PBF - Czarny Świt
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Yuran długo dziękował matce Ekstraklasie i wielkiemu Koronapanowi iż nie dał w chwili słabości daj ujścia sile z lędźwi, tylko tak jak przykazał Schiller bez szemrania ubił sekciarzy. Jak tylko pomyślał, iż mógłby paść w ten sposób ofiarą tajemniczej zarazy, to aż wzdrygnął się. Złość na Markusa nieco zelżała, bo oto dostał potwierdzenie, że naczelnik zrobił co musiał. Nie zmieniało to dramatycznej sytuacji jaka mogła ich zastać zimą, jeśli wyprawa do Kociego Miasta by się nie powiodła.
Jeszcze jedno niepokoiło Yurana. Mieli ruszyć z Draganem na misję, pozostawiając siotrę samą w obejściu. Nie to, żeby nigdy nie zostawała sama, ale w sytacji obecnego zatargu z Anabatystami, Yuran bał się iż zawistny sąsiad lub jego poplecznicy mogą chcieć wziąść odwet na bezbronnej Eleni. Siostra byłą kuta na cztery łapy, ale jak siła złego na jednego...
Kiwnął na Antona:
- Musimy pogadać.
Starszy nad Anabatystami podszedł nieco bliżej dając znak, żeby Yuran wyjaśnił w czym rzecz. Po części domyślał się o co może chodzić Polaninowi.
- Wiesz Anton, jak pójdziem, to Eleni sama na gospoarce zostanie. Głupio wyszło z tym Rudolfem alem rozsierdzon był ponad miarę. Masz w Koronapanie posłuch. On też borkańskiej krwi jak twoja. Może byś z nim pogadał, co by niczego złego siotrze nie uczynił? Już ktoś nam pogróżki czynił, a klnę się na Koronapana, że jak z głowy Eleni włos spadnie to nic w świecie go nie uratuje od pomsty. Na mnie może słusznie być zagniewan, ale od mojej familiji wara.
Jeszcze jedno niepokoiło Yurana. Mieli ruszyć z Draganem na misję, pozostawiając siotrę samą w obejściu. Nie to, żeby nigdy nie zostawała sama, ale w sytacji obecnego zatargu z Anabatystami, Yuran bał się iż zawistny sąsiad lub jego poplecznicy mogą chcieć wziąść odwet na bezbronnej Eleni. Siostra byłą kuta na cztery łapy, ale jak siła złego na jednego...
Kiwnął na Antona:
- Musimy pogadać.
Starszy nad Anabatystami podszedł nieco bliżej dając znak, żeby Yuran wyjaśnił w czym rzecz. Po części domyślał się o co może chodzić Polaninowi.
- Wiesz Anton, jak pójdziem, to Eleni sama na gospoarce zostanie. Głupio wyszło z tym Rudolfem alem rozsierdzon był ponad miarę. Masz w Koronapanie posłuch. On też borkańskiej krwi jak twoja. Może byś z nim pogadał, co by niczego złego siotrze nie uczynił? Już ktoś nam pogróżki czynił, a klnę się na Koronapana, że jak z głowy Eleni włos spadnie to nic w świecie go nie uratuje od pomsty. Na mnie może słusznie być zagniewan, ale od mojej familiji wara.
Nie jestem pewien, czy Rudolf jest anabatystą, ale wnioskuję, że jest Borkaninem. Yuran spróbuje jakoś uspokoić sytuacje dla dobra siostry.
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
Koronopan, domostwo Markusa
perfekt pomysł, ruszę z wyprawą - odezwał się młody anabaptysta w kierunku Markusa, choć jego oczy wodziły co rusz z twarzy zarządcy na twarz Antona.
Zabiorę zatem najpotrzebniejsze rzeczy, również te na ciężką pogodę. Jego głos stawał się coraz bardziej spokojny widać było, że nerwy rudzielca związane z zakażeniem ustępywały.
Mam jeszcze eine Frage, zanim wyjdziemy. Co może nas spotkać po drodzę do Kociego miasta. Przez jaki teren będziemy iść?
Perfekt - doskonały
eine Frage - jedno pytanie
perfekt pomysł, ruszę z wyprawą - odezwał się młody anabaptysta w kierunku Markusa, choć jego oczy wodziły co rusz z twarzy zarządcy na twarz Antona.
Zabiorę zatem najpotrzebniejsze rzeczy, również te na ciężką pogodę. Jego głos stawał się coraz bardziej spokojny widać było, że nerwy rudzielca związane z zakażeniem ustępywały.
