[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.
[/center]
Rany Olafa się zasklepiały. Tkanki zrastały się, goiły pobudzane odżywczą energią samego życia. Krwawienie ustawało, gdy całe ciało młodego zwiadowcy przenikało wzrastające i tak kojące ciepło. Przez tą chwilę wiedźma stopiła się ze swym cichym zaśpiewem, który przenikał na wskroś jej umysł. Odczuwała poszczególne wibracje... energia falami wzrastała wraz z każdą kolejną nutą melodii. Jej niewidoczne dla oczu, lecz doskonale odczuwalne, zielonkawe pasma krążyły wokół nich, aby wniknąć głęboko w mięśnie, kości i serce Vilbergsona. Pieśń koiła ból, uspokajała nierówny oddech. Krążyła w klatce piersiowej, silnych ramionach i nogach, rozkwitając na podobieństwo młodziutkich pędów. I gdy energia wzbierała, lecząc Olafa i przywracając mu sił, światło zaczęło migotać. Przygasło... to znów zapłonęło... zamrugało jak podczas burzy... nieregularne, urywane jak oddech niedawno rannego. Napełniło pokój ponownie i znów zaczęło niknąć...
Wiedźma płynnie przerwała pieśń, aby jej nagłe zakończenie nie było szokiem dla pogrążonego w uzdrawiającym transie młodzieńca. Jej ostatnie tony rozpłynęły się wśród wzrastających w pomieszczeniu cieni. Czarownica, z początku spokojna i wyciszona po nuceniu leczniczej pieśni, zmarszczyła się srożnie i rozejrzała się szybko po ich niewielkim azylu.
- Na gromy Hanara! A to co znowu!? Za raz zostaniemy w ciemności, a one będą miały drogę wolną i bez kozery tu wpadną. - prawiąc takie, oraz inne, mniej przystojne słowa (choć już pod nosem) wiedźma podniosła się szybko i skierowała wejścia do pomieszczenia od strony korytarza. Wykreśliła przy nim Lśniący Run mrucząc cicho słowa zaklęcia. Symbol zalśnił rozpraszając czające się w kątach cienie...
Czy da się stwierdzić tak mniej więcej ile czasu zostało do nastania świtu? Jeśli mamy siedzieć pokotem w pomieszczeniu, to wolałabym zadbać o doświetlenie komnaty runami. Nie mam też nie wiadomo ile energii, wiec po prostu dbam o to, abyśmy nie pogrążyli się całkiem w ciemności."
OD MG: w zasadzie to jest jeszcze grubo przed północą. Myślę, że aktualnie może być gdzieś koło godziny 21.00. Do świtu pozostało więc ponad 11 godzin... Każdy z runów świecił się będzie zaledwie 20 minut. A Tobie zostało już tylko 6 punktów Energii.
Ostatnio zmieniony 06 lipca 2016, 18:21 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.
Olaf półprzytomnym wzrokiem rozglądał się po pomieszczeniu. Transformacja, walka, podróż z pola bitwy wyraźnie go zmęczyły i Olaf oddałby teraz konia z rzędem za możliwość wypoczynku we własnym, skrzypiącym nieco łóżku.
- Wiedziałem, że to się tak skończy. Po prostu widziałem - myślał, patrząc tępo w sufit. Choć rany powoli się zasklepiały i zwiadowca czuł, że wraca do życia, to wciąć echa walki odbijały się po jego ciele.
- Ojciec zawsze był uparty, i jak to się dla niego skończyło... ech, pozostawił teraz pustkę w mym sercu, której nawet żar zemsty nie zdoła wypełnić. A wracając do zemsty... dałem ciała, i to niemiłosiernie. No i przybysz z innego wymiaru wyraźnie nie ucierpiał... może kiedy Kyariel zamykał przejście, to coś przedostało się do naszego świata by nas powtrzymać? Kto wie, pewnie nigdy się nie dowiemy...
Rozmyślania przerwał głos Norlaug. Olaf otworzył szerzej oczy i poszukał wzrokiem wiedźmy.
