Dark Heresy - Ravenor

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 15:33

[center]RAVENOR[/center]
[center]PROLOG[/center]
Lokalne lato, południowy kontynent, Zenta Malhyde, 397.M41

Spał w swoim przenośnym habitacie, kiedy dobiegły go okrzyki tubylców.

- Ekoh! Ekoh! N'nsa skte me'du!

Usiadł szybko na posłaniu, krople potu ściekały po jego obnażonym torsie. Śniły mu się Kominy Sleefu. Niekończący się upadek, lot prosto w otchłań piekieł...

- Ekoh! H'ende! N'sa skte me'du!

Jego wykształcony w Cognitae umysł podjął nieporadną próbę translacji. Przeklęta tubylcza mowa. Ekoh... to oznaczało poświęcenie uwagi lub wieści ogromnej wagi, natomiast h'ende stanowiło formalny tytuł, do którego mężczyzna szybko się przyzwyczaił. A reszta ? Nsa skt... to była forma czasownika, oznaczająca... na Tron, co to było... odnalezienie rzeczy, odnalazłem, on odnalazł, my odnaleźliśmy...

Wielcy bogowie nicości !

Zerwał się nagi na równe nogi, sięgnął po przewieszony przez oparcie drewnianego krzesła klimatyzowany kombinezon, który przypominał jaszczurczą skórę. Temperatura na zewnątrz przekroczyła już czterdzieści stopni i system chłodzenia w habitacie rzęził głucho próbując wpompować w nieoświetlone pomieszczenie strumień zimnego powietrza.

Zastępująca drzwi płachta grubego materiału została odsunięta na bok, do środka habitatu wdarła się fala gorąca. W progu stanął Kyband. Jego długie czarne włosy posklejały się od potu, a kąciki oczu i ust były zdarte do żywego miejsca zdradzając miejsca, w których mężczyzna zbyt długo wydrapywał jaja much nte.

- Ubierz się, Zyg - powiedział Kyband. Pomimo krwawej otoczki jego oczy płonęły gorączkowym blaskiem - Te małe sukinsyny wreszcie się przebiły.

Panujący na zewnątrz upał sprawił, że mężczyzna zaczął z miejsca ciężko dyszeć. Tubylcy biegali wokół habitatów wykrzykując coś z ekscytacją i wskazując brudnymi palcami na przestworza. Ogryn Nung musiał odpędzać tych bardziej natarczywych pejczem. Kyband wszedł do wnętrza kwatery w poszukiwaniu swej broni, uderzeniami rąk zabijał siadające mu na twarzy muchy.

Molotch dopiął szybko swój kombinezon. Spędził zaledwie dziesięć sekund na odkrytej przestrzeni i już zdążył skąpać się we własnym pocie. Na głowę założył słomkowy kapelusz.

- Gdzie? - zapytał.

- Stanowisko C - odparł Kyband.

Wykopaliska dzieliło od obozu zaledwie dziesięć minut marszu, ale każdy krok stanowił dla mężczyzny wyzwanie samo w sobie. Molotch zbyt późno przypomniał sobie, że zostawał w kwaterze swe przeciwsłoneczne okulary. Oczy łzawiły mu i piekły rażone upiornie jaskrawymi promieniami słońca. Blask dnia odbijał się od białych niczym śnieg skał, kontrastował ze smoliście czarnymi bulwami i kłączami lokalnej roślinności.

Tubylcy biegali wszędzie wokół popędzając mężczyzn, ich obnażone smagłe ciała nie nosiły na sobie śladu słonecznych poparzeń.

- Stanowisko C, hę? - wydyszał Molotch - A ja stawiałem na D. Ktoś jeszcze tak zakładał?

- Nung nie - odpowiedział Nung, chociaż mówiąc szczerze, Nung niezmiernie rzadko zakładał cokolwiek.

Jeszcze jedna polana porośnięta cuchnącymi czarnymi roślinami i grupka mężczyzn znalazła się w cieni filarów. Uformowane z białego kryształu kolumny wystrzeliwały na wysokość trzydziestu metrów, niczym pozostałości po nieistniejącej od dawna świątyni. Boros Dias przekonywał Molotcha, że filary były całkowicie naturalną formą geologiczną. Zdradliwa wąska ścieżka biegła pomiędzy nimi przez całą drogę aż do ściany klifu. Stopy ludzi - w szczególności nagie stopy tubylców - wzbijały w powietrze wielkie kłęby białego pyłu. Molotch i Kyband kaszleli i pluli bez ustanku, Nung natomiast nie wyglądał na zbytnio niezadowolonego. Ogryn posiadał niebywałą odporność na dyskomfort fizyczny. Zakażenie jajami nte sprawiło, że tkanka pomiędzy jego lewym uchem i linią oczu obumarła całkowicie, ale Nung zdawał się nie zwracać na to uwagi.

Pracujący na stanowisku C serwitorzy archeologiczni odkopali spory fragment podstawy białego klifu, a Nung oczyścił zbocze z roślinności za pomocą miotacza ognia. Oczom mężczyzn ukazał się poszarpany nierówny otwór. Dwa tygodnie morderczej pracy tubylców odgruzowały przejście odsłaniając je do końca.

Lynta stała na straży pod ścianą klifu.

Pokrzykiwanie tubylców przybrało na sile i zdegustowany tym Molotch odwrócił się w stronę Kybanda.

- Przydałoby się nieco prywatności.

Kyband skinął głową, wyciągnął z kabury przy pasie boltowy pistolet i uniósł broń ponad głowę. Przyswojenie stosownej wiedzy zajęło nieco czasu, ale teraz tubylcy wiedzieli już doskonale, co potrafił zrobić przedmiot w ręce mężczyzny. Uciekli co sił zdjęci grozą, ich radosne okrzyki przeszły w zdławione wrzaski przerażenia.

Na stanowisku zapadła cisza przerywana jedynie bzyczeniem owadów i cichymi trzaskami prażonej słońcem skały.

- Lynta?

Podeszła do nich ocierając z czoła pot. Jej klimatyzowany kombinezon pracował na pełnych obrotach i smukłą sylwetkę kobiety spowijały niknące momentalnie obłoczki pary.

- Profesor mówi, że w końcu się udało, h'ende - oświadczyła.

- Nie zwracaj się do mnie w ten sposób. W twoich ustach brzmi to szyderczo.

Lynta uśmiechnęła się ironicznie.

- Czyż nie wszyscy jesteśmy bandą szyderców, Zygmuncie?

- Kiedy już tutaj skończymy, Lynta, wszyscy będziemy bogami - odpowiedział jej obracając się bokiem i wchodząc w wąską szczelinę.

- Zygmuncie? - głos dziewczyny zatrzymał go w pół kroku.

- Słucham?

- Kiedy zamierzasz nam powiedzieć? Kiedy nam powiesz, czego tu szukacie razem z profesorem? Ja i Kyband... reszta... zasługujemy na to, żeby wiedzieć.

Molotch spojrzał w jej błyszczące zielone oczy. Były twarde, bezlitosne. Wiedział, że kobieta miała rację. Kupiona za pieniądze lojalność miała swe granice.

- Niedługo - odparł po chwili i wszedł do groty.

Boros Dias znajdował się dwadzieścia metrów dalej, pokryty cieniutką warstwą pyłu. Nadzorował dwójkę serwitorów archeologicznych prowadzących żmudną pracę konserwatorską. Łopaty wentylatorów wbudowanych w ich karki jęczały metalicznie pompując strumienie powietrza na skalną ścianę oświetloną lampką trzymaną przez Diasa.

- Tutaj pan jest - powiedział profesor.

- Co odkryłeś ?

- Proszę samemu spojrzeć - odparł Boros Dias. Naukowiec przesunął światłem latarki po starożytnych inskrypcjach wyzierających spod częściowo skutej warstwy osadu.

- Widzę niekompletne zapiski i do połowy wykonaną robotę - wycedził Molotch - Proszę skończyć pracę, za którą zapłaciłem.

Boros Dias westchnął ciężko. Osiemnaście miesięcy temu był powszechnie poważanym wykładowcą w katedrze ksenologii Uniwersytetu Thraciańskiego, jednym z najbardziej poważanych akademików w tej dziedzinie nauki.

- Widzę tu pewne złożone inskrypcje - zaczął tłumaczyć -Są ze sobą ściśle powiązane i pełnią funkcje interogatywne.

- Czy to jest Enuncia? - zapytał Molotch.

- Jestem przekonany, że tak, lecz nie odważę się tego odczytać na głos. Nie bez uprzednich dalszych badań.

Molotch odepchnął profesora w bok.

- Jesteś tchórzem.

Poświęcił pięć lat na przyswojenie sobie podstaw tego języka. Przesuwając czubkami palców po płaskorycie wyartykułował słowo. Zabrzmiało ono jak shhhfkkt.

Głowa serwitora stojącego obok Molotcha eksplodowała kościami, tkanką mózgową i metalowymi szczątkami. W ustach mężczyzny pojawił się miedziany posmak krwi. Drugi serwitor wpadł w szał, zaczął tłuc swą czaszką o ścianę groty, dopóki jej sobie nie zmiażdżył; wtedy osunął się martwy na ziemię.

Molotch zatoczył się w tył krztusząc się krwią, wypluł jeden ze swoich przednich zębów.

- Mówiłem, że to jest zbyt niebezpieczne! - krzyknął Boros Dias.

Molotch chwycił go za gardło.

- Nie dotarłem tak daleko i nie wycierpiałem tak wiele po to, by teraz się poddać! Weź się w garść! Straciłem osiemnastu dobrych ludzi, żeby wyciąć sobie przejście przez kadrę Tau !

- Myślę, że Tau dobrze wiedzieli, iż to miejsce jest zakazane ! - wykrztusił profesor.

Molotch zdzielił go pięścią w twarz, powalił na posadzkę groty.

- Moje podstawowe motto życiowe nie uznaje zakazów, profesorze. Zygmunt Molotch szedł przez życie zawsze trzymając się tej dewizy.

- Zatem Zygmunt Molotch jest przeklęty - wyszeptał Boros Dias.

- Nigdy nie mówiłem, że jest inaczej -odparł Molotch - Bierz się do roboty. Potrzebuję świeżego powietrza.

Przepchnął się przez szczelinę i stanął w blasku słońca.

- Co ci się stało?! - Lynta zamarła widząc jego twarz.

- Nic - warknął Molotch. Kyband i Nung stali opodal wpatrzeni w las, towarzyszył im Emmings. Były żołnierz Imperialnej Gwardii trzymał oburącz zdobyczny karabin pulsacyjny, rozmawiając z parą kompanów przyciszonym głosem.

- Co się dzieje?

- Chyba mamy towarzystwo - odpowiedział Kyband obserwując wciąż las. Mężczyzna wyciągnął rękę obejmując nią czarną roślinność wystrzeliwującą w niebo za linią filarów - Gdzieś tam.

Molotch podążył wzrokiem we wskazanym kierunku i zmrużył z syknięciem bólu oczy. Blask słońca był zbyt silny, oślepiał go.

- Nung ich czuje - oświadczył Nung.

- Towarzystwo? Jakiego rodzaju? - syknął Molotch.

- Złe towarzystwo - odrzekła Lynta wyjmując z kabury pistolet - Agenci Tronu.

- Profesor potrzebuje więcej czasu - rzekł Molotch - Zwołaj ludzi. Poradzimy sobie z tym kłopotem.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 15:33

Kyband połączył się przez radio z obozem i krótko potem do grupy dołączył Hehteng. Jego futro było zmatowiałe i cuchnęło potem, z pyska zwisał opuchnięty jęzor. Kiedy odzywał się w niskim gotyku, wydawane przez niego dźwięki przywodziły na myśl warczenie kundla zaciskającego zęby na kawałku kości, jednakże Kyband znał go dostatecznie długo, aby rozumieć ów specyficzny żargon.

