DeG - Czarny Świt

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 30 kwietnia 2016, 14:17

Markus dopalił skręta, zdeptał go starannie obcasem buta. Kilku szepczących między sobą nastolatków pod przewodnictwem Aspiryny przeciągnęło środkiem uliczki dwukołowy drewniany wózek, ucichło na widok starszego mężczyzny posyłając mu podejrzanie uprzejme skinięcia głów. Pewnie znowu coś zbroili, ale Markus nie widział potrzeby wtykania nosa w ich sprawy, dopóki nikt nie podnosił wrzasku o młodzieńcze psoty. Co więcej, wózek pełen był skoszonej prowizorycznymi sierpami trawy, spokojnie mogącej wystarczyć na dwa dni dla hodowanych w Koronapanie królików - skoro szajka Aspiryny wykonała zleconą im pracę, mogła w granicach zdrowego rozsądku psocić do woli.

Mężczyzna podążył leniwym krokiem do końca ubitej butami uliczki, pozostawił za sobą gwar ludzkich głosów i stukot narzędzi Bayerna. Jego spojrzenie podążyło ku czworokątnym zagonom żyta, kołyszącego na lekkim wietrze ciężkimi od ziaren kłosami. Kawałek dalej otwartą przestrzeń zamykała ściana wielkiego lasu, ciągnącego się pozornie w nieskończoność ku zachodowi. Potężne dęby wyrastały rozłożystymi konarami ponad świerki i brzozy, walczyły o miejsce z bukami. Gęste krzewy rozsiadły się pomiędzy pniami ogromnych drzew, tylko czyhając na sposobność do wdarcia się na uprawne poletka. Dzikie zwierzęta, przeważnie zające i dziki, żerowały od czasu do czasu na obrzeżach pól, konsekwentnie straszone blaszanymi potykaczami li okrzykami obsadzających wieże wartowników bądź eliminowane za pomocą rozkładanych przez myśliwych pułapek.

Otaczająca Koronapan puszcza zapewniała osadnikom dostęp do mięsa, owoców i opału, a także ukrywała leśną społeczność przed niepożądanymi intruzami. Karawany jehammedańskich kupców z Osmanu ciągnące lasami do Wrocławia zwykły podążać przez Zieloną Grotę, a jej mieszkańcy z zazdrości o potencjalne zyski z handlu uparcie przemilczali istnienie pobliskiego Koronapanu. Markus wcale nie był z tego powodu nieszczęśliwy. Jeśli akuratnie miał ochotę coś sprzedać lub kupić, wyprawiał się z chętnymi ziomkami do Zielonej Groty: jeśli napotykał tam na jehammedan, handlował z nimi, w przeciwnym razie ograniczał barter do osadników starego Hurkacza. Raz do roku większa grupa koronapanczyków odwiedzała odległy o ponad sto kilometrów sławny Wrocław, zawożąc tam szczególnie cenne produkty i archeologiczne znaleziska.
Gwoli objaśnienia, Osman to dawny Berlin. Łączy go z Wrocławiem strategicznie ważny szlak handlowy, ale duża odległość i lesiste pustkowia niosą dla kupców liczne niebezpieczeństwa, dlatego na szlaku najczęściej spotyka się duże karawany z silną eskortą. Najbliżej Koronapanu położona osada to Zielona Grota, zasiedlona przez mieszaninę Borkan i Pollan rządzonych przez autorytarnego Hurkacza (jakieś pięć kilometrów od Was). Łączą Was neutralne stosunki i wymiana handlowa.

Awatar użytkownika
Jarlaxle
Reactions:
Posty: 132
Rejestracja: 02 listopada 2011, 19:26

Post autor: Jarlaxle » 30 kwietnia 2016, 15:12

No to i ja wrzucę jakiegoś wstępniaczka.
Może na początek coś o duchowości ;) Dragana
Dragan chował do glinianego słoja ostatni plaster miodu, który zabrał z barci. Choć podbierał miód nie po raz pierwszy, nie obeszło się bez użądleń. Przyjmował to ze spokojem. Był odporny na pszczeli jad, a ból stanowił ofiarę dla Ducha Roju, który pozwalał skorzystać z owocu pracy pszczół.

Dragan od lat mieszkał w Koronapanie, nie porzucił jednak Dawnych Ścieżek. Wierzył w równowagę, pokrywał swe ciało różnymi barwami i symbolami, oddawał cześć duchom. Szczególną czcią otaczał swój totem - Świętego Jaguara. Jaguar objawił mu się jako duch opiekuńczy podczas pierwszej samodzielnej wyprawy łowieckiej. Dragan wierzył tradycji plemiennej, według której duch opiekuńczy wybiera sobie myśliwego i daje mu o tym znać podczas pierwszych samodzielnych łowów. Podczas swojej wyprawy Dragan znalazł przedmiot pochodzący z Minionych Czasów - opaskę z wizerunkiem dzikiego kota w drapieżnym skoku. Zrozumiał, że to znak i że od tej chwili jest związany z Duchem Jaguarem.

