[center]Dzielnica Aruan, Calli, 16 Pani Gorączki, 1599 rok Eonu Ilaxoul.[/center]
Był upalny, duszny poranek w Calli, gdy Ehecatlem An'harat, świeżo upieczony Syn Słońca medytował w ogrodach posiadłości należącej do jego rodu. W przeszłości zasadzono w nim mały gaj pomarańczowy na podobieństwo symbolu Holis - drzewa pomarańczowe tworzyły w nim kolorowy okrąg szeroki na 10 metrów. Na zewnątrz natomiast promienie były stworzone z drzew laurowych zasianych w taki sposób, by płomienie słońca zmniejszały się stopniowo w miarę, jak oddalały się od jego centrum. W samym środku zaś stary cytrynowiec rzucał masywny cień na zieloną, krótko ściętą trawę dookoła, efekt starannej pracy służby.
Było to jego miejsce sacrum, tak ciche w przeciwieństwie do gwarnego i wiecznie zatłoczonego centrum miasta. A paladyn do swojej praktyki potrzebował spokoju.
Każdego poranka oddawał się medytacjom ku czci Holis, które, podobnie jak reszta Aruan, uważał za główne bóstwo swego Lenja'karskiego panteonu. Ehecatlem zdawał się być całkowicie obojętny na otaczający go skwar, od którego służba chowała się jak najdalej we wszelkie możliwe cienie posiadłości. Była to jedna z cech, którą nabył podczas rytuałów inicjacyjnych Synów Słońca, choć kosztowało go to wiele wysiłku, odporności na ból i samozaparcia. Niestety nie każdy wychodził z tych obrzędów żywy.
Kontemplując wędrówkę Holis po nieboskłonie usłyszał w oddali odgłos zbliżających się kroków, a następnie wołanie:
- Witaj bracie w ten jakże piękny i radosny dzień! Wybacz, że przeszkadzam w twych powinnościach, lecz południe zbliża się wielkimi krokami, a chyba nie chcesz się spóźnić na rytualne walki? Pamiętaj, że dzisiaj to tobie przypadł zaszczyt honorowej straży przed Świętym Płomieniem podczas walk!
- Dzień dobry, Elehero.
To już? Muszę jednak popracować nad poczuciem czasu. To myśląc rozprostował swe długie członki, po czym uścisnął bliźniaczkę. Pomyśleć, że w dzieciństwie byli jak dwie krople wody ze względu na jego dość delikatne rysy twarzy. Jedyne, co ich odróżniało, to charakter - Elehera zawsze była żywiołowa, i co za tym idzie, często nierozważna. Ehecatlem natomiast prawie zawsze był opanowany, jak przystało każdemu Aruan.
- Mam nadzieję, że jeszcze się nie spóźnimy?
- Ależ skąd! Spójrz, twoja broń już czeka, razem zresztą z ulubieńcem - uśmiechając się, wskazała ręką na szablara prowadzonego spokojnie w jego stronę przez Siwja. Trzeba było przyznać, że bestia poruszała się wyjątkowo dostojnie mimo swej wielkości.
- Ronag!
Mówiąc to młody Syn Słońca podszedł żwawym krokiem do wierzchowca i objął jego głowę w przyjaznym geście. Czarna bestia nie osiągnęła jeszcze swej pełnej wielkości, jednak już budziła podziw i szacunek wśród pospólstwa. Sam kot zdawał się być tylko odrobinę zainteresowany widokiem swego jeźdźca. Nic dziwnego, te stworzenia zawsze najlepiej czują się podczas rytualnych polowań, tych jednak w mieście nie było zbyt wielu ostatnimi czasy.
Na siodle wisiały przytroczone jego okrągła tarcza wraz z włócznią, obie inkrustowane złotem, włócznia zaś oprócz zdobień posiadała dodatkowo ostrze z obsydianu, które, wypolerowane, raziło przypadkowych ludzi odbitym światłem.
Przwdziawszy swój ekwipunek jednym wprawnym ruchem zajął miejsce w siodle, po czym wyciągnął rękę ku siostrze i uśmiechając się rzekł:
- Czekasz na zaproszenie? Walki na nas nie zaczekają.
Uradowana Elehera kiwnęła z aprobatą głową pełną czarnych, prostych do ramion włosów i zaśmiała się. Chwyciła potem smukłą, acz silną rękę Syna Słońca usadawiając się tuż za nim na Ronagu, po czym ruszyli w stronę coraz silniej prażącego słońca gawędząc radośnie.
I z całej tej trójki tylko szablar był niezadowolony z nadprogramowego bagażu.
Nie bijcie, dopiero raczkuję z pbf-ami

Wszelkie sugestie mile widziane.
Nie lękaj się, albowiem dobrze Ci wyszło. Rozbiłem tylko tekst na wyraźniejsze bloki, żeby nie zlewał się w całość i wstawiłem dolny komentarz w ramkę. Tak trzymaj, a będzie z Ciebie rasowy pebeefman!