- Znów zawdzięczam ci życie, Norlaug. Chyba nigdy nie wykupie się z tego długu. A i wam dziękuję, - zwrócił się do reszty. - Moja szarża napędzana toksyczną siłą pomsty nie była zbyt mądra. Słyszałem po waszych rozmowach, że to coś, co nas zaatakowało, może jeszcze uderzyć. Vidarze, będę potrzebował mój łuk i magiczne strzały. Pomożesz mi go znaleźć?
Szukam swojego łuku i magicznych strzał, z którymi nie będę się rozstawał, póki nie minie zagrożenie. Jak tylko coś się pojawi - strzała na cięciwe i sruuuu prosto w te puste łby istot cienia.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate) Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
No jasne! Norlaug! Pewnie! Gdybym Ci nie wepchnął flaków na miejsce to i cały zastęp wiedźm z Kruczego lasu by ci nie pomógł! Pomyślał ponownie niedoceniony Vidgar. No tak jak coś nie ma cycków to Olaf tego nie zauważa. Dodał jeszcze złośliwie.
- Kyarielu, weźcie zróbcie coś magicznego z tymi świecącymi fiolkami, żeby nie gasły a my pójdziemy po ten legendarny łuk i jego magiczne strzały. - Mówiąc to podał jednocześnie Olafowi jego świecący miecz.
- Czcigodny Brnjarze, czy moglibyście rozpalić jakiś ogień? Część mebli już nie będzie nam potrzebna.
Vidgar idzie z tym niewdzięcznikiem po jego łuk, licząc na to, że Olaf będzie świecił tym swoim mieczem. Vidgar idzie z tarczą i mieczem.
Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.
Elf z ulgą przyjął propozycję Vidgara żeby wycofać się wgłąb bazy. Jak tylko znalazł się w miejscu które stwarzało więcej bezpiecznych możliwości na regenerację sił, niezwłocznie przystąpił do działania. Wiedźma rozpaliła kolejny lśniący run, i choć jest to działanie potrzebne i jego moc skutecznie chroni przed ciemnością, widział że nie trwa zbyt długo. Zaczął zastanawiać się kiedy ostatnio doładowywali tego żywiołaka odpowiedzialnego za światło elektryczne... zanim zdążył podjąć decyzję o wyprawie do szopy Vidgar zaprezentował konkretny plan działania uwzględniając w nim rozmyślania alfra. Spojrzał na wiedźmę chcąc dać jej do zrozumienia że nie warto mitrężyć czasu.
- Chodźmy zatem, jesteś w stanie stworzyć kolejny lśniący run...? - spojrzał na nią pytająco.
Kyariel ma przy sobie różdżkę, nie rozstaje się z nią
Ostatnio zmieniony 11 lipca 2016, 11:52 przez voodoochild, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
[center]Podkład: Through the Infernal Spheres[/center]
Czarownica nie wyglądała na specjalnie palącą się do wychodzenia gdziekolwiek. Spojrzawszy na Kyariela wymamrotała coś niewyraźnie i potrząsnęła głową. Chwilę później światło wiszących pod sufitem magicznych fiolek zamigotało gwałtownie i ponownie przygasło, pogrążając izbę w mroku. Trwało to jeno parę chwil, jednak wszyscy odczuli obecność, która pojawiła się w pomieszczeniu wraz z nastaniem ciemności. Jak gdyby wdzierająca się fala nocy niosła ze sobą nie tylko czerń, lecz i jakąś siłę, świadomą i wrogą. Zimną niczym pieszczota śmierci. Wicher przycichł na chwilę i zgromadzeni w chacie ludzie ponownie usłyszeli owo niepokojące świergotanie, rozlegające się za oknami...
Nie tracąc więc czasu Alfr wstał i zbliżył się do drzwi. Tańczący po czarnej spirali w milczeniu obserwował jego działania, tkwiąc nadal pod ścianą, podczas gdy Olaf z Vidgarem kończyli się zbroić. Brnjar rozejrzał się nerwowo po izbie, najwyraźniej szukając jakiś łatwopalnych materiałów. Jego wzrok padł na butelkę oliwy i pusty już prawie bukłak miodu... Wreszcie obaj Nardlens stanęli w pełnym rynsztunku, gotowi do walki, a mag otworzył drzwi.
