PBF - Mistyczny Lotos

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 14 marca 2016, 22:25

Garro wraz ze swą kochanką-byłą-ladacznicą-Carallą opatrywał ciężej rannych marynarzy jak i korsarzy. Zasadniczo nie miał dużo pracy; nieliczni, którzy przeżyli, byli lekko ranni, więc zwykle przemycie ran i zszycie co poważniejszych cięć w zupełności wystarczyło.

Galvat zwinnie przeskoczył z tonącego statku wprost na zwisającą z masztu "Gwiazdy Argos' linę, i z wdziękiem wylądował miękko na swoim macierzystym okręcie. Efekt zepsułaby wszechobecna krew i posoka zalegająca na pokładzie, ale na szczęście łotr był na tyle zwinny, by spokojnie utrzymać równowagę - czego by nie można powiedzieć o Zorianie i Vanko, którzy co chwilę ślizgali się na deskach pokładu.

"Odmęt głębin" tonął wraz z ładunkiem, który wypychany przez opór wypływał na wierzch, swobodnie żeglując we wszystkich kierunkach świata. Co bardziej chciwi marynarze podjęli próby wyławiania, zachęcani przez Conana.

Rozejm między załogami wisiał na włosku; tylko drobna iskra wystarczyłaby, by obie resztki załóg skoczyły sobie do gardeł, dlatego ważne było, by wszystkim zająć jakąś sensowną robotą. Conan doskonale o tym wiedział; a nic tak nie pochłania ludzi, jak wyławianie skarbów i wzbogacenie się po ciężkiej bitwie. Lecz mimo to ludzie patrzyli na siebie wilczym wzrokiem; i gdy wydawać by się mogło, że bardziej spod byka patrzeć na siebie nie można, podpłynął trzeci statek, który z katapulty przymontowanej na dziobie statku atakował krakena.

Powiewające na wietrze flagi państwa-miasta Shemu łopotały w rytm wiatru, który z każą chwilą przywierał na sile. Nadchodził sztorm...

- Flota z Asgalun - powiedział głośno Conan, patrząc na przybywających gości. - Największe państwo-miasto Shemu. Może uda mi się z nimi dogadać, i wszyscy bezpiecznie dopłyniemy do brzegu... Zwłaszcza, że to nasza jedyna szansa na unikcięcie sztormu. - dodał, mowiąc to do swojego bosmana, ale też na tyle głośno, by każdy go słyszał w okolicy - każdy, kto nie był zajęty wyławianiem beczek z winem, oliwą czy skrzyń z drogocennymi materiałami.

Olbrzymi cymmeryjczyk podbiegł na dziób rufy i krzycząc, porozumiewał się w dziwnym języku z kapitanem drugiego statku. Rozmowa trwała krótko; byla żywiołowa, ale zakończona uśmiechem na twarzy Conana.

- Mamy szczęście! - zęby Conana błysnęły bielą. - To Khannon, mój dawny towarzysz. Dowiezie nas bezpiecznie na brzeg Asgalunu. Stamtąd każdy ruszy swoją stronę - dodał, patrząc groźne na Vanko, który wzrokiem namierzył czarownika, który w jego mniemaniu był winny wszystkiemu, co się złego niedawno wydarzyło.

[center]***[/center]

Po wyłowieniu części towaru, statek 'Pięść Asgalun' odpływał w stronę portu, zostawiając za sobą szczątki obu statków i kawałki potwora morskiego, o którym legendy będą jeszcze krążyć przez dziesiatki lat.

Shemicki okręt był przeznaczony do patrolowania wybrzeża i ochrony morskich karawan przed piratami, o czym świadczyła uzbrojona po zęby załoga oraz kilka mniejszych i większych machin służących do miotania pocisków i duży strzał na spore odległości.

Nehaher musiał przyznać, że taka technologia musiała być wymyślona przez największe umysły współczesnego świata. Zwlaszcza, że wszystko opierało się na skomplikowanych mechanizmach, których umysł czarownika nawet w snach nie pojmował...

Kapitan Khannon kazał przygotować wszytkim obfity posiłek, okraszony opowieściami i plotkami. Napięcie między dawnymi wrogami nieco spadło, ale wciąż niewiele by wystarcyzło, by obie załogi wdały się w bójkę; pewnym bezpiecznikiem byli shemiccy marynarze, którzy czujnym okiem obserwowali gości, dając do zrozumienia, że wszelka walka na statku będzie karana ich natychmiastową interwencją.

- Nuże, opowiadajcie Conanie, co tam słychać w szerokim świecie! - zagaił Khannon po zingarsku, widząc, że to jedyny wspólny język, jaki znali i rozumieli wszyscy zgromadzeni w jadalni pod pokładem.
Siedzicie przy stole, odświeżeni, ale zmęczeni. Wasz udział w łupach wyceniam na 130 złotych lun na głowę, jeżeli uda wam się sprzedać towar w porcie.

Garro: opatrzyłeś pięciu rannych i wyleczyłeś ze wzdęć, gazów i szkorbutu trzech shemitów. Jako zapłatę otrzymałeś od nich butelkę rumu oraz naszyjnik z zębów rekina.

Robicie coś przy stole? Przy was siedzą korsarze, marynarze oraz co ważniejsi shemici. Czujecie się bezpiecznie, aczkolwiek każdy ma broń przy sobie. Zagadujecie coś do siebie, do innych? Przeniosę akcję do przodu w środę wieczorem, jeśli nie będzie żadnych deklaracji.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 16 marca 2016, 15:23

Statek Pięść Asgalun

Od momentu przymusowej, atoli również i pożądanej przesiadki na 'Pięść Asgalun' Nehaher z rzadka jedynie odstępował od boku kapitana Conana. Zdawało się, iż niedawna przygoda, w czasie której o mały włos nie straciłby życia z ręki jakiegoś zakapiora, wstrząsnęła czarownikiem. Zwłaszcza, że sprawca tego zdarzenia także przetrwał (że też Bogowie wstydu nie mają!) i łypał co jakiś czas na Stygijczyka przekrwionym okiem.

Stygijczyk nie omieszkał więc wtajemniczyć zarówno Conana jak i swych dwóch towarzyszy: Garro i Galvata w sytuację.

- Ten pies podły próbował mnie zamordować niecnie, gdym walczył z potworem... I zamiast sam przeciwko niemu stanąć, omal mnie nie przeszył stalą. Szczęśliwie, chroniło mnie zaklęcie, gdyby nie ono jednak nie rozmawiał bym już z wami... - szeptał im do ucha na boku, starając się, aby ocaleli z 'Odmętu Głębin' nie słyszeli tego. Dość miał już bowiem przemocy jak na jeden dzień.