- Salton i Xuber są zbyt chorzy, by podnieść się z łóżka - przetłumaczył - Robaki są już we wnętrznościach Saltona. Wykrwawia się.

- Przyjąłem do wiadomości - odparł Molotch. Hehteng przyniósł ze sobą radiowy kontroler automatów strażniczych. Molotch zabrał mu urządzenie i przestudiował wzrokiem odczyty na niewielkim ekraniku. Żaden z automatów rozstawionych wokół obozu i stanowisk badawczych nie został uaktywniony.

- To mi wygląda na fałszywy alarm - powiedział po chwili - ale sprawdzimy je po kolei.

Ruszyli spieczoną słońcem białą ścieżką biegnącą pomiędzy filarami ku czarnej ścianie dżungli. Molotch tęsknił za swoimi przeciwsłonecznymi okularami, bolały go oczy. Jaskrawe słońce stało wysoko na niebie, lustrzaki zataczały w górze szerokie kręgi unoszone prądami ciepłego powietrza.

Weszli w duszący półmrok dżungli, promienie słońca z trudem przebijały się przez kopułę czarnych mięsistych liści i kubkowatych kwiatów. Gęste powietrze pełne było much nte oraz dużych zielonych żuków zbierających kwietny nektar, przesycała je woń zgnilizny.

Najemnicy rozproszyli się nieco, ich ciężkie buty miażdżyły soczyste pędy roślin. Molotch spojrzał w górę, gdzie przeplatała się ze sobą szachownica oślepiająco białego światła i czerni drzewnych koron; zdjął z głowy kapelusz podnosząc rękę, by otrzeć nią mokrą od potu czaszkę.

Kątem oka dostrzegł jakiś rozbłysk, usłyszał wizg ciętego powietrza, po czym świat zawirował w jego głowie.

Odzyskawszy zdolność logicznego myślenia spostrzegł, że leży na plecach, z mokrą twarzą. Ociężały umysł sprawiał wrażenie sparaliżowanego, prawe udo zdrętwiało mu niemal całkowicie. Ponad jego głową rozpościerała się znana już szachownica bieli i czerni. Dwie krechy laserowej energii, obie przypominające wydłużone groty włóczni długości ludzkiego ramienia, przecięły powietrze ponad jego ciałem.

Usłyszał zduszone, zaskoczone głosy ludzi - ryk Nunga, krzyk Kybanda - potem głuchy huk wystrzałów z boltowego pistoletu. Ich trzask utonął niemal natychmiast w zgrzytliwym wysokim tonie serii oddanej z karabinu pulsacyjnego.

Molotch uniósł się lekko na łokciach. Jego ciało pokryte było warstwą sproszkowanego drewna i świeżego kleistego soku. W swoim udzie dostrzegł dziurę wielkości dna butelki, drapieżne gąsienice i muchy już zdążyły się do niej przedostać.

- Boże-Imperatorze... - wydyszał z trudem i wczołgał się za opasły pniak. Kanonada z broni laserowej przybrała na sile, wiązki światła szatkowały leśne poszycie obracając w parę pnie drzew i liście. Kyband tkwił w gęstych chaszczach, odpowiadał ogniem z boltowego pistoletu, stojący nad nim Emmings omiatał tropikalny gąszcz seriami wystrzeliwanymi z jego ukochanego karabinu pulsacyjnego. Według rachunków poczynionych przez Molotcha, Emmings miał na swoim koncie czterdziestu pięciu ludzi, jedenastu Tau, dwudziestu trzech zielonoskórych i pięciu Eldarów. Zabił ich wszystkich posługując się gwardyjskim karabinem snajperskim, ale od chwili, kiedy w jego ręce trafił zdobyczny pulsar, weteran pokochał go bezgranicznie.

Nung wreszcie udowodnił, że też czuje ból. Ogryn został zwalony z nóg pierwszą salwą, podobnie jak sam Molotch. Ryczał donośnie, a krew bryzgała z wielkiej dziury wyrwanej w jego muskularnym torsie. Molotch podczołgał się do niego, spojrzał uważniej na obrażenia Nunga. Ogryn był w kiepskim stanie. Inne trafienie, zaledwie draśnięcie, rozerwało skórę na zainfekowanym policzku olbrzyma i dziesiątki malutkich larw wysypywały się teraz gradem na kark i ramię Nunga. Molotch zaaplikował mu jednorazowy zastrzyk ze środkiem uśmierzającym ból.

- Rusz się! Rusz się, Nung! - krzyknął.

Ogryn przestał ryczeć. Spojrzał na Molotcha wzrokiem, w którym gorzało coś na podobieństwo wdzięczności, przewrócił się na brzuch i pobiegł na czworakach w stronę najbliższego przewróconego pnia drzewa. Znalazłszy się w kryjówce sięgnął po noszony w futerale na plecach karabin maszynowy Korsk 50. Olbrzym miał przy pasie trzy ciężkie bębnowe magazynki, powieszone tak jakby to były manierki z wodą. Jego wielkie grube palce nieporadnie wepchnęły pierwszy z nich do cekaemu.

Udało się. Karabin przemówił z ogłuszającym rykiem, jęzory ognia wystrzeliły z obracających się błyskawicznie luf rotora. Broń wydawała z siebie głuchy dźwięk wystrzałów przemieszany z metalicznym szczękiem amunicyjnego podajnika, kaskada dymiących łusek sypała się na wszystkie strony niknąć pośród dywanu roślinności.

Lawina stali i ognia odarła dżunglę z poszycia na sporym jej dystansie, obracając drzewa, krzewy i pnącza w parującą miazgę i unoszącą się w powietrzu wilgotną mgiełkę. Laserowa kanonada umilkła z miejsca.

- Biegiem! - krzyknął Molotch - Do obozu!

Wszyscy zaczęli biec poprzez gęstwinę, łamiąc gałęzie, depcząc krzewy. Molotch nie dostrzegał nigdzie Lynty, na przód grupy wysunął się Emmings. Mężczyzna jako pierwszy wypadł na odkrytą przestrzeń.

- Ruszcie się! - wrzasnął odwracając twarz w stronę reszty najemników i ponaglając ich machnięciem ręki.

Jego głowa odskoczyła w bok z trzaskiem, całe ciało zadrżało konwulsyjnie pod wpływem silnego uderzenia. Nim jeszcze stopy mężczyzny oderwały się od pylistej ziemi, pokrytej warstwą sproszkowanej białej skały, jego czaszka zaczęła się deformować, tracić swój kształt. Eksplodowała w ułamku sekundy i ciało Emmingsa runęło niczym złożone ostrze scyzoryka. Molotch dostrzegł postać człowieka dzierżącego boltowy pistolet, chowającego się z powrotem za jeden z kamiennych filarów. Napastnik był widoczny zaledwie przez moment, ale Molotch z miejsca go rozpoznał.

Ten cholerny śledczy, Thonius. A więc jednak wpadli na jego trop. Thonius, jego kompani i ich po trzykroć przeklęty mistrz.

Nung wygramolił się z chaszczy i zasypał najbliższe filary strumieniem stali. Powietrze zgęstniało od drobinek kamienistego pyłu i kawałków rozbitego kwarcu. Molotch minął ogryna, wyszarpnął z zaciśniętych kurczowo dłoni Emmingsa upstrzony kroplami krwi pulsacyjny karabin.

- Gdzie on jest? - Lynta znalazła się znienacka za plecami Molotcha, w ręce trzymała swój pistolet - To był ten skurwysyn Thonius, tak?! Widziałam go!

- Jest gdzieś tam... - wskazał palcem Molotch.

- Przyduś go! - krzyknęła do Nunga Lynta, po czym zaczęła biec we wskazanym kierunku.

Nung kochał Lyntę bezgranicznie. Wykonał jej rozkaz bez wahania, omiatając filary seriami pocisków, zasypując ziemię dymiącymi łuskami. Chmura pyłu unosząca się nad ostrzeliwanym przez ogryna obszarem zgęstniała jeszcze bardziej.

Lynta przepadła bez śladu za jednym z filarów. Straciwszy ją z oczu Molotch pobiegł w swoją stronę. Na skraju dżungli pojawili się Kyband i Hehteng.

- Do obozu! - wrzasnął w ich stronę Molotch - Nung, za mną!

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 15:42

Kyband i jego pokryty sierścią towarzysz ruszyli biegiem po ścieżce, Hehteng szybko wyprzedził ludzi sadząc wielkimi susami przed siebie. Molotch wbiegł pomiędzy filary. Wokół zrobiło się ponownie gorąco i bardzo cicho. Słońce zalewało ziemię niemiłosiernym żarem, ale mężczyzna ignorował ściekający mu po ciele gorący pot i ból poparzonej skóry. Zgubił gdzieś swój kapelusz. Poruszał się skokami, od cienia do cienia, ukryty w mroku rzucanym przez masywne kolumny. Nung biegł ciężkim krokiem za swym mocodawcą, oddech ogryna był urwany, chrapliwy.
W polu widzenia Molotcha pojawiły się znienacka dwie ludzkie sylwetki, tańczące wokół siebie w seriach ciosów i uników: Lynta i Thonius. Jakimś cudem zdołali się wzajemnie rozbroić, wytrącić sobie pistolety. Toczyli walkę wręcz z niewiarygodną szybkością ruchów, niemalże zbyt szybko, by ludzkie oko nadążyło za ich rękami i nogami. Cios, cios, kopniak, uskok, obrót, cios. Na oczach Molotcha walczyły dwie perfekcyjne maszyny do zabijania. Mężczyzna podniósł trzymany w rękach karabin próbując wycelować w Thoniusa, ale Nung odepchnął lufę jego broni w bok.

- Zygmunt ją trafi! - ryknął ogryn.

To prawda, mógł dziewczynę postrzelić. Para antagonistów zmieniała błyskawicznie swe położenie, co chwila nawzajem się zasłaniając przed wzrokiem obserwatorów. Molotch opuścił broń, popędził zakurzoną ścieżką w stronę stanowiska C. Nung nie nadążał za nim, szybko pozostał gdzieś w tyle.
Molotch zatrzymał się tuż za ostatnią kolumną, dysząc rozpaczliwie i spoglądając w ziejący czernią otwór w ścianie klifu. Nigdzie nie dostrzegał śladu żywej duszy, jedynym dowodem ludzkiej obecności w tym miejscu były świdry górnicze pozostawione przez serwitorów w upiornym skwarze słońca.

Postąpił krok do przodu. Coś twardego i bardzo gorącego dotknęło znienacka jego skroni.

- Rzuć karabin - polecił kobiecy głos.

Molotch zawahał się na chwilę.

- Rzuć broń, Molotch, albo cię skasuję.

Mężczyzna cisnął karabin na ścieżkę.

- To ty, Kara Swole? - zapytał.

- Lepiej w to uwierz, zasrany ninkerze.

Odwróciła go lekkim pociągnięciem za rękaw, wymierzyła lufę laserowego pistoletu w jego głowę. Spośród prześladującej mężczyznę bandy ona pozostawała niezmiennie jego faworytką. Tancerka i akrobatka, niskiego wzrostu, ładnie umięśniona, bardzo kobieca. Jej ciało opinał ciasny kombinezon kremowej barwy, czerwone włosy wymykały się spod czapki. Na oczach miała przeciwsłoneczne okulary. Niewielkie ładnie wykrojone usta i wysokie kości policzkowe wydały się Molotchowi równie ponętne jak przy pierwszym ich spotkaniu.

