PBF - Memento mori
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Konrad czuł się tak jakby był potępiony, a może naprawdę był w piekle?
Jego ciało powinno umrzeć od ran, ale po ugryzieniu, zmieniało się, w Konradzie narastała dziwna chęć, by napić się ludzkiej krwi.
To było straszne. Za co Bóg mnie tak pokarała, lepiej mi było tam sczeznąć.
Jego ciało powinno umrzeć od ran, ale po ugryzieniu, zmieniało się, w Konradzie narastała dziwna chęć, by napić się ludzkiej krwi.
To było straszne. Za co Bóg mnie tak pokarała, lepiej mi było tam sczeznąć.
Ostatnio zmieniony 21 sierpnia 2014, 17:43 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
Mikulas złapał się za głowę. Nie pomyślał o tym, że wąpierze mogą być głodne, a w okolicy byli tylko jego zaufani słudzy oraz ten przydupas Hlava. Zajad! Tak!
- Hlava, rozpal ognisko i zaczekaj tu na nas. Pójdę z Łamignatem po małą strawę dla naszych nowych przyjaciół - dodał z podnieceniem praski medyk. Uzmysłowił sobie, że właśnie dostanie doskonały materiał do badań, a skoro jego dusza i tak będzie potępiona, to jeszcze większym grzechem byłoby zmarnować taką okazję. Jednakże Mikulas Tichy zauważył u siebie coś jeszcze. Zobojętnienie i i powolne, acz postępujące stępienie emocjonalne. Od ostatniej nocy żył w takim stresie i strachu, że wszelkie inne uczucia były skutecznie grzebane i zanikały w odmętach nowego uczucia: perwersyjnej przyjemności.
Jedynie Bóg może go ukarać - ale Mikulas doskonale wie, że On nie bardzo interesuje się sprawami ziemskimi. Uzmysłowienie sobie tego otwarły zakazane dla medyka drzwi: obcowanie z diabelskimi siłami, które w zamian za skromną duszę, oferowały najbardziej pożądany skarb: wiedzę.
- Łamignacie, przejdziemy się do zajazdu. Musimy sprowadzić tu czterech pomocników. Noc zapowiada się chłodna, a ja nie mam zamiaru spać na gołej ziemi. W ośmiu pójdzie szybciej. No dalejże, ruszajmy! A, i weź tą swoją ulubioną dębową pałę...
- Hlava, rozpal ognisko i zaczekaj tu na nas. Pójdę z Łamignatem po małą strawę dla naszych nowych przyjaciół - dodał z podnieceniem praski medyk. Uzmysłowił sobie, że właśnie dostanie doskonały materiał do badań, a skoro jego dusza i tak będzie potępiona, to jeszcze większym grzechem byłoby zmarnować taką okazję. Jednakże Mikulas Tichy zauważył u siebie coś jeszcze. Zobojętnienie i i powolne, acz postępujące stępienie emocjonalne. Od ostatniej nocy żył w takim stresie i strachu, że wszelkie inne uczucia były skutecznie grzebane i zanikały w odmętach nowego uczucia: perwersyjnej przyjemności.
Jedynie Bóg może go ukarać - ale Mikulas doskonale wie, że On nie bardzo interesuje się sprawami ziemskimi. Uzmysłowienie sobie tego otwarły zakazane dla medyka drzwi: obcowanie z diabelskimi siłami, które w zamian za skromną duszę, oferowały najbardziej pożądany skarb: wiedzę.
- Łamignacie, przejdziemy się do zajazdu. Musimy sprowadzić tu czterech pomocników. Noc zapowiada się chłodna, a ja nie mam zamiaru spać na gołej ziemi. W ośmiu pójdzie szybciej. No dalejże, ruszajmy! A, i weź tą swoją ulubioną dębową pałę...
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Odległe wycie wilków dodało obu nocnym wędrowcom rześkości w nogach. Łamignat co i rusz łypał szelmowskim wzrokiem draba po zaroślach upatrując zagrożenia, choć dla Mikulasa wyglądało to tak, jakby miał ochotę zjeść stado wilków. Pomocnik ów był niezaprzeczalnie tępy jak wół, lecz najwyraźniej Bóg wynagrodził mu owe braki na rozumie krzepą tegoż samego wołu.
Bóg, kara, zabawienie... Mikulas westchnął ciężko. Mroczne myśli ponownie ogarnęły jego ducha.
Wtem Łamignat wstrzymał go swym potężnym jak pień dębu ramieniem.
Pokaż się! -krzyknął ku zaroślom.
Odpowiedział mu cichy szelest zwalnianej cięciwy. Mikulasowy osiłek wypuścił większy niż zwykle obłoczek pary z ust, wlepił oczy w pustkę i upadł jak kłoda.
Proszę, proszę... cóż za spotkanie...
Praski medyk nie zdążył jeszcze w pełni pojąć, co się stało, gdy z zarośli naprzeciw niego wynurzyła się kanalia. Ohydny, mały człowieczek odziany w szaty rycerza zakonnego. Parszywy templariusz, którego bezczelny, złośliwy ton miał utkwić w uszach Mikulasa już na zawsze.
Mimo ciemności czuł na sobie wstrętne spojrzenie, małych, piwnych oczek.
Buonafiori... -wyszeptał Mikulas rozpoznając nikczemnika, który niedawno pohańbił swoją podłością progi rodzinnego domu medyka.
O! No jak miło, szanowny pan medyk łaskawie zapamiętał moje nazwisko. No, ale noc jeszcze młoda, a my tu po próżnicy sterczymy. Ten Twój mędrkowaty sługa nic nam rzec nie chciał. Jeno rzeście w lesie się, z dala od ludzkich oczek rozłożyli. a miły był, drogę pokazał, tośmy go i ze sobą zawlekli.
Gadaj tedy bęcwale, gdzieś statuetkę ukrył, albo Cię każę Vladkowi na chwałę pańską wybebeszyć!!
Chłodny dotyk jesiennej nocy muskał go delikatnie w twarz. Otworzył oczy. Siedziała naprzeciw bawiąc się figlarnie naszyjnikiem. Dotknęła go bosą stopą przyprawiając o zawrót głowy.
Lecz miast fizycznego pożądania poczuł zgoła odmienne pragnienie. Rozmarzył się na powrót w chwili, gdy obdarzyła go swym mrocznym pocałunkiem, zapragnął jej krwi, słodkiego smaku, przy którym bledły wszystkie dotychczasowe doznania, jakimi zachwycały go dawniej kobiety.
Wiatr szumiał w koronach drzew, nocny puchacz przeleciał nad polaną. Von Rundstedt nie przypominał sobie, jak znalazł się przy ognisku. Wyciągnął ręce, by się ogrzać, lecz poczuł niezrozumiały lęk, intuicyjnie wręcz odskoczywszy od piekącego żaru, jakby za chwilkę miał zapłonąć ogniem.
Ogień, wybawca ludzkości, odwieczny przyjaciel teraz zdawał się nieznośnym, drażniącym, igrającym ze zmysłami wrogiem.
Wybacz szlachetny Panie, myślałem, że to odpowiednio daleko. -Hlava pochylił głowę, oczekując nagany.
Zygfryd stał nieco dalej wpatrując się w nieprzeniknioną czerń lasu. Noc już dawno musiała otulić świat całunem, gwieździste niebo u boku malejącego księżyca dość dobrze oświetlało polanę. dostrzegł twarz Konrada, ułożonego tuż obok miejsca, w którym przed chwilą się obudził. Nieruchomą, martwą i bez wyrazu. Dostrzegł otwarte oczy niedawno poznanego kompana, utkwione w nieprzeniknionej tafli nieboskłonu.
...lepiej mi było tam szczeznąć... -wyszeptał Nałęcz, pogrążony w myślach.
Poczuli głód..
Bóg, kara, zabawienie... Mikulas westchnął ciężko. Mroczne myśli ponownie ogarnęły jego ducha.
Wtem Łamignat wstrzymał go swym potężnym jak pień dębu ramieniem.
Pokaż się! -krzyknął ku zaroślom.
Odpowiedział mu cichy szelest zwalnianej cięciwy. Mikulasowy osiłek wypuścił większy niż zwykle obłoczek pary z ust, wlepił oczy w pustkę i upadł jak kłoda.
Proszę, proszę... cóż za spotkanie...
Praski medyk nie zdążył jeszcze w pełni pojąć, co się stało, gdy z zarośli naprzeciw niego wynurzyła się kanalia. Ohydny, mały człowieczek odziany w szaty rycerza zakonnego. Parszywy templariusz, którego bezczelny, złośliwy ton miał utkwić w uszach Mikulasa już na zawsze.
Mimo ciemności czuł na sobie wstrętne spojrzenie, małych, piwnych oczek.
Buonafiori... -wyszeptał Mikulas rozpoznając nikczemnika, który niedawno pohańbił swoją podłością progi rodzinnego domu medyka.
O! No jak miło, szanowny pan medyk łaskawie zapamiętał moje nazwisko. No, ale noc jeszcze młoda, a my tu po próżnicy sterczymy. Ten Twój mędrkowaty sługa nic nam rzec nie chciał. Jeno rzeście w lesie się, z dala od ludzkich oczek rozłożyli. a miły był, drogę pokazał, tośmy go i ze sobą zawlekli.
Gadaj tedy bęcwale, gdzieś statuetkę ukrył, albo Cię każę Vladkowi na chwałę pańską wybebeszyć!!
Łamignat się nie porusza, bełt sterczy z jego piersi.
[center]***[/center]Chłodny dotyk jesiennej nocy muskał go delikatnie w twarz. Otworzył oczy. Siedziała naprzeciw bawiąc się figlarnie naszyjnikiem. Dotknęła go bosą stopą przyprawiając o zawrót głowy.
Lecz miast fizycznego pożądania poczuł zgoła odmienne pragnienie. Rozmarzył się na powrót w chwili, gdy obdarzyła go swym mrocznym pocałunkiem, zapragnął jej krwi, słodkiego smaku, przy którym bledły wszystkie dotychczasowe doznania, jakimi zachwycały go dawniej kobiety.
Wiatr szumiał w koronach drzew, nocny puchacz przeleciał nad polaną. Von Rundstedt nie przypominał sobie, jak znalazł się przy ognisku. Wyciągnął ręce, by się ogrzać, lecz poczuł niezrozumiały lęk, intuicyjnie wręcz odskoczywszy od piekącego żaru, jakby za chwilkę miał zapłonąć ogniem.