Właściwie, miał dość przemocy do końca swojego życia... Czemuż ach czemuż - myślał w głębi serca, wzdychając nad talerzem. - Nie można osiedlić się gdzieś spokojnie, studiując nauki tajemne i władając jakimś zakątkiem świata... Powiedzmy jedną trzecią na początek... Zawsze coś musi się popsuć... A najczęściej na morzu. Tu wszędy jeno macki, piraci i kołysanie. Noga moja już nie postanie na pokładzie żadnej krypy. Przenigdy, jak Seta kocham!
Nehaher trzyma się blisko Conana i swoich kompanów. Urządzenia na statku interesują go i chętnie by je obejrzał, ale bliskość niedoszłego zabójcy sprawia, że nie będzie się oddalał od grupy. Przy stole pewnie coś powie, lecz nie chce się odzywać przed Conanem.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 16 marca 2016, 17:16

O żesz diable przeklęty! -skarcił się w myślach Vanko szybko odwracając wzrok. Tak głupio pozwolił uczwycić swe nienawistne spojrzenie onemu czarownikowi, co teraz na krok nie odstępuje swych druhów. Trudno było mu rzec cokolwiek o reszcie, ale wydumał sobie, iż Stygijczyk musiał ich podstępem jakimś urobić, a skoro i sam Conan, o którym tak wiele się mówiło po portowych tawernach jest z nimi... sprytny, a i potężny ten stygijski pies podły być musi.
A może go i jaką obietnicą fałszywą skusił? Tronu jakiegoś, może i Cymerii, z którego go pewnie zdradliwie strąciłby potem, albo omamił i jako dziecinną zabawką potrząsał, jak to uczyniła poczwarna wiedźma Aghla.. gdzież to było? Zarazem, jakże dawno.... Wzrok, odwrócił, zamyślił się głęboko wspominając fortunę, którą rozpędziły wiatry między portowe dziwki, nieszczęśliwe zakłady i hulanki rozpustne gdzie tylko z Zorianem postawili stopę i póki Acheronowych im starczyło skarbów. A ten tu... mąciwoda i szubrawiec.. -tu gest przeprosin ku bogom wykonał- nie żeby Vanko miał coś przeciw takim, lecz póki się uczciwości ludzkiej pilnowali, kradli choćby, gwałcili, folgowali żądzom- póty przeciw kapłanom nawet Vanko nie złorzeczył, lecz kiedy się demonicznych imali poczynań, w praktyki wciągali obrzucając klątwą...
- Nieee.. -warknął cicho przepitym dość głosem, krzywiąc się z obrzydzeniem przy tym. Spojrzał w kufel niemal pusty. Zakręcił ostatnią kroplą i przechylił do dna. Odstawił powoli.
Zmienną łaska bogów... a podobni władcom niechętnie po wielokroć wypełniają prośby. Tyś psie krakena zwołał i się wyłgał z tego.... aleś teraz osłabiony. Za innych się skrywasz. -zachichotał do siebie, po czym postanowił w cierpliwość się uzbroić wyczekując chwili, gdy się kamraci Stygijczyka spiją..
Spoiler!
Oczywiście Vanko uchla się najmocniej, bo jest pijakiem i potem zwali winę na czary Nehahera.
Wychylając kolejne kufle Vanko knuje, jak tu się Stygijczyka pozbyć czyimiś rękami, coby na siebie niepowodzeń nie ściągnąć.
Ostatnio zmieniony 17 marca 2016, 02:16 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 16 marca 2016, 22:06

Pokład "Pięści Asgalun"

Chociaż pozornie uzdrowiciel mógł się czuć bezpieczny na pokładzie shemickiego okrętu, przez cały czas siedział na ławie niczym na szpilkach. Powodem tego nerwowego zachowania nie była napięta atmosfera przy stole, tylko trzymająca się boku Zingarczyka Caralla. Piękna ladacznica była jedyną kobietą na pokładzie "Pięści", przez co wzbudzała oczywiste i w żaden sposób nieskrywane zainteresowanie prawie wszystkich żeglarzy. Co gorsza, Caralla nie uratowała z tonącego "Oddechu" niczego prócz noszonej na sobie sukni, ta zaś podarła się w wielu miejscach odsłaniając smukłe opalone ciało dziewczyny.

I co najgorsze, Garro nie potrafił się oprzeć wrażeniu, że jego towarzyszka czerpała nieudawaną satysfakcję z wzbudzanego swą osobą zainteresowania, jakby przez przypadek tak podciągając strój, by odsłonić zgrabne uda. W jej stronę coraz częściej zerkali nawet obaj kapitanowie, co już zupełnie psuło uzdrowicielowi humor.
Oczywiście zazdrosny Garro mógł sobie to wszystko ubzdurać, ale kto tam wie, co siedzi w głowie niewdzięcznej portowej ladacznicy? :P

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 17 marca 2016, 23:47

Pokład "Pięści Asgalun"

Galvat był szczęśliwy. Nie dość że jego plan zadziałał, to jeszcze udało mu się przeżyć i zgromadzić trochę łupów. Ich spieniężenie nie było żadnym problemem dla Zamorańczyka. W końcu płynęli do portu. Sprzedawanie kradzionego towaru było prostsze niż jego zdobywanie. Kapitan jak zwykle opanował sytuację, co powstrzymało kolejny bezsensowny rozlew krwi. Złodziejowi to było na rękę. Nie musiał się martwić o swoje plecy oraz kompanów. Jednak pojawił się kłopot. Ten moczymorda, który zaatakował Nehahera na statku jakimś cudem przeżył. Chwilę później Nehaher powiedział:

- Ten pies podły próbował mnie zamordować niecnie, gdym walczył z potworem... I zamiast sam przeciwko niemu stanąć, omal mnie nie przeszył stalą. Szczęśliwie, chroniło mnie zaklęcie, gdyby nie ono jednak nie rozmawiał bym już z wami...

- Widziałem to. Nie wiem dlaczego wybrał za cel akurat ciebie Nehaherze, ale to może mieć związek z wydarzeniami na wyspie. Nie wiemy dla kogo pracuje to połączenie dzika i małpy - zakończył szeptaną cicho wypowiedzi pokazując zdrowe białe zęby.

