PBF: DrecarE - Cienie na Śniegu
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
Wszystko stało się za szybko. Upiorne wycie, ohydny smród lepiący się do skóry jak zimny śluz, desperackie próby parowania wijących się chaotycznie macek, których młodemu wojownikowi zdawało się, że było ze sto. Wybuchający gdzieś płomień, co Narleds ledwo zauważył i absurdalny, mieszający się z tym wszystkim zapach wódki z muchomorów. Później silny ból, brak oddechu i niebo które najpierw przepłynęło przed jego twarzą a potem grunt, który podskoczył i uderzył go w plecy.
Widgar jak najszybciej zerwał się na nogi, zanim jeszcze kurzawa śniegu opadła, lecz równie szybko usiadł z powrotem. Po chwili wstał ponownie i zauważył, że nogi tym razem już zdołały go utrzymać, chociaż nie sądził, że dadzą radę go gdzieś zanieść. Spojrzał dziwnie wyraźnym wzrokiem przed siebie i zobaczył dogasający dziwny kształt, który teraz wydał mu się znacznie mniejszy niż kiedy nacierał z furią na jego tarczę.
Zaczął coś mówić do Norlaug ale zdołał tylko zakaszleć. Był trochę oszołomiony. Kiedy dotarło do niego, że zagrożenie minęło a reszta drużyny porusza się i jest bezpieczna, rozluźnił się i omal powrotem nie opadł na śnieg. Duma jednak wzmocniła jego kolana i stał dzielnie wciąż.
Kidy Norlaug zbliżyła się chciał znowu coś powiedzieć. Czy Ty zawsze musisz wałęsać się po jakiś jamach z potworami. Nie to nie było właściwe, przecież nie wiedział, czy to się wiedźmie zdarza często. I po co żeś wlazła do tej dziury? To też chyba się nie nadawało, przecież ona chyba tam wpadła po prostu. Po co znalazłaś tego potwora? Nie to było zdecydowanie najgorsze a poza tym, tak naprawdę cieszył się strasznie, że ją znaleźli i że nic jej nie jest. Był jednak zły za to, że znalazła takiego potwora. Jakby nie mogła znaleźć jakiegoś mniejszego.
Kiedy myślał o tym, żeby może jednak powiedzieć coś miłego zauważył, że Norlaug ogląda go jak jakąś roślinę i już chciał zgłosić sprzeciw, kiedy przypomniał sobie, że ona przecież też umie uzdrawiać. Zamknął się więc osłupiały, kiedy ta po chwili zaczęła nucić. Najpierw kiedy usłyszał cichy szept, odruchowo przestraszył się, że może to zaraz zmieni się w typowe jazgotliwe jęczenie jego babci ale tak się nie stało. Spokojna i melodyjna muzyka usuwała ból z jego ciała i wzburzenie z jego głowy. Rozluźnił się ponownie a jego nogi podtrzymywały go nadal i to już bez wysiłku.
Poczuł jak świeże powietrze wypełnia jego płuca a krew rozprowadza ciepło po ciele. Poczuł też bliskość drugiej istoty obok siebie, jej oddech i krew która też musiała w niej płynąć i poczuł zwykłą ale totalnie wszechogarniającą radość z tego że żyje. Nie chodziło o to, że przeżył, po prostu sam fakt życia, krwi i energii płynącej przez ten dziwny kawał mięsa i kości, możliwość oglądania tymi dziwnymi oczami nieba, gór, drzew innych istot, zdolność słyszenia, zapachu dotyku, wszystko przepełniało go ekstazą. Uściskał więc w przypływie entuzjazmu Norlaug, wykonując obrót o 360 stopni a kiedy zaskoczoną postawił powrotem na ziemi powiedział tylko spokojnie i pogodnie.
- Cieszę się, że nic ci nie jest.
Widgar jak najszybciej zerwał się na nogi, zanim jeszcze kurzawa śniegu opadła, lecz równie szybko usiadł z powrotem. Po chwili wstał ponownie i zauważył, że nogi tym razem już zdołały go utrzymać, chociaż nie sądził, że dadzą radę go gdzieś zanieść. Spojrzał dziwnie wyraźnym wzrokiem przed siebie i zobaczył dogasający dziwny kształt, który teraz wydał mu się znacznie mniejszy niż kiedy nacierał z furią na jego tarczę.
Zaczął coś mówić do Norlaug ale zdołał tylko zakaszleć. Był trochę oszołomiony. Kiedy dotarło do niego, że zagrożenie minęło a reszta drużyny porusza się i jest bezpieczna, rozluźnił się i omal powrotem nie opadł na śnieg. Duma jednak wzmocniła jego kolana i stał dzielnie wciąż.
Kidy Norlaug zbliżyła się chciał znowu coś powiedzieć. Czy Ty zawsze musisz wałęsać się po jakiś jamach z potworami. Nie to nie było właściwe, przecież nie wiedział, czy to się wiedźmie zdarza często. I po co żeś wlazła do tej dziury? To też chyba się nie nadawało, przecież ona chyba tam wpadła po prostu. Po co znalazłaś tego potwora? Nie to było zdecydowanie najgorsze a poza tym, tak naprawdę cieszył się strasznie, że ją znaleźli i że nic jej nie jest. Był jednak zły za to, że znalazła takiego potwora. Jakby nie mogła znaleźć jakiegoś mniejszego.
Kiedy myślał o tym, żeby może jednak powiedzieć coś miłego zauważył, że Norlaug ogląda go jak jakąś roślinę i już chciał zgłosić sprzeciw, kiedy przypomniał sobie, że ona przecież też umie uzdrawiać. Zamknął się więc osłupiały, kiedy ta po chwili zaczęła nucić. Najpierw kiedy usłyszał cichy szept, odruchowo przestraszył się, że może to zaraz zmieni się w typowe jazgotliwe jęczenie jego babci ale tak się nie stało. Spokojna i melodyjna muzyka usuwała ból z jego ciała i wzburzenie z jego głowy. Rozluźnił się ponownie a jego nogi podtrzymywały go nadal i to już bez wysiłku.
Poczuł jak świeże powietrze wypełnia jego płuca a krew rozprowadza ciepło po ciele. Poczuł też bliskość drugiej istoty obok siebie, jej oddech i krew która też musiała w niej płynąć i poczuł zwykłą ale totalnie wszechogarniającą radość z tego że żyje. Nie chodziło o to, że przeżył, po prostu sam fakt życia, krwi i energii płynącej przez ten dziwny kawał mięsa i kości, możliwość oglądania tymi dziwnymi oczami nieba, gór, drzew innych istot, zdolność słyszenia, zapachu dotyku, wszystko przepełniało go ekstazą. Uściskał więc w przypływie entuzjazmu Norlaug, wykonując obrót o 360 stopni a kiedy zaskoczoną postawił powrotem na ziemi powiedział tylko spokojnie i pogodnie.
- Cieszę się, że nic ci nie jest.
Ostatnio zmieniony 11 grudnia 2015, 13:23 przez zapalki_chaosu, łącznie zmieniany 1 raz.
Głos potwora, świdrując umysł, wysysał wszelką energię, oraz jakiekolwiek chęci do działania. Wywlekał najgłębiej skrywane lęki i najczarniejsze myśli. Wnikał w niego coraz głębiej, odnajdując w nim samym podobną ciemność. Zalęgała się ona w sercu i duszy. Zatruwała go, a jednocześnie kusiła słodyczą i niezliczonymi tajemnicami. Mówiła..wyjaśniła mu wszystko, sprawiając, że nie chciał wiedzieć więcej. Prawda go nie wyzwoliła, a pozostawiła zdrętwiałego z grozy, której doznał. Wszystkie dążenia, marzenia, pragnienia były złudzeniem, pyłem na wietrze, bezcelową utratą energii życiowej. Jedynie zagłuszały i wypełniały pustkę, której każdy wolał udwać, że nie ma. Ignorancja, ucieczka...Prawda cóż, jest bolesna. Przynajmniej wiedział. Lecz wszystko w co wierzył rozpadało się na jego oczach, a dalej ziała wszechogarniająca czerń.
Poprzez ogarniącą go pajęczynę mroku, w której tkwił niczym mucha w sieci, zaczęły przebijać się czerwone rozbłyski. To jakaś częśc jego ja jeszcze walczyła. Chyba coś mówił, próbował coś zrobić. Ale przed kim chcę udawać? Po co podtrzymywać tą nędzną iluzję życia? Jak wszystko i tak powróci w otchłań, skąd przyszło. Jej ramiona były wyzwoleniem, obietnicą ulgi. Znał ją...ale przez wiekszość czasu przed nią uciekał, jak wszyscy. Ale był głupi.
Na zewnątrz również rozgrywała się walka, choć bardziej zażarta niz w nim. Stał niezdolny się ruszyć i patrzył. Cierpienie własne i innych- tak samo bezcelowe. Miotając się tylko coraz silniej zaciska się pętlę. A nie lepiej po prostu sie poddać i zanurzyć w jej czarną toń? Poddać? Nagle to słowo przebiło sie spośród innych, jakby miało większą wagę. Przypomniał sobie o jego przeciwieństwie i o przysiędze. Złudzenia? Toż to teraz tkwił w sieci iluzji! Wysiłkiem spętanej jeszcze woli dotknął zranionego ramienia. Wiedział, że musi zrobic coś by wyrwać się z tego stuporu, a jedynie ogień może mu pomóc, ogień w jego krwii. Musiał ucieć się do pierwotnej siły instynktów by przełamać czar sił ciemności. Wbił palce w ranę i dopiero ten szok go otrzeźwił. Na raz poczuł gniew i ból i niemal automatycznie zaczął przyzywać ogień, który począł napływać i wybuchnął z jego dłoni, kiedy skumulował całą swoją wściekłość.