Oddalił się od barci by nie narażać się na kolejne użądlenia i spojrzał w niebo. Słońce było już nisko, a to znaczyło, że trzeba się spieszyć by dotrzeć do osady przed zapadnięciem zmroku. Spóźnienia były niemile widziane. Myśliwy nawet to rozumiał. Świat, w którym żyli był niebezpieczny. Każdy osadnik, który nie wracał przed zmierzchem do domu był potencjalnie martwy. Stres był tym większy, im ważniejszą rolę spełniał zaginiony. Często zdarzało mu się spóźniać, taka praca... Ale nie chciał łamać zasad i generować konfliktów bez wyraźnego powodu. Rozejrzał się po okolicy. Gdzieś tu powinien być jego brat...
Dostrzegł go brnącego przez bujne trawy po drugiej stronie leniwie płynącej, płytkiej rzeczki. Gwizdnął przeciągle i grotem włóczni wskazał chylące się ku zachodowi słońce. Juran zrozumiał sygnał i po chwili obaj szybkim truchtem zmierzali w kierunku osady.

Koronapan był domem Dragana. Choć gotów był bronić osady i jej mieszkańców, to jednak najważniejsza była dla niego rodzina. Starszy brat Juran i młodsza siostra Eleni byli dla niego wszystkim.
Uśmiechał się na myśl, że na najbliższą wyprawę do Wrocławia wybiorą się wszyscy razem. Sezon letni był w tym roku wyjątkowo udany. Nagromadzili sporo wysokiej jakości towaru: skóry, futra, suszone mięso, ozdoby z kości i susz lokalnych ziół, które wysoce cenione są przez medyków. Z pewnością stać go będzie na zakup doskonałych materiałów na wnyki, a kto wie, może uda się kupić coś wyjątkowego jak ostatnim razem. Dragan miał na myśli egzotyczną broń, zakupioną w ubiegłym roku od nubijskiego wojownika, który koczował wraz ze swymi pobratymcami pod Wrocławską bramą. Liczył, że tym razem również znajdą dla siebie coś wyjątkowego... No i siostra pozna wreszcie "wielki świat", którego była tak ciekawa.
Tomasz "Jarl" Ordycz - dziennikarz (PBF Kl?twa Burzy)
Dragan - Polanin, klanowy my?liwy (PBF Czarny ?wit)
Tiberius - Tactical Marine of Raven Guard (PBF Cie? Ob??du)

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 30 kwietnia 2016, 15:51

- Pośpiesz się bracie - Yuran zdenerwowanym tonem powiedział do Dragana: - boje się, że Eleni ma kłopoty. Tylu absztyfikantów się koło niej kręci, a my tu już tyle czasu zmitrężyli. Widziałeś jak oni na nią patrzą? Jak ja na pieczeń...

Największy w wiosce wojownik, patrzył na wszystkich z góry. Nie dlatego, żeby uważał się za leszego, po prostu był ze wszystkich najwyższy. Teraz jednak sprawiał wrażenie małego, niepewnego młodziaka. Nerwowo gładził głowicę buzdyganu, jakby miało go to uspokoić.

Nie godzi się tak. Weź no wrzuć na luz bo zachowujesz się jak lechpies - przywołał się do porządku wojownik wymieniając najgorszą inwektywę jaką znali mieszkańcy wsi, a która wzięła z błogosławionego napisu na starym murze: lech psy. Nikt nie wiedział kim byli wspomniani lechpsy, krążyły na ten temat jedynie różne legendy, mówiące coś o ekstraklasie (???), tajemniczym złocisto-krwistym panu w koronie, pochodzącym z Wrocławia Śląsku i gdynnej arce (???). Odetchnął głęboko kilka razy i kiwnął jeszcze raz na uwijającego się na drzewie Drgana. Choć zaczął wydawać się spokojny to, prawda była jednak taka, że odpręży się dopiero po powrocie do Koronapanu i sprawdzeniu, że nikt nie zrobił krzywdy ich młodszej siostrze.

Złapał worek z plastrami miodu, który zrzucił mu z drzewa Dragan i kiwnął pośpieszająco na brata. Chłopak zwinnie zeskoczył z dębu i bracia ruszyli w stronę nieodległej wioski. Myśl, że wkrótce będą z powrotem zaczęła uspkojać Yurana. Narzucał jednak szybsze tempo chcąc jak najszybciej znaleźć się we wsi.
Tak na początek. Taki wstępniak. Jeszcze napewno napisze więcej;)
Ostatnio zmieniony 30 kwietnia 2016, 15:59 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 30 kwietnia 2016, 17:45

Markus obszedł zachodni skraj osady, przez cały czas obserwując kątem oka zieloną gęstwę. Robił to bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby, wiedziony starym instynktem. Od kilku zim w pobliżu nie widziano nawet pojedynczego tropu wulfa, a siedzący na najbliższej wieży Rudolf na pewno asekurował Markusa wzrokiem - mimo to mężczyzna nigdy nie pozwalał uśpić się do końca poczuciu złudnego bezpieczeństwa.

