Próbuję się zerwać z łańcucha obcych myśli. Strach bezwolnie odpala mi też niewidoczność jeśli to możliwe na wszystkich.
PBF - Charleston by Night
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Horacy schwycił się za głowę obiema rekami, choć jego umysł tego nawet nie zarejestrował. Umysł nadal plątał się i płatał figle nie chcąc słuchać. Czuł i słyszał wszystko, peany na cześć i chwałę Pana, bezbrzeżne uczycie religijnej ekstazy Terrego ale najbardziej przerażało go to "kleku kleku, głodny ja!". W głowie pojawiła się jakaś straszna myśl że kiedy on był zamknięty w ich wspólnej jaźni umyśle to kleku, kleku zbliżało się do nich w świecie realnym. I w dodatku było głodne. A on nie mógł nic zrobić. Czuł bezbrzeżną bezsilność... Ostatni raz spróbował zwizualizować sobie tamtą uliczkę i deszcz, i wszystkie inne szczegóły w nadziei, że jego wizja połączy się z rzeczywistością, co ułatwi powrót i odzyskanie kontroli.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Galilea, okolice Kafarnaum rok 33 n.e., południe
Członkowie koterii doznali szoku widząc otaczającą ich rzeczywistość. Ten nowy, wspaniały świat wydawał się całkowicie realny, aczkolwiek mocno dziwaczny... Tylko Terry czuł się jak ryba w wodach chaosu, a wszechobecny zamęt nie robił na nim wrażenia. Sam Chrystus wysłuchał jego modlitwy wypełniając go swoim światłem.
Nosferatu stał bez ruchu, przerażony tajemniczym klekotem, który niechybnie był wydawany przez coś, z czym nie chciał stanąć oko w oko. Przez chwilę Horacy zdał sobie sprawę z faktu, że ten cały pająk to tylko forma, którą stworzyła jego percepcja. Pod tą formą kryło się coś nieludzkiego, tajemniczego i bardzo odległego, jakby nie z tego świata. Czuł, iż to klekotanie zwiastuje coś nad wyraz paskudnego, czego nie chciał poznać bliżej.
Gavin nigdy czegoś takiego nie przeżył. Bardzo rzadko decydował się na użycie tak potężnej mocy Iluzji. Teraz sam doświadczył tego, co spotykało ofiary ten mocy. Kurwa mać, jak to możliwe że zamknąłem się tutaj z nimi? Terry, ten Malkavian... Ten skurwiel jest potężniejszy niż wszystkim się wydaje! - pomyślał.
Victoria stała osłupiała, nie mogąc skupić myśli. Odruchowo próbowała skoncentrować się, jednak zalew chaosu był zbyt wielki. Czuła się, jakby dryfowała w przestrzeni. Obrazy wkoło zdawały się przesycone światłem, piękne, mistyczne... A jednocześnie tak niezrozumiałe, iż chciało się jej płakać. Po chwili spojrzała na Chrystusa i poczuła, iż jej nogi stają się jak z waty. Padła na piaszczystą glebę, Jezus zaś rzekł do niej:
- Wstań, pośpiej się, miluczka moja, i pojdzi! - I zmowił Syn Boży słowa wielmi znamienita, jimiż każdą duszę zbożną pobudza, ponęca i powabia. - Wstań, otbądź stadła grzesznego, pośpiej się w lepsze z dobrego, veni* do królewstwa niebieskiego!
- Yyy...? - odparła na to Victoria. Leżąc widziała z bliska tenisówki Jezusa. Były piękne, pokryte wielobarwnymi guzikami. Wiedziała, że ten obraz już na zawsze wryje się jej w pamięć.
I usłyszał Jezus tajemnicze klekotanie dobywające się z ust Aniołów, które zstąpiły z nieba:
- Kleku kleku głodny ja!
I rzekł im Syn Boży:
- Zaprawdę, godzi się głodnych nakarmić. A chleba i ryb u nas pod dostatkiem, albowiem rozmnożyłem je właśnie. Wystarczy przeto dla wszystkich.
