Japantown, 20 grudnia 2021, 03:30
Przez otwarte zdecydowanym ruchem drzwi na zewnątrz klubu wylała się natychmiast żywa ostra muzyka, pełna harmonijnych akordów i zarazem bardzo głośna. Eduardo i Clarens wpadli do środka zatrzaskując drzwi za sobą, zaczęli przepychać się pomiędzy bawiącymi w środku gośćmi szukając jak największego tłoku.
Tłum ludzi zapewniał anonimowość, pozwalał się ukryć w niemal doskonały sposób, a w razie mało prawdopodobnego odkrycia przez Voodoo gwarantował nie lada chaos, dzięki któremu obaj mężczyźni mieli spore szanse na udaną ucieczkę.
W klubie było dobrze ponad sto osób, a przynajmniej takie odniósł w pierwszej chwili wrażenie Clarens. Większość tańczyła na parkiecie, inni siedzieli przy stolikach na galeriach półpiętra. Wbrew oczekiwaniom medyka w środku nie tłoczyli się wyłącznie Azjaci, jego wzrok napotkał pełny przekrój grup etnicznych Nowego Świata.
- Za bar, schowajmy się za bar! - Eduardo przycisnął usta do ucha Clarensa, szarpiąc go jednocześnie nagląco za ramię - Kupa ludzi, dobra nasza!
White przytaknął kumplowi ruchem głowy, po czym stężał porażony znienacka dziwną myślą, bardzo absurdalną, a mimo to uporczywie kłębiącą mu się w głowie.
Choć oczywiście było to niemożliwe, Clarens odniósł wrażenie, że wszyscy zgromadzeni w klubie goście gapili się wprost na niego. Zarówno ci tańczący, wciąż poruszający się w rytm muzyki, jak i goście siedzący na galeriach czy przy barze - wszyscy jak jeden mąż spoglądali w kierunku Murzyna.
Porażony jakimś spazmem niezrozumiałego niepokoju Clarens nie potrafił się wyzbyć przeświadczenia, że wszyscy ci dziwni ludzie patrzyli na jego skrzyżowane w łokciach ręce, wykorzystywane do tarasowania tłumu; na zbroczone krwią Boba dłonie. Niewykluczone, że niektórzy z nich mieli nowoczesną cyberoptykę przenikającą sensorami głęboki półmrok klubu, radzącą sobie z seriami stroboskopowych błysków oświetlenia. Niewykluczone też, że byli pośród nich goście potrafiący dzięki specjalistycznym implantom wywęszyć zapach krwi w pomieszczeniu wypełnionym mnóstwem ostrych zapachów.
Ale fakt, że spoglądali na Clarensa wszyscy bez wyjątku zmroził medykowi w jakiś niedorzeczny sposób krew w żyłach.
Nieświadomy emocji targających umysłem przyjaciela, Eduardo dopchał się do baru, ponad którym pulsował blaskiem czerwony neon z nazwą lokalu.
"
Szkarłatne Elizjum".
Nigdy wcześniej tu nie byliście, ale klub wygląda przyjemnie...