[center]***[/center]
Po tym wszystkim przykląkł wyczerpany, gdyż sporo kosztowała go ta walka i fizycznie i mentalnie. A wpływ ciemności również nie należał do najprzyjemniejszych. Starał się ochłonąć i oczyścić z minionych wrażeń. By odwrócić swoją uwagę od tego co zaszło skupił się na otoczeniu. I z pewnym zaskoczeniem, oraz rozbawieniem oglądał co się dzieje między Norlaug a Vidgarem. A co jak co, raczej umiał obserwować i wyciągać wnioski.
Poprzez ogarniącą go pajęczynę mroku, w której tkwił niczym mucha w sieci, zaczęły przebijać się czerwone rozbłyski. To jakaś częśc jego ja jeszcze walczyła. Chyba coś mówił, próbował coś zrobić. Ale przed kim chcę udawać? Po co podtrzymywać tą nędzną iluzję życia? Jak wszystko i tak powróci w otchłań, skąd przyszło. Jej ramiona były wyzwoleniem, obietnicą ulgi. Znał ją...ale przez wiekszość czasu przed nią uciekał, jak wszyscy. Ale był głupi.
Na zewnątrz również rozgrywała się walka, choć bardziej zażarta niz w nim. Stał niezdolny się ruszyć i patrzył. Cierpienie własne i innych- tak samo bezcelowe. Miotając się tylko coraz silniej zaciska się pętlę. A nie lepiej po prostu sie poddać i zanurzyć w jej czarną toń? Poddać? Nagle to słowo przebiło sie spośród innych, jakby miało większą wagę. Przypomniał sobie o jego przeciwieństwie i o przysiędze. Złudzenia? Toż to teraz tkwił w sieci iluzji! Wysiłkiem spętanej jeszcze woli dotknął zranionego ramienia. Wiedział, że musi zrobic coś by wyrwać się z tego stuporu, a jedynie ogień może mu pomóc, ogień w jego krwii. Musiał ucieć się do pierwotnej siły instynktów by przełamać czar sił ciemności. Wbił palce w ranę i dopiero ten szok go otrzeźwił. Na raz poczuł gniew i ból i niemal automatycznie zaczął przyzywać ogień, który począł napływać i wybuchnął z jego dłoni, kiedy skumulował całą swoją wściekłość.
[center]***[/center]
Po tym wszystkim przykląkł wyczerpany, gdyż sporo kosztowała go ta walka i fizycznie i mentalnie. A wpływ ciemności również nie należał do najprzyjemniejszych. Starał się ochłonąć i oczyścić z minionych wrażeń. By odwrócić swoją uwagę od tego co zaszło skupił się na otoczeniu. I z pewnym zaskoczeniem, oraz rozbawieniem oglądał co się dzieje między Norlaug a Vidgarem. A co jak co, raczej umiał obserwować i wyciągać wnioski.
[center]Szare Grzbiety, 26 mroliść (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
Vidgar dźwignął się powoli z ziemi, wspierając się na ramieniu Norlaug. W tej chwili mógłby się założyć o garniec najprzedniejszego piwa z He'res, że ma pęknięte przynajmniej dwa żebra. Każdy oddech przyprawiał go o ból, jednak jakimś cudem udawało mu się zgrywać z jego purpurowym rytmem, choć sam nie do końca wiedział, jak tego dokonuje. Kyariel także wstał powoli, odzyskując panowanie nad sobą. Maszkara była martwa i to wydawało się najważniejsze.
- Heeej! Żyjecie? - dobiegł ich odległy krzyk. A gdy zwrócili się w tamtą stronę ujrzeli trzy wspinające się szybko po zboczu sylwetki. W świetle gwiazd Alfr bez trudu rozpoznał Brnjara i jego dwóch wojów, którzy zaalarmowani odgłosami walki spieszyli właśnie w ich kierunku. Wkrótce dołączyli do nich i postawny kupiec zatrzymał się na chwilę, aby złapać oddech, dyszał bowiem ciężko jak niedźwiedź. Vani i Red dzierżąc dwuręczne topory zbliżyli się ostrożnie do dziury w ziemi i omietli ponurym spojrzeniem wystające z niej macki. Wszakże większość z nich zdołała już utracić swą formę, roztapiając się w bezkształtną masę, przypominającą psujące się mięso.
- Czy wszystko... wszystko w porządku? - wydyszał w końcu Brnjar.
- Tak, żyjemy! -odkrzyknął Vidgar radośnie, choć wypowiedzenie tych paru słów kosztowało go sporo samozaparcia. Cieszył się jednak, gdyż nawet ból płynący z połamanych żeber informował go, że wciąż oddycha. I że to do nich należy zwycięstwo.
- Szybkoście sobie... poradzili. Uff! Nie nadaję się... do takiego biegania... - dodał kupiec. Vani w tym czasie trącił jedną z macek toporem i wyburczał coś niezrozumiale.
Wspólnie z Redem, używając toporów, jak szerokich łopat zaczęli zagarniać resztki cielska i wrzucać je do jamy. Czynili to w milczeniu, najwyraźniej chcąc mieć jak najszybciej za sobą tą nieprzyjemną pracę.
Brnjar złapał wreszcie oddech i wyprostował się:
- Dobrze, że wszyscy żyjecie. Wracajmy co rychlej do groty. Myśliwi także powinni się niedługo zjawić.
[center]***[/center]
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=sSseJSd8qHY[/center]
Nocny spacer nie był tak bardzo wyczerpujący, jak obawiał się tego Tańczący. Co prawda mocno utykał i musiał iść powoli, jednak droga wiodła w dużej mierze w dół i pozbawiona była stromizn, które trudno byłoby mu pokonać w tym stanie. Nie rozmawiali wiele. Olaf zajęty był rozglądaniem się po okolicy i rozmyślaniem o tym, jak przenieść do groty tak dużą porcję mięsa. Nic jednakże wszakże ich nie niepokoiło i dotarli do celu bezpiecznie.
[center]
[/center]
Wkrótce stanęli przed jaskinią. Ze środka dobiegało ciepłe światło ognia i zapach piekącego się mięsiwa, oraz szelest rozmów. To znacznie poprawiło im humor. A jednak, gdy tylko weszli do środka, zrozumieli, że podczas ich nieobecności coś musiało się wydarzyć. Oprócz dużego ogniska i dwóch piekących się na różnie zajęcy, zauważyli też od razu leżącego na skórach Vidgara, którego opatrywała Norlaug, oraz siedzącego nieopodal Kyariela. Mag wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w płomienie, a jego rękaw był brązowy od świeżo przelanej krwi. Rytmiczny śpiew czarownicy przeplatał się z odgłosem trzaskających w ogniu gałązek. Mimo to jednak wszyscy wydawali się być w zaskakująco dobrych nastrojach i powitały ich rozpogodzone twarze.
- A wy, co? Na Aurena! Z pustymi rękami wracacie? - zaśmiała się Gunlid, widząc ich w wejściu. Choć jej twarz zaraz spoważniała, gdy ujrzała rany Wylkołka. Podniosła się ze skóry na której siedziała i zaprosiła gestem Tańczącego by się położył.
- Ano, gadajcie - odezwała się po chwili. - Bo zdaje się, że i wy macie swoją historię do opowiedzenia...
Vidgar dźwignął się powoli z ziemi, wspierając się na ramieniu Norlaug. W tej chwili mógłby się założyć o garniec najprzedniejszego piwa z He'res, że ma pęknięte przynajmniej dwa żebra. Każdy oddech przyprawiał go o ból, jednak jakimś cudem udawało mu się zgrywać z jego purpurowym rytmem, choć sam nie do końca wiedział, jak tego dokonuje. Kyariel także wstał powoli, odzyskując panowanie nad sobą. Maszkara była martwa i to wydawało się najważniejsze.
- Heeej! Żyjecie? - dobiegł ich odległy krzyk. A gdy zwrócili się w tamtą stronę ujrzeli trzy wspinające się szybko po zboczu sylwetki. W świetle gwiazd Alfr bez trudu rozpoznał Brnjara i jego dwóch wojów, którzy zaalarmowani odgłosami walki spieszyli właśnie w ich kierunku. Wkrótce dołączyli do nich i postawny kupiec zatrzymał się na chwilę, aby złapać oddech, dyszał bowiem ciężko jak niedźwiedź. Vani i Red dzierżąc dwuręczne topory zbliżyli się ostrożnie do dziury w ziemi i omietli ponurym spojrzeniem wystające z niej macki. Wszakże większość z nich zdołała już utracić swą formę, roztapiając się w bezkształtną masę, przypominającą psujące się mięso.
- Czy wszystko... wszystko w porządku? - wydyszał w końcu Brnjar.
- Tak, żyjemy! -odkrzyknął Vidgar radośnie, choć wypowiedzenie tych paru słów kosztowało go sporo samozaparcia. Cieszył się jednak, gdyż nawet ból płynący z połamanych żeber informował go, że wciąż oddycha. I że to do nich należy zwycięstwo.
- Szybkoście sobie... poradzili. Uff! Nie nadaję się... do takiego biegania... - dodał kupiec. Vani w tym czasie trącił jedną z macek toporem i wyburczał coś niezrozumiale.