Ogień, wybawca ludzkości, odwieczny przyjaciel teraz zdawał się nieznośnym, drażniącym, igrającym ze zmysłami wrogiem.
Wybacz szlachetny Panie, myślałem, że to odpowiednio daleko. -Hlava pochylił głowę, oczekując nagany.
Zygfryd stał nieco dalej wpatrując się w nieprzeniknioną czerń lasu. Noc już dawno musiała otulić świat całunem, gwieździste niebo u boku malejącego księżyca dość dobrze oświetlało polanę. dostrzegł twarz Konrada, ułożonego tuż obok miejsca, w którym przed chwilą się obudził. Nieruchomą, martwą i bez wyrazu. Dostrzegł otwarte oczy niedawno poznanego kompana, utkwione w nieprzeniknionej tafli nieboskłonu.
...lepiej mi było tam szczeznąć... -wyszeptał Nałęcz, pogrążony w myślach.
Poczuli głód..
Ostatnio zmieniony 21 sierpnia 2014, 19:19 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.
- Łamignacie... - łamiącym się tonem powiedział medyk, patrząc na odchodzącego rzezimieszka, wiernego sługę i obrońcę domu Tichego. Wściekłość momentalnie zalała Mikulasa, aż ten zacisnął zęby i pięści w niemogącej dać ujścia furii. Do tego jeszcze torturowali Michała, jego najlepszego - jak dotąd - ucznia. Tego było za wiele.
Nagle pewna myśl przestrzeliła przez umysł praskiego łapiducha. Myśl tak perwersyjna i przyjemna, że wywołała przyjemny dreszczyk adrenaliny.
I satysfakcji.
Mikulas Tichy postanowił podjąć ryzykowną grę.
- Nie powiem, bo mnie zabijecie z miejsca. Mogę was zaprowadzić, ukryłem w ziemi. Ponoć jesteście człek uczciwy, tedy pokaże wam miejsce, a wtedy wy puścicie mnie i Michała wolno. Jak mnie teraz zabijecie, figurka przepadnie na wieki.
Nagle pewna myśl przestrzeliła przez umysł praskiego łapiducha. Myśl tak perwersyjna i przyjemna, że wywołała przyjemny dreszczyk adrenaliny.
I satysfakcji.
Mikulas Tichy postanowił podjąć ryzykowną grę.
- Nie powiem, bo mnie zabijecie z miejsca. Mogę was zaprowadzić, ukryłem w ziemi. Ponoć jesteście człek uczciwy, tedy pokaże wam miejsce, a wtedy wy puścicie mnie i Michała wolno. Jak mnie teraz zabijecie, figurka przepadnie na wieki.
Jeżeli się zgodzi - idę powoli i zachodzę obóz tak, by zobaczyli ognisko i skrytych umarłych rycerzy jak najpóźniej. W myślach zaś nawołuje to truposzy, to piękną niewiastę, co nam się objawiła, by przygotowali zasadzkę i pomogli uciec biednemu Mikulasowi.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Niemiec wciągnął woń niczym pies szukający tropu. Poczuł się jak wygłodzony wilk na przednówku. Przez chwilę spojrzał nawet łakomym wzrokiem na Hlavę, ale woń niosąca się z oddali wydawała się dużo bardziej apetyczna.
Znów poczuł bestię próbującą pozbawić go kontroli. Oblizał się na myśl o smaku krwi i pośpieszany przez bestię niemal skoczył niczym dzikie zwierzę za tropem krwi. Powstrzymał się jednak, nie chcąc poddawać się obcej, a równocześnie tak ludzkiej części swej jaźni.
Na wszelki wypadek dobył miecza i ruszył spokojnie obiecując sobie w duchu, że musi jakoś zachowywać się podczas posiłków miast folgować gorszej części ego.
- Chodźmy zatem...
Znów poczuł bestię próbującą pozbawić go kontroli. Oblizał się na myśl o smaku krwi i pośpieszany przez bestię niemal skoczył niczym dzikie zwierzę za tropem krwi. Powstrzymał się jednak, nie chcąc poddawać się obcej, a równocześnie tak ludzkiej części swej jaźni.
Na wszelki wypadek dobył miecza i ruszył spokojnie obiecując sobie w duchu, że musi jakoś zachowywać się podczas posiłków miast folgować gorszej części ego.
- Chodźmy zatem...
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Puszcza. Podgórze sudeckie, koło roku pańskiego 1300.
[center]
[/center]
Księżyc skryty za chmurą połyskiwał złowrogo słabym blaskiem. Nikt w noc taką jak ta się nie wyprawiał, bo to strach było. Noc w pośród leśnej kniei była ciemna a tak gęsta, że zdawać się mogło, że chwycić w dłonie ją można, a przez palce nie przecieknie. Pośród podsudeckich pomroków słychać było jeno pohukiwania puszczyka i skrzypienie kół na wybojach. To przez te wiekowe czeskie bukowiny, na wyboistym dukcie, gibała się z wolna kolebka ciągniona przez cztery czarne jak noc koniki. Konie parskały wyraźnie już zmęczone od długiej jazdy. Przybocznych ani posługujących było przy karecie dwóch jeno. I nie dziwota bo z razu widać było, że na boku swym ta masywna landara ślady niedawnej potyczki nosiła. Jakby się kto przyjrzał dokładniej to mógłby rzec, że to pazury bestii jakowejś bok jej przeorały. Po rzezi krwawej z zeszłej nocy z całej obstawy karety przy żywych ostał się jeno jeden Zygfrydowy rycerz oraz ledwie trzymający się życia Sigwald. Niedźwiedzich rozmiarów rycerz, który z racji ran otrzymanych dawno już winien pożegnać się z życiem, wprawdzie był nie przytomny ale iskra życia paliła się w nim jeszcze.
Wewnątrz karocy, było cicho ni szeptu ni słowa, ni oddechu ludzkiego. Wiozła bowiem ta kareta śmierć ludziom, po wielokorć. Siedziała tam sama Nova Arpad ze swym nasieniem przeklętym Zygfrydem a także Erchard no i on...
W ciemności nie widać był jego twarzy ale tego białego płaszcza z krzyżem na czerwono wymalowanym nijak pomylić nie było można. Ci którzy go nosili pieczętowali się znakiem dwóch ubogich rycerzy jadących na jednym koniu. Byli to jego bracia Templariusze. Ramię zbrojne Chrystusa Pana, do których jeno najbardziej bitni i do srogości przyzwyczajeni mogli przystąpić. Posługę świadczyli rozliczną. Mieczem nawracali niewiernych, heretyków palili, bili się z Maurami, bronili przystępu do Ziemi Świętej zagonom saraceńskim, a na drogach do Jerozolimy co dnia pielgrzymów strzegli. Nad niejednym polem bitwy co w ciała poległych było upstrzone powiewał postrzępiony Beaucéant na znak ich zwycięstwa.
Alfonso Buonafiori czuł jak w martwym serc zalega coś na kształt cienia. Na drodze czeskiej chrześcijan nie wybronił. Coś podobnego odczuł już wiele lat temu na smaganych pustynnym wiatrem ziemiach, których poprzysiągł był strzec przed ordami Maurowemi. Zawiódł teraz, zawiódł takoż i wtenczas...
Przeszłość zakonu może i na nas cieniem się kładzie stary przyjacielu.
Myśli mimowolnie powędrowały do czasów spędzonych na pustyni, na Ziemi Świętej. Pamiętał jak wysłano jego i kilkunastu jego braci do pewnej Saraceńskiej świątyni gdzie miała być pewna chrześcijańska relikwia, puchar. Templariusze wdarli się do środka i kielich niewiernym wydarli. Jednak zaskoczyły ich posiłki Maurów, które nagle nie wiadomo skąd nadciągnęły w dużej liczbie. Mimo bitności braci przegrali walkę. Jeno Alfonso przeżył i jego zbiegły z relikwią giermek. Reszta braci rychło wyginęła w kazamatach Hassana Sabbaha.
Zapamiętał dobrze dwa lata spędzone u tego piekielnego Saracena w niewoli o chlebie i wodzie jeno. O czarnej magii i obrzędach jakie po kryjomu czynił Sabbah. Bracia templariusze zaś jak kozły ofiarne byli traktowani. Pojmani bracia służyli mu w obrzędach. A jak który nie wytrzymywał, podcinano mu gardło a jego krew do pucharu spływała. Alfonoso wytrzymał dłużej niż inni, dzięki niezwykłemu hartowi ciała, jakim obdarzył go Pan w swej łaskawości. A te jego dziwną oporność zauważył i sam Hassan. O tamtej chwili kazał go znaczyć tatuażami, najwyraźniej zmierzając do jakiegoś gorszego i równie wszetecznego obrzędu. Na szczęście temu piekielnikowi nie dane było go skończyć. Odbili go bracia Templariusz. Alfonso do dziś dzień w głowie słyszał przekleństwo Sbbaha kiedy salwować się ucieczką musiał.
- Yel'an Ardak A'rs!* - wrzasnął wówczas mag. Alfonso czuł, że to właśnie jego przeklął czarnoksiężnik piekłu zaprzedany.
Czasy upokorzenia w niewoli przeszły raz na zawsze. Ale nie poszły do końca w niepamięć albowiem do dziś dzień fragmenty nieskończonych heretyckich tatuaży towarzyszyły Templariuszowi.
Kiedy Alfonso wrócił do Italii się kurować z bólem przyjął co języki ludzkie szemrały. W owym czasie już po cichu mówiono, że Templariusze dusze swe Bahometowi zaprzedali. Że czarostwo i herezję po świecie szerzą. Alfonso wiedział o tym więcej, niż by chciał przyznać. Prawda była zgoła inna. Poszukiwania Czarnego Kielicha, stare inicjacje zakonników czerpiące z rytuałów niewiadomego pochodzenia których osobiście doświadczył, pogoń Wewnętrznej Rady za nieśmiertelnością…
Czy to ślepe posłuszeństwo mistrzom zgubę na moją duszę przyniosło? Nie! Ja sam był zgubiony już wcześniej przekleństwem psa pogańskiego. To Maurowie winę za to ponoszą. Tamtej nocy gdy mnie Nova Arpad, ta diablica, przeklęła krwią swoją sycąc...
Noc wcześniej...
Kiedy diablica wyskoczyła nagle z powozu łapiąc Rundstedta Alfonso modlił się. Zamknął oczy i liczył na pomoc wojska niebieskiego albowiem żaden człek nie ma siły by z diabłem sam na sam stawać w szranki. Wzywał wszystkie znane sobie siły niebieskie by go wspomogły, a przede wszystkim strach go ogarnął okrutny. I jak nigdy członkiem nie mógł poruszyć żadnym.