- Masz rację - czarownik wydawał się nieco zmartwiony. - On może mieć coś wspólnego z Menkarą. Zali nie przypadkiem pewnie wybrał właśnie mnie... Beze mnie nie macie szans z tym podłym sługą demonów...

No tak... Przeklęci Stygiczycy. Teraz wiem na co cię stać. Oczywiśćie dobrze mieć cię przy sobie, dopóki ten Menkara się gdzieś czai... Jednak wolałbym mieć w tobie przyjaciela, a nie owładniętego czarną magią szaleńca. Zobaczymy gdzie twe stopy idą Nehaherze - pomyślał Galvat.

- Musimy na niego uważać. Bardzo dobrze włada bronią... Pysk ma draczny nie kabaczny, ale rzucać bułatem potrafi. Może mu robaki się w głowie zalęgły. Podobno tak się dzieje jak się je za dużo surowych ryb - dodał.

Przeniósł swoją uwagę na Garro i jego półnagą dziewkę. Ten to ma radochę. Chyba lub patrzeć jak jego ulubienica stara się o sążniste rżnięcie. A może nasz medyk marzy o trójkącie? Pewnie chce rozładować stres i spuścić trochę napięcia z kręgosłupa... Moralnego oczywiście. He he-roześmiał się w myślach patrząc na dwuznaczną minę Garro.

Potem przyglądał się chlejącemu Vanko. O rzesz w mordę! Ten to ma spust. To nie robaki! To samogon wypalił mu przegniły łeb. Menkara może go teraz z łatwością kontrolować. Nehaher czasem gada mi w czaszce, więc dlaczego Menkara nie miałby kontrolować tego parszywego ochlejusa? Ehhh... Wniosek taki, że kudłata małpa może być sporym zagrożeniem.

Rozejrzał się po całym pomieszczeniu, poświęcając niecałą minutę każdej osobie, która siedziała przy stole. Udawał, że pije rozcieńczone wino i robi się coraz bardziej pijany. Zorientował się, iż doskonale uzbrojona załoga Pięści Asgalun jest jedyną zaporą, która utrzymuje względny pokój. Jeden głupi ruch i ktoś może skończyć za burtą. Nie był to jednak czas na eliminowanie zagrożenia podstępem. Od usuwania agresywnych pasażerów byli przyjaciele kapitana Conana.

Galvat dużo więcej czasu na przyglądanie poświęcił barbarzyńskiej dziewce, która zrobiła dokładnie to o co ją poprosił. Wyglądała jak typowy dzikus... Ale było w niej coś więcej. Miał siedzieć cicho i trzymać język za zębami. Nigdy nie szukał sławy, ale i tym razem nie wytrzymał. Jego gadatliwa natura wzięła górę. Ku zaskoczeniu wszystkich wskoczył na środek stołu, nie rozlewając ani odrobiny wina w swym kuflu.

- Towarzysze! To dzięki mnie morska potworność gnije teraz pożerana przez rekiny. Wykorzystałem beczkę pełną oliwy, którą odpowiednio przygotowałem, aby ją ogień rozsadził w odpowiednim momencie. Tak więc zawdzięczacie mi swoje życie! Jednak sam jestem zbyt cherlawej postury i bez silnej pary ramion nie zdołałbym was uratować.

Łotr ruszył przed siebie z gracją kota po stole omijając bezbłędnie każdy kufel i talerz. Gdy dotarł bliżej Eryi odwrócił się w jej stronę i konturował:

- Stojąc między wami na wspólnym stole, wznoszę toast za naszą wybawicielkę. To ona wrzuciła beczkę prosto w paszczę tego plugastwa kończąc jego marny żywot. Do tej pory nie wiem, jak cię zwą krzepka dziewko! Niech nasza wybawicielka wstanie i przedstawi się nam wszystkim, co byśmy mogli wykrzyknąć jej imię - Zamorańczyk kolejny raz błysnął białymi zębami.
Po swoim wystąpieniu nagle pojął, że ciężka od broni przy pasie atmosfera zaczęła się troszkę rozpraszać.
Przechadzając się po stole korzystam z wysokiej Zwinności.
Spoiler!
W poście opisałem, że przyglądam się wszystkim po kolei. Proszę o jakiś test na Spostrzegawczość lub Empatię jeśli zobaczę coś "podejrzanego".
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 18 marca 2016, 18:11

Pokład "Pięści Asgalun"

Przywołana do porządku dyskretnym klapsem Caralla przestała zerkać na siedzących wokół mężczyzn, ale Garro podejrzewał, że jej cudownie objawiona cnotliwość miała tylko przelotny charakter. Dusząc w sobie narastającą złość uzdrowiciel cofnął sprzed butów jakiegoś krążącego po stole ordynusa swój talerz, a potem przesunął wzrokiem po twarzach słuchających krzykacza ludzi uświadamiając sobie pewną kardynalną pomyłkę.

Jak się bowiem okazało, Caralla nie była jedyną w kabinie kobietą. Potężnie zbudowany, aczkolwiek niższy od większości towarzyszy człowiek siedzący daleko po prawicy Zingarczyka, po bliższych oględzinach okazał się wcale nie być długowłosym barbarzyńcą o atletycznej klatce piersiowej, tylko drugą w pomieszczeniu kobietą! Zmylony jej nietypową urodą, Garro poczuł ogromne zakłopotanie, które pośpiesznie ukrył w piwnej pianie wypełniającej jego kufel.
Popełniłem wcześniej spory nietakt nie dostrzegając pięknej wojowniczki z północy, więc śpieszę go naprawić!

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 18 marca 2016, 22:08

W pomieszczeniu panował smród krwi, niemytych ciał, żelaza i chciwości, przeplatany z zapachami pieczonego drobiu, gotowanych warzyw, nieco rozmiękczonej kaszy i kwaśny zapach wina.

- Wypijmy za zdrowie Galvata i tej pięknej i wojowniczej czerwonowłosej kobiety - Conan wzniósł kubek - Albowiem dzięki nim i ich współprac, Kraken trafił do piekielnych odmętów, z których przybył!

Głośny okrzyk z kilkudziesięciu gardeł wypełnił pomieszczenie, a następujący po nim bulgot wychylanych kubków odbijał się echem jeszcze kilka dobrych chwil.

Zarówno Zorian jak i Vanko nie żałowali sobie alkoholu i pyszności serwowanych na stole. Łotr ładował sobie na talerz kawałki pieczonych gęsi i kurczaków, dobierając owoce i warzywa a także zbyt rozgotowaną kaszę. Miski i półmiski krążyły z ręki do ręki.