Koronapańczycy uważali za swoje terytorium połącie lasu sięgające na pół dnia marszu w kierunku zachodu i południa. Od północy współdzielili granicę z Zieloną Grotą, na wschodzie za kraniec strefy swoich wpływów uważali brzeg płynącej leniwie rzeczki, gdzie wiecznie podejrzliwi i małomówni klanyci Liszaja zwykli poić niewielkie kudłate kuce. Poza tymi granicami mogło czaić się wszystko, od watah drapieżnych wulfów, przez równie niebezpieczne niedźwiedzie i jadowite węże, po wrogo nastawionych ludzi. Wyprawiając się na polowania na południowym zachodzie, w okolice Szarych Wzgórz, myśliwi z Koronapanu odnosili nocami wrażenie, że słyszą odległe bicie w bębny, ale nikt nie mógł do końca zaświadczyć, że nie były to jakieś słuchowe omamy. Osadnicy Hurkacza wspominali dla odmiany o dziwnym klanie półnagich puszczańskich ludzi mieszkających w chatkach na drzewach gdzieś za ich północną granicą, podchodzących czasami na opłotki Groty i obnażających się z dziką uciechą przed przerażonymi osadniczkami. Kilka bardziej agresywnych plemion opuściło okolice handlujących ze sobą osad po zbrojnej konfrontacji sprzed siedmiu lat, kiedy w leśno runo wsiąknęło wiele ludzkiej krwi.

Masakra nad Cisowym Potokiem na zawsze zapadła mieszkańcom Koronapanu i Zielonej Groty w pamięć.

Przejeżdżające przez Grotę karawany niosły ze sobą inne zagrożenia, bardziej subtelne, trudniejsze do zdemaskowania. Czasami zabierały ze sobą młodych ludzi chcących opuścić leśne sadyby w zamiarze poznania szerszego świata, czasami przynosiły ze sobą dziwne choroby, przede wszystkim weneryczne. Oczywiście w rozległej puszczy znajdowały się też inne odosobnione sadyby, znane Koronapańczykom jedynie ze słyszenia. Dziki gąszcz i wzajemna nieufność nie sprzyjały zacieśnianiu wspólnych więzi.

- Spokój?! - Markus pomachał Rudolfowi ręką, przysłonił drugą dłonią oczy, by nie raziło go słońce.

- Skonać z nudów można! - odkrzyknął przechylony przez drewnianą poręcz wartownik.

Zza drewnianych chat osady wychynęły prawie niedostrzegalne w leśnej gęstwie zmurszałe ruiny, ledwie rozpoznawalne resztki po ludzkim mieście sprzed czasów Eshatonu. Popękane płyty chodnikowe wciąż pozwalały ustalić plan ulic i parkingów, na których rozsypywały się w rdzawy pył ostatnie szczątki skorodowanych na wskroś samojezdników. Korzenie drzew rozsadzały fundamenty zawalonych mrówców, wielopiętrowych domostw, w których tłoczyli się licznie Dawni Ludzie. Chociaż porośnięte lasem miasto zostało przez minione dekady dokładnie przeczesane, wciąż stanowiło sporą rezerwę surowców, przede wszystkim metali i innego budulca.

Kilka mniej zniszczonych budynków na obrzeżach lasu przystosowano do potrzeb osadników, wymiatając z nich gruz i usuwając regularnie zwały suchych liści. Na dachu jednego z nich kilkunastosobowa kongregacja anabaptystów zwykła odprawiać poranne i wieczorne modły, pod surowym okiem Antona i jego żony Gerty. W drugim, częściowo przesłoniętym drzewami, stary zgarbiony Stanimir urządził swoją pracownię i bibliotekę zarazem.
Anton i Gerta to przywódcy anabaptystów w Koronapanie. Starają się ewangelizować każdego, kto przed nimi nie ucieknie i twardo trzymają się reguł odłamu ascetów. Mają siedmioro dzieci, z których najstarszy jest Gerard: krnąbrny i zadziorny osobnik przejawiający zadatki na rasowego orgiastyka! Stanimir to polleński mędrzec, który poświęcił drugą połowę swego życia na studiowanie przesłań i przepowiedni ukrytych w kilku dostępnych Koronapańczykom książkach. Fakt, że prawie nikt w osadzie nie potrafi czytać (wyjątkiem są na pewno Markus i Nikodemus) czyni ze starca prawdziwy autorytet w dziedzinie słowa pisanego.