- "Boże Wszechmocny w Niebiosiech... Chociażbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną..."
Posłyszał modlitwę po niemiecku wypowiadaną ustami Rundstedta i to ona go do przytomności przywiodła. Otworzył oczy i widział jak krew przeklętą Niemiec z żył diabła chłepce. Nie bacząc na swe rany poderwał się i po broń sięgał ale jedno uderzenie diabelskiej łapy w głowę odebrało mu zmysły w ciemność posyłając.
Powoli się budził. W głowie dzwoniło i czuł się jakby w półśnie. Słyszał łamanie ludzkich kości a kiedy otworzył oczy obok siebie zobaczył bladą twarz martwego brata Rotgiera, do cna ze krwi wszelakiej osuszonego. Coś go szarpnęło, jakąś pazurzasta łapa porwała zakutego w stal rycerza do góry, niby chuchro jakie. Naprzeciwko jego twarzy była twarz Novy Arpad. Czuł jej dech, ale tylko gdy mówiła, wiało z niego krwią ludzką i grobem. W poprzek jej twarzy od lewej skroni ciągnęła się uzębiona paszcza między którą paliło się dwoje złowrogich oczu. Diablica miast łopatek miała rzędy ciągnących się kolców. Templariusz sięgał po sztylet przy pasie i wtedy paszcza się rozwarła i jednym kłapnięciem zacisnęła na szyi. Alfonso odpłynął w boską błogość jakby drzwi raju uchylił kiedy diabli pomiot go krwi pozbawiał. Puściła go niemal bez krwi, serce walczyło jak opętane ale prawie nie miało już czego w żyły pompować. Alfonso umierał, słyszał w oddali parszywe chłeptanie krwi kiedy Rundstedt sycił się gdzieś w oddali. Templariusz nie chciał tak zdychać. I w ten czas jego usta zadrżały, szepcząc słowa straszliwe...
- .....
- Cóżeś powiedział? - zapytała z sykiem diablica. Ciało Alfonso na ziemię od krwi śliską upadło. - Pij mą krew, księże i przeklęty ze mną na wieki już będziesz! - To mówiąc przegryzła nadgarstek. Tak oto sam diabeł w postać kobiety przyobleczon zabił ludzi pod jego pieczą, a duszę jego samego do piekieł skierował na wieki.
- A teraz żłop krew! - warknęła a zaraz potem zaśmiała się przekleńczo.
Temu głosowi diablicy, oprzeć się nijak nie potrafił. Musiał się napić. Piekielne trawiło go pragnienie, zmysły śmiertelnego człeka niemal do cna odbierając. Rzucił się niczym szakal pustynny na jeszcze ciepłe ciało swego brata templariusza Gotlieba. Ale krwi tej zbyt mało i gorzka w smaku była. Czuł nadal jak pragnienie w nim o nową krew woła. Nie chcąc człeka żadnego skrzywdzić, na konia się rzucił i z nadludzką siłą go jakoś obalił. Zatracił się w szale i gaszeniu pragnienia a kiedy na powrót się ocknął uwidział, że cały bok szyi końskiej niemal do kości pokąsał. Zdając sobie sprawę, że oto ludzką krew pił przed chwilą wyrzucił ręce do nieba.
- Eli lama sabachtani! - zakrzyknął na klęczkach w niebiosa.
Jednak mu nikt nie odpowiedział, jeśli okrutnego śmiechu diablicy nie liczyć.
[center]
[/center]
Od tego czasu minął jeno dzień jeden. Templariusz pomyślał na powrót o sobie i swoim towarzyszu niedoli Sigurdzie. I z razu żałość go ogromna wzięła bowiem z czterech braci templariuszy jeno on i Duńczyk przetrwali straszliwą noc wczorajszą. Mistrzowie co ich tu posłali pieczętowali się znakiem dwóch ubogich rycerzy jadących na jednym koniu.
Dwaj rycerze jadący na jednym koniu. Tako i nam Sigurdzie na koniec przyszło. Dwóch nas, a życie mamy jeno jedno do podziału. Momento mori, mówili księża. Momento finis brzmiało powiedzenie zakonników Templariuszy, oba jakże podobne a jak bardzo różne za razem. Czyśli to finis, tejże mojej chędogi i upokorzeń? Jeno coś się ze mną teraz stanie? Czy nie trafię do piekła z diabłami? - Poczuł głęboką gorycz w sercu.
Skrzypienie kół karety ustało, a Buonafori pogrążony w swoim namyślunku nawet nie zauważył kiedy zacz się stało. Siedział samojeden kiedy reszta już na popasie przy ognisku się grzała. Słyszał ich głosy niewyraźne, lecz to nie one go do rzeczywistości przywróciły. Zmysły w ciemnej jak smoła nocy coś bardziej nieuchwytnego wyłowiły. To woń świeżej krwi uniesiona powiewem nocnego wiatru. Wyraźna. Świeża.
)
[center]
[/center]Księżyc skryty za chmurą połyskiwał złowrogo słabym blaskiem. Nikt w noc taką jak ta się nie wyprawiał, bo to strach było. Noc w pośród leśnej kniei była ciemna a tak gęsta, że zdawać się mogło, że chwycić w dłonie ją można, a przez palce nie przecieknie. Pośród podsudeckich pomroków słychać było jeno pohukiwania puszczyka i skrzypienie kół na wybojach. To przez te wiekowe czeskie bukowiny, na wyboistym dukcie, gibała się z wolna kolebka ciągniona przez cztery czarne jak noc koniki. Konie parskały wyraźnie już zmęczone od długiej jazdy. Przybocznych ani posługujących było przy karecie dwóch jeno. I nie dziwota bo z razu widać było, że na boku swym ta masywna landara ślady niedawnej potyczki nosiła. Jakby się kto przyjrzał dokładniej to mógłby rzec, że to pazury bestii jakowejś bok jej przeorały. Po rzezi krwawej z zeszłej nocy z całej obstawy karety przy żywych ostał się jeno jeden Zygfrydowy rycerz oraz ledwie trzymający się życia Sigwald. Niedźwiedzich rozmiarów rycerz, który z racji ran otrzymanych dawno już winien pożegnać się z życiem, wprawdzie był nie przytomny ale iskra życia paliła się w nim jeszcze.
Wewnątrz karocy, było cicho ni szeptu ni słowa, ni oddechu ludzkiego. Wiozła bowiem ta kareta śmierć ludziom, po wielokorć. Siedziała tam sama Nova Arpad ze swym nasieniem przeklętym Zygfrydem a także Erchard no i on...
W ciemności nie widać był jego twarzy ale tego białego płaszcza z krzyżem na czerwono wymalowanym nijak pomylić nie było można. Ci którzy go nosili pieczętowali się znakiem dwóch ubogich rycerzy jadących na jednym koniu. Byli to jego bracia Templariusze. Ramię zbrojne Chrystusa Pana, do których jeno najbardziej bitni i do srogości przyzwyczajeni mogli przystąpić. Posługę świadczyli rozliczną. Mieczem nawracali niewiernych, heretyków palili, bili się z Maurami, bronili przystępu do Ziemi Świętej zagonom saraceńskim, a na drogach do Jerozolimy co dnia pielgrzymów strzegli. Nad niejednym polem bitwy co w ciała poległych było upstrzone powiewał postrzępiony Beaucéant na znak ich zwycięstwa.
Alfonso Buonafiori czuł jak w martwym serc zalega coś na kształt cienia. Na drodze czeskiej chrześcijan nie wybronił. Coś podobnego odczuł już wiele lat temu na smaganych pustynnym wiatrem ziemiach, których poprzysiągł był strzec przed ordami Maurowemi. Zawiódł teraz, zawiódł takoż i wtenczas...
Przeszłość zakonu może i na nas cieniem się kładzie stary przyjacielu.
Myśli mimowolnie powędrowały do czasów spędzonych na pustyni, na Ziemi Świętej. Pamiętał jak wysłano jego i kilkunastu jego braci do pewnej Saraceńskiej świątyni gdzie miała być pewna chrześcijańska relikwia, puchar. Templariusze wdarli się do środka i kielich niewiernym wydarli. Jednak zaskoczyły ich posiłki Maurów, które nagle nie wiadomo skąd nadciągnęły w dużej liczbie. Mimo bitności braci przegrali walkę. Jeno Alfonso przeżył i jego zbiegły z relikwią giermek. Reszta braci rychło wyginęła w kazamatach Hassana Sabbaha.
Zapamiętał dobrze dwa lata spędzone u tego piekielnego Saracena w niewoli o chlebie i wodzie jeno. O czarnej magii i obrzędach jakie po kryjomu czynił Sabbah. Bracia templariusze zaś jak kozły ofiarne byli traktowani. Pojmani bracia służyli mu w obrzędach. A jak który nie wytrzymywał, podcinano mu gardło a jego krew do pucharu spływała. Alfonoso wytrzymał dłużej niż inni, dzięki niezwykłemu hartowi ciała, jakim obdarzył go Pan w swej łaskawości. A te jego dziwną oporność zauważył i sam Hassan. O tamtej chwili kazał go znaczyć tatuażami, najwyraźniej zmierzając do jakiegoś gorszego i równie wszetecznego obrzędu. Na szczęście temu piekielnikowi nie dane było go skończyć. Odbili go bracia Templariusz. Alfonso do dziś dzień w głowie słyszał przekleństwo Sbbaha kiedy salwować się ucieczką musiał.
- Yel'an Ardak A'rs!* - wrzasnął wówczas mag. Alfonso czuł, że to właśnie jego przeklął czarnoksiężnik piekłu zaprzedany.
Czasy upokorzenia w niewoli przeszły raz na zawsze. Ale nie poszły do końca w niepamięć albowiem do dziś dzień fragmenty nieskończonych heretyckich tatuaży towarzyszyły Templariuszowi.
Kiedy Alfonso wrócił do Italii się kurować z bólem przyjął co języki ludzkie szemrały. W owym czasie już po cichu mówiono, że Templariusze dusze swe Bahometowi zaprzedali. Że czarostwo i herezję po świecie szerzą. Alfonso wiedział o tym więcej, niż by chciał przyznać. Prawda była zgoła inna. Poszukiwania Czarnego Kielicha, stare inicjacje zakonników czerpiące z rytuałów niewiadomego pochodzenia których osobiście doświadczył, pogoń Wewnętrznej Rady za nieśmiertelnością…
Czy to ślepe posłuszeństwo mistrzom zgubę na moją duszę przyniosło? Nie! Ja sam był zgubiony już wcześniej przekleństwem psa pogańskiego. To Maurowie winę za to ponoszą. Tamtej nocy gdy mnie Nova Arpad, ta diablica, przeklęła krwią swoją sycąc...