Następnie swoją chwilę miał Galvat, który zwinnie przechadzał się po stole w tę i wewte, przemawiając do zgromadzonych i zaglądając im w oczy.
Spoiler!
Zauważyłeś, że Shemici co jakiś czas popijając wino wodą z osobnej karafki. Jeden z ocalałych piratów z waszego byłego statku też to zauważył i zapytał wprost swojego shemickiego sąsiada o co chodzi. Ten wyjaśnił mu, że taki jest zwyczaj w Asgalun, żeby za szybko się nie upijać.

Nie wyczułeś kłamstwa w słowach shemity.

Za to widzisz niespokojne spojrzenia innego shemickiego marynarza, który co chwilę spogląda na drzwi prowadzące do schodów na pokład.
Garro zajmował się głównie myśleniem o wdziękach obu kobiet; myślami wędrował od piersi jednej po gróskie szczyty drugiej, rozmyślając nad potokami znajdującymi się u wyjścia z górskich szczytów; o jamach i jaskiniach leżących gdzieś na szlaku...
Dam chwilę czasu lightstormowi na ustosunkowanie się do zawartości spoilera, resztę proszę o wstrzymanie się z postowaniem.
Ostatnio zmieniony 19 marca 2016, 00:19 przez Dobro, łącznie zmieniany 1 raz.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 20 marca 2016, 19:43

Galvat zwinnie wędrował po długiej ławie, zręcznie manewrując między zastawianymi potrawami. W ślad za jego słowami leciały wściekłe okrzyki shemickich marynarzy, by złaził ze stołu, bo to nie jego prymitywna wioska, i po stole się nie chodzi.

Łotr za nic miał wyzwiska i po chwili robiąc gwiazdę na stole, wolną ręką odrywającą się już od drewna pochwycił srebrną karafkę i wypił jej zawartość. Woda miała nieco gorzkawy smak; jak gdyby dodano do niej mnóstwo orientalnych przypraw. Galvat powstrzymał odruch wymiotny i odstawił naczynie od ust, zeskakując ze stołu.

I wtedy się zaczęło.

[center]***[/center]
Pijany Vanko toczył zawziętą rozmowę z Zorianem; raz półszeptem, inny razem niemal krzycząc. Rozmawiali tak obaj, co jakiś czas zwracając się do sąsiadów, niezwracając zupełnie uwagi na przechadzającego się po stole i gadającego od rzeczy Galvata. Kości z głuchym trzaskiem łamały się pod zębami starych najemników, zaś smakowite mięso popijane winem przywodziło na myśl stare, dobre czasy, gdy wszystko sprowadzało się do walki na miecze i kopniaki w krocze.

Vanko był zmęcozny; ostatnie wydarzenia były już nie na jego siły. Pokonanie krakena, walka na chybotliwym statku... widocznie Zorian czuł to samo, bo padł ze zmęczenia, pochrapując i nurkując głową w talerzu z owocami. Vanko pomyślał, że to bardzo śmieszny widok, do momentu, gdy... Odpłynął do krainy marzeń.

[center]*** [/center]

Galvat wylądował miękko koło Nehahera i szepnął mu coś do ucha. Eyra patrzyła bacznie na tych dwóch, gdyż wydawali się jej nieco podejrzani. Czuła się potwornie zmęczona, co też ją bardzo dziwiło. Wiele walk stoczyła w swoim życiu i nigdy nie czuła, jak bardzo ciążą jej powieki. Były niczym ogromna krata w bramie zamku, która zamykała się z głośnym łoskotem. Postanowiła więc wstać, lecz postanowienie zderzyło się z rzeczywistością i przemknęło, niczym piach przez palce. Czerwonowłosa kobieta padła na stół, chrapiąc głośno.

[center]***[/center]

Nehaher błądził wzrokiem po sali. Był potwornie zmęczony, ale musiał trzymać się na baczności. Specjalnie nie pił dużo wina, by zachować trzeźwość umysłu, ale mimo to czuł się, jak po studiowaniu kilka dni z rzędu bez chwili odpoczynku. Nawet niezauważył, gdy koło niego na krześle miękko wylądował Galvat i szepnął mu do ucha:
Spoiler!
- Wszyscy Shemici popijają wino wodą, a jeden co chwila spogląda na drzwi. Ostrzeż jakoś kapitana i zwróć na siebie uwagę. Rozejrzę się.
Spoiler!
Shemici zorientowali się, że wziąłeś karafkę z ich wodą, ale nie ruszają się specjalnie, jakby nie robiło to na nich większego wrażenia. Widzisz za to, że wszyscy poza tobą i shemitami są bardzo ospali i zmęczeni...
- Co..? - powiedział nieprzytomnie Nehaher i również padł ze zmęczenia, chrapiąc głośno.

[center]***[/center]

Garro zapatrzony w górskie szczyty Caralli dostał ochoty na pieszą wędrówkę. Z pewną satysfakcją dostrzegł, że góry same do niego idą... W rzeczywistości jednak to Caralla osuwała się na medyka, który razem z nią osunął się na ziemię i zasnął jak po przebiegnięciu stu mil, zupełnie niesłysząc wrzasków Conana.

- To zasadzka! Ty zdradziecki psie! - podjął Conan, ale i on po chwili osunął się na ziemie, dodatkowo ogłuszony drewnianą pałką przez jednego z Shemitów.
Spoiler!
Widzisz, że wszystko to dzieje się w bardzo szybkim tempie, więc masz bardzo mało czasu na reakcje. Twoi towarzysze są już uśpieni narkotykiem lub trucizną, ty zaś uodporniłeś się na nią, pijąc wodę. Jeżeli zdecydujesz się na walkę, to przewaga liczebna wroga jest miażdżąca i wątpliwe, byś zdołał uciec w jednym kawałku. Możesz spróbować uciec przebijając się do wyjścia - to się prawdopodobnie uda, ale skok do morza może oznaczać pewną śmierć. Masz więcej możliwości, jak choćby udawać nieprzytomnego i czekać na rozwój wydarzeń itd. Jakie są więc twoje działania?
Wszystko działo się bardzo szybko i nikt - oprócz Galvata - nie zdołał zareagować odpowiednio szybko. To nie wino było zatrute, a jedzenie! Zanim przejdziemy dalej - Galvat ma jeszcze szanse na reakcje. Pozostali gracze muszą zaczekać na rozwój wydarzeń.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 20 marca 2016, 21:35

W zaistniałej sytuacji najbardziej żal mi Eryi oraz Caralli, ze względu na dysproporcję płci na pokładzie. Nas co najwyżej zarżną raz dwa we śnie, ale dziewczyny znalazły się w dużo gorszej sytuacji! :o

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 20 marca 2016, 22:17

Nehaher wędrował po korytarzu jakiegoś prastarego lochu, pamiętającego pewnie jeszcze czasy świetności Acheronu. Zupełnie nie wiedział kiedy, jak i po co się tutaj znalazł: ale siła, która kazała jego nogom stawiać krok za krokiem nie znosiła sprzeciwu. Pamiętał jedynie, że za sobą zostawił zwłoki martwych towarzyszy; polegli w walce ze strażnikiem lochu; stworem o wielu mackach i wielu oczach. Stwór ten przypominał krzyżówkę krakena ze ślimakiem. To musiała być spuścizna po eksperymentach acherońskich czarnoksiężników.