To powiedziawszy wskazał gestem kosz z pieczywem i rybami. Starsza kobieta rzuciła się na kolana. Jej ruchy były dziwnie urwane, automatyczne, niczym na starym filmie o brakujących klatkach. Przewróciła się na plecy, po czym podeszła na czworaka, brzuchem do góry, do wskazanych wiktuałów. Przechyliła kosz i na ziemię posypały się dorsze, śledzie i makrele. Ich srebrne ciała odbijały światło słońca, chłodnymi błyskami, podobnymi do refleksów tańczących na wodzie, lub ostrzu.... Staruszka rzuciła się na nie, rozszarpując ich martwe ciała. Przymknąwszy oczy przeżuwała łuski i ości z wyraźnym ukontentowaniem...
Pająk, trzymający swojego przewodnika na łańcuchu, odezwał się do Jezusa:
- Dziękuję, że nakarmiłeś Spidusia. Nareszcie wiem, gdzie jestem! Stąd trafimy bez problemów. Spiduś, chodź! Musimy wracać do domu!
Pociągnął za smycz, odrywając staruszkę od jej makabrycznych praktyk z rybami. Kobieta zamrugała, rozejrzała się i ruszyła pewnie przed siebie, prowadząc stawonoga za sobą. W dziwnie nierealnym i przyśpieszonym tempie dotarli do linii horyzontu i zniknęli...
W tym momencie wizja zaczęła się rozpadać. Chrystus rozejrzał się w roztargnieniu i rzekł:
- Gdzie się wszyscy podziali?
I to było wszystko. Horacy ocknął się na zalanym wodą asfalcie. Reszta powoli dochodziła do siebie w samochodzie. Budzili się powoli, długą i krętą drogą powracając do znanej rzeczywistości. Po chwili do ich świadomości przedarł się szum deszczu, poczucie realności i silny zapach krwi...
* łac. wejdź.
Członkowie koterii doznali szoku widząc otaczającą ich rzeczywistość. Ten nowy, wspaniały świat wydawał się całkowicie realny, aczkolwiek mocno dziwaczny... Tylko Terry czuł się jak ryba w wodach chaosu, a wszechobecny zamęt nie robił na nim wrażenia. Sam Chrystus wysłuchał jego modlitwy wypełniając go swoim światłem.
Nosferatu stał bez ruchu, przerażony tajemniczym klekotem, który niechybnie był wydawany przez coś, z czym nie chciał stanąć oko w oko. Przez chwilę Horacy zdał sobie sprawę z faktu, że ten cały pająk to tylko forma, którą stworzyła jego percepcja. Pod tą formą kryło się coś nieludzkiego, tajemniczego i bardzo odległego, jakby nie z tego świata. Czuł, iż to klekotanie zwiastuje coś nad wyraz paskudnego, czego nie chciał poznać bliżej.
Gavin nigdy czegoś takiego nie przeżył. Bardzo rzadko decydował się na użycie tak potężnej mocy Iluzji. Teraz sam doświadczył tego, co spotykało ofiary ten mocy. Kurwa mać, jak to możliwe że zamknąłem się tutaj z nimi? Terry, ten Malkavian... Ten skurwiel jest potężniejszy niż wszystkim się wydaje! - pomyślał.
Victoria stała osłupiała, nie mogąc skupić myśli. Odruchowo próbowała skoncentrować się, jednak zalew chaosu był zbyt wielki. Czuła się, jakby dryfowała w przestrzeni. Obrazy wkoło zdawały się przesycone światłem, piękne, mistyczne... A jednocześnie tak niezrozumiałe, iż chciało się jej płakać. Po chwili spojrzała na Chrystusa i poczuła, iż jej nogi stają się jak z waty. Padła na piaszczystą glebę, Jezus zaś rzekł do niej:
- Wstań, pośpiej się, miluczka moja, i pojdzi! - I zmowił Syn Boży słowa wielmi znamienita, jimiż każdą duszę zbożną pobudza, ponęca i powabia. - Wstań, otbądź stadła grzesznego, pośpiej się w lepsze z dobrego, veni* do królewstwa niebieskiego!
- Yyy...? - odparła na to Victoria. Leżąc widziała z bliska tenisówki Jezusa. Były piękne, pokryte wielobarwnymi guzikami. Wiedziała, że ten obraz już na zawsze wryje się jej w pamięć.
I usłyszał Jezus tajemnicze klekotanie dobywające się z ust Aniołów, które zstąpiły z nieba:
- Kleku kleku głodny ja!
I rzekł im Syn Boży:
- Zaprawdę, godzi się głodnych nakarmić. A chleba i ryb u nas pod dostatkiem, albowiem rozmnożyłem je właśnie. Wystarczy przeto dla wszystkich.