Noc wcześniej...
Kiedy diablica wyskoczyła nagle z powozu łapiąc Rundstedta Alfonso modlił się. Zamknął oczy i liczył na pomoc wojska niebieskiego albowiem żaden człek nie ma siły by z diabłem sam na sam stawać w szranki. Wzywał wszystkie znane sobie siły niebieskie by go wspomogły, a przede wszystkim strach go ogarnął okrutny. I jak nigdy członkiem nie mógł poruszyć żadnym.
- "Boże Wszechmocny w Niebiosiech... Chociażbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną..."
Posłyszał modlitwę po niemiecku wypowiadaną ustami Rundstedta i to ona go do przytomności przywiodła. Otworzył oczy i widział jak krew przeklętą Niemiec z żył diabła chłepce. Nie bacząc na swe rany poderwał się i po broń sięgał ale jedno uderzenie diabelskiej łapy w głowę odebrało mu zmysły w ciemność posyłając.
Powoli się budził. W głowie dzwoniło i czuł się jakby w półśnie. Słyszał łamanie ludzkich kości a kiedy otworzył oczy obok siebie zobaczył bladą twarz martwego brata Rotgiera, do cna ze krwi wszelakiej osuszonego. Coś go szarpnęło, jakąś pazurzasta łapa porwała zakutego w stal rycerza do góry, niby chuchro jakie. Naprzeciwko jego twarzy była twarz Novy Arpad. Czuł jej dech, ale tylko gdy mówiła, wiało z niego krwią ludzką i grobem. W poprzek jej twarzy od lewej skroni ciągnęła się uzębiona paszcza między którą paliło się dwoje złowrogich oczu. Diablica miast łopatek miała rzędy ciągnących się kolców. Templariusz sięgał po sztylet przy pasie i wtedy paszcza się rozwarła i jednym kłapnięciem zacisnęła na szyi. Alfonso odpłynął w boską błogość jakby drzwi raju uchylił kiedy diabli pomiot go krwi pozbawiał. Puściła go niemal bez krwi, serce walczyło jak opętane ale prawie nie miało już czego w żyły pompować. Alfonso umierał, słyszał w oddali parszywe chłeptanie krwi kiedy Rundstedt sycił się gdzieś w oddali. Templariusz nie chciał tak zdychać. I w ten czas jego usta zadrżały, szepcząc słowa straszliwe...
- .....
- Cóżeś powiedział? - zapytała z sykiem diablica. Ciało Alfonso na ziemię od krwi śliską upadło. - Pij mą krew, księże i przeklęty ze mną na wieki już będziesz! - To mówiąc przegryzła nadgarstek. Tak oto sam diabeł w postać kobiety przyobleczon zabił ludzi pod jego pieczą, a duszę jego samego do piekieł skierował na wieki.
- A teraz żłop krew! - warknęła a zaraz potem zaśmiała się przekleńczo.
Temu głosowi diablicy, oprzeć się nijak nie potrafił. Musiał się napić. Piekielne trawiło go pragnienie, zmysły śmiertelnego człeka niemal do cna odbierając. Rzucił się niczym szakal pustynny na jeszcze ciepłe ciało swego brata templariusza Gotlieba. Ale krwi tej zbyt mało i gorzka w smaku była. Czuł nadal jak pragnienie w nim o nową krew woła. Nie chcąc człeka żadnego skrzywdzić, na konia się rzucił i z nadludzką siłą go jakoś obalił. Zatracił się w szale i gaszeniu pragnienia a kiedy na powrót się ocknął uwidział, że cały bok szyi końskiej niemal do kości pokąsał. Zdając sobie sprawę, że oto ludzką krew pił przed chwilą wyrzucił ręce do nieba.
- Eli lama sabachtani! - zakrzyknął na klęczkach w niebiosa.
Jednak mu nikt nie odpowiedział, jeśli okrutnego śmiechu diablicy nie liczyć.
[center]
[/center]Od tego czasu minął jeno dzień jeden. Templariusz pomyślał na powrót o sobie i swoim towarzyszu niedoli Sigurdzie. I z razu żałość go ogromna wzięła bowiem z czterech braci templariuszy jeno on i Duńczyk przetrwali straszliwą noc wczorajszą. Mistrzowie co ich tu posłali pieczętowali się znakiem dwóch ubogich rycerzy jadących na jednym koniu.
Dwaj rycerze jadący na jednym koniu. Tako i nam Sigurdzie na koniec przyszło. Dwóch nas, a życie mamy jeno jedno do podziału. Momento mori, mówili księża. Momento finis brzmiało powiedzenie zakonników Templariuszy, oba jakże podobne a jak bardzo różne za razem. Czyśli to finis, tejże mojej chędogi i upokorzeń? Jeno coś się ze mną teraz stanie? Czy nie trafię do piekła z diabłami? - Poczuł głęboką gorycz w sercu.
Skrzypienie kół karety ustało, a Buonafori pogrążony w swoim namyślunku nawet nie zauważył kiedy zacz się stało. Siedział samojeden kiedy reszta już na popasie przy ognisku się grzała. Słyszał ich głosy niewyraźne, lecz to nie one go do rzeczywistości przywróciły. Zmysły w ciemnej jak smoła nocy coś bardziej nieuchwytnego wyłowiły. To woń świeżej krwi uniesiona powiewem nocnego wiatru. Wyraźna. Świeża.
Momento mori czy Momento finis dla tego pbf?
Tak sobie samowolnie posta napisałem co by mi nie straciła się ta postać bo siła wysiłku w nią włożyłem.
* arab. Niech będzie przeklęty twój ród! (dzięki Sigil Tak sobie samowolnie posta napisałem co by mi nie straciła się ta postać bo siła wysiłku w nią włożyłem.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
https://youtu.be/aiDNf8trWn8 -podkładzik
Unosił się swobodnie szybując wysoko ponad koronami drzew. Upatrując zdobyczy czujnie przemierzał noc. Chłodne powietrze smagało jego gładkie skrzydła, doskonałe zmysły śledziły okolicę w poszukiwaniu najdrobniejszego ruchu. Precyzyjny i nieskrępowany ograniczeniami. Mimo pochmurnej nocy łatwo ich dostrzegł. Uczynili ogień. Rozproszyli swe stado. Obca ciekawość nakazywała mu przyjrzeć się intruzom z bliska. Bez wahania podążył za tymi, którzy najmocniej się oddalili unosząc swe powolne kroki w ciemności spowijające puszczę. Wylądował miękko na niskiej gałęzi drapiąc przez chwilę pazurkami korę starego dębu. Spłoszone gryzonie uciekły w mrok, lecz tej nocy stracił zainteresowanie zwykłym łupem. Był podekscytowany niecodziennym, wewnętrznym towarzystwem. Utkwił nieruchome, błyszczące oczy w dziwacznie opierzonych dwunogach. W innej sytuacji bałby się ich, lecz w tej chwili czuł się największym drapieżnikiem w okolicy. Wytężył słuch, choć wydawane przezeń dźwięki nie miały dlań większego znaczenia ni sensu. Człowiek śmierdzący ludzkim gniazdem rozpoczął pierwszy.
- Nie powiem, bo mnie zabijecie z miejsca. Mogę was zaprowadzić, ukryłem w ziemi. Ponoć jesteście człek uczciwy, tedy pokaże wam miejsce, a wtedy wy puścicie mnie i Michała wolno. Jak mnie teraz zabijecie, figurka przepadnie na wieki.*
Podobni do siebie, lecz ten, który właśnie kłapał dziobem nie był dość silnym drapieżnikiem. Nieznacznie tylko zjeżył opierzenie na łbie i miał dużo mniejsze pazury.- bystrooki śledczy przeniósł wzrok na największego dwunoga, lecz to ten mniejszy z drapieżców okazał się przewodzić ich łowom.
Tichy przeklinał się w myślach za pochodnię, która tak łatwo zdradziła ich pozycję. Stał w świetle własnoręcznie trzymanego źródła światła, Łamignat leżał obok, Buonafiori zaś milczał długo ważąc odważnie rzucone przez Mikulasa kłamstwo. Płonące drzewce wydawało cichy, złowróżbny szum ogrzewając nieco zbyt mocno policzki praskiego medyka. Czuł napięcie we wszystkich mięśniach, jak gdyby organizm jego przygotowywał się do panicznej ucieczki, której z całego serca chciał się oddać. Bliskość pochodni coraz bardziej ogrzewała jego twarz stając się nie do zniesienia, kilka włosów skurczyło się nagle przy charakterystycznym zapachu palonego owłosienia. Mimo, że silne światło dodawało mu nieco odwagi Tichy wypuścił wreszcie powietrze z płuc odsuwając słabnący płomień. Zerknął raz jeszcze na Łamignata i omal nie zakrzyknął z przerażenia, gdy blask pochodni zamigotał w otwartych oczach rosłego sługi. Przysiągłby, że jeszcze przed chwilą oczy jego były przymknięte. Starając się nie zwrócić uwagi wciąż milczącego rycerza o plugawym sercu kątem oka skupił możliwe wysoką uwagę na Łamignacie, szybko odtwarzając w pamięci pusty, tępy dźwięk jakim zareagowało ciało pachołka na wystrzelony doń bełt. Myślami uciekł do rozważań nad jego stanem, gdy drażniący, piskliwy głos pozbawionego manier i jakiegokolwiek honoru padalca przywrócił go posępnej rzeczywistości.
- Niech zatem będzie. Jeśli mnie jednak spróbujesz okłamać, każę Vladkowi połamać Ci nogi i porzucić w lesie, uprzednio utoczywszy nieco krwi. -błysk w oku Buonafioriego nie pozostawiał wątpliwości. Teraz, czy chwilę później ten karakan każe swemu niedźwiedziowi mnie ukatrupić. pomyślał Mikulas głośno przełykając ślinę.
- Prowadź! Jeno nie próbuj nam z oczu zniknąć.- głodne ślepia wilka w ludzkiej skórze ponagliły go do działania.