Na jej twarzy nie było śladu uśmiechu.

- Zawsze uważałem, że wybrałaś złą stronę, Kara - powiedział. Splunęła mu w twarz, pchnęła lufą broni w usta tak silnie, że zęby mu zadzwoniły.

- Doprawdy? Zabiję cię za to, co zrobiłeś na Majeskusie. Przekonaj mnie...

Urwała w połowie zdania, zesztywniała wyraźnie, jakby usłyszała niedostrzegalną dla innych komendę.

- W porządku, w porządku - wymamrotała podejmując konwersację z kimś, kogo nigdzie nie było widać - Wezmę go żywcem.

- On jest z tobą, prawda? - zapytał Molotch - Powiedz mu... powiedz mu, że spotkamy się w piekle.

Nung dogonił w końcu swego patrona. Zatrzymując się raptownie pomiędzy dwoma kolumnami wyryczał imię Molotcha i otworzył ogień z karabinu.

Molotch runął płasko na brzuch słysząc nad głową wizg ciężkich pocisków. Kątem oka ujrzał Swole skaczącą w drugą stronę, próbującą ujść desperackim obrotem spod kul. Dopadła do obudowy górniczego świdra, schowała się za nim na chwilę podczas gdy pociski uderzały z metalicznym trzaskiem w maszynę. Potem zerwała się znienacka na nogi, szybko i zwinnie, pomknęła w kierunku dżungli. Molotch nie wierzył, by Nung zdołał ją postrzelić. Gdyby dostała choć jednym pociskiem z jego broni, nie byłaby w stanie poruszać się tak szybko.

Chwyciwszy odrzucony chwilę wcześniej pulsar Molotch posłał za kobietą kilka energetycznych ładunków, obracając w parującą miazgę bulwy czarnych roślin.

- Nung, zostań tutaj i pilnuj! - krzyknął w stronę ogryna i skoczył w ciemny otwór wybity w ścianie klifu.

W półmroku skalnego wyłomu napotkał biegnącego w drugą stronę Borosa Diasa.

- Wracaj do roboty!

- Słyszałem strzały...

- Wracaj, profesorze!

Boros Dias wycofał się z powrotem do wnętrza groty. Organiczne elementy okaleczonych serwitorów już zaczynały się rozkładać.

- Co się stało? - Boros Dias spojrzał z rozpaczą w oczach na mijającego go pryncypała - Molotch?

- Wymiar sprawiedliwości Imperium, zadufany bezgranicznie w swą nieomylność, przybył tu, by napsuć nam krwi.

- Imperium? Masz na myśli Inkwizycję?

Molotch wyciągnął z walizki Diasa niebywale drogi pędzel wykonany z sierści larisela i zaczął omiatać nim ścianę groty.

- Masz na myśli Inkwizycję?

- Zamknij się, Dias.

- O wielki Tronie Ludzkości... - jęknął profesor siadając pod jedną ze ścian.

- Zamknij się, Dias.

Pędzel nie był dość efektywny, pracowało się nim zbyt wolno. Molotch wysypał na ziemię zawartość walizki ksenoarcheologa i zaczął przetrząsać dobytek naukowca. Szybko znalazł ręczny opalacz używany przez Borosa Diasa do usuwania ze skalnej powierzchni porostów i warstw pyłu.

Opalacz uruchamiał się po naciśnięciu pistoletowego spustu. Molotch sprawdził zbiornik paliwa, pojemnik był pełen po brzegi, z lufy urządzenia rzygnął niebieskobiały płomień. Przesuwając się wzdłuż ściany groty omiatał skałę ogniem. W ciasnej przestrzeni tężał odór palonego kamienia.

- Uszkodzisz relikwię! - jęknął głośno Boros Dias widząc poczynania mocodawcy - Ona jest bezcenna!

- Wiem - odparł Molotch zgadzając się z obydwoma stwierdzeniami profesora. Nie zważając na protest naukowca opalał dalej powierzchnię ściany - Ile czasu zajmie ci odsłonięcie reszty inskrypcji?

- Tydzień... może dwa...

- Nie mamy nawet godziny.

Opalacz nie nadawał się do usunięcia grubszej warstwy osadów u podstawy ściany oraz w górnym lewym rogu. Molotch złapał za niewielki młotek i zaczął brutalnymi ciosami odłupywać kawałki skały.

- Przestań! Molotch, przestań! - krzyknął Boros Dias zrywając się raptownie na nogi - Zniszczysz...

- Zamknij się, Dias - odpowiedział Molotch wymierzając skale szybkie rytmiczne ciosy.

- Zapłaciłeś mi za naukowe ekspertyzy. Zapłaciłeś hojnie za doradztwo i opinie fachowca. Zawarliśmy porozumienie, określiliśmy pewne zasady. Dołączyłem do tej ekspedycji, ponieważ zapewniłeś mnie, że prace wykopaliskowe będą prowadzone z przestrzeganiem wszystkich procedur archeologicznych.

- Zamknij się, Dias.

- Molotch, ty niszczysz dziedzictwo przeszłości! Unicestwiasz najważniejszy...

Zdyszany, pokryty potem Molotch odwrócił się w stronę profesora i opuścił dzierżącą młotek rękę.

- Profesorze, ma pan całkowitą rację. Nasze odkrycie to niemalże świętość, a ja poniosłem ogromne koszty wynajmując pana w celu dopełnienia wszystkich stosownych procedur prac wykopaliskowych.

- Zgadza się - kiwnął głową Dias - Jeśli zabezpieczymy to znalezisko, być może Inkwizycja potraktuje to jako dowód dobrej woli z naszej strony.

Molotch uśmiechnął się kącikami ust.

- Profesorze, nie masz najmniejszego pojęcia, czym w rzeczywistości jest Inkwizycja, prawda?

- Cóż... - zaczął Boros Dias.

- Profesorze, sądzę, iż najlepszym wyjściem z tej patowej sytuacji będzie rozwiązanie naszego kontraktu, tu i teraz. Proszę czuć się zwolnionym z wszelkich zobowiązań względem mojej osoby.

Boros Dias zaczął się uśmiechać z ulgą. Gdy moment później jego twarz uległa deformacji, otworzył usta do krzyku. Gładko ogolona czaszka naukowca rozprysła się na kawałki niczym porcelanowa waza, mężczyzna runął na plecy.

Molotch cisnął na ziemię trzymany w drugiej dłoni opalacz.

- Nigdy cię nie lubiłem - rzucił w stronę dymiącego trupa, po czym ze zdwojoną zajadłością zaatakował warstwy osady pokrywającego część inskrypcji. Wypełniający wnętrze groty odór przybrał na odrażającej intensywności.

Pozostało mu czasu na zaledwie kilka dalszych uderzeń, spora część znaleziska wciąż znajdowała się poza jego zasięgiem wzroku. Gdyby miał jakiś świder...

Odrzucił młotek i podniósł z ziemi przenośny aparat fotograficzny, leżący pośród dobytku profesora. Dwa lub trzy zdjęcia całości, z oddalenia, potem seria fotografii utrwalających poszczególne fragmenty inskrypcji. Starał się pomieścić na kliszy wszystkie odsłonięte elementy znaleziska.

Jego udo pulsowało falami upiornego bólu. Wcisnąwszy aparat do kieszeni kombinezonu Molotch ruszył biegiem ku wyjściu z groty.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 15:47

Nung umarł, zabił go krwotok z rany postrzałowej. Leżał tam, dokąd zdołał się doczołgać, pod jednym z masywnym górniczych świdrów. Chmary much nte osiadły jego twarz i wielką dziurę w klatce piersiowej.

Gdzieś za wielkimi skalnymi kolumnami, pod kłębami gęstego czarnego dymu zdradzającymi miejsce, w którym znajdował się obóz, niósł się odległy trzask kanonady z broni palnej.

Biegnąc tak szybko, na ile pozwalały mu obrażenia, podążył wzdłuż wschodniej ścieżki w stronę szmaragdowego lasu dojrzałych bulw, oddalając się śpiesznie od rzędów kamiennych filarów. Otaczające go rośliny były prawdziwymi olbrzymami, miały dobre pięć metrów średnicy, otwarte kielichy przywodziły na myśl baseny, a liście rozpościerały się na dwadzieścia metrów w górę. Wokół głowy mężczyzny uwijały się jadowite muszki, pod jego butami chlupotał zbierający się w kałuże lepki roślinny sok.

Tylko jego najbardziej zaufani współpracownicy - Kyband i Lynta - znali plan awaryjny mocodawcy. Zaraz po pierwszym lądowaniu na powierzchni planety zorganizowali sobie zastępczy środek ewakuacyjny, na zachód od obozu. Zrobili to jeszcze przed położeniem mat pod pierwsze habitaty.

Serce mężczyzny biło jak oszalałe. Wiedział, że przyjdzie mu spędzić kilka miesięcy na rekonwalescencji po przeżyciach w tym miejscu, ale nie zwalniał nawet na moment kroku.

Za pierwszym razem przeoczył kryjówkę. Skąpany w upiornym żarze słońca, ogarnięty falą potwornej paniki, potknął się, upadł i zaczął krzyczeć bezsilnie. Dopiero po chwili poddany reżimowi Cognitae intelekt wziął górę nad instynktem uwalniając potencjał tłoczony w umysł mężczyzny przez lata studiów w tej wielkiej, wyjętej spod prawa akademii. Usiadł i zaczął oddychać w zwolnionym tempie, przywracając spokojny puls. Potem przestudiował uważnie wskazania noszonego na nadgarstku kieszonkowego lokalizatora. Sto metrów dalej, w kierunku północy.

Molotch podniósł się na nogi i pobiegł w tamtą stronę. Promienie słońca sączące się pomiędzy liśćmi bulwiastych drzew pieściły swym dotykiem metal aerodyny. Pojazd potrafił zachwycić swym wyglądem; był to mały zwiadowczy ślizgacz typu Nymph, skradziony z magazynów gwardyjskich gdzieś w sektorze Helican. Stojąca na sześciu hydraulicznych podnośnikach maszyna przypominała dzięki swym zwiniętym skrzydłom odpoczywającego metalowego moskita.

Kiedy Molotch widział ślizgacza ostatni raz, przysłaniały go siatki maskujące. Kamuflujący materiał walał się teraz na ziemi.

Postąpił krok do przodu. Za ogonowym statecznikiem aerodyny pojawiła się znienacka Lynta.

- Tronie, ale mnie przestraszyłaś - sapnął Molotch.

- Tak właśnie działam na większość ludzi - uśmiechnęła się zimno - Wszystko poszło się pieprzyć, prawda, Zygmuncie?

Molotch przytaknął ruchem głowy.

- Tak, ale jeszcze nie przegraliśmy. Możemy uciec z tego miejsca, ja i ty. Ta aerodyna nas stąd zabierze, włączę nadajnik alarmowy. Brice przyśle po nas prom i zwiejemy, nim jeszcze skończy się walka o obóz.

Wzruszyła bez słowa ramionami.

Otworzył drzwi kokpitu i wcisnął guzik uruchamiający silniki maszyny. Turbiny Nympha zaczęły obracać się z rosnącym wizgiem.

- Thonius. Zabiłaś go? - zapytał.

Odpowiedziała, ale w ryku silników nie dosłyszał wyraźnie jej słów.

- Thonius? Pytałem, czy zabiłaś tego skurwysyna. Kiedy cię widziałem ostatni raz, walczyliście ze sobą.

- To było tylko na pokaz - oświadczyła. Mierzyła w jego twarz z laserowego pistoletu o krótkiej lufie.

- Lynta?

- Gra skończona, Molotch.