- Na Ridvinę! - zaklął cicho.
Wojownicy stojący po jego bokach również spojrzeli na zewnątrz.
Na daszku szopy, która kryła zaczarowany kuferek z więżący żywiołaka elektry, siedziała kolejna upiorna ćma. Zarys stworzenia był ledwo widoczny w ciemności, a jednak trzej młodzieńcy zdołali dostrzec, iż potwór na przemian rozkładał i składał swe skrzydła. Elfie dziedzictwo Kyariela pomogło mu i tym razem, pozwalając mu zauważyć, iż plugawa istota kołysze się w rytm pulsowania światła magicznych fiolek. Wyglądało na to, iż w jakiś sposób zdolna była wysysać energię znajdującego się w szopie gnomiego artefaktu!
Dla Kyariela, Olafa, Vidgara: Do szopy jest około 10 metrów. Na jej dachu siedzi ćma, która jest w stanie sięgnąć kogoś, kto próbowałby przejść przez drzwi. Nie wiadomo ile innych potworów kryje się w ciemności, która jest dość gęsta. Niemniej jasnym jest, że światło niedługo zgaśnie, a wtedy... No cóż, nie będziecie musieli zbyt długo czekać, na co to się stanie...
Jedno jest pewne: ktoś, kto zechce doładować żywiołaka, powinien biegać naprawdę szybko, by przebyć odległość w jak najkrótszym czasie. Nie zostało go wiele...
Strzał w stwora siedzącego na dachu będzie trudny, z uwagi na to, iż jego sylwetka zlewa się z ciemnością. Nardlens widzą go tylko wtedy gdy na chwilę rozbłyska świecąca się przy szopie lampka. Kyariel dzięki elfiemu wzrokowi widzi go przez cały czas.
Z uwagi na panujące warunki ludzie otrzymują -30 do działań w ciemności, Elf zaś jedynie -10. Kary te aplikują się do wszelkich czynności wymagających użycia zmysłu wzroku.
Dla Olafa i Vidgara: Znajdziecie swój rynsztunek i uzbroicie się.
Podtrzymanie działania miecza z Runem Elektry wymagać będzie od któregoś z was kolejnego wydania punktu Energii.
Dla Norlaug i Tańczącego: z uwagi na brak deklaracji, zakładam, że siedzicie w miejscu, zbyt przestraszeni, by podjąć jakieś działania. Nie widzicie wiec tego co dzieje się na zewnątrz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Światła przygasały... a Kyariel zasugerował, że powinni byli wyjść... w dwójkę do tej małej szopy skrytej teraz w zjadliwej, łaknącej krwi ciemności. A w niej te wszystkie ćmy z ich lepkimi językami, długimi na chyba dwa łokcie, cienistymi skrzydłami niewydającymi ni szelestu... Ślepe były i słabe, gdy otoczenie wypełniało się skwierczącym blaskiem ognia, lub ostrym światłem elektrycznej aury. I cóż zrobić?... Co teraz? Otaczała ich ciemność i z każdą chwilą gęstniała... przybierała na sile... zupełnie jakby była żywą istotą, a ćmy ledwie marionetkami nanizanymi na jej bezlitosny woal. Trzeba wyjść... światło przygasało, a cienie się pogłębiały... Dwójka adeptów wystawiona była przecież na atak... nie... trzeba to zrobić inaczej... spojrzała na wylkołka, sądząc, że może i on zainteresuje się całą sprawą i będzie ich osłaniał, gdy zawitają do ciasnej, zbitej z bali klitki. Tańczący zdawał się jednak nieobecny... wpatrywał się wzrokiem odległym w coś daleko poza nimi, poza tym pomieszczeniem też... może była to ciemność, która im wszystkim zagrażała? Do świtu zostało jeszcze wiele godzin, a światła migotały i niknęły jak świetliki w krótkie, a ciemne noce letnich dni. Chrząknęła więc lekko, myśląc, że zwróci tym sposobem uwagę wylkołka... wtedy jednak zniecierpliwiony już Kyariel ruszył przed się w mrok pełnej koszmarnych kształtów nocy. Zmitrężyła ten czas na cne dywagacje! A światła co raz mniej dookoła... Zerwała się więc pospiesznie i dołączyła do elfiego maga, Vidgara i Olafa Vilbergsona, którzy zatrzymali się u drzwi do ich niewielkiego schronienia...