To powiedziawszy wskazał gestem kosz z pieczywem i rybami. Starsza kobieta rzuciła się na kolana. Jej ruchy były dziwnie urwane, automatyczne, niczym na starym filmie o brakujących klatkach. Przewróciła się na plecy, po czym podeszła na czworaka, brzuchem do góry, do wskazanych wiktuałów. Przechyliła kosz i na ziemię posypały się dorsze, śledzie i makrele. Ich srebrne ciała odbijały światło słońca, chłodnymi błyskami, podobnymi do refleksów tańczących na wodzie, lub ostrzu.... Staruszka rzuciła się na nie, rozszarpując ich martwe ciała. Przymknąwszy oczy przeżuwała łuski i ości z wyraźnym ukontentowaniem...
Pająk, trzymający swojego przewodnika na łańcuchu, odezwał się do Jezusa:
- Dziękuję, że nakarmiłeś Spidusia. Nareszcie wiem, gdzie jestem! Stąd trafimy bez problemów. Spiduś, chodź! Musimy wracać do domu!
Pociągnął za smycz, odrywając staruszkę od jej makabrycznych praktyk z rybami. Kobieta zamrugała, rozejrzała się i ruszyła pewnie przed siebie, prowadząc stawonoga za sobą. W dziwnie nierealnym i przyśpieszonym tempie dotarli do linii horyzontu i zniknęli...
W tym momencie wizja zaczęła się rozpadać. Chrystus rozejrzał się w roztargnieniu i rzekł:
- Gdzie się wszyscy podziali?
I to było wszystko. Horacy ocknął się na zalanym wodą asfalcie. Reszta powoli dochodziła do siebie w samochodzie. Budzili się powoli, długą i krętą drogą powracając do znanej rzeczywistości. Po chwili do ich świadomości przedarł się szum deszczu, poczucie realności i silny zapach krwi...
Wracacie do rzeczywistości. Wszyscy mają efekt jak po psychodelicznym odlocie. Po dziwnym przybyszu nie ma ani śladu.
Dla Victorii: Test Medytacji ST:8 = Pech. Kompletnie poddałaś się wzorcowi chaosu. Czujesz się jak po ciężkim tripie na kwasie. Do końca nocy będziesz mieć urojenia religijne. Straciłaś 3 Punkty Krwi i masz 1 Prawdziwe Obrażenie od ugryzienia w szuję. Masz tam wyrwany kawałek ciała, rana sięga aż do krtani (nie uszkodziła jej jednak i możesz mówić). Boli jak jasna cholera.
Dla Horacego: Do końca nocy będzie ci się wydawać, że słyszysz klekotanie i będziesz wtedy doznawał niewyjaśnionego napadu lęku. Straciłeś 3 Punkty Krwi i masz 1 Prawdziwe Obrażenie od ugryzienia w ramię. Masz tam wyrwany kawałek mięsa, w ranie widać kość. Boli jak jasna cholera.
Dla Gavina: Jesteś przerażony w jaki sposób Twój plan się nie powiódł. Do końca nocy twoja percepcja jest zmniejszona o 1 z uwagi na zamęt panujący w twoim umyśle.
Dla Terrego: Kurwa ale to był POWER! Czujesz, że guzik Jezusa musi zostać odnaleziony. Sam Chrystus zlecił Ci tą misję! Guzik jest relikwią potężniejszą niż ząbek Dzieciątka Jezus. I jest ci całkowicie nieodzowny do uzyskania zbawienia.
Dla Namtara: Zrobiłeś co zamierzałeś. Wracasz do koterii.
Dla Victorii: Test Medytacji ST:8 = Pech. Kompletnie poddałaś się wzorcowi chaosu. Czujesz się jak po ciężkim tripie na kwasie. Do końca nocy będziesz mieć urojenia religijne. Straciłaś 3 Punkty Krwi i masz 1 Prawdziwe Obrażenie od ugryzienia w szuję. Masz tam wyrwany kawałek ciała, rana sięga aż do krtani (nie uszkodziła jej jednak i możesz mówić). Boli jak jasna cholera.
Dla Horacego: Do końca nocy będzie ci się wydawać, że słyszysz klekotanie i będziesz wtedy doznawał niewyjaśnionego napadu lęku. Straciłeś 3 Punkty Krwi i masz 1 Prawdziwe Obrażenie od ugryzienia w ramię. Masz tam wyrwany kawałek mięsa, w ranie widać kość. Boli jak jasna cholera.