- Boże-Imperatorze, nie! - jęknął z niedowierzaniem - Ufałem ci... byłaś ze mną od przeszło roku! Lynta! Przecież my nawet...

- Tak, wiem. Rzygać mi się chce na samą myśl o tym. Rzuć ten pulsar.

- Powiedz mi, że to nie jest prawda, Lynta.

- Nie nazywam się Lynta. Nie nazywam się nawet Cierpliwa Kys, chociaż ostatnimi czasy posługuję się tym mianem.

- Cierpliwa Kys? Przecież to jedna z...

- Dokładnie. Rzuć broń.

Niebezpieczny błysk nie opuszczał nawet na chwilę jej wielkich zielonych oczu. Mężczyzna cisnął swój kanciasty podłużny karabin w błoto pod stopami. Dziewczyna machnęła lufą pistoletu.

- Wyłącz silniki - rozkazała.

Nie spuszczając z niej wzroku Molotch przechylił się na drzwiczkami kokpitu, powolnym ruchem sięgnął ręką w stronę dźwigni przepustnicy.

I pchnął ją z całej siły do przodu. Silniki aerodyny ryknęły na pełnej mocy, wyrywając podmuchem turbin wielkie dziury w leśnym poszyciu i zwalając Cierpliwą Kys z nóg.

Nymph wzbił się w górę pomimo zwiniętych skrzydeł, przechylając się chaotycznie na boki i miażdżąc kadłubem wielkie bulwy. Wiszący na krawędzi drzwi Molotch zaczął wspinać się do wnętrza kokpitu, krzycząc z udręką. Dwukrotnie omal nie rozluźnił palców spadając w dół.

Dostał się w końcu na fotel pilota i ustabilizował maszynę. W nos aerodyny uderzyły z sykiem wiązki laserowej energii. Kys pozbierała się już na nogi, strzelała w ślad za zbiegiem. Molotch zaczął zwiększać pułap, pozostawiając w dole wilgotną dżunglę i zdradziecką dziwkę, która zawiodła go w tak ważnej chwili.

Zatoczył szeroki łuk nad czarną puszczą i białymi klifami, próbując określić swoje położenie. Zatrzasnął owiewkę kokpitu. Na wschodzie w niebo wzbijały się słupy dymu stanowiące dowód na zniszczenie obozu.

- Brice! Brice! Mówi Molotch! - krzyknął do komunikatora - Musisz mnie stąd zabrać, zaraz!

Radio zatrzeszczało głośno.

- Rozumiem. Pięć-jedenaście-trzy na dziewięć-sześć-cztery. Pośpiesz się!

Molotch wprowadził podane koordynaty do pokładowego komputera i cisnął ślizgacza w zawrotnym tempie na zachód, prześlizgując się ponad czarnymi wilgotnymi lasami. To mogło się udać. To musiało się udać...

- Dokąd się wybierasz, Zygmuncie? - w eterze rozbrzmiał czyjś męski głos. Molotch znał tego człowieka. Głos należał do Harlona Nayla, najbardziej niebezpiecznego człowieka w prywatnej armii sukinsyna, który cały czas deptał Molotchowi po piętach.

- A jakie to ma znaczenie, dokąd lecę, łowco nagród? - odparł Molotch przestawiając komunikator w tryb nadawania - Nie sądzę, abyś mógł mi w jakikolwiek sposób przeszkodzić.

- Och Zygmuncie, znasz mnie przecież - powiedział głos w radiu - Ty wyskakujesz z nożem, ja sięgam po karabin... ty latasz ślizgaczem...

Zwrotna i złowieszcza, szturmowa aerodyna typu Walkiria wystrzeliła ponad kopułę puszczy, liście bulwiastych drzew kładły się pod jej kadłubem w regularnych kręgach. Maszyna pomalowana była na czarno, ktoś usunął z niej gwardyjskie znaki identyfikacyjne. Podwieszone pod kabiną działko zaczęło rzygać błyskać płomieniami wylotowymi.
Nymph Molotcha straciła jedno ze skrzydeł. Maszyna zaczęła spadać w dół kręcąc się wokół własnej osi. Serie z laserowego działka podziurawiły kadłub ślizgacza, oderwały część jego składanych nóg. Na pulpicie aerodyny pulsowały ostrzegawcze kontrolki. Płomienie wdarły się do kokpitu, zaczęły lizać nogi pilota.

Molotch krzyknął przeraźliwie.

Wtedy pierwsza rakieta oderwała ogonowe stateczniki aerodyny. Kolejne odrywały się spod skrzydeł Walkirii ciągnąc za sobą warkocze dymu. Płonący Nymph zaczął rozpadać się na kawałki, runął ku czarnemu lasowi niczym kamień, gubiąc za sobą fragmenty kadłuba, szyb kokpitu i silnikowych obudów.

Zygmunt Molotch, ogarnięty płomieniami od stóp po głowę, wciąż jeszcze żył, kiedy ślizgacz uderzył w powierzchnię ziemi.

Kula ognia wystrzeliła w powietrze omiatając swymi jęzorami dżunglę i pozostawiając po sobie dziesięć hektarów wypalonej ziemi.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 15:53

[center]ROZDZIAŁ PIERWSZY[/center]
Lokalna wiosna, Petropolis, Eustis Majoris, 401.M41

Zmęczony i rozkojarzony, próbowałem się rozluźnić - nie w sensie fizycznym, systemy podtrzymywania życia mojego sarkofagu dbały o zaspokajanie podstawowych potrzeb organizmu. Rozluźniałem się psychicznie, postępując w myśl zaleceń, na których opierały się wszystkie psioniczne rytuały.

Płytki trans pozwolił mi otworzyć się na zewnątrz. Usłyszałem dźwięki dobiegające zewsząd, z każdego zakamarku kosmicznego statku, zignorowałem je jednak, wygasiłem. Byłem zmęczony po długiej podróży.

Skoncentrowałem się, skupiłem umysł. Nie czułem niczego i zarazem czułem wszystko - wszystko, co składało się na Eustis Majoris. Opasły świat pokryty gigantycznymi miastami. Pokryty warstwą brudu, którego smak wdzierał się w me zmysły. Miałem wrażenie, jakbym dokonywał sekcji rozkładających się zwłok.

Opuszki moich palców drętwiały niczym skażone, chociaż tak naprawdę nie miałem już palców. Eustis Majoris. Posmak tego świata wywoływał u mnie odruchy wymiotne. Stary świat. Skąpany w deszczu świat. Stolica podsektora. Zapach popiołu, toksycznych wyziewów i brudu niesiony żarłocznym oddechem planety. Suchy zapach handlowego ożywienia, stęchły odór pokątnych interesów.

Ciężko znosiłem te doznania. Czułem rosnący smak żółci w ustach, skręcanie wnętrzności.

Skupiłem ponownie umysł. Przez moje myśli przepływało zbyt wiele informacji, zbyt wiele sygnałów emitowanych przez zbyt wiele ludzkich istnień. Musiałem się skoncentrować na tych wybranych. Oni byli gdzieś tam, w dole - moi ludzie, ciężko pracujący na me polecenie. Nie mogłem ich zgubić.

Charakterystyczne sygnały. Musiałem szukać charakterystycznych sygnałów. Wypatrywałem błysku amuletów wykonanych z upiorytu. Przemykałem przez umysły żywych istot, skacząc od jednej do drugiej na podobieństwo wędrówki poprzez pokoje nieskończenie wielkiego zamczyska.

Jestem kurtyzaną o imieniu Matrie, piękną i znudzoną do granic możliwości swym aktualnym kochankiem, marzącą o bogatym nowym patronie. Moja skóra lśni blaskiem wtartego w nią olejku.

Jestem pijakiem, na którego wszyscy wołają Brogger; liczę wysypane na kontuar baru monety sprawdzając, czy wystarczy mi na jeszcze jedną szklankę amasecu.

Jestem mężczyzną bez imienia. Biegnę przed siebie nie potrafiąc złapać oddechu. Moje ubranie mokre jest od krwi. Mam wrażenie, że należę do klanu; wydaje mi się również, że członkowie klanu będą zadowoleni z kieszonkowego zegarka i kart kredytowych, które właśnie zdobyłem.

Jestem praczką, opłakującą syna, którego kiedyś porzuciłam i nigdy więcej nie ujrzałam.

Jestem nadzorcą habitatu, dyszącym ciężko po wyłamaniu drzwi mieszkania, w których roi się od much. Minęły trzy tygodnie od chwili, kiedy po raz ostatni widziano starego mężczyznę. Będę musiał wezwać agentów. Za coś takiego mogę stracić pracę.

Jestem skrybą Administratum zwącym się Olyvier, stukającym w klawiaturę swego terminala. Ekran urządzenia rzuca zielonkawą poświatę na receptory moich optycznych implantów, powoduje zakłócenia w ich pracy. Czuję się potwornie z powodu bólu zęba. Nie mogę sobie pozwolić na opłacenie wizyty u lekarza, dopóki nie przepracuję do końca miesiąca godzin nadliczbowych. Najbliższa przerwa za sto dziewiętnaście minut.

Jestem serwitorem układającym skrzynki w wielkim magazynie. Miałem kiedyś imię, ale zapomniałem już jak ono brzmiało. I tak muszę wkładać ogromny wysiłek w zapamiętanie tego, jak powinienem układać wskazane mi skrzynki. Pudła mają namalowane strzałki.

Jestem powodem o imieniu Josev Gangs. Czekam zdenerwowany na otwarcie drzwi sali sądowej.

Jestem szczurem, który wgryza się w kości. Jestem szczurem.

Jestem parasolnikiem o imieniu Benel Manoy, stoję przed witryną sklepową czekając na deszcz, który przyniesie mi zarobek. Mam dziewięć lat. Mój parasol, choć złożony, i tak jest wyższy ode mnie. Należał do mojego ojca, kiedy ten jeszcze pracował. Wymaga naprawy, ponieważ wiele już przeszedł. Na rączce wciąż widnieje imię mojego ojca. Kiedy oddam go do reperacji, każę tam umieścić napis "Benel Manoy".

Jestem Edrick Lutz, przewoźnik rzeczny, napierający rytmicznie na wiosła i nucący pod nosem. Woda jest mętna i cuchnie fekaliami. Byłem kiedyś żonaty. Wciąż za nią tęsknię. Dziwka. Co z tym handlem dzisiaj? Ulice po obu stronach kanału są puste.

Jestem Aesa Hiveson, pracownica fabryki papieru. Śpię w swoim jednopokojowym mieszkaniu na ścianach Formalu K. Dwuzmianowa praca wyczerpała mnie do reszty, zasnęłam w momencie, gdy usiadłam na chwilę na krześle. Włączony prysznic wciąż tryska wodą, rury bulgoczą i trzaskają cicho. Dźwięki te nie są w stanie mnie obudzić. Śnię o wyśmienitym śmietankowym deserze, który miałam okazję spróbować kiedyś na weselu dalekiego kuzyna. Nigdy więcej nie trafi mi się okazja, by spróbować czegoś takiego ponownie.

Jestem pielęgniarką w szpitalu Formalu G. Powietrze pachnie medykamentami i środkami odkażającymi. Światła pulsują jaskrawym blaskiem. Denerwuje mnie sposób, w jaki ciasny uniform uciska mi ramiona. Ucisk ten przypomina mi, że moje ramiona są zbyt tłuste. Na moim identyfikatorze widnieje nazwisko Elice Manser, ale naprawdę nazywam się Febe Ecks. Nie posiadam żadnych kwalifikacji do tej pracy, skłamałam starając się o nią. Któregoś dnia ktoś to odkryje. Na razie robię wszystko, by w pełni wykorzystać swój dostęp do prosektorium. Kult dobrze płaci za ciała, zwłaszcza noworodków.