Wiedźma zbiera się i dołącza Kyariela... nie wie w sumie co jeszcze i jak... Ale nie wybiega naładować żywiolaka,bo nie jest zbyt szybka i zręczna...
Ostatnio zmieniony 13 lipca 2016, 21:13 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.
Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.
-Nie ma czasu, ktoś musi dobiec do szopy i doładować żywiołaka, ja w tym czasie będę strzelał pociskami w tego cholernego potwora! kto z was biega naprawdę szybko?! I światło nie zapomnijcie o świetle!!!
Słowa wylały się potokiem z ust Alfra, zaraz po tym żwawo przekroczył próg, gdy tylko się to stało, wokół niego rozbłysła ognista aura.
Różdżka czekająca w gotowości znalazła się od razu w jego ręce a usta zaczęły szeptać zaklęcie materializujące ognisty pocisk. Podbiegł jeszcze parę metrów aby lepiej wycelować i nie wahając się z całą siła swej wściekłości rzucił pociskiem w skrzydlaty strzęp ciemności.
- No niedoczekanie! - syknął Olaf, nakładając magiczną strzałę na cięciwę łuku. - No po prostu nie! - dodał, z większą złością w głosie i poszukał szybko wzrokiem alfra.
- Hej, Kyariel! - zawołał cicho, jakby nie chcąc przywołać więcej zjaw z cienia. - Widzisz dokładnie gdzie to draństwo siedzi? Podpowiedz, ja postaram się to ustrzelić... - dodał, czekając na w miarę dokładne koordynaty od Kyariela. Nie chciał męczyć rąk w międzyczasie, więc jedynie wpatrywał się w domniemane miejsce siedzenia potwora.
Jak tylko alfr poda mi dokładną (bądź przybliżoną) lokalizację celu, od razu puszczam magiczną strzałę i szykuje się na kolejny atak.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate) Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.
Ciemność była wszędzie. Zakradała się zewsząd i zalewała swoją gęstą substancją coraz to większy teren. Pomimo źródeł światła obecnych w izbie, Tańczący po Czarnej Spirali wyraźnie widział jak wszechobecna ciemność pożera wolno lecz konsekwentnie ostatni ich bastion.
A kiedy bez reszty już pochłonie ostatnie tchnienie światła, zginą. Każde z nich. Wylkołek wzdrygnął się, gdy przed oczyma przewinęła mu się wizja ich ciał, rozdartych na strzępy, pozbawionych serc. I dusz. Z grymasami przerażenia i bólu na twarzach. I pyskach.
Przerażony skulił się, podwijając pod siebie ogon. Czując narastającą w nim grozę obserwował jak czarna plama cienia zbliża się, wyciągając ku niemu swe bezlitosne macki. I tylko to był w stanie dostrzec. Ciemność, w której powoli znikał świat.
Do chwili aż jakiś odległy krzyk nie rozproszył jej odrobinę. Wylkołek skupił się na tym dźwięku, otwierając zaciśnięte mocno przez cały ten czas oczy.
-...tym czasie będę strzelał pociskami w tego cholernego potwora! Kto z was biega naprawdę szybko?!
Ja biegam szybko. Ale tam jest ta przeklęta ciemność. I potwory... - w miejscu gdzie dosięgnął go cios upiornej ćmy, poczuł lodowaty dreszcz. - Ale wkrotce będą i tu. Chyba, że coś zrobię. A ja naprawdę szybko biegam...
Zerwał się z miejsca, z głośnym szczeknięciem, ze zbitej wylkołkowej kulki zmieniając się na powrót w Tańczącego po Czarnej Spirali. Ruszył biegiem w kierunku otwartych drzwi, wymijając wszystkich wypadł na zewnątrz, w mroźną noc. Nie zwalniając nawet na chwilę pognał wprost w kierunku szopy, nad którą majaczył widmowy kształt porywacza dusz.