*
Unosił się swobodnie szybując wysoko ponad koronami drzew. Upatrując zdobyczy czujnie przemierzał noc. Chłodne powietrze smagało jego gładkie skrzydła, doskonałe zmysły śledziły okolicę w poszukiwaniu najdrobniejszego ruchu. Precyzyjny i nieskrępowany ograniczeniami. Mimo pochmurnej nocy łatwo ich dostrzegł. Uczynili ogień. Rozproszyli swe stado. Obca ciekawość nakazywała mu przyjrzeć się intruzom z bliska. Bez wahania podążył za tymi, którzy najmocniej się oddalili unosząc swe powolne kroki w ciemności spowijające puszczę. Wylądował miękko na niskiej gałęzi drapiąc przez chwilę pazurkami korę starego dębu. Spłoszone gryzonie uciekły w mrok, lecz tej nocy stracił zainteresowanie zwykłym łupem. Był podekscytowany niecodziennym, wewnętrznym towarzystwem. Utkwił nieruchome, błyszczące oczy w dziwacznie opierzonych dwunogach. W innej sytuacji bałby się ich, lecz w tej chwili czuł się największym drapieżnikiem w okolicy. Wytężył słuch, choć wydawane przezeń dźwięki nie miały dlań większego znaczenia ni sensu. Człowiek śmierdzący ludzkim gniazdem rozpoczął pierwszy.
- Nie powiem, bo mnie zabijecie z miejsca. Mogę was zaprowadzić, ukryłem w ziemi. Ponoć jesteście człek uczciwy, tedy pokaże wam miejsce, a wtedy wy puścicie mnie i Michała wolno. Jak mnie teraz zabijecie, figurka przepadnie na wieki.*
Podobni do siebie, lecz ten, który właśnie kłapał dziobem nie był dość silnym drapieżnikiem. Nieznacznie tylko zjeżył opierzenie na łbie i miał dużo mniejsze pazury.- bystrooki śledczy przeniósł wzrok na największego dwunoga, lecz to ten mniejszy z drapieżców okazał się przewodzić ich łowom.
Tichy przeklinał się w myślach za pochodnię, która tak łatwo zdradziła ich pozycję. Stał w świetle własnoręcznie trzymanego źródła światła, Łamignat leżał obok, Buonafiori zaś milczał długo ważąc odważnie rzucone przez Mikulasa kłamstwo. Płonące drzewce wydawało cichy, złowróżbny szum ogrzewając nieco zbyt mocno policzki praskiego medyka. Czuł napięcie we wszystkich mięśniach, jak gdyby organizm jego przygotowywał się do panicznej ucieczki, której z całego serca chciał się oddać. Bliskość pochodni coraz bardziej ogrzewała jego twarz stając się nie do zniesienia, kilka włosów skurczyło się nagle przy charakterystycznym zapachu palonego owłosienia. Mimo, że silne światło dodawało mu nieco odwagi Tichy wypuścił wreszcie powietrze z płuc odsuwając słabnący płomień. Zerknął raz jeszcze na Łamignata i omal nie zakrzyknął z przerażenia, gdy blask pochodni zamigotał w otwartych oczach rosłego sługi. Przysiągłby, że jeszcze przed chwilą oczy jego były przymknięte. Starając się nie zwrócić uwagi wciąż milczącego rycerza o plugawym sercu kątem oka skupił możliwe wysoką uwagę na Łamignacie, szybko odtwarzając w pamięci pusty, tępy dźwięk jakim zareagowało ciało pachołka na wystrzelony doń bełt. Myślami uciekł do rozważań nad jego stanem, gdy drażniący, piskliwy głos pozbawionego manier i jakiegokolwiek honoru padalca przywrócił go posępnej rzeczywistości.
- Niech zatem będzie. Jeśli mnie jednak spróbujesz okłamać, każę Vladkowi połamać Ci nogi i porzucić w lesie, uprzednio utoczywszy nieco krwi. -błysk w oku Buonafioriego nie pozostawiał wątpliwości. Teraz, czy chwilę później ten karakan każe swemu niedźwiedziowi mnie ukatrupić. pomyślał Mikulas głośno przełykając ślinę.
- Prowadź! Jeno nie próbuj nam z oczu zniknąć.- głodne ślepia wilka w ludzkiej skórze ponagliły go do działania.
*
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 17 listopada 2015, 17:28 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.
Chłodne jesienne powietrze drażniło nozdrza Alfonso mnogością zapachów i doznań. Wiatr kołysał leniwie koronami pobliskich drzew skrzypiąc. Chłód miał jednak inny dotyk, woń lasu nadmiernie prowokowała niosąc budzącą wewnętrzne uniesienie żądzę. Buonafiori czuł obecność innych, z zamkniętymi oczyma mógłby wskazać gdzie stoją jego kompani. Z zamkniętymi oczyma mógłby odnaleźć w ciemnościach choćby brata Sigurda, gdyby ten oddalił się zbytnio od parzącego ognia. Mógłby..
https://youtu.be/WKCNAcRcBeQ -podkładzik.
..usłyszeć bicie jego serca. Taaak ciepłego... pełnego... Wytężył słuch rejestrując powolne uderzenia. Piękne i odległe, chwila rozkoszy zdawała się rozciągnąć, las tańczył w spowolnionym rytmie nocy. Kuszące kołatanie serca templariusza niosło złowróżbną obietnicę. Czując podniecające mrowienie w całym ciele Buonafiori pozwolił matce dotknąć swych ramion. Stała za nim od dłuższej chwili, wyniosła i nieskalana ludzkimi słabościami. Chciwie wciągnął powietrze przymykając oczy. Rozchylił ręce rozciągając jednocześnie szyję. Pieszczota Jej dotyku niemym przyzwoleniem rozgrzeszała jego upiorne pragnienie. Serce i dusza zdawały się szeptać jednym, chciwym głosem zagłuszając wszystko inne. Głodne myśli oscylowały heretyckimi podszeptami zataczając coraz ciaśniejsze kręgi, wiły się niczym kochankowie w spazmatycznym uniesieniu wokół szkarłatnego blasku sigurdowego serca.
-Chroń mnie mój Wybranku... -delikatnie musnęła jego policzek dłonią. Otworzył oczy czując jej dotyk. Gładką, doskonałą dłonią wskazała spowitą mrokiem puszczę. Templariusz ocknął się, niby z błogiego snu. Potępieńcze wycie wilków układało się w diaboliczną pieśń wespół z narastającym, chłodnym wiatrem. Czuł, że Pani spogląda w lewo chichocząc lekko. Z pewnością cieszyła się na myśl o męstwie, jakie przed nią okaże.
Rzekła coś jeszcze, lecz Buonafioriemu nie dane było pojąć tej mowy.
[center]***[/center]
- Chodźmy zatem... wycedził przez zęby dobywając miecza. Postąpił ledwie kilka kroków szybko odkrywszy, że nikt za nim nie podąża. Zaklął w myślach dostrzegając gromadzące się na obrzeżu polany stworzenia niczym wygłodniała tłuszcza pod jego dworkiem pamiętnej zimy 1287 roku. Gromadziły się w ciemnościach, lęgły w oczach i rosły w siłę przypatrując się obozowisku. Odwrócił się gwałtownie dostrzegając, że stoi kilkanaście metrów od obozowiska, nadmiernie zwabiony własną ciekawością. Pośród żałosnego wycia szatańskich pomiotów posłyszał wyzywający, prowokujący głos Arpad.
-Czy okażesz się lepszy?* - otulała ramiona templariusza budząc uczucie głębokiej zazdrości. Dlaczego w tej sytuacji wspierała się na głupcu, który zdawał się nie spostrzegać zagrożenia dla... matki?
*- mówi to po niemiecku
https://youtu.be/WKCNAcRcBeQ -podkładzik.
..usłyszeć bicie jego serca. Taaak ciepłego... pełnego... Wytężył słuch rejestrując powolne uderzenia. Piękne i odległe, chwila rozkoszy zdawała się rozciągnąć, las tańczył w spowolnionym rytmie nocy. Kuszące kołatanie serca templariusza niosło złowróżbną obietnicę. Czując podniecające mrowienie w całym ciele Buonafiori pozwolił matce dotknąć swych ramion. Stała za nim od dłuższej chwili, wyniosła i nieskalana ludzkimi słabościami. Chciwie wciągnął powietrze przymykając oczy. Rozchylił ręce rozciągając jednocześnie szyję. Pieszczota Jej dotyku niemym przyzwoleniem rozgrzeszała jego upiorne pragnienie. Serce i dusza zdawały się szeptać jednym, chciwym głosem zagłuszając wszystko inne. Głodne myśli oscylowały heretyckimi podszeptami zataczając coraz ciaśniejsze kręgi, wiły się niczym kochankowie w spazmatycznym uniesieniu wokół szkarłatnego blasku sigurdowego serca.
-Chroń mnie mój Wybranku... -delikatnie musnęła jego policzek dłonią. Otworzył oczy czując jej dotyk. Gładką, doskonałą dłonią wskazała spowitą mrokiem puszczę. Templariusz ocknął się, niby z błogiego snu. Potępieńcze wycie wilków układało się w diaboliczną pieśń wespół z narastającym, chłodnym wiatrem. Czuł, że Pani spogląda w lewo chichocząc lekko. Z pewnością cieszyła się na myśl o męstwie, jakie przed nią okaże.
Rzekła coś jeszcze, lecz Buonafioriemu nie dane było pojąć tej mowy.
[center]***[/center]
- Chodźmy zatem... wycedził przez zęby dobywając miecza. Postąpił ledwie kilka kroków szybko odkrywszy, że nikt za nim nie podąża. Zaklął w myślach dostrzegając gromadzące się na obrzeżu polany stworzenia niczym wygłodniała tłuszcza pod jego dworkiem pamiętnej zimy 1287 roku. Gromadziły się w ciemnościach, lęgły w oczach i rosły w siłę przypatrując się obozowisku. Odwrócił się gwałtownie dostrzegając, że stoi kilkanaście metrów od obozowiska, nadmiernie zwabiony własną ciekawością. Pośród żałosnego wycia szatańskich pomiotów posłyszał wyzywający, prowokujący głos Arpad.
-Czy okażesz się lepszy?* - otulała ramiona templariusza budząc uczucie głębokiej zazdrości. Dlaczego w tej sytuacji wspierała się na głupcu, który zdawał się nie spostrzegać zagrożenia dla... matki?
*- mówi to po niemiecku
Spoiler!
Spoiler!