Wspólnie z Redem, używając toporów, jak szerokich łopat zaczęli zagarniać resztki cielska i wrzucać je do jamy. Czynili to w milczeniu, najwyraźniej chcąc mieć jak najszybciej za sobą tą nieprzyjemną pracę.
Brnjar złapał wreszcie oddech i wyprostował się:
- Dobrze, że wszyscy żyjecie. Wracajmy co rychlej do groty. Myśliwi także powinni się niedługo zjawić.
Zakładam, że wracacie do groty, gdzie będzie czekał na was Vilberg (który nie może biegać z uwagi na strzaskane kolano). Niedługo po waszym powrocie pojawi się Gunlid z dwoma zającami. Zakładam, że pokrótce streścicie im sytuację (chyba, że chcecie to odegrać, to nie krępujcie się).
Norlaug zacznie opatrywać Vidgara i Kyariela:
Norlaug: Dwa testy Medycyny Ezoterycznej (Zw + Medycyna Ezoteryczna):
36 + 11 = 47; Rzut: 37; Zdane z jednym przebiciem. Udaje Ci się przywrócić Vidgarowi 2 punkty żywotności. Ponadto Żywnik przywróci mu 2 kolejne punkty w ciągu 1 h, uzdrawiając wojownika do poziomu obrażeń lekkich.
36 + 11 = 47; Rzut: 76; Nie umiesz pomóc Alfrowi za pomocą uzdrawiania. Jedynie okład z żywnika przywróci mu 1 punkt Żywotności w ciągu 1 h.
Norlaug zacznie opatrywać Vidgara i Kyariela:
Norlaug: Dwa testy Medycyny Ezoterycznej (Zw + Medycyna Ezoteryczna):
36 + 11 = 47; Rzut: 37; Zdane z jednym przebiciem. Udaje Ci się przywrócić Vidgarowi 2 punkty żywotności. Ponadto Żywnik przywróci mu 2 kolejne punkty w ciągu 1 h, uzdrawiając wojownika do poziomu obrażeń lekkich.
36 + 11 = 47; Rzut: 76; Nie umiesz pomóc Alfrowi za pomocą uzdrawiania. Jedynie okład z żywnika przywróci mu 1 punkt Żywotności w ciągu 1 h.
[center]***[/center]
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=sSseJSd8qHY[/center]
Nocny spacer nie był tak bardzo wyczerpujący, jak obawiał się tego Tańczący. Co prawda mocno utykał i musiał iść powoli, jednak droga wiodła w dużej mierze w dół i pozbawiona była stromizn, które trudno byłoby mu pokonać w tym stanie. Nie rozmawiali wiele. Olaf zajęty był rozglądaniem się po okolicy i rozmyślaniem o tym, jak przenieść do groty tak dużą porcję mięsa. Nic jednakże wszakże ich nie niepokoiło i dotarli do celu bezpiecznie.
[center]
[/center]Wkrótce stanęli przed jaskinią. Ze środka dobiegało ciepłe światło ognia i zapach piekącego się mięsiwa, oraz szelest rozmów. To znacznie poprawiło im humor. A jednak, gdy tylko weszli do środka, zrozumieli, że podczas ich nieobecności coś musiało się wydarzyć. Oprócz dużego ogniska i dwóch piekących się na różnie zajęcy, zauważyli też od razu leżącego na skórach Vidgara, którego opatrywała Norlaug, oraz siedzącego nieopodal Kyariela. Mag wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w płomienie, a jego rękaw był brązowy od świeżo przelanej krwi. Rytmiczny śpiew czarownicy przeplatał się z odgłosem trzaskających w ogniu gałązek. Mimo to jednak wszyscy wydawali się być w zaskakująco dobrych nastrojach i powitały ich rozpogodzone twarze.
- A wy, co? Na Aurena! Z pustymi rękami wracacie? - zaśmiała się Gunlid, widząc ich w wejściu. Choć jej twarz zaraz spoważniała, gdy ujrzała rany Wylkołka. Podniosła się ze skóry na której siedziała i zaprosiła gestem Tańczącego by się położył.
- Ano, gadajcie - odezwała się po chwili. - Bo zdaje się, że i wy macie swoją historię do opowiedzenia...
Dla Kyariela: Zakładam, że w czasie gdy Norlaug opatruje wojownika, odzyskasz swoje punkty Energii dzięki medytacji. Odzyskasz także 1 punkt Żywotności i jeśli chcesz możesz się już leczyć magicznie (jesteś na lekkich).
Dla Norlaug: Odpisz sobie 2 dawki żywnika.
Dla Norlaug: Odpisz sobie 2 dawki żywnika.
Ostatnio zmieniony 16 grudnia 2015, 13:06 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
Weszła w głęboki trans. Każda czynność wydawała się w pewien sposób odległa, oglądana niczym przez pryzmat świata snów. Jej serce oraz umysł był spleciony idealnie z wartkim lecz kojącym pulsem pieśni. Czuła jak cała ta energia, światła wiosennego słońca, rytmicznego szumu fal, powiewu wiatru, przepaja całe jej ciało. A w raz z każdym działaniem przenosi się na nadwyrężone mięśnie dzielnego wojownika, tamuje krwawienia, znosi uciążliwy ból i uspokaja ducha. Silnym tchnieniem ostatnia fala ciepła przepłynęła, wypełniając uszkodzone pierwiej tkanki. Okryła je swym ostatnim miodowym pocałunkiem, po czym rozpłynęła się na podobieństwo mgły. Oddech wojownika był głęboki i spokojny. Jego powieki zadrżały. Wolno otworzył oczy wypełnione teraz nowym blaskiem. I nagle, całkowicie niespodziewanie zerwał się na równe nogi i pochwycił czarownicę w mocnym, przyjaznym uścisku, niemalże unosząc z nad ośnieżonego gruntu.
Oddech zatrzymał się na chwilę, gdy jej umysł doznał nagłego szoku żywiołową reakcją towarzysza. Ciepło, tak dużo ciepła. Serce jednak wiedziało i biło również, wtórując drugiemu w takt nieposkromionej radości. I nie było przez chwilę nic innego, niż tylko wspólnie dzielony entuzjazm, czyste szczęście wynikłe z poczucia zwycięstwa nad maszkarą i wzajemnego towarzystwa. Po tej krótkiej, ale nieskończenie pełnej chwili, wojownik delikatnie postawił czarownicę z powrotem na ziemi.
Wstrzymany oddech uwolnił się z płuc wzlatując kłębkiem pary. Odczuwana radość nie wymagała słów. Na słowa Vidgara na twarzy wiedźmy rozkwitł tylko lekki rumieniec. Po chwili jednak do jej świadomości dotarł fakt złamanych żeber wojownika i ran Alfra. Cały płomień gwałtownego entuzjazmu przeistoczył się po chwili w płomyk troski o zdrowie przyjaciół. Obejrzała więc dokładnie uszkodzone ramię Kyariela. Rana nie wydawała się wcale poważna...
Zaczęła więc leczyć również jego. Choć trochę, za nim wyruszą do groty...
Próbowała przywołać do siebie obrazy. Uspokajające, harmonizujące wizje. Przed jej oczami pojawiła się jednakże tylko niewyraźna strużka dymu, który był zaledwie zalążkiem uprzednio postrzeganych kształtów. W końcu ciało dało o sobie znać. Przepływ dużej ilości energii, kalejdoskop wrażeń i emocji związanych z walką, a wreszcie i samo wyziębienie dotarło do jej świadomości ze zdwojoną siłą. I próbowała skupić się tylko na leczeniu, lecz nie mogła wykrzesać choćby iskry uprzedniego ciepła, zdolnego choć trochę uzdrowić przyjaciela, zimno zaczęło przenikać przez poły grubego, podróżnego płaszcza. W tym momencie grota z ciepłym, wesoło trzaskającym ogniskiem wydawała się tak odległa...
Gdy już mieli rozpocząć zdawałoby się mozolną wędrówkę w kierunku schronienia, ich uszy dobiegły okrzyki towarzyszy podróży. Doborowe towarzystwo serdecznego Brnjara dodało kobiecie sił i entuzjazmu.
Brnąc poprzez grubą pokrywę śniegu, zbliżyli się do groty, skąd docierało radosne prychanie koników, oraz tak upragniony blask ogniska.
Wiedźma z niecierpliwością roztarła ręce. Widziała już sylwetkę Vilberga, odcinającą się czernią na tle rozjaśnionych płomienną łuną skał.
Wkraczając do groty szybko przygotowała posłanie z grubych koców i skór. Ostrożnie pomogła Vidgarowi spocząć. Sama usiadła przy nim, nieopodal ogniska. Po chwili wróciła Gunlid, niosąc za uszy dwa śnieżnobiałe króliki. Ucieszyła się na widok tak długo nieobecnych towarzyszy. Ujrzawszy jednak ich zmęczenie, oraz rany, na jej twarzy zagościła troska.
