[center]
Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
W ciemności dookoła rozlegało się co pewien czas złowrogie cykanie świerszczy. Wiedźmę przebiegł zimny dreszcz, a dłonie trzęsły się jak w napadzie gorączki. Stwory wzbudzały lęk, strach swą wypaczoną formą. Miała wrażenie, że zaciskają się wokół nich kręgiem, jak pętlą na szyi wisielca. Gdzieś tam, unosiły się w powietrzu, a ich zrobione z żywego cienia skrzydła cięły bezlitośnie powietrze. Żołądek obkurczył się. Wiedźma czuła jak w centralnym miejscu ciała wije się energia strachu... jak ciemno szare, niemalże czarne wężopodobne istoty. Wilgotne... śliskie, obłe... pozbawione oczu... wydające ciche syki, zupełnie podobne do dźwięków ciem wyrywających dusze. Skręcały się ze sobą, niczym w onirycznym tańcu koszmarów. Podchodziły w górę, co raz wyżej, wywołując niemalże mdłości. Wiedźma opanowała się jednak... zrobiła kilka głębokich wdechów, czując jak przesycone zapachem krwi i paniki powietrze dostaje się do płuc. Lęk zelżał... opadł... osunął się gdzieś na granicę świadomości, choć... wciąż był obecny. Sytuacja wymagała przemyślenia i natychmiastowego wręcz działania...
Co teraz? Czy będą się bawić w kotka i myszkę? Jak tylko światło przygaśnie, ćma wleci zwabiona ich młodymi ciałami i silnym duchem, by później znów usunąć się w noc? Czy może będzie czekać... a właściwie będą... jak cierpliwe drapieżniki... okrążając swą ofiarę... czekając aż się wykrwawi i opadnie z sił. Cóż innego im w końcu zostało? No, może i spokojna, jeśli można to tak określić, regeneracja w najgłębszej ciemności. Ostatecznie przecież istoty ucierpiały wyraźnie, rażone i podpalone ognistym pociskiem Kyariela. Ile ich w ogóle tam jest? Czy w ciągu dnia, skrywają się w głębi pokrytego martwymi drzewami jaru? Nie wiedziała... dużo niewiadomych...
Szukała czegoś, co może pomóc... Przypomniała sobie... Wciąż miała przy sobie niewykorzystany zwój. Wciśnięty w sakiewkę, gdzieś obok ziół. Wydobyła go więc podając Elfowi z Kłów Oris. Mówiła cicho, cały czas obserwując otaczającą stajnię ciemność:
- Kyarielu... proszę, weź ode mnie ten zwój. Będziesz mógł siłą swej wyobraźni wykreować coś, co nas ochroni, lub nawet uratuje komuś życie. Ja sama nie znam się niestety zbyt dobrze na używaniu zaklęć spisanych na kartuszach... wiem tylko, że dzięki niemu można nawet wyleczyć ranę śmiertelną... albo otoczyć siebie barierą, której wrogie siły nie przekroczą...
Toporek został, tak jak się wbił w ścianę. Ciało maga nie miało wystarczająco siły, aby wydobyć ostrze z drewna. Przez ten czas dawał jednak światło. Czarownica rozejrzała się po ziemi. Jej wzrok padł na wyrwę po Wilczośpiewcu... Ujęła w dłonie kawałek drewna. Nadawał się idealnie... była przygotowana momentalnie wykreślić na nim Lśniący Run, gdy tylko ilość światła miałaby się zmniejszyć...
Czuła jak wzbiera w niej furia. Nie miała planu. Pomyślała przez chwilę o alkoholu lub może o oliwie... gdyby oblać i podpalić... może... zakładając, że są gdzieś w butlach pracowni Harmoniusza... pracownia... teraz zdawała się tak odległa, a niebezpieczeństwo namacalnie bliskie. Równie cicho jak wcześniej do Kyariela, wiedźma odezwała się do towarzyszy:
- Czekają, aż skończy się nam światło... co teraz zrobimy? Dobrze byłoby je odizolować... zabijać pojedynczo, odcinając wcześniej drogę ucieczki. Ten zwój, który ci dałam Kyarielu... można nim zrobić mur, ścianę z kości odgradzając siebie, a może i nawet odcinając drogę powrotną ćmie...
Wiedźma jest czujna. Daje Kyarielowi zwój z czarem Marzenie (żywioł - Duch; P.Mi. 6, St.Zdol. 2). Szuka poza tym jakiegoś kawałka drewna, na którym można byłoby wykreślić Lśniący Run - najbardziej zadowalałby taki, który jest długi jak jakiś kostur, ale jak nie będzie, to cóż... zadowoli się innym. Czekam z wykreśleniem runu do momentu, w którym ilość światła się zmniejszy, lub mielibyśmy walczyć z ćmą.
OD MG: Nie można. Czar działa po wykreśleniu lub nie. Nie da się rzucać go na raty. Więc robisz to, czy na razie czekasz? Norlaug: w takim razie czekam.