Biegnę doładować żywiołaka. Nie patrzę w kierunku potwora, liczę na to, że jestem na tyle niski w kłębie, że mnie gnida nie dosięgnie. Jednak przy samej szopie przytulę się nieco do ziemi, tak na wszelki wypadek, bo z Mistrzami Gry różnie bywa .
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
[center]Podkład: Blashyrk (Mighty Revendark)[/center]
Tańczący wystrzelił do przodu, przebiegając pomiędzy Olafem i Vidgarem. Fontanna śniegu wystrzeliła spod jego łap, gdy wyminął maga i nie oglądając się na towarzyszy runął w kierunku szopy. Bardziej dzięki wilczemu instynktowi, niż któremuś z fizycznych zmysłów wyczuł poruszenie w ciemności. Był jednak zbyt szybki. Pędząc naprzód, wkrótce pozostawił je, czymkolwiek było, za sobą.
[center][/center]
Istota, siedząca na dachu przybudówki, była ledwo widoczna w mroku i nawet Kyariel miał problem z rozpoznaniem jej kształtu na tle atramentowego nieba. Płomień jego aury oświetlił przez chwilę okolice, i w krwawej łunie mag dojrzał, iż koszmarna ćma nachyla się właśnie nad wejściem, starając się dopaść Wylkołka. Natychmiast wyciągnął rękę, wskazując Olafowi kierunek, a z jego ust popłynęły słowa ognistego zaklęcia.
Elfia strzałą wypuszczona dłonią Młodego Wilka pomknęła naprzód, zostawiając za sobą ślad szmaragdowego blasku. Istota jednak uchyliła się w ostatnim momencie a jaśniejący pocisk minął ją o kilka cali. W tym samym jednak momencie Alfr ukończył swe zaklęcie, posyłając w ślad za strzałą kulę żywego ognia. Płomień trafił stwora w pierś, odrzucając go od wejścia. Ćma zaćwierkała cofając się w ciemność, a jej kontury rozmyły się i straciły spójność, gdy ponownie połączyła się z czernią tej nocy koszmarów.
Tańczący dopadł drzwi przybudówki i uderzył w nie łapami, pragnąc je otworzyć. Ujrzał błysk, gdy nad jego głową przeleciała najpierw zaklęta strzała, a w chwilę później ognisty pocisk. Nie tracił jednak czasu, by się im przyglądać. Jego pazury ześlizgnęły się po deskach, żłobiąc w nich głębokie bruzdy. Drzwi pozostawały jednak zamknięte, Wylkołek warknął z irytacji i ponowił próbę, wiedząc, że każda chwila jest na wagę srebra. Tym razem miał więcej szczęścia i udało mu się pokonać przeszkodę. Nie czekając, aż drzwi otworzą się w pełni, pospiesznie wepchnął się w szczelinę przy framudze...
Spoiler!
W szopie panowała całkowita niemal ciemność. Wilcze zmysły tańczącego, wyostrzone do granic przez agresję i strach podpowiedziały mu jednak, gdzie ma się kierować. W mroku wyczuwał zapach potu khas, woń paszy dla koni i delikatny odcień ozonu. Nad wszystkim jednak wisiała przemożna obecność śmierci i Wylkołek przypomniał sobie, iż to tutaj spoczywają przecież ciała Gunlid i innych... Przez chwilę widział przed oczyma ich sine ciała, szklane spojrzenia, sczerniałe usta, rozciągnięte w sardonicznym uśmiechu agonii... Potrząsnął głową oddalając te ponure obrazy. Mimo wszystko przecież Hatr, Joos i Gunlid byli przyjaciółmi, wierzył, że nie zechcieliby go skrzywdzić, nawet po śmierci... Cicho, by nie naruszać spokoju umarłych przeszedł w kierunku narożnika, skąd unosiła się dziwna woń, przypominająca powietrze przed burzą. Poczuł, jak ociera się bokiem o jakiś materiał - najpewniej worek z owsem, a po chwili jego nos zetknął się z zimnym metalem. Niemal natychmiast ciało Wilczarza przeszył gwałtowny dreszcz, gdy potężna dawka energii magicznej została wyszarpnięta z jego istoty i popłynęła w stronę metalowego pudełka. Odczekał jeszcze chwilę pozwalając, by proces ten trwał przez kilka uderzeń serca, a następnie cofnął się, przerywając transfer.