Jestem...

Jestem anonimowymi zwłokami, od dawna martwym ciałem ukrytym za fałszywą ścianą w Formalu B.

Jestem dwójką młodych dziewcząt w mundurach Sił Obrony Planetarnej, pochowanych w płytkich grobach na północnym krańcu parku Stairtown, za rzędami obumierających chaszczy.

Jestem mężczyzną zwisającym ze stryczka w pokoju 49/6 podniszczonego habitatu.

Jestem rodziną dziewczynki, która przepadła bez śladu w drodze do szkoły.

Jestem robotnikiem, który trzyma w tej samej szufladzie biurka zdjęcia młodego chłopaka i starannie naostrzony wojskowy nóż.

Jestem sprzątaczem umierającym na atak serca w zatłoczonym wagoniku kolejki miejskiej.

Jestem drzewem, które usycha na Placu Administracji.

Jestem imperialnym inkwizytorem zwącym się Gideon Ravenor.

Ta myśl poraziła mnie znienacka i przywróciła świadomość. W zalewie obcych myśli omal nie zatraciłem swej własnej osobowości. Powoli, nurzając się w morzu psionicznych impulsów, zacząłem lokalizować poszczególne sygnały, po jednym na raz. Wszystkie tonęły w kakofonii żywych umysłów. Odnosiłem wrażenie, że próbuję wyłowić jeden głos rozbrzmiewający pomiędzy milionem innych.
Skup się, Gideonie, skup się...

Tam! Thonius. A z nim Kys. Razem na zatłoczonej handlowej promenadzie, na powierzchni miasta, dwa ważne dla mnie ludzkie serca bijące w mrowiu innych.
A tutaj Kara, jaskrawa niczym pulsar, jarząca się poświatą głęboko pod górnymi poziomami miasta. Czułem jej zesztywniałe z emocji ciało i przyśpieszający rytm serca. Wyłapałem zapach jedzenia, kuchni. Do diabła, ten sukinsyn ma zamiar-

Zgubiłem ją!

Zbyt wiele, zbyt wiele. Żrący kwasowy deszcz spadający na górne poziomy miasta parzy mi skórę, chociaż nie mam już skóry. Wrażenie jest porażające, wręcz przyjemne. Chciałbym nacieszyć się nim jeszcze trochę.

Nie mam na to czasu. Wyczułem Nayla: masę mięśni i czystego testosteronu. Przemykał poprzez cienie jakiegoś podziemnego pasażu.

A potem...

Kto to? Kto to taki? Kochany Imperatorze, dotknięcie tego umysłu sprawia mi ból. Boli tak mocno...

Mimo to słyszę jego imię, dobiegające z głębi umysłu. Zael...

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 15:57

Pierwszy raz użył flekty, kiedy skończył jedenaście lat, ale miał sposobność widywać je już wcześniej. Widywał też uzależnionych od nich ludzi. Otępiałych, wypalonych od środka degeneratów. Szybko przekonał się jak bardzo życie potrafiło kopać w tyłek tych, którzy mieszkali na dolnych poziomach metropolii.

Cztery miesiące przed jego jedenastymi urodzinami Departmento Munitorium zamknęło dwie największe fabryki w dystrykcie. Dziewiętnaście tysięcy niezrzeszonych robotników zostało - w oświadczeniu Munitorium - odprawionych. Nikt nigdy nie pofatygował się, by wyjaśnić przyczynę zamknięcia zakładów, ale ulica wiedziała powszechnie, że w grę wchodziły kwestie wojen kupieckich. Plotki głosiły, że gdzieś na północnych krańcach metropolii otworzono nowe zautomatyzowane fabryki, w których pojedynczy serwitor wykonywał pracę dwudziestu robotników kontraktowych bez konieczności robienia przerw na sen. Inne plotki przeczyły temu twierdząc, że zarząd fabryk stracił kontrakty podpisane ze stoczniami Marynarki Kosmicznej na Caxtonie. Tak czy owak, tysiące ludzi wylądowały z dnia na dzień na bruku. Zakłady zamknięto na klucz, okna zabito deskami. Dziewiętnaście tysięcy osób pozostawiono samym sobie.

Rodzice Zaela zmarli podczas epidemii gorączki krwiotocznej kilka lat wcześniej. Chłopiec mieszkał w jednym z habitatów w ubogiej dzielnicy, razem ze swoją babcią i siostrą Nove. Siostra miała osiemnaście lat, była mało atrakcyjna i stanowiła jedyne źródło dochodów rodziny. Należała do tej rzeszy robotników, którzy stracili bez ostrzeżenia pracę.

Życie stało się ciężkie, same kupony na darmowe posiłki nie były w stanie utrzymać rodziny. Zael został zmuszony zaprzestać uczęszczania na lekcje, by zdobyć dodatkowe pieniądze, najczęściej poprzez pracę dla miejscowych handlarzy. Niektóre z tych zleceń nie sprawiały wrażenia do końca legalnych. Chłopiec nigdy nie pytał, co takiego znajdowało się w owiniętych brązowym papierem paczkach, które dostarczał pod wskazane wcześniej adresy. W międzyczasie babcia zabijała swe troski oparami kleju pochodzącego ze zużytych tubek wyrzucanych na śmietnisko za jedną z fabryk. A Nove szukała pracy.

Żadnej nie znalazła, ale w trakcie jej szukania natrafiła w jakiś sposób na flekty. Zael nie miał pojęcia, w jaki sposób za nie płaciła. Przyzwyczaił się szybko do jej szklanego wzroku i pustego uśmiechu.

- Powinieneś kiedyś spróbować, maleńki - powiedziała kiedyś. Od zawsze był dla niej "maleńkim braciszkiem", ale teraz wypowiedzenie słowa "braciszku" chyba stanowiło dla niej zbyt duży wysiłek.

Wrócił wtedy do domu po pełnym biegania dniu, z kieszenią bluzy wypchaną karteluszkami kuponów żywnościowych. Nove nie spodziewała się go tak wcześnie. Zerwała się sprzed niewielkiego stolika w ich małej kuchni, wsunęła coś pośpiesznie pod miskę. Zael stał w progu zafascynowany błyskiem czegoś, co jego siostra tak usilnie próbowała ukryć.

Nove odetchnęła z ulgą widząc swego brata. Bała się, że niespodziewaną wizytę złożyli jej agenci albo wędrowni katecheci. Grupa duchownych pracowała w tym tygodniu w Formalu J, chodząc od drzwi do drzwi, niosąc ze sobą religijne pamflety i pełne dezaprobaty spojrzenia.

Zael wszedł do kuchni, wyciągnął kupony z kieszeni i rzucił je na zardzewiałą półeczkę.

- Dobrze, maleńki - oświadczyła Nove - Dobrze, maleńki, dobrze pracujesz.

Zael zignorował mamrotanie siostry, zajrzał do lodówki szukając ukrytego tam wcześniej ostatniego pudełka z cytrynowym sokiem.

Nove odkryła pudełko przed nim, wysączyła płyn do ostatka. Chłopiec włączył kuchenkę, postawił na palniku garnek z wodą. Miał zamiar ugotować zupę ze zdobytej wcześniej zupy w proszku.

Jego siostra odsunęła miskę odsłaniając niewielki kawałek szkła, o nieregularnym kształcie i nie większy od kciuka. Szklana drzazga leżała na pomiętym skrawku bladoczerwonego papieru.

Zael starał się sprawiać wrażenie zajętego, by siostra przypadkiem nie zauważyła jego zainteresowania. Woda w garnku zaczęła się gotować, wrzeć. Kuchnia przesiąknięta była zapachem przypalonego mięsa i kleju babci.

Nove wygładziła czerwony papierek i spojrzała na kawałek brudnego szkła. Zamrugała, potem zadrżała wyraźnie, usta zaczęły jej dygotać. Oparła się plecami o krzesło i położyła dłonie płasko na blacie stołu.

To wtedy wypowiedziała tamte słowa.

- Powinieneś kiedyś spróbować, maleńki.

- Po co?

- To sprawia, że wszystko wygląda lepiej.

Zupa w garnku zaczęła kipieć i wylewać się na zewnątrz, zgasiła płomień palnika. Zael musiał szybko wyłączyć kuchenkę, inaczej całe mieszkanie wypełniłby smród gazu.

Tydzień później Nove już nie żyła. Agenci zabrali jej ciało, oznakowali materiały dowodowe, zamknęli na krótki czas wąską alejkę. Powiedzieli, że spadła z balkonu będąc pod wpływem zakazanego środka odurzającego. Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego wylądowała na ziemi zwrócona twarzą w górę. Sprawiała takie wrażenie, jakby się przed czymś próbowała cofnąć. Ludzie cofają się, kiedy się czegoś boją.

Osiemnaście pięter. Tylko patolog zdołał określić w miarę dokładnie pozycję ciała dziewczyny, kiedy ta zaczynała spadać za krawędź balkonu.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 16:00

Lata spędzone na obserwacji babci wdychającej opary klejowej zupy, krwawiącej z nozdrzy i oddającej mocz i kał na siebie i swój bujany hotel utrwaliły Zaela w przekonaniu, iż nigdy nie sięgnie po faworyzowaną przez nią truciznę.

Inaczej sprawa wyglądała z flektami. Były to niewielkie fragmenty szkła - malutkie szklane drzazgi owinięte w bladoczerwony papier. Chłopiec widywał dilerów stojących na rogach ulic, sprzedających flekty za gotówkę. Słyszał też o sprzedaży większych fragmentów szkła, użytkowanych wspólnie przez grupki uzależnionych od nich ludzi.

W wieku jedenastu lat pracował dla ulicznego handlarza o nazwisku Riscoe. Nove nie żyła od trzech tygodni. Riscoe, tłuścioch otoczony niesłabnącym fetorem starego potu, przeczesał włosy chłopcami swymi grubymi palcami i oświadczył, że Zael spłacił wszystkie swoje długi. Potem zapytał, czy chłopak chce zapłatę w gotówce czy woli w zamian spojrzenie? Zael wybrał spojrzenie. Mały kawałek owiniętego w bladoczerwony papier szkła opuścił kieszeń Riscoe i trafił do ręki Zaela przekazany pod spodem dłoni handlarza, gestem wprawnego karciarza.

- Strać się - powiedział Riscoe. Nie była to próba przepędzenia chłopaka, tylko rada użytkownika flekt.

Zael nosił szklaną drzazgę w kieszeni przez osiem dni. Po tygodniu, nocą - kiedy babcia już spała - wspiął się na opustoszałe piętro serwisowe habitatu, rozwinął papierowe opakowanie i spojrzał.

I nigdy już nie przestał spoglądać.

Teraz miał dwanaście lat. A może czternaście. Nie był do końca pewien, ale wydawało mu się, że była to parzysta liczba. Biegał cały czas jako kurier, a zapłatę brał albo we flektach albo w gotówce, którą natychmiast wymieniał na flekty. Tak czy owak, narkotyk się sprawdzał. Jedyne jasne wspomnienie z niedalekiej przeszłości wiązało się z wyniesieniem ciała babci przez agentów Magistratum.

- Od jak dawna nie żyje? - zapytał lekarz Magistratum ściągając ochronną maskę ze skrzywionej w grymasie odrazy twarzy.

- Babcia nie żyje?

- Zadusiła się własnymi wymiocinami... - lekarz urwał na chwilę - Zwłoki są wysuszone. Musiała umrzeć całe tygodnie temu. Niczego nie zauważyłeś?

Zael wzruszył ramionami. Chwilę wcześniej zdobył kolejną flektę i chciał ją za wszelką cenę wykorzystać. Szklana drzazga zdawała się drgać ponaglająco w kieszeni ubrania. Ci ludzie i ich pytania tylko oddalały chłopca od jego nagrody.

