Późne popołudnie przyniosło ze sobą nieznośny skwar, ale pamiętający długie tygodnie lotu agenci nie narzekali na uciążliwą aurę. Promienie słońca kąpały w upale kanciaste budowle Enkaidenu, wzniesione z uniwersalnych prefabrykatów poddanych następnie niezliczonym przeróbkom i modyfikacjom. Stłoczona w przestrzeni gigantycznego metalowego cylindra, populacja metropolii wiodła życie związane nierozłącznie z oceanicznym cyklem natury. Uliczny zgiełk mieszał się z dźwiękami modlitw płynących z głośników na rogach mieszkalnych habitatów, z przeciągłym łoskotem silników startujących w kosmoporcie towarowców. Przebrani w zakupione wcześniej miejscowe ubrania, Septimus i Hoster przystanęli w wylocie wąskiej alejki wychodzącej na plac Administratum, oparli się o ścianę rzemieślniczego warsztatu pogrążeni w pozornej konwersacji.
Ich oczy obserwowały bacznie plac i znajdujący się na nim tłum, przeskakiwały pomiędzy noszącymi ciemne szary urzędnikami, regulatorami miejscowego Magistratum i mieszczanami wszelkiego rodzaju poszukując najmniejszego śladu zagrożenia.
Nadchodząca prostopadłą ulicą Medea wymieniła z nimi króciutkie spojrzenie, odwróciła głowę w drugą stronę przerywając kontakt wzrokowy.
- Są obok - powiedziała do spoglądającego w innym kierunku Nathana - Nie oglądaj się. Mają dobre pole obserwacji na cały plac.