Odetchnął dostrzegając światło wpadające przez szczelinę w drzwiach. Ulga jednak nie trwała długo. Instynkt, tak stary jak sama ziemia ostrzegł go znów i Tańczący poczuł jak włosy na karku stają mu dęba. Wiedział już, że nie jest tu sam. Ktoś lub... COŚ jeszcze kryło się obok, w mroku... Chwilę później, z najciemniejszego kąta szopy dobiegło cykanie świerszcza...
[center]***[/center]
Zebrana przed chatą trójka Nardlens i jeden Alfr czekali w napięciu. Ciemność dookoła stawała się powoli coraz gęstsza, podczas gdy ostatnie refleksy blasku, w magicznych fiolkach gasły gwałtownie. Vidgar wysunął się wprzód stając obok Alfra, by stawić czoła ewentualnemu atakowi przeklętych stworów z mroku. Choć wiedział, że ta walka najpewniej będzie jego ostatnią nie zamierzał się poddać, ni opuścić towarzyszy. Olaf nie zdejmował strzały z cięciwy, wyczulony na każdy, najmniejszy nawet ruch w otaczającym mroku. Coś obserwowało ich z ciemności czekając, aż światło odejdzie. Wyczuwali to wszyscy... Skowyt wiatru umilkł połknięty przez dziwną ciszę, której obecność stawała się powoli nie do wytrzymania... Nagle jednak fiolki rozbłysły na powrót jasnym, elektrycznym płomieniem, rozpraszając wszechogarniającą noc. Przez mgnienie zaledwie ujrzeli majaczący na śniegu cień, lecz fala światła zmyła go, tak jak przypływ zmywa krew, czerniejącą na piasku plaży. Wraz ze światłem powróciła nadzieja i serca wędrowców zabiły żywiej, gdy pojęli, że oto udało im się zwyciężyć w kolejnej bitwie z Ciemnością.
Spoiler!
[center]RUNDA I[/center] Olaf strzela:
Bez trafienia. Strzałą przelatuje jednak w pobliżu stworzenia budząc jego niepokój.
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Kiedy włosy stanęły mu dęba ostrzegając przed niebezpieczeństwem, wyobraźnia podsunęła mu tysiąc twarzy kryjącego się w nieprzeniknionym mroku zagrożenia. Wraz z tą której obawiał się najbardziej. Przełknął jak najciszej ślinę, gdy ze strony w którą tak bardzo bał się spojrzeć, usłyszał cykanie świerszcza. Ten niepozorny, cichy dźwięk, tym razem rozniósł się echem po jego czaszce niczym najgłośniejszy z grzmotów.
Tak głośno, że zaskomlał cicho, wściekły jednak na siebie za okazywanie słabości zdołał szybko zamienić go w głośny skowyt, który chociaż był krótki, to na tyle donośny, że zaalarmował by wszystkich w promieniu kilku mil, gdyby tylko ktoś w tym obrębie przebywał.
Kątem oka zerknął w kierunku uchylonych lekko drzwi. Zbyt lekko, by po prostu przez nie wybiec. Mając w pamięci wysiłek jaki musiał włożyć by uchylić je w takim chociaż stopniu, zaklął w myślach szpetnie. Po czym rzucił się w ich kierunku.
Drę ryja, żeby przestrzec innych (mam nadzieję że mówią w Wylkołkowym ) i chcę się stamtąd wydostać bo bez źródła światła źle to widzę.
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Przez kilka chwil zebrani przed chatą wędrowcy stali w milczeniu, spoglądając po prostu na światło i ciesząc się z jego powrotu. Pomimo wszechogarniającej, mroźnej nocy, która czaiła się wciąż za kręgiem światła, obecni poczuli jak ich serca zabiły żywiej, poruszone nagłym przypływem nadziei. Może jeszcze nie wszystko było stracone? Może uda im się dotrwać do świtu... Nagle jednak cisze nocy rozdarł skowyt Wylkołka, dochodzący z pobliskiej szopy. Brzmiała w nim ostra nuta ostrzeżenia. Wraz z nią niepokój powrócił. Nie zwyciężyli jeszcze w ostatecznej walce z Ciemnością. Plugawe stwory wciąż były gdzieś tam, czając się w mroku. Głos Tańczącego przypominał im o tym aż nadto...