- Wszystko będzie dobrze - powiedział lekarz cofając się o krok. Jego koledzy wynieśli na korytarz habitatu bezkształtny worek na zwłoki. Medyk próbował przybrać pocieszający ton głosu.

- Wiem - odparł Zael.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 16:04

Zael rozglądał się za okazją na spojrzenie, kiedy spostrzegł tego faceta.

Gość próbował wtopić się w otoczenie, ale wyraźnie mu to nie wychodziło. Wyglądał na twardziela: wysoki, szeroki w barach, masywny. Mógłby od biedy uchodzić za jednego z gangsterów klanu Stack - i chyba na tym właśnie mu zależało - ale był zbyt starannie ogolony i nosił zbyt czystą matowoczarną kurtkę. Zael zamierzał kupić flektę od swego zwyczajowego dilera, tępego handlarza o nazwisku Isky pracującego na co dzień na niższych poziomach po północnej stronie metropolii. Kiedy spostrzegł nieznajomego faceta, zmienił plany.

Gość go śledził, przez całą drogę od Przedziału J do mostu nad kanałem. Zael zatrzymał się na krótki czas na moście, oplatając palcami żelazną poręcz barierki i spoglądając na śmieci kołyszące się na powierzchni mętnej wody. Parowy pociąg przetoczył się po wiadukcie ponad głową chłopca, rzucając na ciemną taflę wody punkciki światła. Most ogarnęła na kilka sekund chmura dymu buchającego z węglowych kotłów pociągu i Zael wykorzystał tę nieoczekiwaną osłonę, by umknąć na drugą stronę rzeki.

Dwie ulice dalej, na skraju Przedziału L, ponownie zobaczył obcego faceta. To był na pewno ten sam gość. Czarna kurtka, gładko ogolona czaszka, ciemna starannie wypielęgnowana bródka.

Na Crossferry Zael skręcił na zachód, łudząc się nadzieją na zgubienie ogona. Facet był dobry, naprawdę dobry. Seria uników i skrętów, a on wciąż deptał chłopakowi po piętach.

Zael zaczął biec. Pokonał szybko Crossferry mijając rzędy budek z tanimi towarami, skręcił pod przęsła kolejnego mostu znikając w półmroku. Obejrzał się przez ramię i wpadł prosto na wystawioną do przodu otwartą dłoń mężczyzny.

Facet złapał go za gardło i przycisnął do najbliższego przęsła.

- Jesteś oglądaczem - powiedział mężczyzna, wymawiając słowa z wyraźnie obcym akcentem - Chciałem to załatwić grzecznie, ale mnie próbowałeś wykiwać. Twój diler. Chcę twojego dilera.

- Pieprz się - zaśmiał się fałszywie Zael.

Uścisk na gardle przybrał na sile i cała sytuacja przestała być dłużej zabawna.

- Po co ci mój diler? - zapytał Zael, kiedy obcy w końcu go puścił.

- Bo chcę - odparł wymijająco mężczyzna.

Tak jakby to cokolwiek wyjaśniało.

- Jesteś agentem?

Facet potrząsnął przecząco głową.

- To kim?

- Najgorszą rzeczą, jaką możesz sobie wyobrazić.

Zael oddychał ciężko, urywanie. Teraz naprawdę zaczął się bać. Zastraszano go na różne sposoby praktycznie każdego dnia, ale nigdy w taki sposób. Ten facet nie wyglądał ani na wkurzonego kiepskim towarem klienta ani na gangstera chcącego załatwić jakieś porachunki. Nie, on należał do zupełnie innej ligi. Zael nie miał najmniejszego zamiaru doprowadzić go do Iskiego, ale wiedział, że może obcemu podrzucić coś w zamian. Znał kilku dilerów pracujących ponad Przedziałem L i nie wahał się przed wydaniem ich w ręce tego faceta. W końcu ryzykował teraz własną głową.

- Masz jakieś nazwisko? - spytał chłopak.

Mężczyzna zamyślił się na ułamek chwili.

- Twoje czy moje? - powiedział takim tonem jakby zadawał pytanie stojącej obok niewidzialnej postaci. Chwila milczenia, po czym skinął głową i spojrzał na Zaela.

- Mów do mnie Ravenor.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 16:08

Zaczęło padać. Silny wiatr z zachodu zagęścił warstwę chmur unoszącą się ponad dystryktem i przynitowane do ulicznych słupów klaksony alarmowe obwieszczały swym rykiem zbliżające się niebezpieczeństwo.

Carl Thonius zachowywał się tak jakby nie słyszał ich dźwięku, toteż dziewczyna ujęła go za łokieć i wskazała dłonią pobliskie szklane zadaszenie chroniące część chodnika.

- Nienawidzę tej cholernej planety - powiedział mężczyzna.

Tysiąc dwieście lat masowej industrializacji Eustis Majoris nieodwracalnie skaziło atmosferę świata. Przez jedenaście i pół miesiąca w roku rozległa metropolia Petropolis kryła się pod dywanem trujących oparów i smogu, nękana częstymi opadami żrących deszczów. Niebezpieczny płyn wgryzał się we wszystko: kamienie, dachówki, cegły, stal, ludzką skórę. Rak skóry, efekt uboczny wystawiania ciała na żrące deszcze, był drugą po zatruciu metalami ciężkimi przyczyną zgonów na całej planecie.

Kiedy przeciwdeszczowe syreny zaczęły wyć, na ulicach i w alejach pojawili się natychmiast parasolnicy, okrzykami oferujący przechodniom swe usługi. Każdy z nich rozwijał z miejsca wielki parasol na teleskopowym uchwycie, w pogodny dzień noszony zazwyczaj na ramieniu niczym pika. Niektóre parasole wykonane były z grubego papieru, inne pokrywała powłoka z drogiego materiału, plastiku lub celulozy. Niemal wszystkie pomalowano w przyciągające wzrok jaskrawe barwy, widniały też na nich informacje o cenniku usług.

Para obcoświatowców odpędziła najbliższych parasolników, nie zamierzając wystawiać nosa spod zadaszenia. Cudzoziemcy słyszeli wyraźnie dźwięk żrących kropli deszczu, posykujących na bruku ulicy.

Carl Thonius praktycznie nie odsuwał od nosa i ust jedwabnej chusteczki wymoczonej w olejku z osscili. Na jego twarzy od momentu lądowania malował się wyłącznie grymas zdegustowania i odrazy.

- Wyglądasz jak skończona cipka - oświadczyła, nie po raz pierwszy zresztą, Patience Kys.

- Nie mam pojęcia jak ty potrafisz oddychać tym powietrzem - skrzywił się jeszcze bardziej Carl - Każdy oddech napełnia mi płuca syfem. To jest najbardziej ohydna planeta, jaką zdarzyło mi się w życiu widzieć.

Thonius był człowiekiem o niepozornej posturze, ale przyciągającym uwagę stylu. Stał, chodził czy siadał - zawsze w taki sam sposób: z mieszaniną elegancji i wdzięku. Ustawienie stopy, zgięcie łokcia. Miał na sobie czerwony strój o złotych wykończeniach i obszyciach, czarne skórzane buty i przeciwdeszczowy płaszcz z szarego plastiku. Skończył dwadzieścia dziewięć lat podług ziemiańskiej klasyfikacji. Jasne włosy zaczesał wysoko ponad czoło, skórę twarzy pokrył białym kosmetycznym proszkiem. Zdegustowane oblicze i przytknięta do nosa chusteczka sprawiały, że wyglądał niczym żywa ilustracja scenki sytuacyjnej "Dżentelmen zamierzający się wysmarkać".

- Cipka - powtórzyła dziewczyna - Mnie to miejsce przypomina dom.

Patience Kys urodziła się na Sameterze w podsektorze Helican: innym brudnym, zatłoczonym, skorodowanym świecie pełnym ciasnych gigantycznych habitatów. W Imperium było ich mnóstwo.

Cudzoziemcy stanowili dziwaczną parę. Dandys i ulicznica. Wyższa od swego towarzysza, atletycznie zbudowana, dziewczyna poruszała się w sposób tak zgrabny, że wręcz płynęła po chodniku. Brązowy skórzany kostium ze srebrnymi łuskami nie ukrywał zbyt wiele z wdzięków jej ciała. Czarne włosy ułożyła w wielki koński ogon ozdobiony długimi srebrnymi spinkami. Miała bladą skórę twarzy i zielone oczy.

- Zgubiliśmy go - przyznała niechętnie.

Thonius zerknął na nią z ukosa, podniósł jedną brew.

- Ten niebieski - oświadczył.

- Skąd możesz mieć pewność?

Chodnik i ulica przed parą obcoświatowców pełne były skrytych pod parasolami ludzi. W ich wielobarwnym mrowiu wyróżniał się jeden, całkowicie niebieski.

- Żadnych oznakowań. Żadnych cenników. Bogaty człowiek, który nie musi korzystać z usług ulicznego parasolnika. Ma własnego.

- Znasz się na rzeczy... - parsknęła pogardliwie dziewczyna - Ale i tak jesteś cipka.

Thonius chrząknął z politowaniem, ale nie wdał się w słowną utarczkę. Każdy człowiek poza Adeptus Astartes w pancerzu terminatorskim był w oczach Patience Kys cipką.

Ruszyli poprzez uliczny tłum podążając śladem niebieskiego parasola. Widok tak wielu przechodniów noszących na sobie ślady poparzeń budził pełną przerażenia fascynację cudzoziemców. Niektóre rany były stare, zabliźnione, inne świeże. Niektóre - i na ich widok Carl Thonius jeszcze mocniej przyciskał do nosa chusteczkę - nie były już zwykłymi poparzeniami, tylko płatami zdegenerowanej chorej tkanki. Najpopularniejszym lekiem na te straszne dolegliwości był "papier wiary", dostępny w sklepikach na rogach ulic i pod arkadami zadaszeń. Cienki i giętki, papier ten błogosławiony był na etapie produkcji przez rozmaitych kleryków Eklezjarchii, a następnie nasycany łagodzącym ból serum w postaci mlecznika czy flodroxilu. Ludzie cięli zakupione arkusze na mniejsze kawałki, moczyli je w wodzie i przyklejali na poparzenia. Reszta leżała w gestii wiary i Boga-Imperatora. Mijający obcoświatowców przechodnie mieli na sobie wiele papierowych łatek - jakiś mężczyzna w podeszłym wieku pokrył nimi cały kark i głowę, wyglądając niczym groteskowy manekin.

W strugach kwaśnego deszczu rozległ się jakiś dziwny dźwięk. Kys podniosła głowę na czas, by spostrzec stado ptaków, zawracających wysoko w górze i śmigających ku wysokim szpicom wieżowców.

- Jak one tu mogą żyć? - zdumiała się głośno.

- One nie żyją - wyjaśnił Thonius.

Nie miała pojęcia, o czym Carl mówi, ale nie zamierzała ciągnąć go za język. Czuła się zbyt zmęczona na kolejny nudny wykład z ust Thoniusa.

Na skrzyżowaniu z ulicą Lespera niebieski parasol skręcił w lewo i podążył w głąb szerokiego bulwaru St Germanicus do dzielnicy ceramików. Deszcz wciąż nie przestawał padać.

- Gdzie się teraz wybiera? - zapytała.

- To jego jedyna słabość. Kolekcjonuje klajwary.

- Nie jedyna słabość - zaoponowała.

- Jedyna, do jakiej się przyznaje - kiwnął głową Thonius.