W zamiarze zaspokojenia ciekawości towarzyszy, wiedźma przysunęła się bliżej ognia i patrząc w skrzące płomienie, zaczęła opowiadać:
- Przyjaciele, a więc to było tak. Jak i inni, postanowiłam wykorzystać czas i znaleźć jakieś przydatne w naszej podróży zioła. Poszłam więc na zachód od naszego schronienia, nie chcąc jednak oddalać się zanadto. Jako, że grunt był niepewny zastosowałam wszelkie znane mi środki ostrożności i odgarniałam zaspy kijem, licząc, że znajdę choćby jakieś niewielkie roślinki. Skuta lodem ziemia wydawała się jednak być skąpą w swych darach. Ale w końcu moim oczom ukazały się krzewy szczodrze obsypane czerwonym owocem. Zaczęłam więc zbierać jagody, aż nagle krzewinki poruszyły się. Ciało instynktownie zareagowało strachem. Wtedy poślizgnęłam się na oblodzonym podłożu. Później nie pamiętam nic z tego co się ze mną działo. A gdy się ocknęłam, leżałam w jakimś zapomnianym dole w ziemi. Nie byłabym w stanie nawet się stamtąd wydostać, zaczęłam więc wołać Vidgara i Kyariela. W moim sercu nieprzerwanie rosła jednak obawa, że jama, do której wpadłam, jest siedliskiem jakiejś pokrętnej istoty. Nie mając jednak wyboru, krzyczałam dalej. W końcu Vidgar i Kyariel znaleźli mnie, ale mój głos posłyszał również potwór. Słyszałam podania o różnych przerażających bestiach, zamieszkujących wydrążone przez siebie tunele i jamy... a jednak nic, co było mi wiadome, nie dorównywało temu, co ujrzeliśmy, jak w ostatniej chwili przyjaciele wyciągnęli mnie na powierzchnię. Ledwośmy uniknęli gradu rozerwanej przez bestię ziemi. Była to kreatura istnie potwornej maści, zwana Rozpaczmą. Jej wycie poruszało najbardziej pierwotną i zwierzęcą strunę w naszych sercach - strach. Jej jęk zdolny był wyssać wszelaką radość i chęć do walki. Jednak nasze serca były silniejsze. - wtem czarownica poderwała się aż z miejsca - Ot co jej zrobiliśmy! Powzięliśmy wcześniej zmyślny plan. Gdy Vidgar odciągał uwagę kreatury, cisnęliśmy w nią butelką wódki z muchomorów. Biedny Jusse... gdyby tylko wiedział co zrobiliśmy z jego zacnym trunkiem. Ale nic, napitek przydał się wielce, gdyż za raz jak tylko ohydne macki skąpały się w nim, Kyariel podpalił ognistym pociskiem maszkarę. W przeciągu chwili stanęła cała w płomieniach. Jęcząc i zawodząc próbowała się skryć do swej jamy. Jednak ogień strawił jej oślizgłe ciało i padła martwa na ziemię. Ledwie zdążyliśmy się otrząsnąć z walki, a już pojawiliście się wy Brnjarze...
- I to cała nasza historia... A teraz pozwólcie, ale chcę zająć się rannymi - mówiąc to pospiesznie przyklękła przy ułożonym na posłaniu wojowniku i jęła wyciągać z przytroczonej do paska sakwy wszystkie potrzebne specyfiki i różnorakie przyrządy.
Oddech zatrzymał się na chwilę, gdy jej umysł doznał nagłego szoku żywiołową reakcją towarzysza. Ciepło, tak dużo ciepła. Serce jednak wiedziało i biło również, wtórując drugiemu w takt nieposkromionej radości. I nie było przez chwilę nic innego, niż tylko wspólnie dzielony entuzjazm, czyste szczęście wynikłe z poczucia zwycięstwa nad maszkarą i wzajemnego towarzystwa. Po tej krótkiej, ale nieskończenie pełnej chwili, wojownik delikatnie postawił czarownicę z powrotem na ziemi.
Wstrzymany oddech uwolnił się z płuc wzlatując kłębkiem pary. Odczuwana radość nie wymagała słów. Na słowa Vidgara na twarzy wiedźmy rozkwitł tylko lekki rumieniec. Po chwili jednak do jej świadomości dotarł fakt złamanych żeber wojownika i ran Alfra. Cały płomień gwałtownego entuzjazmu przeistoczył się po chwili w płomyk troski o zdrowie przyjaciół. Obejrzała więc dokładnie uszkodzone ramię Kyariela. Rana nie wydawała się wcale poważna...
Zaczęła więc leczyć również jego. Choć trochę, za nim wyruszą do groty...
Próbowała przywołać do siebie obrazy. Uspokajające, harmonizujące wizje. Przed jej oczami pojawiła się jednakże tylko niewyraźna strużka dymu, który był zaledwie zalążkiem uprzednio postrzeganych kształtów. W końcu ciało dało o sobie znać. Przepływ dużej ilości energii, kalejdoskop wrażeń i emocji związanych z walką, a wreszcie i samo wyziębienie dotarło do jej świadomości ze zdwojoną siłą. I próbowała skupić się tylko na leczeniu, lecz nie mogła wykrzesać choćby iskry uprzedniego ciepła, zdolnego choć trochę uzdrowić przyjaciela, zimno zaczęło przenikać przez poły grubego, podróżnego płaszcza. W tym momencie grota z ciepłym, wesoło trzaskającym ogniskiem wydawała się tak odległa...
Gdy już mieli rozpocząć zdawałoby się mozolną wędrówkę w kierunku schronienia, ich uszy dobiegły okrzyki towarzyszy podróży. Doborowe towarzystwo serdecznego Brnjara dodało kobiecie sił i entuzjazmu.
Brnąc poprzez grubą pokrywę śniegu, zbliżyli się do groty, skąd docierało radosne prychanie koników, oraz tak upragniony blask ogniska.
Wiedźma z niecierpliwością roztarła ręce. Widziała już sylwetkę Vilberga, odcinającą się czernią na tle rozjaśnionych płomienną łuną skał.
Wkraczając do groty szybko przygotowała posłanie z grubych koców i skór. Ostrożnie pomogła Vidgarowi spocząć. Sama usiadła przy nim, nieopodal ogniska. Po chwili wróciła Gunlid, niosąc za uszy dwa śnieżnobiałe króliki. Ucieszyła się na widok tak długo nieobecnych towarzyszy. Ujrzawszy jednak ich zmęczenie, oraz rany, na jej twarzy zagościła troska.
W zamiarze zaspokojenia ciekawości towarzyszy, wiedźma przysunęła się bliżej ognia i patrząc w skrzące płomienie, zaczęła opowiadać:
- Przyjaciele, a więc to było tak. Jak i inni, postanowiłam wykorzystać czas i znaleźć jakieś przydatne w naszej podróży zioła. Poszłam więc na zachód od naszego schronienia, nie chcąc jednak oddalać się zanadto. Jako, że grunt był niepewny zastosowałam wszelkie znane mi środki ostrożności i odgarniałam zaspy kijem, licząc, że znajdę choćby jakieś niewielkie roślinki. Skuta lodem ziemia wydawała się jednak być skąpą w swych darach. Ale w końcu moim oczom ukazały się krzewy szczodrze obsypane czerwonym owocem. Zaczęłam więc zbierać jagody, aż nagle krzewinki poruszyły się. Ciało instynktownie zareagowało strachem. Wtedy poślizgnęłam się na oblodzonym podłożu. Później nie pamiętam nic z tego co się ze mną działo. A gdy się ocknęłam, leżałam w jakimś zapomnianym dole w ziemi. Nie byłabym w stanie nawet się stamtąd wydostać, zaczęłam więc wołać Vidgara i Kyariela. W moim sercu nieprzerwanie rosła jednak obawa, że jama, do której wpadłam, jest siedliskiem jakiejś pokrętnej istoty. Nie mając jednak wyboru, krzyczałam dalej. W końcu Vidgar i Kyariel znaleźli mnie, ale mój głos posłyszał również potwór. Słyszałam podania o różnych przerażających bestiach, zamieszkujących wydrążone przez siebie tunele i jamy... a jednak nic, co było mi wiadome, nie dorównywało temu, co ujrzeliśmy, jak w ostatniej chwili przyjaciele wyciągnęli mnie na powierzchnię. Ledwośmy uniknęli gradu rozerwanej przez bestię ziemi. Była to kreatura istnie potwornej maści, zwana Rozpaczmą. Jej wycie poruszało najbardziej pierwotną i zwierzęcą strunę w naszych sercach - strach. Jej jęk zdolny był wyssać wszelaką radość i chęć do walki. Jednak nasze serca były silniejsze. - wtem czarownica poderwała się aż z miejsca - Ot co jej zrobiliśmy! Powzięliśmy wcześniej zmyślny plan. Gdy Vidgar odciągał uwagę kreatury, cisnęliśmy w nią butelką wódki z muchomorów. Biedny Jusse... gdyby tylko wiedział co zrobiliśmy z jego zacnym trunkiem. Ale nic, napitek przydał się wielce, gdyż za raz jak tylko ohydne macki skąpały się w nim, Kyariel podpalił ognistym pociskiem maszkarę. W przeciągu chwili stanęła cała w płomieniach. Jęcząc i zawodząc próbowała się skryć do swej jamy. Jednak ogień strawił jej oślizgłe ciało i padła martwa na ziemię. Ledwie zdążyliśmy się otrząsnąć z walki, a już pojawiliście się wy Brnjarze...
- I to cała nasza historia... A teraz pozwólcie, ale chcę zająć się rannymi - mówiąc to pospiesznie przyklękła przy ułożonym na posłaniu wojowniku i jęła wyciągać z przytroczonej do paska sakwy wszystkie potrzebne specyfiki i różnorakie przyrządy.
Z początku czarownica opowiada historię spokojnie, później jednak zaczyna ją ponosić związany z walką entuzjazm. Wiedźma czuje się zmęczona, ale szczęśliwa mogąc przebywać w otoczeniu co raz bliższych jej osób.
