Podróż przez pierwszy poziom metropolii poniżej Szczytu zajęła trójce agentów ponad godzinę, głównie z powodu kompletnej nieznajomości miasta. Labirynt podziemnych przejść, promenad, klatek schodowych i łańcuchowych wind składał się na trójwymiarowy schemat, który miejscowi znali na pamięć, a który w obcoświatowcach budził spore skonfundowanie. W mijanych po drodze jadłodajniach wzrok przyciągały zbiorniki ze słoną wodą i poruszające się w nich egzotyczne kształty, podświetlane niewielkimi reflektorkami, prezentujące ofertę kulinarną restauracji. Sklepy z rękodziełem, kramy handlarzy złomem, punkty oferujące wycieczki połowowe, szybkie kredyty czy rekolekcje wabiły krzykliwymi neonami, komunikatami monozadaniowych serwitorów i wysokimi głosami kiepsko opłacanych małoletnich obwoływaczy. Z zadymionych klubów dobiegały dźwięki rytmicznej muzyki, powietrze w pobliżu ich wejść przesycał charakterystyczny zapach legalnych używek.
Gwarny tłum wypełniał niemal całą przestrzeń tego rozległego labiryntu, w dziwny sposób wywołując u Nathana ukojenie. Wychowany we wnętrzu Sibellusa, były regulator czuł się swobodnie w ścisku i tłoku, nic sobie nie robiąc z potrącania przez innych przechodniów, wręcz czerpiąc z tego faktu niezrozumiałe zadowolenie. Medea czytała bez trudu mowę ciała Silvanusa, doskonale rozumiejąc powody jego zachowania. Rezydenci imperialnych kopców byli silnie stadnymi osobnikami, tracącymi pewność siebie w izolacji, bezwiednie łaknącymi czyjegoś towarzystwa. Enkaiden był metalowym walcem wzniesionym na szczycie podmorskiej góry, ale dla Nathana stanowił oczywistą namiastkę pozostawionego wiele lat świetlnych w tyle domu.
Gigantyczne łopaty wentylatorów obracały się z rytmicznym łoskotem, tłocząc świeże powietrze w niższe partie ogromnego morskiego miasta. Z sufitów promenad kapała skroplona para, szczękały jakieś wiszące w górze pęki łańcuchów. Wszędzie czuć było zapach ludzkiego potu oraz pieczonego mięsa, sprzedawanego przez ulicznych handlarzy na każdym narożniku.
Grupa podchmielonych mężczyzn przeszła w przeciwną do agentów stronę, rozmawiając hałaśliwie i śląc miejscowym zaczepne spojrzenia. Ich wyróżniające się w tłumie stroje identyfikowały wszystkich niezbicie jako załogantów jakiegoś orbitującego nad Enkaidenem towarowca, podobnie jak ledwie zrozumiały dialekt niskiego gotyku, którym się posługiwali. Medea uśmiechnęła się kącikami ust wyłapując w tłumie wzrokiem sylwetki idących za nimi młodych ludzi w ubraniach miejskiego gangu, przeciskających się między przechodniami na podobieństwo drapieżników płynących skrycie poprzez ławicę w stronę łakomego kąska.
Hoster powiedział coś, czego dziewczyna nie dosłyszała, więc zabójczyni uniosła pytające swe brwi.
- To straszne - powtórzył Merisier, rozglądając się po metalowym mieście szeroko otwartymi oczami - Jak można tak żyć? Bez słońca, w takim ścisku? To szaleńcy...
- Jak widzisz, można - uśmiechnął się porozumiewawczo Nathan. Ledwie chwilę później uśmiech zniknął z jego twarzy zastąpiony wyrazem profesjonalnego skupienia - Mikrokomunikatory straciły zasięg.
Medea już to wiedziała, zaalarmowana cichutkim piśnięciem wetchniętego w prawe ucho urządzenia. Sprzęgnięte z radiem ojca spowiednika moduły łączności straciły połączenie z centralą, odseparowane od niej kompozytowymi konstrukcjami podziemnego miasta, sieciami energetycznymi i płytami ekranującymi.
- Spodziewałam się tego prędzej czy później - skomentowała zabójczyni, przesuwając wzrokiem po podwieszonychpod sufitem promenady kierunkowskazach.