Pod metalowymi daszkami i ciężkimi plandekami artyści i rzemieślnicy wystawiali na drewnianych stolikach swe towary. Niebieski parasol przemieszczał się pomiędzy tymi stoiskami, które prezentowały misy i wazy o masywnych kształtach i bogatych kolorach.

- Podobno ma największą kolekcję starożytnych klajwarów w całym Formalu B - oświadczył Thonius.

- Powiedziałeś to tak jakby to był jakiś powód do dumy. Albo to miało czegoś dowodzić - odparła Kys - Już mnie to zaczyna nudzić, Carl. Skopmy mu dupę.

- Nie. Nigdy nie wyciągniemy z niego prawdy, jeśli zostanie przyparty otwarcie do muru. Jest na to zbyt cwany.

- Jego orientacja jest heteroseksualna, prawda?

Thonius spojrzał na dziewczynę z ukosa.

- Tak mówią materiały operacyjne. Czemu pytasz?

Kys ujęła go pod ramię i przyśpieszyła kroku wyprzedzając znacząco posiadacza niebieskiego parasola. Śledzony przez nich człowiek stanął przed witryną kolejnego sklepu z porcelaną.

- Kys? Co zamierzasz...

- Zamknij się. Będzie tutaj za parę minut - dziewczyna wskazała dłonią na wystawę pobliskiego sklepu z wyrobami ceramicznymi - Ten będzie dobry?

- Cóż... chyba... myślę, że tak. Jest tu kilka ładnych rzeczy z późnej trzeciej ery.

- Wybierz coś dla mnie.

- Co?

- Znasz się na tym, ponieważ jesteś cipka. Wybierz dla mnie coś szybko. Najlepszy towar, jaki tu mają.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 16:21

Umberto Sonsal, wicedyrektor zakładów Engine Imperial w Formalu B, był wyjątkowo otyłym mężczyzną o wilgotnych pełnych ustach i pozbawionych powiek oczach. Klaksony ostrzegające przed deszczem ucichły wraz z ustaniem opadów i zbliżający się do ceramicznego sklepu biznesmen pokręcił wieczkiem noszonego na dłoni sygnetu. Ochronne metalowe płytki zakrywające część jego twarzy wsunęły się z powrotem pod skórę za uszami i pod łukami brwiowymi. Osobisty parasolnik dyrektora złożył jego wielki niebieski parasol.

Sonsal otarł swoje czoło haftowaną chusteczką, po czym wstąpił pomiędzy sklepowe półki przeglądając niektóre egzemplarze z oferty. Jego asystent, parasolnik i dwaj przyboczni ochroniarze czekali przed wejściem do sklepu.

Talerz na trzeciej półce wyglądał szczególnie obiecująco. Nie później niż trzecia era, perfekcyjne wymiary, idealny połysk. Wyciągnął dłoń chcąc ująć talerz w dłoń, ale ktoś go zdołał ubiec.

- Och, jakie to piękne - wyszeptała dziewczyna podnosząc talerz ku światłu lamp.

- To prawda - odparł głębokim tonem.

- Przepraszam. Chciał pan go obejrzeć? - zapytała nieznajoma.

Była oszałamiająca. Jej oczy były takie zielone, szczupła sylwetka taka zgrabna, miłość do klajwarów tak oczywista.

- Pani pierwszeństwo - ukłonił się Sonsal.

Obróciła talerz wprawnymi ruchami palców, odnotowując wzrokiem naklejkę wykonawcy na spodzie naczynia i jego numer seryjny.

- Późna trzecia? - wydęła wargi zerkając pytająco w stronę dyrektora.

- Oczywiście.

- Ta etykietka. Wygląda na Wytwórnię Nooks, ale mam wrażenie, że to raczej Solobess sprzed czasów przejęcia przez Nooksa.

Zwróciła naczynie w stronę mężczyzny. Sonsal przesunął palcem po swych ustach, zmarszczył czoło.

- Muszę się zgodzić. Zna się pani na rzeczy.

- Och nie! - zaprzeczyła gwałtownie prezentując absolutnie zniewalający uśmiech - Nie bardzo. Ja po prostu... lubię takie rzeczy.

- Ma pani niebywale wysublimowany smak... pani?

- Patience Kys.

- Mam na nazwisko Sonsal, ale będzie mi miło, jeśli zechce się pani do mnie zwracać per Umberto. Patience, masz wyborne oko. Chcesz kupić ten talerz? Szczerze go rekomenduję.

- Obawiam się, że nie stać mnie na taki zakup. Mówiąc szczerze, Umberto, moja pasja w przeważającej większości ogranicza się do oglądania tych dzieł sztuki. Mam parę godnych uwagi egzemplarzy, ale rzadko kiedy dysponuję kapitałem umożliwiającym nowe zakupy.

- Rozumiem. Może jest tutaj coś innego, co również zwróciło twą uwagę.

[center]* * * [/center]
+ Thonius!+

Mentalny okrzyk uderzył go między oczy niczym cegła. Thonius znajdował się w tym momencie po drugiej stronie ulicy, obserwując ceramiczny skład spod witryny sklepu oferującego bele "papieru wierzących". Dymiąca woda spływająca z dachu budynku bulgotała w pobliskich żelaznych rynnach, mocno skorodowanych i podniszczonych. Thonius wyciągnął osłonkę z okularu swej lunetki.

+ Szybko. Coś dobrego! +

- Widzisz to? - zapytał Thonius. Twierdzącą odpowiedź otrzymał natychmiast, delikatną i cichą, zupełnie odmienną od brutalnej komunikacji myślowej Kys.

- Co sugerujesz? - przeszedł do rzeczy Thonius.

Milczał chwilę słuchając wskazówek, po czym zaczął mówić półgłosem.

- Po twojej lewej, szeroka urna. Nie, Kys, po drugiej lewej. Tam. Ta brązowa. To wczesna czwarta era, ale twórca ma znakomitą reputację. Marladeki. Jest cenna, bo ma doskonałe proporcje, a Marladeki młodo umarł, więc jego dzieła do licznych nie należą.

+ Jak młodo umarł? +

- Zapytam. Jak młody był, kiedy umarł? Hmm. Patience, zmarł w wieku dwudziestu dziewięciu lat. Wyrabiał przeważnie misy. Urny to w jego przypadku rzadkość.

- Znasz się na sprawie.

[center]* * *[/center]
- To jest śliczne - powiedziała Kys wyciągając dłoń ku smukłej butelce na wino o pięknym połyskliwym wykończeniu czarnego szkła - ale to...

Westchnęła z zaskoczeniem i ujęła delikatnie w dłonie niską urnę o szerokim obwodzie.

- To dopiero jest cacko. Wczesna czwarta, mogłabym rzec... ale nie uważam się za profesjonalistę w tej dziedzinie.

Sonsal zabrał z rąk dziewczyny naczynie, nie potrafiąc się zdecydować, czy patrzeć na urnę czy raczej na swą uroczą rozmówczynię.

- Wiesz na ten temat naprawdę wiele, moja droga. Faktycznie wczesna czwarta. Kto jest autorem? Nie potrafię odcyfrować etykiety...

Sonsal założył na oko jubilerskie szkiełko i zaczął uważnie studiować spód urny.

- To chyba nie może być Marladeki, prawda? Wydawało mi się... on zrobił tak mało dzieł nie będących misami.

Sonsal zdjął szkiełko z oka i obrócił urnę w dłoniach.

- To on - oznajmił cichym tonem.

- Nie!

- Na Boga-Imperatora, Patience, szukałem czegoś takiego od lat! Sam uznałbym tę urnę za podróbkę, gdyby nie twoja spostrzegawczość!

- Bez przesady - wzruszyła wdzięcznie ramionami. Mężczyzna był dla niej skrajnie odpychający. Granie roli uprzejmej ślicznotki sprawiało jej ogromną trudność.

- Muszę to mieć - powiedział Sonsal, po czym zreflektował się i spojrzał na dziewczynę pytająco - Chyba, że ty jesteś zainteresowana?

- Cena tej urny wykracza dalece poza moje możliwości finansowe, Umberto - wyznała szczerze Kys.

Sonsal uniósł naczynie w górę i właściciel sklepu podszedł do niego śpiesznie z zamiarem zapakowania urny i wystawienia faktury.

- Jestem twoim dłużnikiem, Patience.

- Jesteś dla mnie zbyt uprzejmy, Umberto.

- Czy zechciałabyś... czy zaszczyciłabyś mnie swą obecnością na dzisiejszej kolacji?

- To raczej niemożliwe...

- Nalegam. Musimy uczcić tę okazję. Naprawdę, Patience, przynajmniej tyle mogę dla ciebie zrobić w formie podziękowania... jak możesz być tak okrutna i pozbawiać mnie tej przyjemności spożycia wspólnego posiłku z kobietą o tak wybornym smaku?

- Umberto, jesteś taki słodki.

[center]* * *[/center]
- Na Tron, on jest odrażający - mruknął pod nosem Thonius - Złoty Tronie, ależ z ciebie dziwka, Kys.

+ Stul gębę, cipko +

- Bądź ostrożna, Patience. Bądź ostrożna.

[center]* * *[/center]
Ostrzegające przed deszczem klaksony ożyły ponownie. Kiedy Sonsal i jego towarzysze ruszyli w górę ulicy, parasolnik dyrektora rozłożył niebieską kopułę. Sonsal i Patience ukryli się pod nią natychmiast.

- Tak, obserwuję ich - padła odpowiedź Thoniusa, skierowana pod adresem rozbrzmiewającego w jego głowie głosu. Śledczy posuwał się ulicą w ślad za niebieskim parasolem - Zostanę z nią, nie martw się o nic. Jeśli Kara albo Nayl są wolni...

Mentalny impuls.

- Och, oboje zajęci? Dobrze, sam sobie poradzę. Tak, poradzę sobie z tym. Przecież powiedziałem.

Mentalny impuls.

- W porządku. Spokojnie, Ravenor. Zawsze pozostaję twym wiernym sługą.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 czerwca 2015, 16:26

Przeklęty ninker sięgnął po swój ukryty atut.

Ruch dłoni pod kurtkę, doskonale czytelny i zrozumiały. Co tam takiego chował? Pistolet? Miotacz gazu? Pieprzony bolter?

Kara Swole nie zamierzała czekać na odpowiedź. Skoczyła w tył, opierając się dłońmi o chromowany blat przeleciała nad stalowym kontuarem baru.

Pociski uderzyły w żebrowane półeczki ponad jej głową, wyrzucając w powietrze tacki z grillowanym mięsem i parującą warzywną pastą. Szklane słoje pełne ryb i przetworów rozprysły się na kawałki obsypując swą zawartością tylną część kontuaru. Ktoś darł się jak opętany. To chyba ta kelnerka z ogromnym biustem, pomyślała Kara. A niech wrzeszczy, ma ku temu odpowiednie gabaryty.

Kara popełzła na czworakach wzdłuż kontuaru, szybka niczym drapieżny kot. Rozpięła trzy górne guziki swego kombinezonu i sięgnęła w stronę noszonej pod pachą kabury. Automatyczny Tronvasse o krótkiej lufie wpadł jej prosto w dłoń. Docierając do krańca kontuaru usiadła na tyłku, oparła się o bufet plecami i odciągnęła bezpiecznik pistoletu.

Strzelanina ustała na chwilę. Dziewczyna słyszała jedynie dzikie wrzaski i lamenty uciekających z baru klientów.

- Gdzie on jest? - wyszeptała.

+ Pięć metrów na lewo od ciebie, idzie do przodu. Wyczuwam w nim silne podekscytowanie +

- Nie gadaj. Próbował mnie na miejscu rozwalić. Silne podekscytowanie to nie dość stosowne określenie.