Ok. Poproszę o deklarację. Na polanie mamy: otwarta karoca, a w niej Anna. Nova Arpad na zewnątrz, podobnie Buonafiori, Rundstedt i Konrad. Zygfryd Von Feuchtwangen zniknął gdzieś z oczu z dwoma swoimi zbrojnymi, choć chwilę jeszcze temu byli w pobliżu. Z żywych jest jeszcze Hlava- sługa Konrada i Sigurd- towarzysz Alfonso.
Nie wiecie gdzie znajduje się Mikulas i jego dwóch pomocników.
Jeśli ktoś chce palić krew to chcę wiedzieć. Póki co działają dyscypliny akceleracji, nadwrażliwości, odporności i potencji.
Nie wiecie gdzie znajduje się Mikulas i jego dwóch pomocników.
Jeśli ktoś chce palić krew to chcę wiedzieć. Póki co działają dyscypliny akceleracji, nadwrażliwości, odporności i potencji.
Ostatnio zmieniony 17 listopada 2015, 22:24 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Szans nie było aby samojeden czoła stawić wilcom. Moc ich była, a pośród nich Rundstedt basiory takie zooczył jakie ich wcześniej pokąsały, czego skutkiem Erchardowe przekleństwo było. Niemiec splunął przesądnie w ciemność i jął się powoli cofać własnym tropem ku swoim, bo jeno stamtąd sznasa była aby skuteczny odpór diabelstwu głodnemu dać. Rundstedt zresztą też głód takowy jako i te wilcy, jeno jemu ślina z ust leciała dla posoki krwistej, a nie członków ciepłych jak wilcom.
On przeklęty przez Novę miał odpór inszemu diabelstwu piekielnemu miał dawać...
- Boże Ojcze, Jezusie Przenajświętszy i duchu Święty, w jakąż to przewrotną kabałę los mój obróciliście. Będę ja niósł ten krzyż jako Pan Jezus na górę Golgotę, odpust dam, Szatana się wypieram jako zawsze, jeno tylko do dziatek swych wrócić i srogich terminów zratować pozwólcie. O to ja modlitwę składam. Amen.
Nawet się nie zoorientował kiedy znów w kręgu światła rzucanego przez ognisko był. Wiedział, że walkę tu straszną stoczą i nijak wzyscy głów całych nie uniosą. Zaiste to cud będzie jesli ktokolwiek żyw ujdzie. Siła po wilców i diabelskiego pomiotu była, ale Niemiec musiał przetrwać. Kto dziatwe tajemną chorobą toczoną na zamku uleczy? Kto o ich przyszłość zadba co by nie musiały Rundstedtowe wnuki po gościńcach kawałka chleba powszedniego żebrać? Ale nadzieja jeno nikłym płomieniem w sercu starego szlachcia się paliła. Zeżrą ich wilcy jak Rundstedowego stryja pamiętnego roku pańskiego tysiąc dwieście osiemdziesiątego drugiego. Przyjdzie mu bez sakramentu spowiedzi żywot zakończyć i wieczność w piekle się smażyć zamiast u nóg Pana Boga radości zażywać...
Spojrzał w oczy Arpad zdziwion, że ta śmierci w oblicze patrzy z uśmiechem takowym, jakoby się z dziatwę krotochwilną w czeladnej widziała. Było coś w tych oczach, że Rundstedt jako na niewiastę urody nieziemskiej patrzył z uwielbieniem, ale w czas ten sam nienawiść czuł za to, że przeklęła duszę jego biedną. A teraz nawet czasu odpokutować nie będzie...
On przeklęty przez Novę miał odpór inszemu diabelstwu piekielnemu miał dawać...
- Boże Ojcze, Jezusie Przenajświętszy i duchu Święty, w jakąż to przewrotną kabałę los mój obróciliście. Będę ja niósł ten krzyż jako Pan Jezus na górę Golgotę, odpust dam, Szatana się wypieram jako zawsze, jeno tylko do dziatek swych wrócić i srogich terminów zratować pozwólcie. O to ja modlitwę składam. Amen.
Nawet się nie zoorientował kiedy znów w kręgu światła rzucanego przez ognisko był. Wiedział, że walkę tu straszną stoczą i nijak wzyscy głów całych nie uniosą. Zaiste to cud będzie jesli ktokolwiek żyw ujdzie. Siła po wilców i diabelskiego pomiotu była, ale Niemiec musiał przetrwać. Kto dziatwe tajemną chorobą toczoną na zamku uleczy? Kto o ich przyszłość zadba co by nie musiały Rundstedtowe wnuki po gościńcach kawałka chleba powszedniego żebrać? Ale nadzieja jeno nikłym płomieniem w sercu starego szlachcia się paliła. Zeżrą ich wilcy jak Rundstedowego stryja pamiętnego roku pańskiego tysiąc dwieście osiemdziesiątego drugiego. Przyjdzie mu bez sakramentu spowiedzi żywot zakończyć i wieczność w piekle się smażyć zamiast u nóg Pana Boga radości zażywać...
Spojrzał w oczy Arpad zdziwion, że ta śmierci w oblicze patrzy z uśmiechem takowym, jakoby się z dziatwę krotochwilną w czeladnej widziała. Było coś w tych oczach, że Rundstedt jako na niewiastę urody nieziemskiej patrzył z uwielbieniem, ale w czas ten sam nienawiść czuł za to, że przeklęła duszę jego biedną. A teraz nawet czasu odpokutować nie będzie...
Ile mam krwi? Czy Rundstedt potrafi świadomie używać już dyscyplin?
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Starł się nie myśleć o sercu Sigurda, jego kompan mógł być dla niego wybawieniem. Postanowił zrobić wszystko by ocalić swego brata.
Tyle razem żeśmy przeszli mój przyjacielu. Wytrwaj a ja twą dusze zachowam. Byleby się przed nią tą myślą nie zdradzić.
- Chronić, przed czym... - zapytał słabo Templariusz, budząc się z pomroków przyjemności jaką zafundowała mu Diablica. Z trudem wydobył się na powierzchnię z tej toni bluźnierczej przyjemności, niczym młody chłopak ladacznicami w zamtuzie oblepiony. Nie mógł się wydobyć bo dobrze mu było. Poczuł wstyd, gniew i coś jeszcze. Coś co z tyłu mu głowy siedziało. W najdalszych zakamarkach jego umysłu się kryło, podsycając w nim wszystko co najgorsze. Czekając na każdy najmniejszy błąd by go na swój sposób wykorzystać. Nie wiedział czymże to jest ale parol dawał, że nie czuł tej istoty nigdy wcześniej. Mógłby przysiąc, że to bestia jaka, albo diablica cześć jej duszy...
Diablica... Obrócił słowo w głowie parę razy jakby w palcach je trzymała i za bardzo nie wiedział co dalej z nim zrobić.
Wszak jak to? Przecie skoro ona jest diablicą to czemuż to te potworne wilki napadły na jej powóz. Azaliż ci wilcy to jej sługi również były? Czy to bunt był ich jaki, czy może to ona Lucyferowi z piekła zbiegła i w pogoń psy swoje za nią rzucił. A może to nie diablica jeno wiedźmowata nałożnica jego jaka i się teraz między sobą Diabli żrą się między sobą a jam przeklęty teraz jak jeden z nich, jak te sługi co przy karecie przed chwilą poległy. Widać, że pisane mi że będę przy niej teraz jeździł jak zaklęty. Na miły Bóg, nigdy!. Do biskupa mi pilnie trzeba po poradę, wyspowiadać się, duszę oczyścić i komunię świętą jak najrychlej przyjąć. Matko Przenajświętsza toć ja teraz mszy odprawiać nie mogę, bom nie czysty. Tylem niewiernych na paliki powbijał, tylem ich wiosek do samej ziemi spalił z braćmi. Pasów skóry z tych niewiernych nadarłem, obcęgami ich i ich potomstwo szarpać kazałem, węglami przypalać i za to wszelkie dobro com uczynił teraz taka mi zapłata?
Ocknął się i uświadomił sobie, że w czas jak dumał zbroił się i polecenie Arpadówny co do joty wypełniał. W chwili jednej zdjęła go zgroza a dreszcz zimny po plecach przeszedł.
Tyle razem żeśmy przeszli mój przyjacielu. Wytrwaj a ja twą dusze zachowam. Byleby się przed nią tą myślą nie zdradzić.
- Chronić, przed czym... - zapytał słabo Templariusz, budząc się z pomroków przyjemności jaką zafundowała mu Diablica. Z trudem wydobył się na powierzchnię z tej toni bluźnierczej przyjemności, niczym młody chłopak ladacznicami w zamtuzie oblepiony. Nie mógł się wydobyć bo dobrze mu było. Poczuł wstyd, gniew i coś jeszcze. Coś co z tyłu mu głowy siedziało. W najdalszych zakamarkach jego umysłu się kryło, podsycając w nim wszystko co najgorsze. Czekając na każdy najmniejszy błąd by go na swój sposób wykorzystać. Nie wiedział czymże to jest ale parol dawał, że nie czuł tej istoty nigdy wcześniej. Mógłby przysiąc, że to bestia jaka, albo diablica cześć jej duszy...
Diablica... Obrócił słowo w głowie parę razy jakby w palcach je trzymała i za bardzo nie wiedział co dalej z nim zrobić.
Wszak jak to? Przecie skoro ona jest diablicą to czemuż to te potworne wilki napadły na jej powóz. Azaliż ci wilcy to jej sługi również były? Czy to bunt był ich jaki, czy może to ona Lucyferowi z piekła zbiegła i w pogoń psy swoje za nią rzucił. A może to nie diablica jeno wiedźmowata nałożnica jego jaka i się teraz między sobą Diabli żrą się między sobą a jam przeklęty teraz jak jeden z nich, jak te sługi co przy karecie przed chwilą poległy. Widać, że pisane mi że będę przy niej teraz jeździł jak zaklęty. Na miły Bóg, nigdy!. Do biskupa mi pilnie trzeba po poradę, wyspowiadać się, duszę oczyścić i komunię świętą jak najrychlej przyjąć. Matko Przenajświętsza toć ja teraz mszy odprawiać nie mogę, bom nie czysty. Tylem niewiernych na paliki powbijał, tylem ich wiosek do samej ziemi spalił z braćmi. Pasów skóry z tych niewiernych nadarłem, obcęgami ich i ich potomstwo szarpać kazałem, węglami przypalać i za to wszelkie dobro com uczynił teraz taka mi zapłata?