Mam jeszcze eine Frage, zanim wyjdziemy. Co może nas spotkać po drodzę do Kociego miasta. Przez jaki teren będziemy iść?
Perfekt - doskonały
eine Frage - jedno pytanie
Po odpowiedzi lece się pakować. Staram się zapakować do plecaka jedzenie i wode na wskazaną ilośc dni. Szary metalowy kubek. Najlepiej same suche kąski, jak się uda to też fasole, groch. Jeżeli będzie taka możliwość pakuję część prowiantu do hlebaka, takiego zawieszanego przez ramie.
Wode raczej wpycham do plecaka. Zabieram też płucienny worek. Kłade na ziemi namiot, na nim koc i miecz w prowizorycznej skórzanej pochwie. Zawijam wszystko w rulonik i przywiązuje do plecaka - przeboleję rysunek czarnego kota w skoku na białym kwadracie, ale myśle, że bracia myśliwi będa uradowani widżąc święty symbol PUM na plecach anabaptysty. Śledzie do namiotu zapakuje do plecaka. Zabieram również czytankę
Jakąś lekką i kilka świeżych owoców na drogę.
W odpowiedniej chwili zbieram się na ceremonii ogłoszenia wyprawy.
Wode raczej wpycham do plecaka. Zabieram też płucienny worek. Kłade na ziemi namiot, na nim koc i miecz w prowizorycznej skórzanej pochwie. Zawijam wszystko w rulonik i przywiązuje do plecaka - przeboleję rysunek czarnego kota w skoku na białym kwadracie, ale myśle, że bracia myśliwi będa uradowani widżąc święty symbol PUM na plecach anabaptysty. Śledzie do namiotu zapakuje do plecaka. Zabieram również czytankę
W odpowiedniej chwili zbieram się na ceremonii ogłoszenia wyprawy.
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Koronopan, domostwo Markusa
Odciągnięty w róg domostwa Anton podniósł nieznacznie głowę zaglądając w oczy Yurana, ściągnął usta w leciutkim grymasie dezaprobaty.
- Nie musiałeś go od razu bić - oznajmił ściszonym tonem znosząc bez mrugnięcia złe spojrzenie Polanina - Mimo to daleki jestem od tego, aby cię obwiniać. Wszyscy mamy krew na rękach, więc i emocje trudno nam pohamować. Nie martw się o Eleni. Znasz Rudolfa równie długo jak ja, to i nie wiem, skąd ci do głowy mógł przyjść pomysł, że on coś złego zrobi Eleni. Nikt w tej wiosce nie zrobi jej niczego złego.
- Ktoś niedawno wrzucił nam do chaty lisią czaszkę - odburknął nie do końca przekonany Yuran - Za chwilę może wrzucić zapalone łuczywo. Ogień nie wybiera, kogo strawi...
- Jeśli cię to uspokoi, przysięgam na boską Pneumę, że włos jej z głowy nie spadnie - Anton położył prawą rękę na ramieniu myśliwego, ścisnął palcami jego frędzlowaną skórzaną kurtę - Jeśli będzie trzeba, przeprowadzę ją do naszego domu.
Odciągnięty w róg domostwa Anton podniósł nieznacznie głowę zaglądając w oczy Yurana, ściągnął usta w leciutkim grymasie dezaprobaty.
- Nie musiałeś go od razu bić - oznajmił ściszonym tonem znosząc bez mrugnięcia złe spojrzenie Polanina - Mimo to daleki jestem od tego, aby cię obwiniać. Wszyscy mamy krew na rękach, więc i emocje trudno nam pohamować. Nie martw się o Eleni. Znasz Rudolfa równie długo jak ja, to i nie wiem, skąd ci do głowy mógł przyjść pomysł, że on coś złego zrobi Eleni. Nikt w tej wiosce nie zrobi jej niczego złego.
- Ktoś niedawno wrzucił nam do chaty lisią czaszkę - odburknął nie do końca przekonany Yuran - Za chwilę może wrzucić zapalone łuczywo. Ogień nie wybiera, kogo strawi...
- Jeśli cię to uspokoi, przysięgam na boską Pneumę, że włos jej z głowy nie spadnie - Anton położył prawą rękę na ramieniu myśliwego, ścisnął palcami jego frędzlowaną skórzaną kurtę - Jeśli będzie trzeba, przeprowadzę ją do naszego domu.