Spoiler!
Wylkołek rzucił się do drzwi. W tym samym momencie wyczuł raczej, niż ujrzał jakiś ruch. Coś, co zdawało się być zbudowane z samych cierni, przemknęło obok. Miękkie i jakby nie do końca realne skrzydła musnęły jego kark. Jedynie instynktowi zawdzięczał, iż w ostatniej chwili odskoczył, unikając spotkania samą śmiercią. Nie czekając dłużej, rzucił się w kierunku wyjścia. Zanim zdążył jednak wydostać się, poczuł ból. Pazury, zimne niczym sama ciemność rozorały mięśnie uda, starając się go schwytać. Odruchowo szarpnął się i poczuł, jak szpony rozdzierają skórę, pozostawiając trzy bolesne pręgi. Udało mu się jednak wyswobodzić. Błyskając dziko oczyma wypadł na zewnątrz, zanurzając się w zbawczym świetle.
Mechanika: Otrzymujesz 3 obrażenia.
Chwilę później ujrzeli, jak drzwi otwierają się gwałtownie i Tańczący wystrzeliwuje na zewnątrz, wydając z siebie dźwięk będący czymś pośrednim pomiędzy skowytem bólu a warczeniem.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
- Niech to szlag! - syknął zły Olaf, gdy ujrzał Tańczącego, który jakoś tak dziwnie bełkotał. - Hej, Tańczący! Zawolal go, jednocześnie szukając wzrokiem nowego zagrożenia. Młody wilk pod skórą czuł, że to jeszcze nie koniec ich walki i nakładając kolejną strzałę, rozglądał się bacznie po okolicy, czekając jednocześnie na to, co powie Tańczący...
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate) Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Rana paliła go pożerając sporą część jego koncentracji. Z ulgą zakopał swój pysk w śniegu, potykając się z bólu. Zapach zamrożonej wody i wilgoć lodowych płatków na jego sierści przynosząc orzeźwienie, którego tak potrzebował żeby wziąć się w garść. Zacisnął szczęki i stanął na wyprostowanych łapach. Spojrzał w kierunku Olafa, który wykrzyczawszy jego imię, nerwowo rozglądał się w poszukiwaniu zagrożenia.
- Tam w ciemności. W szopie. - wycharczał niskim basem. - jedno z tych plugawych stworzeń jest wewnątrz. W mroku... - dodał warkliwym głosem.
Podszedł jeszcze kilka kroków w kierunku Olafa, zupełnie już nie zważając na ból zranionej łapy.
- Gdybyśmy zdołali jakoś oświetlić jej wnętrze... - powiedział oglądając się na budynek z którego dopiero co zdołał zbiec, ratując tym samym swe życie.
[center]Baza na Wilczych Pustkowiach, 8 zmroczec (ignia), 360 rok Ery Silniri.[/center]
Vidgar słysząc to, pozbawił swego kuzyna świecącego miecza i podając go wiedźmie czy też Alfrowi (nie zwrócił uwagi, które z nich stało bliżej) ruszył w kierunku szopy. Twarz miał posępną i złowrogą, oczy skupione, brwi zmarszczone, szczęki zaciśnięte. Tarcze uniósł lekko a prawą ręką chwycił za własny miecz. Gdyby nie determinacja i chęć zabicia tego plugastwa, poświęciłby pewnie chwilę na cieszenie się, że zdołał, dzięki pożyczonym pieniądzom, kupić magiczny oręż zanim wyruszyli. W tej chwili jednak jego umysł był nastawiony bardzo jednotorowo. Sparować, zabić, podejść tak, żeby nie zasłaniać Olafowi linii strzału.
- Miecz Olafa świeci. Idziemy.
Chociaż musiał przyznać, że "Miecz Olafa świeci" aż prosiło się o jakiś głupi dodatkowy komentarz. Jednak jego skupienie tylko na tyle zostało zachwiane, że przyznał tej myśli rację, jednak nie uczynił jej zadość.