Ocknął się i uświadomił sobie, że w czas jak dumał zbroił się i polecenie Arpadówny co do joty wypełniał. W chwili jednej zdjęła go zgroza a dreszcz zimny po plecach przeszedł.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
Martwi rycerze, którzy obudzą się bardzo głodni. Zygfryd. Piękna niewiasta, co mu się objawiła. To na nich teraz biedny Mikulas liczył najbardziej, a oni jak krew w piach. No nic. Musi grać na czas, bo to jedyne, co mu teraz zostało, jeżeli nie chce skończyć marnie jak ofiary Golema z Pragi.
Ponieważ dusza medyka i tak była już przeklęta, Tichy nawet nie próbował modlić się do Boga. Opanowując trzęsący się głos, zagaił do swoich oprawców:
- Zimna noc dziś, panie - rzucił od niechcenia, ale widząc brak efektów, spiął się w sobie i zagaił już pewniejszym głosem. - Miałem ja kiedyś chorego na martwicę nogi Mikołaj przystanął, odwracając się do Buonafioriego i kontynuując opowiadanie prawdziwej, lecz pokolorowanej nieco historii. - Zwał się Wojciech i był mniej więcej twojej postury, panie - dodał, gestykujuąc żywo i powoli idąc dalej, by nie wyglądało to na celowe opóźnianie. - Był też z niego wścibski cham i prostak, czego nie można powiedzieć o tobie, panie.
Znów kilkusekundowy postój, ukłon.
- Rzecz w tym, że przybył do mnie z tą nogą, która zaczęła obumierać. To mówię do niego: Wojciechu. Będziemy ucinać tą nogę, bo zgnije i zemrzesz razem z nią.
Powaga.
- Nie dam się, nie odetniesz mi nogi! Jezus mówi, że mnie wyleczy, jeno wysłał mnie do ciebie po kilka ziółek, by wspomóc cudowne ozdrowienie - Mikołaj udawał Wojciecha, gestykulując przy tym i modulując głosem. - A ja mu wtedy na to: czekaj czekaj...
Cisza. Mikołaj stanął.
- ...tak, tak! Słyszałem, że Jezus powiedział do mnie, że wysłał cie do mnie, bym ci tą nogę uciął i uratował twoją nędzną dupę, bo nawet dla takich jak ty Jezus ma miłosierdzie!
Śmiech. Mikołaj znowu przystaną, w myślach nawołując Zygfryda i martwych rycerzy, by się w końcu przebudzili. Napastnicy wrogo spoglądali na medyka dając mu znać, żeby się sprężył i szybciej zaprowadził ich do figurki... Figurki, której nie miał.
- Liczę, że gdy dostaniecie figurkę, dacie mi już spokój i puścicie mnie wolno, panie Buonafiory. Nikomu nie doniosę, obiecuję! Będę kontynuował swoją podróż w dalekie strony, nigdy już nie wracając do Pragi. Co wy na to?
Ponieważ dusza medyka i tak była już przeklęta, Tichy nawet nie próbował modlić się do Boga. Opanowując trzęsący się głos, zagaił do swoich oprawców:
- Zimna noc dziś, panie - rzucił od niechcenia, ale widząc brak efektów, spiął się w sobie i zagaił już pewniejszym głosem. - Miałem ja kiedyś chorego na martwicę nogi Mikołaj przystanął, odwracając się do Buonafioriego i kontynuując opowiadanie prawdziwej, lecz pokolorowanej nieco historii. - Zwał się Wojciech i był mniej więcej twojej postury, panie - dodał, gestykujuąc żywo i powoli idąc dalej, by nie wyglądało to na celowe opóźnianie. - Był też z niego wścibski cham i prostak, czego nie można powiedzieć o tobie, panie.
Znów kilkusekundowy postój, ukłon.
- Rzecz w tym, że przybył do mnie z tą nogą, która zaczęła obumierać. To mówię do niego: Wojciechu. Będziemy ucinać tą nogę, bo zgnije i zemrzesz razem z nią.
Powaga.
- Nie dam się, nie odetniesz mi nogi! Jezus mówi, że mnie wyleczy, jeno wysłał mnie do ciebie po kilka ziółek, by wspomóc cudowne ozdrowienie - Mikołaj udawał Wojciecha, gestykulując przy tym i modulując głosem. - A ja mu wtedy na to: czekaj czekaj...
Cisza. Mikołaj stanął.
- ...tak, tak! Słyszałem, że Jezus powiedział do mnie, że wysłał cie do mnie, bym ci tą nogę uciął i uratował twoją nędzną dupę, bo nawet dla takich jak ty Jezus ma miłosierdzie!
Śmiech. Mikołaj znowu przystaną, w myślach nawołując Zygfryda i martwych rycerzy, by się w końcu przebudzili. Napastnicy wrogo spoglądali na medyka dając mu znać, żeby się sprężył i szybciej zaprowadził ich do figurki... Figurki, której nie miał.
- Liczę, że gdy dostaniecie figurkę, dacie mi już spokój i puścicie mnie wolno, panie Buonafiory. Nikomu nie doniosę, obiecuję! Będę kontynuował swoją podróż w dalekie strony, nigdy już nie wracając do Pragi. Co wy na to?
Ostatnio zmieniony 01 grudnia 2015, 08:05 przez Dobro, łącznie zmieniany 1 raz.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Rundstedt spojrzał na templariusza, któren się do walki sposobił. Niemiec mieczem zakręcił, zdradzając, że w robieniu żelazem eksperiencyje ma, a na lico uśmiechu cień wyszedł, bowiem prawicą jął wywijać jako w młodzieńczym wieku, takowa w prawicy siła była. Pomniał też, że on sam też jezusowym rycerzem był i w krucjacie udział brał, gdy ludem swoim zbrojnym klasztor Cystersów w Lubiążu najechali z polecenia biskupa wrocławskiego, bowiem wśród ojczulków schizmatyków albigensowskich moc ponoć była i oczyścić trzeba było owo gniazdo plugawe z herezji do cna.
Ech, ubił wtedy Rundstedt heretyków tuzinów kilka, choć biadolili, na Świętą Panienkę się klęli że krześcijanie oni prawi, ale Erchard wiedział, że sodomity przeklęte gotowe były każdy kłam zadać byle kary słusznej z jezusowych rycerzy rąk ujść. A nawet jeśli który wiary krystusowej się naprawdę nie wyparł i sodomickim praktykom czci nie dawał, to przecież takowego Bóg w niebiosiech był rozpoznał niewinnego i łaską zdarzył.
A teraz jako w ós dzień czuł się, gdy mniej niż dwa tuziny wiosen miał i zdrów jak ryba był. Gnaty nie bolały, nic jeno do bitwy było stawać. Szkoda jeno była, że bitwa to ostatnia być mogła, a Rundstedt już wnuków swych nie zooczy już pewno i na straszny los je skaże. Pola oddawać jednak zamiaru nie miał, bo gdzie zresztą pierzchać było, gdy do muru przyparty stał. Krzyknął głośno sposobiącym się do walki:
- W kupę krześcijany! Odpór diabelstwu damy!
Wątek techniczny
Znajdzie się jakaś włoócznia czy rohatyna, żeby na dystans bestie trzymać? - Znajdzie się włócznia.
Ech, ubił wtedy Rundstedt heretyków tuzinów kilka, choć biadolili, na Świętą Panienkę się klęli że krześcijanie oni prawi, ale Erchard wiedział, że sodomity przeklęte gotowe były każdy kłam zadać byle kary słusznej z jezusowych rycerzy rąk ujść. A nawet jeśli który wiary krystusowej się naprawdę nie wyparł i sodomickim praktykom czci nie dawał, to przecież takowego Bóg w niebiosiech był rozpoznał niewinnego i łaską zdarzył.
A teraz jako w ós dzień czuł się, gdy mniej niż dwa tuziny wiosen miał i zdrów jak ryba był. Gnaty nie bolały, nic jeno do bitwy było stawać. Szkoda jeno była, że bitwa to ostatnia być mogła, a Rundstedt już wnuków swych nie zooczy już pewno i na straszny los je skaże. Pola oddawać jednak zamiaru nie miał, bo gdzie zresztą pierzchać było, gdy do muru przyparty stał. Krzyknął głośno sposobiącym się do walki:
- W kupę krześcijany! Odpór diabelstwu damy!
Wątek techniczny
Znajdzie się jakaś włoócznia czy rohatyna, żeby na dystans bestie trzymać? - Znajdzie się włócznia.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 20 listopada 2015, 16:37 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
Krok, bodajże dwa. Nie więcej.
Cienka strużka zimnego potu leniwie posuwała się pod znoszonym, grubym kaftanem Konradowego sługi. Dygotał na całym ciele starając się ukryć rosnącą w nim trwogę. Szczęściem bądź srogim dowcipem wieczór do chłodniejszych należał, toteż nadzieją się żywił, że strachu w nim krwiopiojce zrazu nie rozpoznają. Świeże mu wciąż były w pamięci wydarzenia i obrazy, w jakich zapamiętał swego niegdysiejszego pana. Czuł mocne uderzenia serca modląc się w duchu, by nie wzbudziły w panach ochoty owej nieposkromionej, skulił się więc w barkach szukając jakby sposobu miernego, by szyję swą i żywot kruchy uchronić. Złudne to było i naiwne biedaka myślenie, lecz nic więcej mu nie pozostawił ów praski głupiec, li mędrzec może, który w las pobieżył z jedynymi, którzy pragnienie tak licznego zastępu książąt nocy zaspokoić by choć w odrobinie mogli.
Kolejny krok postąpił, a miękka trawa nazbyt mu się wydała głośną nieść zdradę. Serca jedynie samotne huczenie nadmiarem swym uszy wypałniało. Dokądże uchodzić, gdy w oddali mrok lasu czarniejsza jeszcze maszkara prześladuje?!
Krok czwarty i piąty, nogi ciężkie jakoby je z gliny ulepiono i kulę żelazną do każdej przytroczono, w tył ciągną nim stopę oderwać od ziemi próbuje.
- Hlava! Do mnie tu! -głos srogi Konrada przywołał sługę. Struga wnet w potop jakiś zmienić się zdała, wielce mokrymi czyniąc podwładnego boki. Strachu nie okazać, coby zwierza zbędnego nie budzić! Nie łasić!
Wolno odwrócił się do rycerza nisko chyląc głowę. Bezczelne słowa rzucił o przetrwanie własne walcząc.
- Na spragnionych wyglądacie Panie. Możem Ci swej krwi użyczyć.