Anton jest generalnie człowiekiem bardzo godnym zaufania, więc jego słowo to niejako żelazna gwarancja bezpieczeństwa Eleni - czy Yuranowi to wystarcza?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Koronopan, domostwo Markusa
Markus nie odpowiedział od razu na pytanie Gerarda, zamiast tego wstał z ławy i poszperał w szufladach jednej z szaf przekładając z boku na bok leżące tam stare papiery. Kiedy powrócił do stołu, młody anabaptysta poczuł na skórze gorący dreszcz ekscytacji.
Siwowłosy mężczyzna rozłożył na dębowym drewnie starą drogową mapę, poprzecieraną na kantach, w wielu miejscach upstrzoną ciemnymi plamami. Niektóre z nich miały kolor żółci, ale jedna czy dwie przyciągały wzrok swym brunatnym odcieniem, nieodparcie kojarząc się Gerardowi z zaschłą w niepamiętnych czasach krwią.
- Mieszkamy tutaj - powiedział Markus stukając czubkiem palca w poczynioną czerwonym barwnikiem kropkę na mapie, sąsiadującą z żółtą linią opatrzoną cyframi 1 i 8.
- Dlaczego nigdy wcześniej nie wspominałeś, że masz mapę? - nie wytrzymał Gerard - Nawet słowem się nie przyznałeś!
- Do niczego nie było ci to potrzebne - odpowiedział Markus taksując młodzieńca przez dłuższą chwilę karcącym wzrokiem - Poza tym ledwie się trzyma w całości, tylko mi trzeba kogoś, kto ją przez przypadek zniszczy. Nikodemusie, przysuń się bliżej.
Podczas gdy Anton i Yuran szeptali o czymś w kącie pomieszczenia, naczelnik ciągnął palcem po niebywale starej mapie opowiadając ziomkom o trasie wyprawy.
- Puszcza porosła wszystkie pozostałości po Dawnych Ludziach, ale trzydziestka szóstka była w swoich czasach naprawdę solidną autostradą - Markus używał w swych objaśnieniach niezrozumiałych słów, lecz Gerardowi w niczym to nie przeszkadzało, przydawało wręcz jeszcze bardziej ekscytacji - Większość karawan z Osmanu przeprawia się przez Odrę w dole nurtu i podróżuje do Wrocławia przez Górę Jeleni. Opodal Kociego Miasta przechodzą tylko nieliczne, z nieznanych mi właściwie powodów. Tym lepiej jednak dla nas, bo pójdziemy mało uczęszczanym szlakiem.
- Jak długą szacujesz podróż? - spytał przyglądający się uważnie mapie sędzia.
- Trzy do czterech dni w tamtą stronę - odparł po chwili namysłu Markus - Pięć do sześciu z powrotem, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, bo będziemy wtedy mieli sporo do niesienia. Wszystko wam jeszcze wyjaśnię przed wymarszem. Teraz idźcie poczynić ostatnie przygotowania. Antonie, ty zostań, chciałem coś jeszcze z tobą omówić.
Markus nie odpowiedział od razu na pytanie Gerarda, zamiast tego wstał z ławy i poszperał w szufladach jednej z szaf przekładając z boku na bok leżące tam stare papiery. Kiedy powrócił do stołu, młody anabaptysta poczuł na skórze gorący dreszcz ekscytacji.
Siwowłosy mężczyzna rozłożył na dębowym drewnie starą drogową mapę, poprzecieraną na kantach, w wielu miejscach upstrzoną ciemnymi plamami. Niektóre z nich miały kolor żółci, ale jedna czy dwie przyciągały wzrok swym brunatnym odcieniem, nieodparcie kojarząc się Gerardowi z zaschłą w niepamiętnych czasach krwią.
- Mieszkamy tutaj - powiedział Markus stukając czubkiem palca w poczynioną czerwonym barwnikiem kropkę na mapie, sąsiadującą z żółtą linią opatrzoną cyframi 1 i 8.
- Dlaczego nigdy wcześniej nie wspominałeś, że masz mapę? - nie wytrzymał Gerard - Nawet słowem się nie przyznałeś!
- Do niczego nie było ci to potrzebne - odpowiedział Markus taksując młodzieńca przez dłuższą chwilę karcącym wzrokiem - Poza tym ledwie się trzyma w całości, tylko mi trzeba kogoś, kto ją przez przypadek zniszczy. Nikodemusie, przysuń się bliżej.
Podczas gdy Anton i Yuran szeptali o czymś w kącie pomieszczenia, naczelnik ciągnął palcem po niebywale starej mapie opowiadając ziomkom o trasie wyprawy.