Czarownica stara się ukazać w swojej opowieści całą mieszankę emocji, wywołanych przez starcie z potworem. Po opowieści, zajmuje się leczeniem rannych.
Olaf rozejrzał się po grocie. Chciał już rzucić jakąś kąśliwą uwagę w stronę Vidara, ale się powstrzymał.
- Na opowieści przyjdzie jeszcze czas. Tańczący po Czarnej Spirali upolował moluna.
Olaf celowo zrzucił cały splendor na wylkołka. Toć głupio było przechwalać się, że w ostatniej chwili uratował ogon wilczka...
- Trzeba go przenieść, to niedaleko stąd. Kto więc może, niech ruszy swój zmarznięty tyłek i weźmie koc oraz jakieś kije, żeby zrobić małe nosze. Jeżeli chcemy jeszcze coś z tego mięsa, to teraz! - powiedział donośnie, na chwilę stając przy ognisku i oglądając stan zdrowia pozostałych członków wyprawy. Kiwnął tylko głową mężczyznom, po czym jął szykować się z powrotem do wymarszu.
- Na opowieści przyjdzie jeszcze czas. Tańczący po Czarnej Spirali upolował moluna.
Olaf celowo zrzucił cały splendor na wylkołka. Toć głupio było przechwalać się, że w ostatniej chwili uratował ogon wilczka...
- Trzeba go przenieść, to niedaleko stąd. Kto więc może, niech ruszy swój zmarznięty tyłek i weźmie koc oraz jakieś kije, żeby zrobić małe nosze. Jeżeli chcemy jeszcze coś z tego mięsa, to teraz! - powiedział donośnie, na chwilę stając przy ognisku i oglądając stan zdrowia pozostałych członków wyprawy. Kiwnął tylko głową mężczyznom, po czym jął szykować się z powrotem do wymarszu.
Tak więc bez zbędnego gadania zbieram kogo mogę i idziemy przynieść upolowane mięso... O ile jeszcze tam będzie. Zabieram też jakiś koc i kije, żeby wrzucić mięso na koc i go potem ciągnąć za sobą.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Tańczący szybko zajął miejsce wskazane przez Gunlid. Ułożył się na boku, bardziej bolącą raną do góry. Ciężko opuścił łeb, delektując się przez chwilę pozycją leżącą, jednak dźwignął go po chwili, na dźwięk swego imienia.
- ...Tańczący po Czarnej Spirali upolował moluna...
Wysłuchał słów Olafa, po czym zastanowił się przez chwilę, dlaczego mówi on o jednej sztuce. Może nie widział samicy? Przybiegł wszakże już kiedy byk porządnie zdążył go sponiewierać. Mógł nie zauważyć.
- Olafie, dwa. zbierzcie obie sztuki. To duży zapas mięsa. Starczy na trochę, ale spieszcie się. - powiedział mruczącym, zmęczonym tonem, jednak zadbał o dykcję. Po chwili powrócił do pozycji leżącej i pozwolił sobie na chwilę zamknąć oczy.
- ...Tańczący po Czarnej Spirali upolował moluna...
Wysłuchał słów Olafa, po czym zastanowił się przez chwilę, dlaczego mówi on o jednej sztuce. Może nie widział samicy? Przybiegł wszakże już kiedy byk porządnie zdążył go sponiewierać. Mógł nie zauważyć.
- Olafie, dwa. zbierzcie obie sztuki. To duży zapas mięsa. Starczy na trochę, ale spieszcie się. - powiedział mruczącym, zmęczonym tonem, jednak zadbał o dykcję. Po chwili powrócił do pozycji leżącej i pozwolił sobie na chwilę zamknąć oczy.
Zakładam, że ktoś się mną zajmie, ranami czyli. Nie idę spać, ale chcę odpocząć. Pozostaję jednak interaktywny i zaczepiony zareaguję.
Ostatnio zmieniony 18 grudnia 2015, 17:05 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
Czarownica szybko rozgniotła w drewnianej misce jakieś tajemniczo pachnące liście. Po krótkiej chwili ich ciemnozielona, wilgotna powierzchnia dotknęła rany wojownika. Młódka szybko owinęła okład bandażem, mając nadzieję, że lecznicze zioła niebawem przyniosą upragnione ukojenie. Rany zostały uprzednio oczyszczone, a krew zdążyła zakrzepnąć, pozwalając ciału na spokojną regenerację uszkodzonych tkanek.
Z właściwą uzdrowicielowi czułością zaopiekowała się również ramieniem Kyariela. Czując dobywający się z naczynia ostry aromat, Alfr wzdrygnął się mimowolnie, lecz opanowawszy się, podwinął zbrązowiały od posoki rękaw. Unosząca się woń krwi, połączywszy się z wszechobecnym zapachem palonych szczap, wprawiła wiedźmę w pewien rodzaj transu. Jej ruchy mimo całej swej delikatności, zyskały większą szybkość i swego rodzaju płynność, a wzrok wyostrzył się. Myśli niezauważalnie pierzchły... wiedźma była tylko tu i teraz. Dłonią obejmowała ramię Alfra. Czuła wyraźnie zimno jego skóry, ciepło miękkiego, lnianego opatrunku, którym powoli otaczała zranioną rękę.
Wiedźma uniosła się, chcąc pomóc Tańczącemu. Odległy zakątek jej świadomości rejestrował jeszcze nieznaczne drżenia mięśni przy każdym ruchu oraz tępy ból pulsujący z tyłu czaszki. To nikłe światło informacji o całym zmęczeniu organizmu musiało poczekać. Teraz liczył się tylko Wylkołek i każde, wymagające interwencji obrażenie. Przyklękła więc przy rannym towarzyszu.
Futro było całe posklejane od zakrzepłej krwi. A rany... rany upodabniały go do bestii z najgorszych koszmarów... Swoim ogromem, przypominały właściwie poszarpane pręgi, kładące się na skórze Wylkołka jak jakieś egzotyczne wzory. Wyglądał przez to zupełnie jak jakiś ogar odchodzącego od zmysłów czarownika z jakiś zapomnianych przez bogów krain.
Nie zwlekając, wiedźma poczęła spokojnie intonować łagodną, kojącą serce pieśń. Cichy, ale bliski całej drużynie towarzysz, z początku wyraźnie przytłoczony rozognieniem naderwanych mięśni i sporym upływem krwi, zaczynał powolutku się rozluźniać. Delikatnie przymknął oczy, a jego oddech stał się głębszy i regularny. Pieśń rozbrzmiewała echem w jaskini. Wibrowała między cichymi, przytulonymi do siebie skałami. Tańczyła pośród radosnych płomieni ogniska. A w końcu zagościła swoją pełnią w każdym nerwie i każdym mięśniu Wylkołka.
Harmonijna melodia pokrzepiła również serce młodej wiedźmy. Mimo, iż ciało gwałtownie domagało się natychmiastowej opieki, a każdy nerw niemalże skowyczał, pozostała całkowicie opanowana. Po wydawałoby się skutecznym uleczeniu przyjaciela, zbadała więc swój stan. Kilka siniaków, jakieś niewielkie zadrapania i charakterystyczny ból w okolicy potylicy... tak naprawdę miała olbrzymie szczęście. Niewielka rana była jedyną pamiątką po zdarzeniu, które mogło ją kosztować życie, a co więcej już drugi raz uniknęła bycia skonsumowaną przez kolejną oziębłą kreaturę. Żywiła teraz tylko cichą nadzieję, że już niebawem będzie mogła w końcu zaznać odrobiny ciepła i spokoju przy ognisku, w gronie bliskich osób.
Drżącą dłonią wygrzebała z jednej z przepastnych sakw bukłak i obficie przemyła uszkodzenie wodą. Przygotowawszy w misce kolejną porcję ożywczej rośliny, przyłożyła jej chłodzące liście do rany. Zakończyła opatrunek ciasno przepasując głowę połami bandaża. Ostatkami sił przeniosła się na zasłane skórami miejsce przy ognisku.
Z właściwą uzdrowicielowi czułością zaopiekowała się również ramieniem Kyariela. Czując dobywający się z naczynia ostry aromat, Alfr wzdrygnął się mimowolnie, lecz opanowawszy się, podwinął zbrązowiały od posoki rękaw. Unosząca się woń krwi, połączywszy się z wszechobecnym zapachem palonych szczap, wprawiła wiedźmę w pewien rodzaj transu. Jej ruchy mimo całej swej delikatności, zyskały większą szybkość i swego rodzaju płynność, a wzrok wyostrzył się. Myśli niezauważalnie pierzchły... wiedźma była tylko tu i teraz. Dłonią obejmowała ramię Alfra. Czuła wyraźnie zimno jego skóry, ciepło miękkiego, lnianego opatrunku, którym powoli otaczała zranioną rękę.
Wiedźma uniosła się, chcąc pomóc Tańczącemu. Odległy zakątek jej świadomości rejestrował jeszcze nieznaczne drżenia mięśni przy każdym ruchu oraz tępy ból pulsujący z tyłu czaszki. To nikłe światło informacji o całym zmęczeniu organizmu musiało poczekać. Teraz liczył się tylko Wylkołek i każde, wymagające interwencji obrażenie. Przyklękła więc przy rannym towarzyszu.
Futro było całe posklejane od zakrzepłej krwi. A rany... rany upodabniały go do bestii z najgorszych koszmarów... Swoim ogromem, przypominały właściwie poszarpane pręgi, kładące się na skórze Wylkołka jak jakieś egzotyczne wzory. Wyglądał przez to zupełnie jak jakiś ogar odchodzącego od zmysłów czarownika z jakiś zapomnianych przez bogów krain.