Kątem oka rozejrzawszy się zmiarkował inne, dybiące na nim spojrzenia. Głodne i rozochocone. Sam jeden nie licząc templariusza Sigurdem zwanego na leśnej polanie sterczał pośród mroku, między potworami, co nażreć się krwią jego słodką niechybnie chciały.
[center]***[/center]
Rozprostował się Rundstedt czując przypływ potęgi znacznej, czuł w sobie siłę stu mężów i takąż do jatki ochotę. Włócznię zdjął z wozu, gdzie ją Zygfrydowi pospołu z inszym orężem przytroczyli i wymachiwać począł z ochotą i entuzjazmem. Już to miał w myśli sceny waleczne, jakich się lada moment dopuści, już widział, jak wilki przeklęte na grot nadziewa, dłońmi rozpruwa, jak... czerwienią osąd jego zaszedł polanę ponętnym wypełniając zapachem. Człowiek, zwierz, li wąpierz się tam ukrywał, żądzę rosnącą i niepohamowaną rozbudzał. Srogą umyślił dać wrogu nauczkę, wrogu.. lub ..
Na sługę rycerza polskiego zerknął oblizawszy wargi. Rozsądek z wściekłością walczył z wolna ustępując pola rozsierdzeniu. Zwierz w lesie w szatańską jakąś pogrywał zabawę, wbrew prostej swej naturze postępując. Ślepiami swemi stado upatrywało jakoby dogodnego momentu, by..
[center]***[/center]
- Odstępują, czy krążą jeno? - zdziwił się templariusz w pół kroku stanąwszy. Oręż już do walki gotowił, gdy słowa z ust wylał, głową szarpnął pojąwszy, że tępo jako upojony miodem drepcze. Obrócił się ku Matce czując, że spojrzenie jej na innej skupiło się osobie.
Słów wymieniły między sobą kilka ledwie, lecz mimo mowy obcej poznał się, że kłótnię jakowąś toczą. Pojął nadto, że powodem onej on to, jak i dwóch tej samej nocy przemienionych wojaków być musi. Palcem wytknęła ich owa dama, która najwięcej w karocy przsiadywać wolała, spojrzenia srogie się ich spotkały, a gniewu w nich było wystarczająco, by mury solidnego zamczyska skruszyć, jakoby spróchniałe drwa. Na las wskazała Arpadówna jeszcze i podążył za jej wzrokiem Alfonso widząc, jak wilki cofają się w puszczę. Gonić je chciał, lecz mowy Matki nie pojmował, choć wielce chciał wypełniać jej wolę.
Złość go naszła okrutna, że ktoś śmie ją upominać. Choćby i dama! Złość i ochota uciszenia tej drugiej, co pewnikiem jej urąga. Czerwienią i purpurą zbruka jej białą suknię, jeno niech mu Matka skinie przyzwoleniem.
Skiń Matko proszę, uczyń mi zaszczyt. Głód we mnie wielki.. -otrząsnął się własnym wzdrygnąwszy zuchwalstwem.
Cienka strużka zimnego potu leniwie posuwała się pod znoszonym, grubym kaftanem Konradowego sługi. Dygotał na całym ciele starając się ukryć rosnącą w nim trwogę. Szczęściem bądź srogim dowcipem wieczór do chłodniejszych należał, toteż nadzieją się żywił, że strachu w nim krwiopiojce zrazu nie rozpoznają. Świeże mu wciąż były w pamięci wydarzenia i obrazy, w jakich zapamiętał swego niegdysiejszego pana. Czuł mocne uderzenia serca modląc się w duchu, by nie wzbudziły w panach ochoty owej nieposkromionej, skulił się więc w barkach szukając jakby sposobu miernego, by szyję swą i żywot kruchy uchronić. Złudne to było i naiwne biedaka myślenie, lecz nic więcej mu nie pozostawił ów praski głupiec, li mędrzec może, który w las pobieżył z jedynymi, którzy pragnienie tak licznego zastępu książąt nocy zaspokoić by choć w odrobinie mogli.
Kolejny krok postąpił, a miękka trawa nazbyt mu się wydała głośną nieść zdradę. Serca jedynie samotne huczenie nadmiarem swym uszy wypałniało. Dokądże uchodzić, gdy w oddali mrok lasu czarniejsza jeszcze maszkara prześladuje?!
Krok czwarty i piąty, nogi ciężkie jakoby je z gliny ulepiono i kulę żelazną do każdej przytroczono, w tył ciągną nim stopę oderwać od ziemi próbuje.
- Hlava! Do mnie tu! -głos srogi Konrada przywołał sługę. Struga wnet w potop jakiś zmienić się zdała, wielce mokrymi czyniąc podwładnego boki. Strachu nie okazać, coby zwierza zbędnego nie budzić! Nie łasić!
Wolno odwrócił się do rycerza nisko chyląc głowę. Bezczelne słowa rzucił o przetrwanie własne walcząc.
- Na spragnionych wyglądacie Panie. Możem Ci swej krwi użyczyć.
Kątem oka rozejrzawszy się zmiarkował inne, dybiące na nim spojrzenia. Głodne i rozochocone. Sam jeden nie licząc templariusza Sigurdem zwanego na leśnej polanie sterczał pośród mroku, między potworami, co nażreć się krwią jego słodką niechybnie chciały.
[center]***[/center]
Rozprostował się Rundstedt czując przypływ potęgi znacznej, czuł w sobie siłę stu mężów i takąż do jatki ochotę. Włócznię zdjął z wozu, gdzie ją Zygfrydowi pospołu z inszym orężem przytroczyli i wymachiwać począł z ochotą i entuzjazmem. Już to miał w myśli sceny waleczne, jakich się lada moment dopuści, już widział, jak wilki przeklęte na grot nadziewa, dłońmi rozpruwa, jak... czerwienią osąd jego zaszedł polanę ponętnym wypełniając zapachem. Człowiek, zwierz, li wąpierz się tam ukrywał, żądzę rosnącą i niepohamowaną rozbudzał. Srogą umyślił dać wrogu nauczkę, wrogu.. lub ..
Na sługę rycerza polskiego zerknął oblizawszy wargi. Rozsądek z wściekłością walczył z wolna ustępując pola rozsierdzeniu. Zwierz w lesie w szatańską jakąś pogrywał zabawę, wbrew prostej swej naturze postępując. Ślepiami swemi stado upatrywało jakoby dogodnego momentu, by..
[center]***[/center]
- Odstępują, czy krążą jeno? - zdziwił się templariusz w pół kroku stanąwszy. Oręż już do walki gotowił, gdy słowa z ust wylał, głową szarpnął pojąwszy, że tępo jako upojony miodem drepcze. Obrócił się ku Matce czując, że spojrzenie jej na innej skupiło się osobie.
Słów wymieniły między sobą kilka ledwie, lecz mimo mowy obcej poznał się, że kłótnię jakowąś toczą. Pojął nadto, że powodem onej on to, jak i dwóch tej samej nocy przemienionych wojaków być musi. Palcem wytknęła ich owa dama, która najwięcej w karocy przsiadywać wolała, spojrzenia srogie się ich spotkały, a gniewu w nich było wystarczająco, by mury solidnego zamczyska skruszyć, jakoby spróchniałe drwa. Na las wskazała Arpadówna jeszcze i podążył za jej wzrokiem Alfonso widząc, jak wilki cofają się w puszczę. Gonić je chciał, lecz mowy Matki nie pojmował, choć wielce chciał wypełniać jej wolę.
Złość go naszła okrutna, że ktoś śmie ją upominać. Choćby i dama! Złość i ochota uciszenia tej drugiej, co pewnikiem jej urąga. Czerwienią i purpurą zbruka jej białą suknię, jeno niech mu Matka skinie przyzwoleniem.
Skiń Matko proszę, uczyń mi zaszczyt. Głód we mnie wielki.. -otrząsnął się własnym wzdrygnąwszy zuchwalstwem.
Spoiler!
Spoiler!
Spoiler!
Nie będę potworem. Oddam rzuty w Wasze ręce. Ta scena nieco wyprzedza wydarzenia jakie niebawem opiszę Dobro, jednak zamieszczam ją wcześniej, coby Wam pewnych rzeczy zawczasu nie zdradzać. Ot, rzut, czy dwa na selekcję naturalną. Potem ewentualnie wtłuczecie Mikulasowi.
Dajcie mi znać na pw, jak rzuty poszły, to podkręcę atmosferę kolejnym wpisem.
Dajcie mi znać na pw, jak rzuty poszły, to podkręcę atmosferę kolejnym wpisem.
Ostatnio zmieniony 25 listopada 2015, 02:51 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Siły strasznej jakiej Rundstedt przypływ poczuł nagle, z rozsierdzeniem przeto przyszedł a nade wszystko z głodem jaki jął rycerzowe trzewia ściskać. A uścisk był to taki, że Erchard jeno woli ostatnim wysiłkiem się powstrzymał, kły niczym psi obnażając, lecz pazernej na krew bestyji nie dając wyjść.
I choć eksperiencji dużej nie miał jako przeklęty pomiot jakim się stał, to wiedział, że za pacierzy tuzinów kilka głód ów zaspokoić będzie mus. Łakomym wzrokiem rycerz rozejrzał się. Ale tych, w których serca jeszcze boskim cudem życia dudniły, nie jako chrystusowe dzieci a jeno krwi pełne worki widział.
Otrząsnął się, bo sromota to była aby jeno jak wilcy na Stwórcy dzieła patrzeć, a nie chrześcijanin prawy. Jął modlitwe składać aby im diabli pomiot w szranki w końcu wyszedł, bo jusze ichniej nie miał Rundstedt oporów kły zatopić.
I choć eksperiencji dużej nie miał jako przeklęty pomiot jakim się stał, to wiedział, że za pacierzy tuzinów kilka głód ów zaspokoić będzie mus. Łakomym wzrokiem rycerz rozejrzał się. Ale tych, w których serca jeszcze boskim cudem życia dudniły, nie jako chrystusowe dzieci a jeno krwi pełne worki widział.
Otrząsnął się, bo sromota to była aby jeno jak wilcy na Stwórcy dzieła patrzeć, a nie chrześcijanin prawy. Jął modlitwe składać aby im diabli pomiot w szranki w końcu wyszedł, bo jusze ichniej nie miał Rundstedt oporów kły zatopić.
jeden sukces. Na razie Erchard żyje nadzieją, że na wrogach pokonanych uda się pożywić.
Ostatnio zmieniony 25 listopada 2015, 19:52 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.