Atak paniki ścisnął gardło dziewczyny lodowatymi cęgami, zaczął szarpać za wnętrzności rosnąc z każdym uderzeniem serca. Było coś takiego w wyrazie twarzy nastolatka, co utrwalało Natalię w przeświadczeniu, że właśnie ociera się o śmierć.
Okręciła się w miejscu i zaczęła uciekać w górę wydmy. Buty grzęzły jej w sypkim piasku, a zza pleców dobiegał odgłos narastającego posapywania prześladowcy.
- Pomocy! - krzyknęła na całe gardło, chociaż rozum podpowiadał jej, że plaża była opustoszała. Idąc na spacer minęła zaledwie kilka osób, na dodatek zmierzających w zupełnie innym kierunku. Złośliwe przeznaczenie sprawiło, że znalazła się w złym czasie w złym miejscu...
Ubrana w tenisówkę stopa ześlizgnęła się po fragmencie wystających z gruntu korzeni, tuż pod szczytem zbocza. Wydawszy z siebie zduszony okrzyk grozy, dziewczyna straciła równowagę i machając bezwładnie rękami stoczyła się w dół w przeciwnym do drogi ucieczki kierunku.
Mamroczący coś Falenty wyrósł nad głową Natalii, stojąc w rozkroku z dzierżonym silnie nożem. Długie na dwie dłonie ostrze miało matową barwę i dziwnie stożkowaną klingę, nie przypominającą pani weterynarz żadnego wcześniej widzianego noża. Panika zawładnęła całym jej umysłem, bo w oczach Maćka nie ujrzała żadnej iskry świadomości, żadnego dowodu na to, że w ogóle ją rozpoznał. Były szkliste i pozbawione emocji - skojarzyły się dziewczynie w irracjonalny sposób z oczami ryby albo gada.
- Pomocy! - krzyknęła ponownie, gdy nastolatek opuścił w dół lewą rękę zamierzając złapać ją za włosy. Drugą odciągnął w złowieszczy sposób w tył i do góry, jakby gotowił się do zadania swej ofierze morderczego ciosu.