanktuarium, reszta koterii już wstała, a Ona była już jedynie mglistym wspomnieniem uciekającym w głąb jaźni. Ale coś było nie tak. Wszyscy na krótka chwilę zamarli, wpatrując się w Horacego.

Osobliwa wiązanka przekleństw w pełnej kwiecistej formie przemknęła mu przez głowę, kiedy uświadomił sobie okrutny fakt, że... nie jest niewidzialny. Poczuł się jakby stał zupełnie nagi. W pierwszej chwili chciał się od razu rzucić w bezpieczne ramiona dyscypliny klanu skrytych ale...

Trudno mleko się rozlało, niech zatem się napatrzą ten pierwszy i ostatni raz....

Wyprostował się wytrzymując zaciekawione spojrzenia ale dużo go to kosztowało.

[center] Obrazek[/center]

Skoro nie ma wybuchu obrzydzenia, to niech wiedzą. W takim razie zaryzykuje i pokażę Wam więcej, może ktoś z Was wie...

Horacy chwycił za maskę i niechętnie zsunął ją z twarzy. Powoli koterii objawiło się prawdziwe oblicze Nosferatu. Najpierw czaszka, odarta miejscami ze skóry, na której niewielkimi kępkami rosły rzadkie czarne włosy. Potem skóra twarzy która poorana była bliznami i przypominała ciało zeschniętego trupa. Zamiast nosa ziały w twarzy dwie dziury jak u rozkładających się zwłok. Resztki uschniętych sinych warg nie zasłaniały już zębów. Proste grube kły wystawał na pełną długość, a ich rozmiar pozwalał sądzić, że niemożebnością byłoby je schować. Jedno oko było pokryte jakby bielmem. Drugie z kolei oko było normalne ludzkie, pięknie brązowe...

- Horacy wskazał na zabielone oko. Kiedyś wlazłem w złe miejsce i przyłożył mi Rusty, od tamtego momentu zorientowałem się, że coś jest ze mną nie tak. Tego się nie da cofnąć. Próbowałem naprawdę wielu rzeczy ale do tej pory wszystkie zawodziły. Dużo bym jednak dał, żeby ten proces chociaż zatrzymać. Więc jeśli któreś z Was... - rozejrzał się po koterii ale w większości unikali jego spojrzenia. Słowa uwięzły mu w gardle. Dziwne ponieważ byłe pewien że pogodził się z tą myślą już dawno temu - ...więc jeśli jest chętny pierdolnąć sobie ze mną przytulaną sweet focię, to jest to jedyny moment.

Zakończył, lecz udawana wesołość, zmienionego w ostatniej chwili zdania, nie zmyliła nikogo. Nie czekał na ich reakcje. Założył maskę a w tym samym momencie jego postać zafalowała, przemieniając się na powrót w postać starca pod jaką poznali go poprzedniej nocy.
Ostatnio zmieniony 24 marca 2015, 11:44 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 24 marca 2015, 18:54

Sny tego rodzaju nigdy nie przychodziły łatwo. Nie były też spokojne ani znajome, jednak ich delikatna i subtelna materia, splatająca nici w jedynie sobie znajomy wzór, zawsze niosła więcej pytań niż odpowiedzi. Victoria nauczyła się rozpoznawać te, które niosły w sobie przesłanie. Głębsze i bardziej mroczne, niż sama chciała przyznać. Zawsze była w nich krew. Jej krew...

Stopy dotykają szklanych, bezbrzeżnych pustkowi, zawieszonych w miejscu poza czasem. Czarne, kryształowe okruchy wspomnień ranią skórę, karmiąc się krwią, która znaczy Ścieżkę. Nie czuję bólu, chociaż słońce wypala martwe od wieków ciało, a jego strzępy, niczym proporce, ulatują z upiornym wyciem wichrów. Słyszę śmiech, choć jest bardzo daleki i unosi się ponad skowytem... Wiem dokąd zmierzam. Zapach morza przyzywa, mocą krwi i zewem, który śpiewa w żyłach... Staję na jego brzegu, a słońce pozostawia jedynie pył. Teraz jestem gotowa... Zaćmienie pojawia się nagle! Czarne słońce wisi wysoko ponad spokojnym jeszcze oceanem... Jego wnętrze zaczyna burzyć się niespokojnie, a ciemna krew rozpoczyna swój hipnotyczny taniec... Spiralny wir obraca się, wciągając w sam środek swej toni... W ostatnim przebłysku świadomości, słychać upiorny śmiech, niesiony przez stada kruków.


Victoria pozwoliła sobie na chwilę pozostać w sarkofagu, zanim resztki snu nie odpłyną. Chociaż echo krakania gdzieś majaczyło, na granicy jej zmysłów. Odsunęła kamienną, zimną płytę i z zaciekawieniem spojrzała na zegar. Czas rzeczywiście płynął tu inaczej, a to oznaczało, że spali o wiele dłużej, niż w materialnym świecie. Rozejrzała się po Sanktuarium, wychodząc ze swojej trumny. Terry i Gavin zajmowali się swoimi sprawami. Namtara nie było nigdzie widać, jak i Horacego.

- Dobry wieczór panowie. Jak pierwsza noc minęła? - pytanie dość banalne, ale w tej chwili nic lepszego nie przychodziło jej do głowy.

Głośny zgrzyt trumny Nosferatu przerwał jej wypowiedź. Scena, która rozegrała się chwilę później, wywołała w Lasombrze dziwną mieszaninę podziwu i zniesmaczenia. Czy to w wyniku nieostrożności, czy celowego działania, ujrzenie prawdziwej postaci Horacego wywoływało zupełnie ambiwalentne odczucia.

Wasze przekleństwo w istocie odzwierciedla dusze i serca nas wszystkich. Martwe i upiorne, pozbawione życia potwory.

Victoria miała świadomość, jak bardzo samotny i zgorzkniały musiał być Horacy. Nie miała jednak zamiaru litować się nad nim, choć przez jej twarz przebiegło