Korytarz skręcił gwałtownie i niespodziewanie; oświecająca pomieszczenie pochodnia rzucała straszliwe cienie. Po nogami Nehaher czuł i słyszał trzaskanie starych, pożółkłych kości, które natychmiast przy najmniejszym dotyku kruszyły się i rozpadały na setki kawałków niczym khitajskie wazy z porcelany.

Za zakrętem pochodnia nie była potrzebna. Ogromna komnata oświetlana była magicznym światłem, zaś na jej środku, rosła dziwna roślina, poskręcana i pnąca się ku górze. Nehaher podszedł do niej ostrożnie; roślina wyrastała ze zwłok jakiegoś ogromnego zwierzęcia, którego czarownik nigdy wcześniej nie widział. Na wszelki wypadek odszedł od niej i stając przy jednej ze ścian obserwował ze zgrozą, jak jeden z pędów przybliża się i oplata wokoło skamieniałego ze zgrozy Nehahera. Pęd opanował nogi i piął się ku głowie czarownika. Zbliżył się do ucha i wrzasnął, drażniąc bębęki stygijczyka.

- Wstawaj, plugawy czarowniku! - krzyknął Khanon, polewając związanego Nehahera strumieniem wody. Nehaher łapiąc oddech obudził się a mgła snu odpłynęła na dobre. Czarownik rozejrzał się.

Siedzieli na pokładzie, zaś poranne słońce wraz ze świeżą, morską bryzą muskało ich policzki. W oddali, na horyzoncie widać było wysoką wieżę - prawodpodobnie latarnie morską. Za nią zaś, w tle, niemal cały horyzont zdobiły jakieś trudne do odczytania zabudowania.

- Asgalun. - Nehaher rozejrzał się po znajomych twarzach,

Cała załoga "Gwiazdy Argos" i "Odmętu głębin" była zgromadzona w jednym miejscu; wszyscy siedzieli na deskach z dłoniami związanymi za plecami. Conan był zakuty w ciężkie, metalowe łańcuchy. Nikt się nie odzywał.

- A Galvat? Nigdzie go nie widzę
- przeszło przez myśl czarownikowi. I faktycznie; tylko łotra brakowało z niedobitków obu załóg.

Chwila ciszy ciągła się w nieskończoność. Czarownik spojrzał na Garro. Ten, wystraszony, siedział koło Caralli. Chyba nikt jej nie ruszył, bo ubranie miała wciąż na miejscu, bez widocznych śladów zrywania. Eyra tak samo...
Za to mieli śmieszne amulety, których Nehaher wcześniej nie widział; zawieszone na srebrnym łańcuszku niewielkie kamienie kształtem przypominające kroplę deszczu; były jaskrawoczerwonej barwy i wielkości orzecha włoskiego. Czarownik zmienił pozycję ruszając się nieco i poczuł na skórze zimny dotyk. Spojrzał na swoją pierś i ze zgrozą ujrzał ten sam naszyjnik.

- Pewnie zastanawiacie się, co to za naszyjniki - Khannon jakby czytał w myślach stygijczyka. - Podarował nam je nasz wspólny przyjaciel...

Bezczelny uśmiech na brodatej twarzy shemity zdawał się pobijać wszystkie szczyty, i to galopująco.

- ...Menkara.

- Żebyś zdechł, zdrajco - wycedził Conan, który swoją groźbę przypłacił uderzeniem pięści jednego z marynarzy.

- Och, Conanie. Tyle żyjesz i jeszcze nie wiesz, że złoto jest cenniejsze od przyjaźni? - Khannon wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Zresztą... trzabyło się mieszać w sprawy Zingary? To masz za swoje. Ale wracając. - kapitan "Pięści Asgalun" odwrócił się do Nehahera, Garro, Vanka i Eyri, którzy byli niedaleko siebie. - To głównie do was, i waszego tragicznie zmarłego znajomka z blizną na szyi jest główny prezent. Zatem patrzcie i słuchajcie uważnie - dodał tajemniczo i podchodząc do jednego z marynarzy, dźwignął go na nogi i rozciął więzy u rąk.

- Ty! Jeżeli zdejmiesz ten naszyjnik, to będziesz wolny - rzucił poważnym tonem, podając mężczyźnie swój nóż. Ten chwycił go natychmiast i przykładając do łańcuszka, spróbował go rozciąć. Srebro szybko pękło i już zaczynało się osuwać, gdy nagle...

...kamień, który wisiał zaczepiony na dole zasyczał, rozjaśnił się do tego stopnia, że trzeba było zmrużyć oczy i objął czerwonym ogniem mężczyznę, paląc go w kilka uderzeń serca wprost na popiół. Smród palonego ciała szybko rozniósł się po całym okręcie, a wraz z nim rechot załogi "Pięści Asgalun".

- To się z wami stanie, jeśli spróbujecie ściągnąć naszyjnik. Ha, ha, ha! Teraz zostaliście niewolnikami Menkary, który już nie może się doczekać, kiedy dobijemy do brzegu. To samo się z wami stanie, jeżeli niespełnicie jego żądań. I tylko on może go wam zdjąć! O ile będize miał taką ochotę, ha, ha, ha! - zarechotał głośno, chwytając się za boki. Załoga wtórowała mu, zaś więźniowie milcząco sklinali swój los.

- Z deszczu pod rynnę - mruknął Zorian, którego kac nie był już najważniejszym zmartwieniem.

- A teraz zabrać ich pod pokład - dodał Khannon, uspokajając się i opanowując swój śmiech.