Nie zwlekając, wiedźma poczęła spokojnie intonować łagodną, kojącą serce pieśń. Cichy, ale bliski całej drużynie towarzysz, z początku wyraźnie przytłoczony rozognieniem naderwanych mięśni i sporym upływem krwi, zaczynał powolutku się rozluźniać. Delikatnie przymknął oczy, a jego oddech stał się głębszy i regularny. Pieśń rozbrzmiewała echem w jaskini. Wibrowała między cichymi, przytulonymi do siebie skałami. Tańczyła pośród radosnych płomieni ogniska. A w końcu zagościła swoją pełnią w każdym nerwie i każdym mięśniu Wylkołka.
Harmonijna melodia pokrzepiła również serce młodej wiedźmy. Mimo, iż ciało gwałtownie domagało się natychmiastowej opieki, a każdy nerw niemalże skowyczał, pozostała całkowicie opanowana. Po wydawałoby się skutecznym uleczeniu przyjaciela, zbadała więc swój stan. Kilka siniaków, jakieś niewielkie zadrapania i charakterystyczny ból w okolicy potylicy... tak naprawdę miała olbrzymie szczęście. Niewielka rana była jedyną pamiątką po zdarzeniu, które mogło ją kosztować życie, a co więcej już drugi raz uniknęła bycia skonsumowaną przez kolejną oziębłą kreaturę. Żywiła teraz tylko cichą nadzieję, że już niebawem będzie mogła w końcu zaznać odrobiny ciepła i spokoju przy ognisku, w gronie bliskich osób.
Drżącą dłonią wygrzebała z jednej z przepastnych sakw bukłak i obficie przemyła uszkodzenie wodą. Przygotowawszy w misce kolejną porcję ożywczej rośliny, przyłożyła jej chłodzące liście do rany. Zakończyła opatrunek ciasno przepasując głowę połami bandaża. Ostatkami sił przeniosła się na zasłane skórami miejsce przy ognisku.
Używam Medycyny Ezoterycznej do pomocy Tańczącemu, a później wykorzystuję jedna dawkę Żywnika, aby wyleczyć obrażenie głowy.
Ostatnio zmieniony 20 grudnia 2015, 00:10 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Szare Grzbiety, 26 mroliść (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
Słysząc słowa Olafa, Vani i Red podnieśli się bez słowa. Hattr zaczął się dposobić do drogi.
- Prowadź chłopcze - rzekł Joos narzucając na siebie w pośpiechu skórę niedźwiedzia.
Wspólnie wyszli na mroźną noc i udali się w kierunku wskazanym przez Olafa. Szli w milczeniu, oszczędzając oddech i siły. Jedynym dźwiękiem towarzyszącym ich przejściu był skrzyp śniegi pod butami pięciu mężczyzn. Wkrótce wspięli się na niewysokie wzgórze, skąd bez trudu dostrzec już mogli zagajnik, w którym nie tak dawno miała miejsce walka z molunem. Gdy zbliżyli się kilka kroków, Hattr dał znak ręką, aby zatrzymali się. Olaf także to zauważył. Wśród bielejących w mroku pni przemykało kilka szarych sylwetek. Wyglądało na to, iż brzeziniec dostał się we władanie watahy wilków.
- Anom, Olafie - szepnął Joos - Chyba będziesz musiał zrobić dziś użytek nie tylko ze swego łuku, ale i obrotnego języka. Idź pogadaj z nimi i niech duch Wilka ma cię w opiece...
[center]
[/center]
- Znakomicie się sprawiłeś, Tańczący -pochwalił wylkołka Vilberg, gładząc brodę. - Dwa moluny? To dopiero... Musiałeś tam stoczyć niezłą walkę. Te byki są nieustępliwe, a mówią, że zdolne są i powalić leśnego niedźwiedzia!
- Ano, przy nich moje zajączki marnie wyglądają - dorzuciła Gunlid z uśmiechem.
Norlaug rozpoczęła kolejną pieśń, koncentrując się na ranach wylkołka. Ogień trzaskał wesoło i krzepił serca, a promieniujące z niego ciepło uciszało ból zmęczonych mięśni i uspokajało myśli. Wkrótce wydarzenia tego wieczoru: strach, wijące się macki, walka i krew zdały się im odległe. Gunlid zdjęła zajączki z rożna i rozdzieliła je między zgromadzonych. Brnjar zaś wydobył skądś bukłak miodu. Mięsa nie było wiele, lecz pozwoliło uciszyć pierwszy głód w czasie, gdy czekali na powrót pozostałych członków wyprawy.
[center]
[/center]
Słysząc słowa Olafa, Vani i Red podnieśli się bez słowa. Hattr zaczął się dposobić do drogi.
- Prowadź chłopcze - rzekł Joos narzucając na siebie w pośpiechu skórę niedźwiedzia.
Wspólnie wyszli na mroźną noc i udali się w kierunku wskazanym przez Olafa. Szli w milczeniu, oszczędzając oddech i siły. Jedynym dźwiękiem towarzyszącym ich przejściu był skrzyp śniegi pod butami pięciu mężczyzn. Wkrótce wspięli się na niewysokie wzgórze, skąd bez trudu dostrzec już mogli zagajnik, w którym nie tak dawno miała miejsce walka z molunem. Gdy zbliżyli się kilka kroków, Hattr dał znak ręką, aby zatrzymali się. Olaf także to zauważył. Wśród bielejących w mroku pni przemykało kilka szarych sylwetek. Wyglądało na to, iż brzeziniec dostał się we władanie watahy wilków.
- Anom, Olafie - szepnął Joos - Chyba będziesz musiał zrobić dziś użytek nie tylko ze swego łuku, ale i obrotnego języka. Idź pogadaj z nimi i niech duch Wilka ma cię w opiece...
[center]
[/center]
Zdaje się, iż moluny zostały odnalezione przez watahę wilków! Stąd możesz zauważyć, że jest ich około ośmiu (choć jeszcze kilka może ukrywać się w cieniach)
Dla Olafa: Informacje odnośnie Totemu:
Tabu Totemu zabrania Olafowi krzywdzić czy atakować wilki. Duch Totemu umożliwia mu wszakże rozmawianie z nimi i daje pewność, że nie zostanie przez nie zaatakowany, jeśli sam tego ataku nie sprowokuje.
[center]***[/center]Tabu Totemu zabrania Olafowi krzywdzić czy atakować wilki. Duch Totemu umożliwia mu wszakże rozmawianie z nimi i daje pewność, że nie zostanie przez nie zaatakowany, jeśli sam tego ataku nie sprowokuje.
- Znakomicie się sprawiłeś, Tańczący -pochwalił wylkołka Vilberg, gładząc brodę. - Dwa moluny? To dopiero... Musiałeś tam stoczyć niezłą walkę. Te byki są nieustępliwe, a mówią, że zdolne są i powalić leśnego niedźwiedzia!
- Ano, przy nich moje zajączki marnie wyglądają - dorzuciła Gunlid z uśmiechem.
Norlaug rozpoczęła kolejną pieśń, koncentrując się na ranach wylkołka. Ogień trzaskał wesoło i krzepił serca, a promieniujące z niego ciepło uciszało ból zmęczonych mięśni i uspokajało myśli. Wkrótce wydarzenia tego wieczoru: strach, wijące się macki, walka i krew zdały się im odległe. Gunlid zdjęła zajączki z rożna i rozdzieliła je między zgromadzonych. Brnjar zaś wydobył skądś bukłak miodu. Mięsa nie było wiele, lecz pozwoliło uciszyć pierwszy głód w czasie, gdy czekali na powrót pozostałych członków wyprawy.
[center]
[/center]
Norlaug: Dwa testy Medycyny Ezoterycznej (Zw + Medycyna Ezoteryczna):
36 + 11 = 47; Rzut: 05; Krytyczny sukces! Uzdrowisz Tańczącego z maksymalnej ilości obrażeń. Wylkołek odzyskuje maksymalną liczbę punktów Żywotności po trwającym 30 minut zabiegu będzie całkowicie zdrowy!
Norlaug: Żywnik przywróci ci 2 punkty Żywotności.
36 + 11 = 47; Rzut: 05; Krytyczny sukces! Uzdrowisz Tańczącego z maksymalnej ilości obrażeń. Wylkołek odzyskuje maksymalną liczbę punktów Żywotności po trwającym 30 minut zabiegu będzie całkowicie zdrowy!
Norlaug: Żywnik przywróci ci 2 punkty Żywotności.
Ostatnio zmieniony 20 grudnia 2015, 20:26 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
Zmęczenie, zmęczenie i jeszcze raz zmęczenie. Spadło na Vidgara jak lawina. Cały dzień był wyczerpujący, potem jeszcze trening dla wprawy, poszukiwania Norlaug, walka z Rozpaczmą i jeszcze obrażenia. Młody Nardlens odpłynął w grocie nie wiedząc czy śni, czy jeszcze słyszy rzeczywistość.
Wspomnienia minionego dnia zaczęły kłębić się przed jego oczami i przeplatać na wzajem, wciągając go w wielowątkowe, równoległe przeżycia a w tle cały czas słyszał towarzyszy w jaskini. Coś o dwóch molunach, które trzeba przynieść, coś o marnych królikach, krzyk Norlaug jakby spod ziemi - a nie to akurat było wspomnienie. Szczęk oręża, upiorny smród, zachód słońca nad ostrymi grzbietami górskimi, wszystko to obserwował jeszcze raz i wciąż słyszał śpiew czarownicy.
