Dobiegło do jej uszu... cichy szmer na skraju słyszalności, dobywający się z mroku. Koszmarny chrzęst kamieni gdy cielsko przemieszczało się zacienionym tunelem...
...przyprawił ją niemalże o mdłości.
Czuła, że nie ma szans z tym... jest zbyt duże, zbyt przystosowane do ciemności... Zgroza ogarnęła jej serce, które niczym spłoszona mysz, skryło się w głębi klatki piersiowej. Oddech przyspieszony...wdech...wydech...wdech...wydech...gwałtowny i płytki...obraz strachu wyjącego w trzewiach.
W pośpiechu wyciągnęła gwałtownym ruchem zwój. Na pergaminie były rozrysowane tuszem symbole. Wzory przechodziły jedne w drugie, zlewając się niemalże ze sobą. Nie wiedziała... nie miała doświadczenia... to nie jej dziedzina... ale była to jedyna szansa aby wydostać się z tej przeklętej czeluści...
Spoglądając więc na plątaninę nieznanych sobie znaków, zaczęła cichą inkantację. W rozpaczy chwyciła się znanych sobie metod wpływania na otoczenie... wykreowała obraz schodów wznoszących się aż do otworu, pozwalającego wydostać się z jamy. Schody z kości... niewielkich, olbrzymich, ludzkich i zwierzęcych... spojonych ze sobą siwymi pasmami włosów, cienkich a mocniejszych od elfiej liny. Prowadzących do upragnionej wolności.
To nie to... jeszcze nie to... nie te słowa...
Nie rozumiała tych symboli... matryca zaklęcia była zbyt skomplikowana, a obraz, choć silny, był zaledwie jedynie odbiciem w jej umyśle. Energia nie przeszła... nic, kompletnie nic się nie stało...
A maszkara zwana przerażeniem wpijała w nią wzrok, petryfikując swymi pożółkłymi oczami mięśnie...
[center]Nie...
[/center]
Nie po to przeszła tak daleką drogę aby strachliwie umrzeć w jakimś dole.
https://www.youtube.com/watch?v=3558lJuA8Y8
Pomyślała więc o swojej bogini... najgłębszej, kojącej ciemności... źródle zrozumienia i wewnętrznej siły. Falach cichego oceanu całujących poszarpane klify. Nocnym niebie nad jej rodzimą ziemią, wznoszącym się ponad rozkosznie pachnącymi żywicą lasami. Cisza koiła delikatnie zmysły. Rozpuszczała wszelki strach i niepewność w sercu czarownicy. Młoda wiedźma pozwoliła całkowicie ogarnąć się odczuciu czystej miłości, gdy ze wzniesionym toporem czekała aby zmierzyć się z nadchodzącą bestią z samej głębi ziemi. Czymkolwiek ona by nie była...
Nie podda się... nie bez walki. Wyciągnęła więc pyłek, mając nadzieję choć trochę zdezorientować zmysły zbliżającej się istoty.
A w tym czasie chrobot powoli narastał...
Po trzech nieudanych próbach odpalenia zwoju ze zdolnością Marzenie, chowam kamień z lśniącym runem, ale tak, żeby trochę światła mi jeszcze dawał i wyciągam pyłek z konwalii, którym będę w razie czego ciskać licząc na to, że chociaż trochę podrażnię jakiekolwiek narządy zmysłów zbliżającego się stwora. W drugiej zaś ręce dzierżę toporek, którym rzucę w łeb potwora, gdy tylko się wynurzy z szybu. Liczę jednak na moich drogich towarzyszy podróży, że niebawem się pojawią i będę mogła wydostać się z tej ponurej czeluści.