[center]***[/center]

Piętnaścioro ocalałych niedobitków siedziało uwięzionych za kratami między łupami wyłowionymi z "Odmętów Głębin". Niewielki loszek był ciasny, ale mimo to każdy mógł znaleźć niewielki kąt dla siebie. Strażnicy podali im jedzenie i wodę - same resztki, ale dobre i to. Grobowa cisza przerywana była mlasknięciami Zoriana, który jak gdyby nigdy nic pałaszował kaszę, podaną przez strażników.

- No co? Jeśli chcieliby nas znowu otruć, to równie dobrze mogliby już nas zabić i nie marnować jedzenia.

Vanko musiał mu przyznać rację. Jednak stary pijak nie miał do końca wyżartego mózgu przez alkohol, jak podejrzewał.
Wasze działania (póki co) zawęziły się do rozmów. Galvat gdzieś przepadł; prawdopodobnie został zabity. Dobicie do brzegu to kwestia może godziny. Rozmawiacie o czymś, czy przenosimy akcję dalej?
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 20 marca 2016, 23:25

Pokład "Pięści Asgalun"

Zdjęty grozą uzdrowiciel musiał przed samym sobą przyznać, że nigdy jeszcze nie czuł większego przerażenia na widok zbliżającego się lądu. Rześka morska bryza rozwiała w krótką chwilę płatki popiołu będące jedyną pozostałością po uśmierconym okrutnie żeglarzu, ale wstrętny odór spalonego ludzkiego mięsa dosłownie przykleił się do odzienia Zingarczyka.

- Nawet nie myśl o tym, by dotykać naszyjnika - wyszeptał zbielałymi ustami pod adresem Caralli - Trzymaj się cały czas blisko mnie. Mitra wysłucha naszych modlitw i wybawi nas z kłopotów... do tej pory zawsze wybawiał.
Garro na razie tylko obserwuje bieg wydarzeń, walcząc jednocześnie ze zrozumiałym przerażeniem...

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 21 marca 2016, 09:38

Aha, może źle się wyraziłem: nie tylko możecie rozmawiać, ale i próbować się wydostać, oczywiście. Waszym jedynym ograniczeniem jest klatka, która wygląda na dosyć mocną. W okolicy jest dwóch uzbrojonych strażników, ale nie są wami zbytnio zainteresowani - pokładają widać dużą nadzieję w naszyjnikach. A ekwipunek w plecakach jest niedaleko krat.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 21 marca 2016, 10:58

Pokład "Pięści Asgalun"

- Wstawaj, plugawy czarowniku!

Nehaher rozejrzał się niepewnie dookoła, szukając adresata tej inwokacji. W okolicy wszakże nie dostrzegł żadnego innego adepta nauk tajemnych, z pewnym zaskoczeniem upewnił się więc co do tego, iż treść wypowiedzi tyczyła się jego osoby. Skrzywił się przeto nie kryjąc niesmaku i przybrał urażoną minę, zdając się nie zwracać uwagi na osobę Khanona. Dopiero gdy ten wymienił imię Menkary, Stygijczyk przyjrzał mu się z ostrożnym namysłem, niczym okazowi jakiegoś rzadkiego i nader obrzydliwego robaka.

- Nie widzę tu żadnego plugawego czarownika - syknął. - A sługą takowego jesteś ty sam. Albowiem zbierając złoto, które ciśnie ci ten pasożyt, Menkara, bierzesz udział w jego ohydzie. Wszelako powiadam ci, Bogowie odwracają twarze widząc twój występek...

Kapitan jednak zbył go wzruszeniem ramion, zdecydowanie bardziej interesując się osobą Conana. Wszakże argumentacja fizyczna, zastosowana na potężnym Cymeryjczyku sprawiła, że Nehaher jakoś nie żałował, że nie udało mu się zaskarbić uwagi Khannona...

[center]Obrazek[/center]
[center]***[/center]
Później, pod pokładem przecisnął się pospiesznie między kilkoma przerażonymi korsarzami, których ogorzałe twarze pobladły znacznie, przywodząc na myśl barwę popiołu. Wspiął się na palce i szepnął do Conana:

- Być może będę w stanie unieszkodliwić ten przeklęty wisior. Jeśli mi się uda, uwolnię i ciebie. Potrzebuję na to wszakże chwili spokoju, gdyż będzie to wymagało wielkiego skupienia. Proszę zatem, żebyś trzymał ludzi z daleka ode mnie.

Cymeryjczyk skinął głową i mruknął coś w odpowiedzi. W jego błękitnych oczach tlił się zimny płomień, który źle wróżył zarówno Khannonowi jak i Menkarze. Nehaher odsunął się i usiadł w kącie w pozycji półlotosu. Dziwne, ale po raz pierwszy chyba umiał zrozumieć barbarzyńcę. W jego sercu bowiem gorzał podobny ogień - czystej, czarnej nienawiści.

Odetchnął głęboko starając się rozluźnić mięśnie. Czuł dotyk zawieszonego na łańcuszku kamienia, który spoczął na jego piersi na podobieństwo jadowitej stonogi. To wrażenie jednak przestało budzić lęk, a zamiast tego poczęło rodzić wściekłość. Nigdy dotąd nie czuł niczego podobnego. Zwykle spoglądał na świat z pewnego dystansu, na co pozwalała mu zarówno posiadana wiedza jak i tysiące lat cywilizacji Stygii, które żyły w nim i w cieniach jego przodków. Unikał silniejszych emocji i wzruszeń, traktując je raczej jako przeszkody w koncentracji umysłu. Wszakże nawet tą cała intrygę z Menkarą, traktował dotąd raczej jako pewnego rodzaju grę. Grę o krwawym finale, zapewne, a jednak wciąż grę, która polegała przede wszystkim na rywalizacji pomiędzy dwoma profesjonalistami, wysmakowanymi na tyle, by ją docenić. Teraz jednak przeciwnik złamał pewne niepisane zasady. A próbując narzucić Nehaherowi swą wolę wkroczył do miejsca, które było dlań święte - do wewnętrznego sanktuarium jego ducha. I choćby stan ten miał trwać zaledwie mgnienie, czarownik wiedział, że nigdy mu tego nie wybaczy. Gra przestała być grą i stała się czymś więcej. Poczuł, jak gdzieś, głęboko w nim wznosi się mroczna fala nienawiści i pojął, że nie cofnie się przed niczym aby zniszczyć Menkarę. Zacisnął zęby starając się opanować to nowe i nieznane dotąd uczucie. Teraz musiał myśleć jasno. Wymagała tego sytuacja. A on był jedynym, który miał jakiekolwiek szansę wyciągnięcia z tego bagna pozostałych...