Dla Gavina: Jesteś przerażony w jaki sposób Twój plan się nie powiódł. Do końca nocy twoja percepcja jest zmniejszona o 1 z uwagi na zamęt panujący w twoim umyśle.
Dla Terrego: Kurwa ale to był POWER! Czujesz, że guzik Jezusa musi zostać odnaleziony. Sam Chrystus zlecił Ci tą misję! Guzik jest relikwią potężniejszą niż ząbek Dzieciątka Jezus. I jest ci całkowicie nieodzowny do uzyskania zbawienia.
Dla Namtara: Zrobiłeś co zamierzałeś. Wracasz do koterii.
* łac. wejdź.
Ostatnio zmieniony 12 maja 2015, 23:29 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Zamknął ostatni z samochodów i zdjął rękawiczki. Ulewa powoli traciła swój główny impet, przechodząc w rój ciężkich, namolnych kropel. Lubił taką pogodę. Szybkim krokiem ruszył ku wyjściu z parkingu, a gdy dotarł do alejki, zaczął biec. Minął bramę cmentarza i przeciął wzgórze, kierując się najkrótszą drogą ku miejscu, gdzie pozostawił członków koterii. Jego mięśnie pracowały miarowo, w rytmie charakterystycznym dla doświadczonego sprintera. Wysoka trawa chłostała go przez materiał spodni. Czuł, że ubranie na nim uległo wreszcie panującym warunkom. Materiał był całkowicie przemoczony.
Myślał o tym, co stało się na parkingu. Właściwie całe to zdarzenie poruszyło go bardziej, niż mógł przypuszczać. Nie chodziło tutaj o darowanie życia, lecz o coś innego... Właściwie nie pamiętał już, kiedy ostatni raz prowadził tak długą rozmowę z kimś spoza Klanu. Z kimś, kto nie był wrogiem... To było nowe doznanie. Jednakże to nie jego nietypowość zbudziła refleksję. A raczej fakt, iż ta sytuacja pozwoliła mu po raz pierwszy dostrzec przepaść oddzielającą do od śmiertelników... Na co dzień nie był świadom jej istnienia. To znaczy oczywiście rozumiał, że tam jest, lecz właściwie nie czuł tego tak naprawdę. Egzystując poza krawędzią świata żywych, nie myślał o tego rodzaju sprawach... Teraz mógł przez chwilę spojrzeć w głąb tej czeluści. A gdy to zrobił, ujrzał, iż nie ma ona dna... Nie, nie czuł się z tym źle. Właściwie, nie miało to smaku. Uczucie było odległe od smutku czy radości - bliższe raczej wewnętrznemu zrozumieniu. Nie miał w sobie potrzeby poszukiwania mostu, ani drogi wyjścia. Tak naprawdę nigdy nie czuł, że należy do ich świata... Niemniej ta rozmowa dała mu nową perspektywę, uświadamiając własną odmienność. Uświadamiając, iż istnieją różnice ważniejsze, niż strona, po której walczy się na barykadzie. Ta nowa mądrość miała w sobie smak soli, ale pozwalała także zerknąć na tych, którzy żyli po drugiej stronie przepaści. I biegnąc tej nocy przez zalany deszczem cmentarz pojął, że nigdy nie uda mu się spojrzeć na świat inaczej. Tak, jak oni skazani byli na życie, tak on skazany był na śmierć. Świadomość tego faktu zawsze widział będzie w oczach śmiertelników, tak, jak widział go w oczach Kennetha Cole. Nie było to nowe, ni zaskakujące - lecz pozwalało mu się wreszcie przejrzeć w lustrze, które stanowiło życie. I ujrzeć ciemność...
Tylko Ciemność...
Wskoczył na mur i rozejrzał się. Drzewa na skarpie strząsały krople z wielkich liści. A jednak, coś się zmieniło. Wyczuwał poruszenie w sercu nocy, choć nie mógł rozpoznać tego wzoru. Zbiegł ze skarpy i stanął w cieniu drzew, obserwując parking. Byli tam, a jednak znów nie mógł oprzeć się przeczuciu, że coś jest nie do końca w porządku. Chociaż jego instynkt milczał. Horacy podnosił się opierając o karoserię samochodu. Reszta znajdowała się w środku auta.