Wreszcie Brumfur, czcigodny, dzielny Brumfur, zabrał go z tego gwarnego miejsca i na swoim spokojnym, dostojnie kołyszącym się grzbiecie i na swoich, pewnych jak filary kopytach. Vidgar odjeżdżał w ciemną dolinę na swoim nieparzysto kopytnym przyjacielu. Pomyślał jeszcze przez chwilę czy może umiera? Przecież jedzie w dół w jakąś ciemność, ale wciąż słyszał gdzieś echo śpiewu Norlaug i to przypominało mu o cieple krwi i biciu serca. Zanim odpłynął na dno, zasłużonego snu, zdążył zatroskać się jeszcze, że przecież wiedźma kojarzy mu się z babcią a to zdecydowanie nie jest coś co chciałby oglądać w tej błogiej chwili. Mimo tego babcia jednak się nie pojawiła. Na słowo wiedźma, zobaczył tylko przelotne wspomnienie pomalowanej młodej twarzy, z jasnymi pełnymi ciekawości i tajemnicy oczami, ciepło młodego kobiecego ciała i śpiew. Spokojny, kojący i przyjazny...
Wspomnienia minionego dnia zaczęły kłębić się przed jego oczami i przeplatać na wzajem, wciągając go w wielowątkowe, równoległe przeżycia a w tle cały czas słyszał towarzyszy w jaskini. Coś o dwóch molunach, które trzeba przynieść, coś o marnych królikach, krzyk Norlaug jakby spod ziemi - a nie to akurat było wspomnienie. Szczęk oręża, upiorny smród, zachód słońca nad ostrymi grzbietami górskimi, wszystko to obserwował jeszcze raz i wciąż słyszał śpiew czarownicy.
Wreszcie Brumfur, czcigodny, dzielny Brumfur, zabrał go z tego gwarnego miejsca i na swoim spokojnym, dostojnie kołyszącym się grzbiecie i na swoich, pewnych jak filary kopytach. Vidgar odjeżdżał w ciemną dolinę na swoim nieparzysto kopytnym przyjacielu. Pomyślał jeszcze przez chwilę czy może umiera? Przecież jedzie w dół w jakąś ciemność, ale wciąż słyszał gdzieś echo śpiewu Norlaug i to przypominało mu o cieple krwi i biciu serca. Zanim odpłynął na dno, zasłużonego snu, zdążył zatroskać się jeszcze, że przecież wiedźma kojarzy mu się z babcią a to zdecydowanie nie jest coś co chciałby oglądać w tej błogiej chwili. Mimo tego babcia jednak się nie pojawiła. Na słowo wiedźma, zobaczył tylko przelotne wspomnienie pomalowanej młodej twarzy, z jasnymi pełnymi ciekawości i tajemnicy oczami, ciepło młodego kobiecego ciała i śpiew. Spokojny, kojący i przyjazny...
- Drobiazg - Olaf zmrużył zmęczone oczy. Zdecydowanym krokiem ruszył przez śniegi wprost na czekających nań bratnich wilków. Ręce trzymał rozłożone, w przyjaznym geście. Wzrokiem szukał przywódcy watahy, by to z nim pomówić.
W końcu, gdy zbliżył się na kilka metrów od najbliższego wilka, przystanął. Pochylił lekko głowę w geście przywitania i skierował swe myśli wprost do przywódcy.
- Moje uszanowanie, bracie w duchu - powiedział na przywitanie. - Wiem, że jesteście głodni. Głód zaś to najgorszy przeciwnik, nie znający litości - podjął, patrząc w oczy wilkom. - Jednakże i nam głód doskwiera, zaś zwierzyna, nad którą tak krążycie, została upolowana przeze mnie i mego towarzysza. Odpuście ją więc i rozejdźmy się w pokoju. Obiecuję też, że szybko opuścimy ten teren i nie będziemy wam zabierać zwierzyny. A jeśli bardzo chcecie, to i mogę wam pomóc upolować kolejnego, który będzie tylko wasz - dodał, gryząc się w język ze swojego kłapania obietnicami na prawo i lewo.
Olaf przestąpił z nogi na nogę, czekając na odpowiedź wilków.
W końcu, gdy zbliżył się na kilka metrów od najbliższego wilka, przystanął. Pochylił lekko głowę w geście przywitania i skierował swe myśli wprost do przywódcy.
- Moje uszanowanie, bracie w duchu - powiedział na przywitanie. - Wiem, że jesteście głodni. Głód zaś to najgorszy przeciwnik, nie znający litości - podjął, patrząc w oczy wilkom. - Jednakże i nam głód doskwiera, zaś zwierzyna, nad którą tak krążycie, została upolowana przeze mnie i mego towarzysza. Odpuście ją więc i rozejdźmy się w pokoju. Obiecuję też, że szybko opuścimy ten teren i nie będziemy wam zabierać zwierzyny. A jeśli bardzo chcecie, to i mogę wam pomóc upolować kolejnego, który będzie tylko wasz - dodał, gryząc się w język ze swojego kłapania obietnicami na prawo i lewo.
Olaf przestąpił z nogi na nogę, czekając na odpowiedź wilków.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
[center]Szare Grzbiety, 26 mroliść (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
Potężny basior dźwignął się z pokrytej śniegiem ziemi i warknął:
- Witaj, dwunogi bracie! Prawdę rzekłeś - jesteśmy głodni. A ty i twoja wataha straciliście prawo do mięsa zostawiając je tutaj. Jednak widzę, że i wam doskwiera zima, a moluny są dwa. Starczy mięsa dla was i dla nas, podzielmy się zatem. Pozwolimy wam zabrać jedną ofiarę, jeśli pozostawicie nam drugą. Co rzekniesz na to?
W czasie gdy przywódca stada mówił, reszta wilków zbliżyła się, przyglądając się Olafowi ciekawie. Młody łowca nie mógł nie zauważyć, iż stado zaczyna niepostrzeżenie otaczać go z lewej i prawej. Był to jednak raczej odruch instynktu, któremu posłuszni byli szarzy łowcy w ich ruchach i spojrzeniu bowiem nie było widać agresji, a jedynie zainteresowanie.
Potężny basior dźwignął się z pokrytej śniegiem ziemi i warknął:
- Witaj, dwunogi bracie! Prawdę rzekłeś - jesteśmy głodni. A ty i twoja wataha straciliście prawo do mięsa zostawiając je tutaj. Jednak widzę, że i wam doskwiera zima, a moluny są dwa. Starczy mięsa dla was i dla nas, podzielmy się zatem. Pozwolimy wam zabrać jedną ofiarę, jeśli pozostawicie nam drugą. Co rzekniesz na to?
W czasie gdy przywódca stada mówił, reszta wilków zbliżyła się, przyglądając się Olafowi ciekawie. Młody łowca nie mógł nie zauważyć, iż stado zaczyna niepostrzeżenie otaczać go z lewej i prawej. Był to jednak raczej odruch instynktu, któremu posłuszni byli szarzy łowcy w ich ruchach i spojrzeniu bowiem nie było widać agresji, a jedynie zainteresowanie.
Olaf: Test Oswajania (Cha + Oswajanie)
27 + 9 = 36. Rzut: 15. Test zdany z dwoma przebiciami! Uda ci się przekonać przywódcę wilczego stada by oddał wam jednego moluna bez walki. Rozumiesz, że wilki też są głodne i w tj sytuacji trudno liczyć na coś więcej. Poza tym nawet jedno zwierzę zapewni drużynie odpowiednią ilość mięsa.
27 + 9 = 36. Rzut: 15. Test zdany z dwoma przebiciami! Uda ci się przekonać przywódcę wilczego stada by oddał wam jednego moluna bez walki. Rozumiesz, że wilki też są głodne i w tj sytuacji trudno liczyć na coś więcej. Poza tym nawet jedno zwierzę zapewni drużynie odpowiednią ilość mięsa.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
- Masz rację, czteronożny bracie. Mięsa jest dość, by obie watahy nie musiały długo głodować i byśmy nie musieli niepotrzebnie przelewać krwi. Podzielmy się zatem mięsem. Twe prawo, żeś zwęszył nasz łup, tedy wybierzcie swoją część. My zaś posilimy się resztą. Jeśli zaś szukacie miejsca na nocleg, to wyślij za nami dwóch swoich. Zaprowadzimy ich do bezpiecznej groty, gdzie się obecnie obozujemy, ale do kilku dni z niej odejdziemy, a schronienie będzie do waszej dyspozycji.
Olaf zdawał się niezauważać otaczających go z obu stron wilków. Patrzył basiorowi prosto w oczy, kalkulując jednocześnie, na ile dni starczy mięsa z pozostałego moluna.
Skrycie liczył też, że jego duch opiekuńczy będzie łaskawy wobec Olafa w tarapatach, jak Olaf jest łaskawy i teraz.
Olaf zdawał się niezauważać otaczających go z obu stron wilków. Patrzył basiorowi prosto w oczy, kalkulując jednocześnie, na ile dni starczy mięsa z pozostałego moluna.
Skrycie liczył też, że jego duch opiekuńczy będzie łaskawy wobec Olafa w tarapatach, jak Olaf jest łaskawy i teraz.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
[center]Szare Grzbiety, 26 mroliść (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
- Dobrze - wielki szary basior przysiadł na zadzie. - Weźmiemy byka, bo jest większy. Poza tym... Już go napoczęliśmy. Możecie wciąć łanię. Przesuńcie się i dajcie dwunogom przejść! - warknął do reszty, która posłusznie wypełniła jego polecenie.