Ujął w dłoń czerwony kamień i podniósł go do oczu. Przez chwilę studiował jego kształt i fakturę. Klejnot lśnił lekko i zdawał się wibrować, niemal niewyczuwalnie. Czarownik zresztą był pewien, że nikt kto nie posiadał zmysłów, wyczulonych na subtelne, magiczne energie, nawet by tego nie poczuł. W pamięci szukał informacji o tego rodzaju artefaktach i sposobach rozbrajania ich...

Amulet - pułapka... Rezonans ognisty... Jakim cudem ta larwa zna tak potężne zaklęcie? Nie ważne... Będzie wykazywał podatność na kontrmagię. Przynajmniej w teorii... Nie, w praktyce także! Musi istnieć zaklęcie pozbawiające go mocy. Menkara, oby robactwo pożarło jego zgniłe serce, je zna na pewno... Ale to mi nie ma teraz znaczenia... W Asgalun mógłbym coś znaleźć. Nie, nie mam tyle czasu... Moje notatki... Być może gdybym wykorzystał pełny symbol Barzai, wraz z fragmentem Egzorcyzmu Ognia, choć Zaczarowanie Gór Mush mogłoby mieć lepszy efekt... Wciąż jednak brakuje mi kondensatora... Amulet Nodensa nie będzie przydatny...

Jego umysł analizował szybko wszelkie możliwości, jakie mu pozostały. Wreszcie z ich wąskiego zakresu wyłoniła się jedna, będąca ostatnią deską ratunku i dłoń czarownika powoli sięgnęła do wewnętrznej kieszeni na piersi, gdzie spoczywała figurka Śpiącego z N'kai...
Dla przypomnienia i dla tych, którzy pierwszy raz grają z Nehaherm, wklejam jeszcze raz rysunek mojej postaci.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 21 marca 2016, 10:59

Pokład "Pięści Asgalun"

Nehaher błądził wzrokiem po sali. Był potwornie zmęczony, ale musiał trzymać się na baczności. Specjalnie nie pił dużo wina, by zachować trzeźwość umysłu, ale mimo to czuł się, jak po studiowaniu kilka dni z rzędu bez chwili odpoczynku. Nawet nie zauważył, gdy koło niego na krześle miękko wylądował Galvat i szepnął mu do ucha:

- Wszyscy Shemici popijają wino wodą, a jeden co chwila spogląda na drzwi. Ostrzeż jakoś kapitana i zwróć na siebie uwagę. Rozejrzę się.

- Co..? - powiedział nieprzytomnie Nehaher i również padł ze zmęczenia, chrapiąc głośno.

Galvatovi natychmiast zrobiło się duszno. Z przerażeniem omiótł wzrokiem wszystkich przy stole zdając sobie sprawę, że nadchodzi zaplanowany wcześniej zatruty cios w plecy. Wiedziałem! Od samego początku wiedziałem! Nie daj się złapać, nawet w obliczu klęski - powtarzał w myślach, mając nadzieję że legendarny Conan zmieni tą paskudą sytuację.

- To zasadzka! Ty zdradziecki psie! - podjął Conan, ale i on po chwili osunął się na ziemie, dodatkowo ogłuszony drewnianą pałką przez jednego z Shemitów.

I wtedy poczuł się dokładnie tak samo, gdy sam został zdradzony. Kolejny raz stał się świadkiem zdrady, czegoś przed czym uciekał. Dlatego przyrzekł sobie, by nigdy więcej go nie złapano. W Zamorze nie było dla niego miejsca. Za dużo razy wymknął się z sideł śmierci, by wierzyć w coś takiego jak pełne zaufanie. Wiedział doskonale, że nie ma tam żadnych przyjaciół, a jedynie pracodawców. Wszystko było kwestią ceny i ciągłym obserwowaniem swoich pleców. Teraz znów miał wrażenie, że blizna na szyi pęka odbierając mu możliwość mowy. Złapał odruchowo ręką za gardło, by zdać sobie sprawę, że jednak nie krwawi. Strach zadziałał mobilizująco. Nie czekał, aż banda trucicieli zrobi pierwszy ruch i ile sił w nogach rzucił się biegiem w stronę wyjścia. Był dla nich za szybki, co zaskoczyło napastników, gdy próbowali złapać Zamorańczyka.

- Wypił wodę z ziołami. Łapcie go! - krzyknął Khanon.

Za Galvatem pobiegło trzech Shemitów, gdy reszta została na dole by zając się nieprzytomnymi. Wybiegł po schodach na pokład stawiając stopę na co trzeci stopień. Na szczęście była noc i miał w ręku prawie opróżnioną karafkę z roślinami neutralizującymi działanie trucizny. Teraz się wtopię w otoczenie, ale wpierw mały zwód - pomyślał i rzucił karafkę w lewą stronę, sam zaś skręcił w prawo. Zanim Shemici wybiegli na pokład Galvat był już po za zasięgiem ich wzroku. Jedyne co usłyszeli to brzęk naczynia, co zaalarmowało dwóch żeglarzy. Trzeci jednak szedł dalej tropem Złodzieja.

To parszywa gnida. Lezie za mną - zaklął w myślach zdając sobie sprawę, że dalej ma ogon. Do burty z nim!

Galvat podbiegł do składowiska z beczkami, i schował się za nimi. Zza szczeliny zaczął obserwować ilu ruszyło jego tropem. Shemita był wyraźnie zdeterminowany. Trzymał w ręku broń i chyba nie miał zamiaru łapać złodzieja żywcem.

- Wyłaź! Albo jak cię złapię to obetnę ci to szczurze łapsko. Już jak wlazłeś na stół powinienem ci gnaty porachować. Wyłaź! - kolejne okrzyki rozgniewanego Shemity roznosiły się po statku.

Tylko jeden. Co tak mało? Robię się coraz lepszy. Ehhh... Jak będzie tak darł paszczę, to zaraz będzie ich tutaj więcej. Niech uważają, że wyskoczyłem za burtę. W ostatnim momencie wskoczę do włazu prowadzącego do ładowni.

Galvat podniósł jedną z cięższych beczek i zaczął ustawiać na krawędzi burty. Złapał trzy większe oddechy, po czym popychając ciężki przedmiot krzyknął:

- AAAaaaa...! - urywając krzyk w momencie głośnego pluśnięcia wody. Shemita natychmiast rzucił się w stronę składowiska, jednak Galvat był już wtedy przy wejściu do ładowni. Wskoczył miękko jak kot do środka nasłuchując głosów z pokładu.