Wyszedł na asfalt i podszedł do nich:
- Załatwione. Kierowca nie żyje - odezwał się cichym głosem. - Przyjechali dwoma samochodami. Tu macie rzeczy, które w nich znalazłem.
Odpowiedziały mu trzy nieobecne, półprzytomne spojrzenia. Tylko Frater Terry wyglądał normalnie. A właściwie - nienormalnie, czyli w jego przypadku całkowicie w porządku.
- Coś się stało o czym powinienem wiedzieć? - zapytał Łowca, wyjmując z torby przy pasie przyniesione przedmioty. Lekkie napięcie mięśni zdradzało, że zrobił się nagle czujny.
Myślał o tym, co stało się na parkingu. Właściwie całe to zdarzenie poruszyło go bardziej, niż mógł przypuszczać. Nie chodziło tutaj o darowanie życia, lecz o coś innego... Właściwie nie pamiętał już, kiedy ostatni raz prowadził tak długą rozmowę z kimś spoza Klanu. Z kimś, kto nie był wrogiem... To było nowe doznanie. Jednakże to nie jego nietypowość zbudziła refleksję. A raczej fakt, iż ta sytuacja pozwoliła mu po raz pierwszy dostrzec przepaść oddzielającą do od śmiertelników... Na co dzień nie był świadom jej istnienia. To znaczy oczywiście rozumiał, że tam jest, lecz właściwie nie czuł tego tak naprawdę. Egzystując poza krawędzią świata żywych, nie myślał o tego rodzaju sprawach... Teraz mógł przez chwilę spojrzeć w głąb tej czeluści. A gdy to zrobił, ujrzał, iż nie ma ona dna... Nie, nie czuł się z tym źle. Właściwie, nie miało to smaku. Uczucie było odległe od smutku czy radości - bliższe raczej wewnętrznemu zrozumieniu. Nie miał w sobie potrzeby poszukiwania mostu, ani drogi wyjścia. Tak naprawdę nigdy nie czuł, że należy do ich świata... Niemniej ta rozmowa dała mu nową perspektywę, uświadamiając własną odmienność. Uświadamiając, iż istnieją różnice ważniejsze, niż strona, po której walczy się na barykadzie. Ta nowa mądrość miała w sobie smak soli, ale pozwalała także zerknąć na tych, którzy żyli po drugiej stronie przepaści. I biegnąc tej nocy przez zalany deszczem cmentarz pojął, że nigdy nie uda mu się spojrzeć na świat inaczej. Tak, jak oni skazani byli na życie, tak on skazany był na śmierć. Świadomość tego faktu zawsze widział będzie w oczach śmiertelników, tak, jak widział go w oczach Kennetha Cole. Nie było to nowe, ni zaskakujące - lecz pozwalało mu się wreszcie przejrzeć w lustrze, które stanowiło życie. I ujrzeć ciemność...
Tylko Ciemność...
Wskoczył na mur i rozejrzał się. Drzewa na skarpie strząsały krople z wielkich liści. A jednak, coś się zmieniło. Wyczuwał poruszenie w sercu nocy, choć nie mógł rozpoznać tego wzoru. Zbiegł ze skarpy i stanął w cieniu drzew, obserwując parking. Byli tam, a jednak znów nie mógł oprzeć się przeczuciu, że coś jest nie do końca w porządku. Chociaż jego instynkt milczał. Horacy podnosił się opierając o karoserię samochodu. Reszta znajdowała się w środku auta.
Wyszedł na asfalt i podszedł do nich:
- Załatwione. Kierowca nie żyje - odezwał się cichym głosem. - Przyjechali dwoma samochodami. Tu macie rzeczy, które w nich znalazłem.
Odpowiedziały mu trzy nieobecne, półprzytomne spojrzenia. Tylko Frater Terry wyglądał normalnie. A właściwie - nienormalnie, czyli w jego przypadku całkowicie w porządku.
- Coś się stało o czym powinienem wiedzieć? - zapytał Łowca, wyjmując z torby przy pasie przyniesione przedmioty. Lekkie napięcie mięśni zdradzało, że zrobił się nagle czujny.
Rzucę wam na siedzenie przedmioty zabrane z dwóch samochodów. Każdy z nich jest w foliowej torebce (takiej, jak od zbierania dowodów rzeczowych). Są to: pusty skórzany portfel, dwie pary kluczyków do samochodu, kostka do gitary, breloczek w kształcie pieska, tanie, ciemne okulary, mapa samochodowa Wirginii Zachodniej, paczka chusteczek higienicznych.