- Możecie teraz zabrać mięso - dodał jeszcze po chwili. - Nie będziemy was niepokoić. Wyślę za wami jednego zwiadowcę, by was odprowadził.
Wilki wycofały się i otoczyły ciało większego moluna, jedynie ich przywódca pozostał w miejscu, uważnie obserwując ludzi. Olaf zawezwał towarzyszy skinieniem ręki. Zbliżyli się ostrożnie, lecz bez lęku, widząc, że drapieżniki są spokojne.
- Dogadałem się z wilkami. Możemy zabrać łanię - rzekł półgłosem Olaf do Joosa.
Starszy mężczyzna skinął głową.
- Dobre i to. Nie widzi mi się szarpać z wilczoszkami po nocy. Nuże, ludzie, podzielmy mięso i zabierajmy się stąd!
Wspólnie przystąpili do oprawiania zdobyczy. Mięso zamarzło na mrozie i było twarde jak kamień. Jednak Red i Vani poradzili sobie szybko robiąc użytek ze swych toporów. Nie było zresztą sensu zachowywać skóry, która poszarpana w kilku miejscach przez wilki mierną stanowiła wartość. Obwiązując mięso linami, poczynili z niego tobołki, które mogli zarzucić sobie na plecy. Tak obciążeni ruszyli w drogę powrotną, odprowadzani przez czujne spojrzenia ośmiu par wilczych oczu.
[center]***[/center]
Droga do groty upłynęła spokojnie. I choć basior mówił coś o tym, że pośle za nimi zwiadowcę, Olaf nigdzie nie zdołał go wypatrzyć. Musiał jednak uwierzyć w słowa wilka, bowiem gdy tylko dotarli do doliny, na wzgórzach za nimi rozległo się przeciągłe, pożegnalne wycie.
[center]
[/center]
Wnieśli mięso do jaskini, i zajęli się jego rozdzielaniem. Wkrótce wszędy zapachniało pieczoną dziczyzną i wszyscy poczuli, jak bardzo są głodni i zmęczeni. Niezastąpiony Brnjar wydobył z zapasów kolejny antałek miodu. Ciepło ogniska przyjemnie rozgrzewało zmarznięte członki. Przez pierwsze kilka chwil nikt się nie odzywał, przeznaczając gębę do lepszych celów, niż gadanie. Dopiero gdy Vilberg cisnął przez wrota jaskini obgryzaną właśnie kość, a Joos odstawił lekki teraz antałek, jakby chciał rzec "zbrzydłeś mi już, przyjacielu", powrócili do wydarzeń dzisiejszego dnia, opowiadając sobie przygody, których doświadczyli i dziękując bogom i duchom za kolejny, szczęśliwie przeżyty dzień.
- Dobrze - wielki szary basior przysiadł na zadzie. - Weźmiemy byka, bo jest większy. Poza tym... Już go napoczęliśmy. Możecie wciąć łanię. Przesuńcie się i dajcie dwunogom przejść! - warknął do reszty, która posłusznie wypełniła jego polecenie.
- Możecie teraz zabrać mięso - dodał jeszcze po chwili. - Nie będziemy was niepokoić. Wyślę za wami jednego zwiadowcę, by was odprowadził.
Wilki wycofały się i otoczyły ciało większego moluna, jedynie ich przywódca pozostał w miejscu, uważnie obserwując ludzi. Olaf zawezwał towarzyszy skinieniem ręki. Zbliżyli się ostrożnie, lecz bez lęku, widząc, że drapieżniki są spokojne.
- Dogadałem się z wilkami. Możemy zabrać łanię - rzekł półgłosem Olaf do Joosa.
Starszy mężczyzna skinął głową.
- Dobre i to. Nie widzi mi się szarpać z wilczoszkami po nocy. Nuże, ludzie, podzielmy mięso i zabierajmy się stąd!
Wspólnie przystąpili do oprawiania zdobyczy. Mięso zamarzło na mrozie i było twarde jak kamień. Jednak Red i Vani poradzili sobie szybko robiąc użytek ze swych toporów. Nie było zresztą sensu zachowywać skóry, która poszarpana w kilku miejscach przez wilki mierną stanowiła wartość. Obwiązując mięso linami, poczynili z niego tobołki, które mogli zarzucić sobie na plecy. Tak obciążeni ruszyli w drogę powrotną, odprowadzani przez czujne spojrzenia ośmiu par wilczych oczu.
[center]***[/center]
Droga do groty upłynęła spokojnie. I choć basior mówił coś o tym, że pośle za nimi zwiadowcę, Olaf nigdzie nie zdołał go wypatrzyć. Musiał jednak uwierzyć w słowa wilka, bowiem gdy tylko dotarli do doliny, na wzgórzach za nimi rozległo się przeciągłe, pożegnalne wycie.
[center]
[/center]Wnieśli mięso do jaskini, i zajęli się jego rozdzielaniem. Wkrótce wszędy zapachniało pieczoną dziczyzną i wszyscy poczuli, jak bardzo są głodni i zmęczeni. Niezastąpiony Brnjar wydobył z zapasów kolejny antałek miodu. Ciepło ogniska przyjemnie rozgrzewało zmarznięte członki. Przez pierwsze kilka chwil nikt się nie odzywał, przeznaczając gębę do lepszych celów, niż gadanie. Dopiero gdy Vilberg cisnął przez wrota jaskini obgryzaną właśnie kość, a Joos odstawił lekki teraz antałek, jakby chciał rzec "zbrzydłeś mi już, przyjacielu", powrócili do wydarzeń dzisiejszego dnia, opowiadając sobie przygody, których doświadczyli i dziękując bogom i duchom za kolejny, szczęśliwie przeżyty dzień.
Jeśli chcecie jeszcze porozmawiać ze sobą lub z innymi członkami wyprawy o czymś, to teraz jest ta chwila. Jeśli zaś nie, to polecimy z fabułą dalej. Na ewentualne wpisy czekam do środy.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
Olaf przeciągnął się z głośnym westchnięciem. Ciepłe mięso przyjemnie grzało go w pełnym brzuchu. Choć nie była to dziczyzna przyrządzona na 10 sposobów jak u mamusi, to wciąż zachowywało granice przyzwoitego smaku.
- Tak więc, Vidarze... Norlaug.... Co tam się wydarzyło? Wyglądacie, jakby wam ktoś napluł rano do śniadania.
- Tak więc, Vidarze... Norlaug.... Co tam się wydarzyło? Wyglądacie, jakby wam ktoś napluł rano do śniadania.
Ostatnio zmieniony 07 stycznia 2016, 21:19 przez Dobro, łącznie zmieniany 1 raz.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
[center]Szare Grzbiety, 26 mroliść (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
Zagadnięci spojrzeli na Olafa, zaś Vilberg przejął bukłak z resztką wina z dłoni syna:
- Nasi towarzysze walkę stoczyli ze stworem obrzydłym, piekielnym a mackowatym - rzekł, po czym osuszył antałek do końca i odstawił go na bok. - Jakimś plugastwem ciemności. Pewno opowiedzą ci szczegóły, ja jednak czuję, że mnie śpik ogarnia.
Ziewnął szeroko i wstał niezgrabnie, podpierając się o skalną ścianę by odciążyć okaleczoną nogę.
- Przeto położę się. Joos niech weźmie pierwszą wartę. Później go zmienisz Hatr, a ty Olafie, weź ostatnią. Ranni niech wypoczną i Adepci takoż... - dodał spoglądając na Kyariela. - Jutro ruszamy skoro świt!
Zagadnięci spojrzeli na Olafa, zaś Vilberg przejął bukłak z resztką wina z dłoni syna:
- Nasi towarzysze walkę stoczyli ze stworem obrzydłym, piekielnym a mackowatym - rzekł, po czym osuszył antałek do końca i odstawił go na bok. - Jakimś plugastwem ciemności. Pewno opowiedzą ci szczegóły, ja jednak czuję, że mnie śpik ogarnia.
Ziewnął szeroko i wstał niezgrabnie, podpierając się o skalną ścianę by odciążyć okaleczoną nogę.
- Przeto położę się. Joos niech weźmie pierwszą wartę. Później go zmienisz Hatr, a ty Olafie, weź ostatnią. Ranni niech wypoczną i Adepci takoż... - dodał spoglądając na Kyariela. - Jutro ruszamy skoro świt!
Nardlens mają dość bezpośrednie zwyczaje, to prawda (bekają przy jedzeniu, walą pięścią w stół i rzucają kośćmi), ale opowiadanie skatologicznych dowcipów przy wieczerzy w obecności niewiast poczytywane jest jednak za objaw chamstwa. Zwłaszcza, w towarzystwie własnego ojca (szacunek do ojca i do rodu jest dla tego ludu także bardzo istotną sprawą). Mimo wszystko Nardlens mają tak naprawdę dość konkretny kod kulturowy i zachowują między sobą pewną, ustaloną etykietę - choć z pewnością rożni się ona od np. wyszukanej elfiej etykiety. Innymi słowy można (a nawet należy) przy stole mówić o wypruwaniu flaków czy wyrywaniu serc wrogów, ale są tematy, które z pewnością popularności nikomu nie przyniosą. Jednak podstawią zasadą w wielu kulturach jest "nie sraj tam, gdzie jesz" i dotyczy to także słownictwa.
Ostatnio zmieniony 07 stycznia 2016, 22:08 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]