Schodził w dół, po stopniach o ostrych jak noże krawędziach, które jednak nie potrafiły zranić jego subtelnego ciała. Powietrze stawało się co raz zimniejsze w miarę jak zagłębiał się w same czeluście ziemi. Otaczała go głęboka ciemność, gdy znajdował się co raz niżej. I zdawało mu się, jakby stopnie wiodły w nieskończoność, a nieprzenikniona czerń pochłaniała czas i przestrzeń. I gdy już zatracał poczucie kierunku, ujrzał nikłe światło. Przyspieszył kroku, a blask się powiększył. Zszedł do wąskiego korytarza. Po obu ścianach tliły się lekko dwa żółtawe kryształy, wypełniając otoczenie swym efemerycznym światłem. Tak... tak, jak właśnie powiedział ów mężczyzna zamknięty gdzieś tu, w celi... korytarz wiódł prosto. Dopiero w oddali, w oświetleniu równie brudno żółtych kamieni, widać było rozwidlenie. Korytarz kończył się kamienną ścianą i rozgałęział w obie strony.
Po chwili, do świadomości maga dotarły czyjeś męskie głosy odbijające się cicho od kamiennych ścian. Głosy, niewątpliwie męskie... część pałająca entuzjazmem, a nawet wzburzeniem... zagłuszane czasem przez pojedynczy, grubiański śmiech. Nie słyszał jeszcze co mówią. Poszedł więc dalej. W ciszy, niewidoczny dla oczu śmiertelnych przemykał pomiędzy plamami światła. Głosy stały się co raz wyraźniejsze... pijackie śmiechy i gadanina, nad którą nie raz wznosił się ostrzejszy ton reprymendy udzielanej przez kogoś niewątpliwie posiadającego pewną władzę. Mag zbliżał się... a po jego lewej stronie ciągnęły się zacienione oczodoły cel. Pustych teraz... na jednej ze ścian zwisało tylko coś... co mogło być pozostałością po jakimś nieszczęśniku, dla którego los nie był zbyt przychylny. Strzępy wyzutych ubrań, a na podłodze wyraźne ślady zakrzepłej krwi. Jej słaba woń unosiła się również w zimnym, niemalże przeszywającym powietrzu. Po chwili zapach zginął, stłumiony silniejszą wonią tytoniu. MezXtli zbliżał się, a jego eteryczne zmysły pochwyciły w końcu słowa rozmowy...
- Ty zakuty capie! Dość już sobie popaliłeś... dawaj! - wrzasnął ostro męski głos. Po czym było słychać poruszenie. - Poza tym... gdzie jest moje szkło!
- Ehhee... widziałem jak oszukiwałeś. Co sobie myślałeś? Że ci się uda? Nie, nie... nie jestem ci winny złamanej muszli! - głos kaszlnął znacząco, dobitnie podsumowując swój wręcz niezaprzeczalny argument. - A teraz co się tak gapisz, jakby ryczyosioł zżarł ci tygodniową rację?! Taa... tytoń wgryza mi się w zęby, ale nie przepalił mi mózgu! - nagle słychać było szarpaninę. Coś z brzdękiem spadło na podłogę. Rozległ się odgłos rozbijającego się szkła.
- Stulcie pyski gnidy! Sprawdzę czy tamten oprzytomniał. He he... może się jeszcze zabawimy... - MezXtli zobaczył jak z za załomu wychodzi wysoki mężczyzna. Był to ten sam tiba, którego widział poprzednio... wyraźnie doświadczony przez wiele walk, lekko kulejący na prawą nogę. Strażnik przeszedł do jednej z cel, obserwując znajdującego się w niej więźnia. Trzymał coś w ręce... zamachnął się i rzucił przez kraty celi.
- Wstawaj! Aż tak nie podoba ci się nasza gościna!? Tyle jeszcze mamy sobie do powiedzenia! Co nie? - zamilkł na chwilę, sprawdzając reakcję na swe słowa. Odzewu najwyraźniej nie było, gdyż mężczyzna przywarł ze złości do krat celi, po czym odwrócił się na pięcie, mrucząc pod nosem:
- Gnida...
Gdy tiba wrócił, mag skierował się dalej. Wyszedł zza załomu. Jego oczom ukazało się spore, nieodgrodzone niczym od korytarza pomieszczenie. Na środku, przy bardzo niskim, drewnianym stole siedziało w kucki czterech mężczyzn. Czterech strażników w zbrojach skórzanych, pokrytych płytkami metalu. Przy sobie mieli tak często używane przez tiba maczugi oraz Macuahuitl. Dwóch z nich paliło tytoń. Dym otaczał ich gęstą, zawiesistą wręcz mgłą, przez którą ich twarze były wręcz ledwo widoczne. Mimo to prezentowały się wręcz szkaradnie. Wyginały się w dziwnych grymasach, imitujących w groteskowy sposób czyiś uśmiech. Zniekształcony... wypaczony przez głębokie blizny. Mężczyźni pochylali się nad planszą do mankali. Wokół nich leżały też gliniane kubki, oraz odłamki szkła po czymś, co nie dawno spadło z trzaskiem na ziemię. MezXtli rozejrzał się po pomieszczeniu... Odchodziło od niego dwoje drzwi, a przy ścianach znajdowały się stojaki - jeden na broń, w którym była przytwierdzona włócznia Tepoztopilli, inny z dziwnymi przedmiotami, narzędziami... Po chwili zdał sobie sprawę do czego służą... narzędzia tortur... cęgi, kleszcze i inne, o których przeznaczeniu wolał nie wiedzieć.
Naprzeciwko tego otwartego pomieszczenia była cela... i nie była już pusta, tak jak inne. Dookoła krat falowały czerwonawe wzory - matryca ochronnego zaklęcia. Cele zaś oświetlało światło pojedynczej pochodni. W nikłej, pomarańczowej łunie płomienia mag dostrzegł postać. Był to młody mężczyzna. Nieprzytomny. Jego głowa opadała na pierś, gdy on sam był przykuty do ściany łańcuchami. Ciało ledwie trzymało się w pozycji pionowej i jedynym, co powstrzymywało od upadku na posadzkę, były właśnie te grube okowy. Tors miał nagi. Pocięty, zmasakrowany. Pokryty skapującą z ran krwią. Mężczyzna był wyraźnie przemoczony. Na pokrytą plamami krwi posadzkę skapywała woda. Obok zaś stała miska przywleczona tutaj z pomieszczenia, w którym wcześniej był ze Stratisem...
[center]
Mapa piwnicy
[/center]
[center]

[/center]