- A niech to! Na tą nędzną kreaturę jednak żarcie podziałało - krzyknął Shemita patrząc na ciemną wodę.

Po chwili na miejsce zbiegło się pozostałych dwóch i doszli do wniosku, że złodziej spadł do morza. Uradowany Galvat znalazł sobie odpowiednie miejsce do spania w ładowni. Był zmęczony i musiał spać. Jak się obudzę, to zobaczymy co dalej.

[center]***[/center]
Gdy otworzył oczy był świt. Poderwał się na nogi, ale nikogo nie było. Był sam. Nie szukali go. Rozprostował kości i postanowił podsłuchać trochę rozmów. W niecałą godzinę dowiedział się, że jego towarzysze są gdzieś uwięzieni i niebawem dotrą do portu.
Sam ich nie uratuję, ale czy tak naprawdę powinienem? Dlaczego miałbym ryzykować? I wtedy sobie przypomniał, że zielarz pomógł mu jak został pobity, a Nehaher uratował go przed śmiercią, gdy barbarzyńcy chcieli zrzucić go nieprzytomnego w przepaść. Trzeba do nich dotrzeć i uwolnić. Tylko nie spiesz się Galvat, wszystko powoli. Pokarz im jak to się robi w Zamorze. Najważniejszy jest spokój i poznanie terenu, a potem plan. Czas na mały zwiad... - uśmiechnął się i cichaczem ruszył na pokład.
Spoiler!
Przemycam w jedzeniu swoje wytrychy. Liczę, że ktoś z więźniów będzie wiedział jak z nich skorzystać.
Ostatnio zmieniony 23 marca 2016, 20:11 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 21 marca 2016, 12:13

Ciężka jakby z żelaza głowa wciąż tętniła winem, gdy szturchnięcia Zoriana przywróciły zamorańczyka do świadomości.
Ki demon? -pomyślał, gdy próbując rozetrzeć dudniące krwią skronie dostrzegł nowe, wszechobecne błyskotki w postaci więzów. Już się zastanawiał, co takiego znów w pijackim afekcie uczynił, gdy dostrzegł, że dość tłoczno wokół od podobnych jemu. Wtedy przemówił obcy, Khanonem nazwany.
Krótkie słowa, acz wiedzy praktycznej pełne sprawiły, że oczy Vanka na podobieństwo srebrnych lun okrągłymi się uczyniły, w ustach zaschło mu jakby wiadro piachu chciał połknąć, a włosy, choć tłuste i pokołtunione na moment zdały się szyk zewrzeć podobny marszowemu.

Osz psubracka psia ich mać, sodomickie ścierwa! Parchate wieprze kulawe! -już miał w głos złorzeczyć na całą wszelakość szamanów, czarowników i wiedźm brzuchatych, gdy się pomiarkował, że to niezbyt bezpiecznie. Jął więc sam na siebie za głupotę razy na łeb dawać, że się tak dał podejść, że się znowu nadto blisko ich uroków znalazł. Wściekłość krew świeżą napędziła w głowę odbijając się wewnątrz czaszki dudniącym echem niczym wielki młot kowalski. Jednak to nie owe echo najgłośniej huczało mu teraz w głowie, lecz wciąż wiszące w powietrzu słowa odbijające się na każdej, zniewolonej twarzy.

-To się z wami stanie, jeśli spróbujecie ściągnąć naszyjnik.- uwięzło mu w gardle, gdy powtórzyć próbował złowróżbną obietnicę. Zamilkł, pogrążył się w myślach.

.. a gdyby tak..? A może... Wszak... ha!
-odchylił się nieco korzystając z faktu, że z przejęciem wielu gapiło się w wiszące na ich szyjach kamienie..
..gdyby tak spróbować zerwać komuś wisior... a najlepiej ..taaak.. ten stygijczyk wszawy... gdyby tak jemu zerwać naszyjnik.. bogowie to pojmą, że nie on wtedy winien jego śmierci będzie, jeno ten Menkara wspomniany.. -tu przytaknął, jakby w głos czynił z kimś jeszcze rozmowę, w prawo, w lewo spojrzał, omiótł wzrokiem szelmy, po czym twarz kamieną przybrał knując w konspiracji.
..jakby mu wisior zerwać, to wówczas uroki na Menkarę by spadły, nie na Vanka przecie. W gnojówce by się utopił.. albo ością skrztusił... srogiej sraczki dostał i moc by zeń uszła.. przeto by się napewno w wielkich znalazł opałach..
Tu ślinę głośno przełknął, gdy ostatnie słowo utkwiło mu w głowie, niby cierń jakowyś.
..opałach..- na głos powtórzył wgapiając się w dwie garście najemnika, co jeszcze na klepisku przygasał. Głośne mlaskanie Zoriana szczęściem rozwiało niezbyt chcianą wizję unoszącego się na wietrze pieczonego Vanka. Spojłrzał na druha wciąż nie domykając ust, na podobieństwo głupka karczemnego przywodząc.

- No co? Jeśli chcieliby nas znowu otruć, to równie dobrze mogliby już nas zabić i nie marnować jedzenia.- oznajmił aquilończyk wracając szybko do pałaszowania kaszy.

Koncept postanowił więc Vanko na później odłożyć, jednak czy się sprawdzi wolał wiedzieć wcześniej. Odchylił się z wolna, zarazem zainteresowanie posiłkiem udając. Rozejrzał się ukradkiem, jeszcze bardziej odchylił wypatrując chwili dogodnej jako i karku odpowiedniego, by teorię, co mu z biedy nowej wykaraskać się pomoże sprawdzić..
Vanko jakiemuś więźniowi obok zerwie naszyjnik, ale pod warunkiem, że go nikt (oprócz Zoriana ewentualnie) nie zauważy. Jeśli się nie uda, poczeka na lepszy moment. Wszak o zdejmowaniu komuś naszyjnika Khanon nie wspominał, a rozum podpowiada Vankowi, by sprawdzić tę niepewną teorię na kimś.
Piszę otwarcie, coby przybliżyć reszcie drużyny szlachetny obraz Vanka, jak i jego aktywną troskę o wydostanie drużyny z tarapatów.
Ostatnio zmieniony 21 marca 2016, 15:01 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.

ODPOWIEDZ