- Puszcza porosła wszystkie pozostałości po Dawnych Ludziach, ale trzydziestka szóstka była w swoich czasach naprawdę solidną autostradą - Markus używał w swych objaśnieniach niezrozumiałych słów, lecz Gerardowi w niczym to nie przeszkadzało, przydawało wręcz jeszcze bardziej ekscytacji - Większość karawan z Osmanu przeprawia się przez Odrę w dole nurtu i podróżuje do Wrocławia przez Górę Jeleni. Opodal Kociego Miasta przechodzą tylko nieliczne, z nieznanych mi właściwie powodów. Tym lepiej jednak dla nas, bo pójdziemy mało uczęszczanym szlakiem.
- Jak długą szacujesz podróż? - spytał przyglądający się uważnie mapie sędzia.
- Trzy do czterech dni w tamtą stronę - odparł po chwili namysłu Markus - Pięć do sześciu z powrotem, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, bo będziemy wtedy mieli sporo do niesienia. Wszystko wam jeszcze wyjaśnię przed wymarszem. Teraz idźcie poczynić ostatnie przygotowania. Antonie, ty zostań, chciałem coś jeszcze z tobą omówić.
Spotkanie w domu Markusa dobiegło końca. Pora spakować manatki, Kocie Miasto czeka!
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Koronopan, domostwo Markusa
Bayer Werk lekko kołysał się z boku na bok, a jego oddech zionął silnym samogonem. Stojący w progu Schiller spojrzał uważnie na swego niezapowiedzianego gościa, próbując przewiercić go wzrokiem na wylot w próbie odgadnięcia powodu, dla którego na twarzy Borkanina malowała się mieszanina pijackiej determinacji i zalęknienia.
- Oni coś knują, mówię ci! - powtórzył nieco zbyt głośno jak na gust Markusa mechanik - Lepiej, żebyś o tym wiedział!
Deski podłogi zatrzeszczały cicho, kiedy za plecami Schillera wyrósł Anton Hayte. Surowy anabaptysta najwidoczniej dosłyszał słowa Werka, a wyraz jego twarzy zdradzał, że poczuł też odór alkoholu. Pozostając zadeklarowanym ascetą, Anton nie znosił alkoholu i jego oblicze pociemniało niemal natychmiast.
- Spokojnie, przyjacielu, spokojnie - powiedział Markus - Chodź do środka, nie wypada rozmawiać o ważnych sprawach na progu.
Coś dziwnego w oczach Schillera sprawiło, że Werk zawahał się na chwilę, pożałował znienacka swej zrodzonej z lęku o życie decyzji. Nie zdążył jej jednak zmienić, pociągnięty za ramię przez Antona. Wepchnąwszy mechanika do wnętrza domostwa, Hayte postał jeszcze chwilę w wejściu do chaty, wodząc badawczym spojrzeniem po ulicy.
Cofając się do wnętrza domostwa zamknął bardzo starannie dopasowane do futryny drzwi.
Bayer Werk lekko kołysał się z boku na bok, a jego oddech zionął silnym samogonem. Stojący w progu Schiller spojrzał uważnie na swego niezapowiedzianego gościa, próbując przewiercić go wzrokiem na wylot w próbie odgadnięcia powodu, dla którego na twarzy Borkanina malowała się mieszanina pijackiej determinacji i zalęknienia.
- Oni coś knują, mówię ci! - powtórzył nieco zbyt głośno jak na gust Markusa mechanik - Lepiej, żebyś o tym wiedział!
Deski podłogi zatrzeszczały cicho, kiedy za plecami Schillera wyrósł Anton Hayte. Surowy anabaptysta najwidoczniej dosłyszał słowa Werka, a wyraz jego twarzy zdradzał, że poczuł też odór alkoholu. Pozostając zadeklarowanym ascetą, Anton nie znosił alkoholu i jego oblicze pociemniało niemal natychmiast.
- Spokojnie, przyjacielu, spokojnie - powiedział Markus - Chodź do środka, nie wypada rozmawiać o ważnych sprawach na progu.
Coś dziwnego w oczach Schillera sprawiło, że Werk zawahał się na chwilę, pożałował znienacka swej zrodzonej z lęku o życie decyzji. Nie zdążył jej jednak zmienić, pociągnięty za ramię przez Antona. Wepchnąwszy mechanika do wnętrza domostwa, Hayte postał jeszcze chwilę w wejściu do chaty, wodząc badawczym spojrzeniem po ulicy.
Cofając się do wnętrza domostwa zamknął bardzo starannie dopasowane do futryny drzwi.