+ Proszę, bądź ostrożna. Znalezienie twojej następczyni może mnie sporo kosztować +

- Jesteś bardzo uprzejmy.

+ Chciałem coś dodać... nie potrzebujemy problemów. Nie tutaj. Pociągnęłyby za sobą zbyt wiele komplikacji. Możesz go obezwładnić? +

- Obezwładnić?

+ Tak +

- Wariata ze spluwą w ręku?

+ Tak +

- Zobaczmy...

Uniosła nieznacznie głowę. Dwa następne pociski omal nie zdarły jej skalpu, gwizdnęły tuż nad kontuarem.

- Negatywna odpowiedź.

+ Um +

- Słuchaj, mogę spróbować. Pozwolisz mi patrzeć?

+ Zamknij oczy +

Kara Swole zamknęła swe oczy. Po chwili w jej umyśle pojawił się nieco zdeformowany, rozmazany obraz, jakby widziany spod powierzchni wody. W dole widniał bufet publicznej jadłodajni, obserwowany gdzieś spod sufitu. Co kilka sekund obraz zanikał, po czym pojawiał się ponownie, przywodząc na myśl projekcję źle sformatowanego pliku graficznego. Dziewczyna ujrzała stoliki i krzesła, poprzewracane w trakcie popłochu, rozbite naczynia i rozrzucone po podłodze jedzenie. Blat kontuaru połyskiwał w świetle wiszących pod sufitem lamp. Za nim, pod osłoną masywnej bariery, kucała się niska, muskularnie zbudowana dziewczyna w gimnastycznym podkoszulku, dziwacznych spodniach z japanagaru kojarzących się z kobietą lekkich obyczajów i skórzanej kurtce bez rękawów. W rękach ściskała automatyczny pistolet. Pod grzywką krótko przyciętych jasnych włosów widniały zaciśnięte oczy.

Nigdy nie podobał mi się ten jasny kolor. Muszę się przefarbować z powrotem na czerwień.

+ Skoncentruj się. W niczym mi nie pomagasz +

- Przepraszam.

W polu wizji pojawił się ninker. Był po drugiej stronie kontuaru, zmierzający ostrożnie w kierunku jego rogu. Wygięty magazynek sterczący z jego rękojeści jego pistoletu był tak wielki, że mężczyzna zdawał się dzierżyć nieforemny teownik.

+ Oprócz podekscytowania nie wyczuwam niczego innego. Przez większość czasu w przeciągu ostatnich trzydziestu pięciu minut palił obscurę. Narkotyk totalnie go ekranuje +

- Więc raczej się nie przestraszy, jeśli go wezmę na celownik?

+ Bardzo wątpliwe +

Kara odetchnęła głęboko, wciągając w nozdrza zapach rozsypanego jedzenia i rozlanej kawy. Potem zerwała się w ułamku chwili na nogi, celując z Tronvasse w kierunku ninkera.

Którego już nie było w jadłodajni.

- Gdzie to cholery...

+ Zwiał jak mi się wydaje. Chyba poszedł po rozum do głowy +

Drzwi znajdujące się w bocznej ścianie sali kołysały się na zawiasach. Kara podbiegła do nich z bronią dzierżoną w wyciągniętych do przodu dłoniach, w pozycji charakterystycznej dla stróżów porządku. Kara Swole nigdy nie służyła w siłach porządkowych Departmento Magistratum, ale pewien twardy jak skała arbitrator o nazwisku Fischig nauczył ją swego czasu tego i owego.

Pchnęła czubkami palców chwiejące się ciągle drzwi. Po drugiej stronie progu znajdował się ciemny korytarzyk o wyłożonej zdeptanym linoleum podłodze. Wzdłuż obu ścian piętrzyły się skrzynki z mrożonym mięsem i tuby produkowanego fabrycznie tłuszczu do smażenia. Od strony znajdujących się piętro niżej kuchni buchał gorący zapach jedzenia i pary.

Lokal nazywał się Lepton, był jedną z wielu publicznych jadłodajni funkcjonujących w Formalu D Petropolis. Podobnie jak wszystkie inne tego rodzaju niezrzeszone punkty usługowe, znajdował się głęboko w trzewiach dystryktu. Osiem poziomów mieszkalnych i produkcyjnych napierało na jadłodajnię z góry, a do jej wnętrza nigdy nie miało dotrzeć ani słoneczne światło ani nawet żrący toksyczny deszcz. Tylko ponure, licencjonowane restauracje z certyfikatem Munitorium miały lokalizacje na wyższych poziomach miasta lub nawet na wierzchnich ulicach. Wszystkie publiczne jadłodajnie były otwarte na okrągło przez całą dobę, odwiedzane przez rzesze pracujących na zmiany robotników. Ludzie przychodzący tam zjeść śniadanie siadali obok zmęczonych klientów przełykających zupę i popijających tanią zbożową wódkę po zakończeniu mozolnej nocnej szychty. Na dolnych poziomach metropolii królowały sztuczne oświetlenie, metalowe podłogi, obite panelami ściany i wszechobecny brud.

Kara zbiegła do kuchni. Nie zwracający na nikogo uwagi serwitorzy pracowali przy szatkownicach lub pojemnikach z wrzącym olejem, w powietrzu unosił się nieprzerwany szczęk kuchennych utensyliów. Wodna para i dym z piecyków wirowały pod sufitem kotłowane rachitycznymi obrotami psujących się, nie konserwowanych od dziesiątek lat wentylatorów. Garstka pracujących w kuchni ludzi wychodziła powoli ze swych kryjówek pod stołami i za meblami, ale wszyscy pierzchli co sił z powrotem na widok kolejnego uzbrojonego intruza przedzierającego się przez ich gastronomiczne dominium.

- Gdzie on pobiegł? - wrzasnęła do śmiertelnie przerażonego kucharczyka, który próbował zasłonić się trzymaną w rękach frytkownicą. Chłopak wymamrotał coś niezrozumiale.

- Gdzie? - warknęła ponownie i podkreśliła wagę swego pytania strzałem w obudowę pobliskiego piecyka. Z okrągłego otworu zaczął natychmiast tryskać gorący tłuszcz.

- Rampa załadunkowa! - wykrzyczał kucharczyk.

Wypadła z kuchni i znalazła się w szerokim korytarzu o gładkiej podłodze poznaczonej niskimi szynami służącymi do przewozu towarowych wózków. Po obu stronach przejścia znajdowały się załadowane towarem alkowy, haki z zawieszonym na nich mięsem oraz prezentująca się wyjątkowo nieestetycznie toaleta do użytku personelu, która stanowiła źródło odoru przebijającego się nawet przez zwyczajowe zapachy kuchni.

Właz na końcu korytarza był otwarty, do środka pomieszczenia wpadał strumień zimnego powietrza. Pokonując ostatnie kilka metrów dziewczyna przylgnęła plecami do ściany korytarza.

Rampa załadunkowa była poobijaną metalową platformą wyrastającą ponad wilgotną kompozytową posadzkę hali tranzytowej. Tunele komunikacyjne; dostatecznie wielkie, aby mogły się nimi poruszać bez trudu towarowe samochody, biegły w obu kierunkach, oświetlone pulsującymi słabo bursztynowymi lampami. Wysoko w górze ściekająca wolno kwaśna woda i ledwie widoczne dzienne światło sączyły się z szybu biegnącego poprzez piętra kompleksu aż ku jego sklepieniu. Wielkie skorodowane łopaty wentylatorów tkwiły w bezruchu wewnątrz szybu.

Kara przebiegła platformę i wychyliła się za jej poręcz dostatecznie szybko, by dostrzec ściganego mężczyznę znikającego w głębi tunelu po lewej stronie. Zeskoczyła z platformy i pobiegła w ślad za nim.

W chwili, gdy wpadł w wąską alejkę zasypaną pustymi kartonami i stertami śmieci, zdążyła zmniejszyć do połowy dzielący ich od siebie dystans. Mężczyzna obejrzał się przez ramię, spostrzegł ją i chyba bił się przez chwilę z myślami nie wiedząc, czy do niej nie strzelić. Odrzucił rychło ten pomysł i popędził dalej przed siebie.

- Stój! - zawołała Kara.

Nie usłuchał jej wezwania.

Kara przypadła na jedno kolano, wymierzyła starannie i wystrzeliła z trzymanego oburącz pistoletu. Pojedynczy pocisk trafił uciekiniera w lewą nogę i powalił go na ziemię. Mężczyzna runął na pustą metalową skrzynię z takim impetem, że wgniótł swym ciałem jej pokrywę.

Jęczał coś i mamrotał, kiedy silnym szarpnięciem posadziła go na skrzynce.

- To było głupie i niepotrzebne. Chciałam tylko pogadać - powiedziała dziewczyna - Teraz zaczniemy od początku.

Ninker wystękał coś na temat swojej nogi.

- Nie pogarszaj swojej sytuacji. Chcę z tobą pogadać o Lumbe.

- Nie znam żadnego Lumbe.

Kopnęła go w udo tuż nad raną postrzałową i z ust mężczyzny wydarł się zdławiony wizg.

- A właśnie, że znasz. Swoim kumplom w jadłodajni mówiłeś na temat Lumbe dużo i z ochotą.

- Musiałaś się przesłyszeć.

- Do takich rzeczy nie są mi potrzebne uszy. Czytam w twoim umyśle. Lumbe. Facet. Jeśli czegoś potrzebujesz, on to załatwi. Ma dobre ceny. Trawa ułud. Jellody. Niebieściaki. Spojrzenia. Potrafi sporo załatwić.

- Nie wiem! Nie wiem!

- Czego nie wiesz?

- Nie wiem, czego ode mnie chcesz!

+ Kara +

- Nie teraz. Gnojku, doskonale wiesz, czego chcę.

- Nie!

+ Kara +

- Nie teraz. Słuchaj, ty żałosny frajerze, chcę spotkania. Spotkania z Lumbe. Muszę dopaść tego człowieka.

- To się da załatwić - oświadczył czyjś głos za jej plecami.

Kara pchnęła uciekiniera na skrzynkę i mężczyzna opadł na nią popłakując cicho. W głębi alejki stało sześciu wielkich sukinsynów w skórzanych spodniach i ćwiekowanych kurtkach, o wszczepionych pod skórę sztucznych splotach mięśniowych. Przywódca grupy miał twarz poznaczoną bliznami po kwasie, układającymi się w zawiły wzór. Członkowie klanu. Miejscy gangsterzy. Bandyci z ciemnych zaułków.

- Mogłeś mnie ostrzec.

+ Próbowałem +

- Mogę jakoś pomóc, panowie? - wyszczerzyła zęby dziewczyna.

Wszyscy odpowiedzieli jej uśmiechami. Zamiast zębów mieli brudne stalowe implanty. Kilku nosiło na językach kolczyki lub dodatkowe kły wszczepione w ich czubki.

- Cóż, chyba mam kłopoty - powiedziała szacując w myślach swe szanse. Dwóch miało sprężynowe ostrza, dwóch wielkie przemysłowe młoty, a jeden - przywódca - łańcuchową rękawicę. Porządnie naoliwione ząbki wibrowały złowieszczo.

Ona miała po swej stronie automatyczny pistolet i odwagę. Nikłe szanse nawet jak na nią.

+ Te szanse są mniej niż nikłe, Kara. Nie próbuj. Wybrniemy z tego w inny sposób +

- Ta? Niby w jaki? - warknęła sarkastycznie.

- Do kogo gadasz, suko? - zapytał przywódca grupy.

- Do głosów w mojej głowie - odparła łudząc się nadzieją, że może takie oświadczenie wstrzyma na chwilę wybuch ich agresji. Nawet w tak pełnych bezprawia jak Petropolis mia