Ostatnio zmieniony 13 maja 2015, 00:32 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Przy samochodzie, właściwie znikąd, zmaterializował się Łowca. Oznajmił, że zadanie swe wykonał. Swój krótki raport zakończył badawczym spojrzeniem, którym omiótł resztę Koterii. Ich miny musiały wiele mówić, oto bowiem, wyciągając swe łupy i rzucając na tylne siedzenie auta, nie mógł się powstrzymać, by nie zapytać:
- Coś się stało o czym powinienem wiedzieć?
Terry podniósł swój Rozpromieniony Wzrok na Mrocznego Jedi. Uśmiechał się szeroko i szczerze. Patrząc na Assamitę, z lekka żałował, że ten nie mógł z nimi dzielić tej chwili objawienia, wiedział jednak, że tak miało być.
- Odwiedził nas Jezus Chrystus, Syn Boży, w Trójcy Jedyny. Wysłuchał modlitw naszych i napełnił serca nasze nadzieją. A Światłość jego wielką była, a Miłość jego padła na nas jego błogosławieństwem.
- Niezmiernie szkoda, że nie mogłeś być z nami by ujrzeć Chwałę Jego, Duchu z Otchłani, jednak rozumiem, że nie przypadkiem akurat w tejże chwili musiałeś się oddalić. Wierzę, że i tobie dane będzie kiedyś zaznać Jasności Majestatu Jego. Nie trać nadziei.
Następnie odwrócił się w stronę Ravnosa i z nieprzemijającym uśmiechem powiedział:
- Dziękuję ci Gavinie, za to że jesteś tu z nami. Wierzę bowiem, że twa obecność silnie pomogła nam, byśmy mogli doświadczyć tych pięknych, świętych chwil. - wyglądał jakby chciał coś jeszcze dodać, tylko ugryzł się w język. Oszust wyraźnie widział, że Malkavian chce coś dodać, jednak z jakichś sobie tylko znanych powodów powstrzymał się.
Przyjął na powrót swą pierwotną pozycję, w której zdziwiony Darth Namtar mógł podziwiać Święte Opętanie w jego oczach. Po chwili pełnego Miłości spojrzenia, którym obdarowywał Łowcę, dodał w jego kierunku.
- Był tu też ogromny pająk, który prowadzał ze sobą na smyczy starszą panią, ale nie wiem, czy to warte odnotowania.
- Coś się stało o czym powinienem wiedzieć?
Terry podniósł swój Rozpromieniony Wzrok na Mrocznego Jedi. Uśmiechał się szeroko i szczerze. Patrząc na Assamitę, z lekka żałował, że ten nie mógł z nimi dzielić tej chwili objawienia, wiedział jednak, że tak miało być.
- Odwiedził nas Jezus Chrystus, Syn Boży, w Trójcy Jedyny. Wysłuchał modlitw naszych i napełnił serca nasze nadzieją. A Światłość jego wielką była, a Miłość jego padła na nas jego błogosławieństwem.
- Niezmiernie szkoda, że nie mogłeś być z nami by ujrzeć Chwałę Jego, Duchu z Otchłani, jednak rozumiem, że nie przypadkiem akurat w tejże chwili musiałeś się oddalić. Wierzę, że i tobie dane będzie kiedyś zaznać Jasności Majestatu Jego. Nie trać nadziei.
Następnie odwrócił się w stronę Ravnosa i z nieprzemijającym uśmiechem powiedział:
- Dziękuję ci Gavinie, za to że jesteś tu z nami. Wierzę bowiem, że twa obecność silnie pomogła nam, byśmy mogli doświadczyć tych pięknych, świętych chwil. - wyglądał jakby chciał coś jeszcze dodać, tylko ugryzł się w język. Oszust wyraźnie widział, że Malkavian chce coś dodać, jednak z jakichś sobie tylko znanych powodów powstrzymał się.
Przyjął na powrót swą pierwotną pozycję, w której zdziwiony Darth Namtar mógł podziwiać Święte Opętanie w jego oczach. Po chwili pełnego Miłości spojrzenia, którym obdarowywał Łowcę, dodał w jego kierunku.
- Był tu też ogromny pająk, który prowadzał ze sobą na smyczy starszą panią, ale nie wiem, czy to warte odnotowania.
Ostatnio zmieniony 13 maja 2015, 09:57 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.