Baart deJong, w świątyni Pana.
Czy ja umieram? Czy to mnie zabiło? Usłyszałeś swoje własne pytania ale miałeś wrażenie jakby je wypowiadał ktoś obok, ten drugi ja. I poczułeś, że duch twój powoli zaczyna się wznosić w czymś w rodzaju tunelu na końcu którego jaśniało jakieś światło nieziemskie. Było tam też coś jeszcze, oprócz światła. Kiedy się zbliżyłeś zobaczyłeś, że wokół światła wirowało mrowie istot skrzydlatych.
[center]

[/center]
Podkład muzyczny:
https://www.youtube.com/watch?v=FWiyKgeGWx0
Uniosłeś się ponad tunelu i wzniosłeś wyżej, ponad anioły krążące wokół wylotu z tunelu. Widziałeś jak mieczami strącały część duchów wznoszących się w tunelu tak samo jak ty przed chwilą. Obok olbrzymiej ilości strażników niebios, których biel skrzydeł poruszała się jakby pod wpływem tchnienia zobaczyłeś nieprzebrane liczby ludzi, w białe szaty przyodziane. Wybrańcy stali jakby równinie. A byli tam starcy, którzy przy wierze gorliwej do końca swych dni zostali, i męczennicy za wiarę straceni, i dzieci które zabrały pomory albo wojny. Wszyscy oni zebrali się w miejscu świątynnym. I wszystkim po sprawiedliwości oddane było to, co zostało przez niegodziwość ludzką zabrane na ziemskim padole. Śpiewali oni donośnym głosem o sprawiedliwości w Losie jakim ich obdarzył Pan, a pieśń rozchodziła się donośnie w przybytku Jego.
A nad posłańcami skrzydlatymi, Archanioły dowodziły w zbrojach złotych i z chorągwiami w dłoniach mocarnych. Nieopodal nich zaś stały Zwierzchności w królewskie szaty odziane, każdy z berłem do rządzenia nad jednym z plemion ludzkich.
[center]

[/center]
A powyżej całe czarne niczym czeluść Władze, którym jedynie oczy płonęły ich krwistą czerwienią pod kapturami zasłaniającymi twarze. Pilnowały one wypełniania praw Jego, i siłę miały do poskramiania braci swych upadłych i złych duchów, mieczami ognistymi. Opodal stały Moce w ołowiane chmury przyobleczone, którym dano moc czynienia wszelkich cudów na ziemi. A obok nich niezłomne Panowania którym dano czas, przestrzeń oraz wszelkie inne prawa kosmosu i ciał niebieskich we władanie. A szaty ich jakby mgławic kosmicznych i z gwiazd i się składały.
A ponad nimi stały Trony dumne. Które najpokorniejsze z pokornych niczym lustra odbijały chwałę Jego na cały lud więżący. A od ludu i braci niebieskich modlitwy chwalebne, prośby i podzięki przynosiły.
A nad nimi cztery Cheruby z których każdy miał po cztery twarze: człowieka, wołu, lwa i orła. I każdy z nich miał po cztery skrzydła; dwa z nich przylegały wzajemnie do siebie, a dwa okrywały ich tułowie. Każdy z nich poruszał się prosto przed siebie; szły tam, dokąd duch je prowadził; idąc nie odwracały się. Przy każdym Cherubie były dwa koła żywe, jakby jedno w drugim, a kołom została nadana nazwa galgal. Ich całe ciało - plecy, ręce, skrzydła i koła u wszystkich czterech - było wypełnione dokoła oczami. I dane im było poznać mądrość całego stworzenia Pana.
A wyżej stały serafiny z płomienia bezdymnego, z czystej miłości złożone, każdy z nich miał po sześć skrzydeł; dwoma zakrywał swą twarz, dwoma okrywał swoje nogi, a dwoma latał. Gorejąc nieziemskim żarem nie przestawały śpiewać: Chwała, chwała, chwała...
A na tronie ponad dobrem i złem, ten przed którym zgina się każde kolano. Z sylwetki jakby człowiek przypominał a tren szat jego białych większą część świątyni wypełniał.
I usłyszałeś głos donośny od którego zadrżał przybytek cały i który dymem wypełnił świątynię całą.
- Któż będzie kolejnym komu dane będą klucze by otwierać Bramy Losów Ludzkich. Albowiem nie ma nieporządku ni przypadku, jest jeno wola Jego. - I poznałeś, że to Cherub pełny wiedzy boskiej wołał. I poczułeś jak żałość napełnia serce twoje.
- Ale ja nie jestem czysty! - mówiąc to cicho do siebie rozdarłeś swe szaty.
Usłyszałeś furkot skrzydeł jego kiedy w chwilę krótka zbliżył się do ciebie.
- Tam! - Rzekł Cherub i wskazał na kadź ze złota, którą czerwień najświętsza wypełniała. I padłeś na kolana i poczułeś jak łzy z oczu płyną ci strugami, bo zdałeś sobie sprawę do kogo należy, ta krew najmilsza, wszelki grzech zmywająca. Drżącymi dłońmi zaczerpnąłeś z kadzi i obmyłeś twarz i ciało słodką czerwienią. I ani kropla nie spadła zmarnowana, wszystko przylgnęło do ciała twego oblepiając je zupełnie.
- Ubierz białe szaty. Przeto wypisz swe imię na wieży sług Jego albowiem teraz czysty jesteś i godny by być wykonawcą Jego planu. I mówiąc to zerwał ze swych skrzydeł pióro jedno, jak noc czarne i podał byś na bielutkiej wieży z kości słoniowej krwią wypisał imię swoje.
A z każdą literą moc napełniał cię przedziwna i cudowna za razem. Czułeś jak odrywasz się od słabości swoich. Wzrok twój tajemnicę przeznaczenia plemion ludzkich widzi. I zrozumiałeś, że oto odtąd dane ci są klucze do nich. I władza by je zmieniać.
Kończąc pisać swe imię na białej jak śnieg wieży, czułeś jak krew która miałeś na twarzy miesza się z łzami szczęścia, spływa po policzkach, dostaje się do ust. Łzawiące oczy coraz mniej widziały, przetarłeś przeto je ręką, która wydała ci się bardzo ciężka. Kiedy otworzyłeś oczy swe na nowo okazało się, że leżysz na szpitalnej posadzce. W ustach nadal czułeś krew.
Inspiracje. 1) Biblia, księga Ezechiela, Księga Izajasza i oczywiście Apokalipsa Św. Jana 2). Pseudo Dionizy Areopagita, Hierarchia niebieska, t. II, tłum . M. D zielska, Znak, Kraków 2005r 3). "O, fortuna" z Carmina Burana Carla Orfa.