Reszta spotkania pójdzie przez PW...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Koronopan, centralny plac
W powietrzu unosiła się stężała atmosfera złości, niepokoju i desperacji, ale zgromadzeni na placu osadnicy zachowywali względny spokój. Poproszeni w zastępstwie Schillera przez Antona, miejscowi anabaptyści przygotowali wspólną wieczerzę, przede wszystkim gotowane sarnie mięso w warzywach i żytnie placki. Gorące jadło wyłożono w drewnianych miskach na przyniesione z domu Antona i Rudolfa stoły, dosunięto do nich ławy. Tu i ówdzie słychać było wiedzione półgłosami rozmowy, bez wyjątku obracające się wokół niepewnej przyszłości Koronapanu. Co odważniejsi osadnicy rzucali sporadycznie krytycznymi uwagami pod adresem Markusa, nie przekraczając granicy mogącej uchodzić za przejaw otwartego sprzeciwu.
Na razie, pomyślał obserwujący ziomków Nikodemus, oparty o poręcz werandy chaty Schillera. Markus i Anton wciąż jeszcze naradzali się w środku, być może wspólnie dobierać słowa otuchy dla sąsiadów. Pół setki gniewnych i przestraszonych ludzi czekało na nich niecierpliwie, nie sięgając jeszcze po ustawione na stołach potrawy.
Ciemnoczerwona słoneczna kula znikała za rozłożystymi koronami drzew, opadała daleko na zachodzie ku linii puszczańskiego widnokręgu. Długie języki gęstniejącego mroku wypełzały spod werand chat, z poletek kukurydzy, z głębi szumiącego groźnie lasu.
- Spokojnie? - Werk wychynął zza rogu domostwa, wspiął się po bocznych schodkach werandy spoglądając zmęczonym wzrokiem na zgromadzonych przy stołach sąsiadów. Nie wyglądał dobrze, na dodatek czuć od niego było alkoholem, ale sędzia uznał, że nie będzie na to zwracał uwagi. Nie wyznawał praw ascetów i nie widział powodów do łajania mechanika, który w jego opinii nie złamał żadnego pisanego ani niepisanego prawa.
- Niepokoją się - odparł półgłosem - Mam nadzieję, że Markus nie będzie grał na czas. Ludzie chcą wiedzieć, co dalej. Jeszcze nigdy nie widziałem ich równie poruszonymi.
W powietrzu unosiła się stężała atmosfera złości, niepokoju i desperacji, ale zgromadzeni na placu osadnicy zachowywali względny spokój. Poproszeni w zastępstwie Schillera przez Antona, miejscowi anabaptyści przygotowali wspólną wieczerzę, przede wszystkim gotowane sarnie mięso w warzywach i żytnie placki. Gorące jadło wyłożono w drewnianych miskach na przyniesione z domu Antona i Rudolfa stoły, dosunięto do nich ławy. Tu i ówdzie słychać było wiedzione półgłosami rozmowy, bez wyjątku obracające się wokół niepewnej przyszłości Koronapanu. Co odważniejsi osadnicy rzucali sporadycznie krytycznymi uwagami pod adresem Markusa, nie przekraczając granicy mogącej uchodzić za przejaw otwartego sprzeciwu.
Na razie, pomyślał obserwujący ziomków Nikodemus, oparty o poręcz werandy chaty Schillera. Markus i Anton wciąż jeszcze naradzali się w środku, być może wspólnie dobierać słowa otuchy dla sąsiadów. Pół setki gniewnych i przestraszonych ludzi czekało na nich niecierpliwie, nie sięgając jeszcze po ustawione na stołach potrawy.
Ciemnoczerwona słoneczna kula znikała za rozłożystymi koronami drzew, opadała daleko na zachodzie ku linii puszczańskiego widnokręgu. Długie języki gęstniejącego mroku wypełzały spod werand chat, z poletek kukurydzy, z głębi szumiącego groźnie lasu.
- Spokojnie? - Werk wychynął zza rogu domostwa, wspiął się po bocznych schodkach werandy spoglądając zmęczonym wzrokiem na zgromadzonych przy stołach sąsiadów. Nie wyglądał dobrze, na dodatek czuć od niego było alkoholem, ale sędzia uznał, że nie będzie na to zwracał uwagi. Nie wyznawał praw ascetów i nie widział powodów do łajania mechanika, który w jego opinii nie złamał żadnego pisanego ani niepisanego prawa.
- Niepokoją się - odparł półgłosem - Mam nadzieję, że Markus nie będzie grał na czas. Ludzie chcą wiedzieć, co dalej. Jeszcze nigdy nie widziałem ich równie poruszonymi.
Miejscowi zgromadzili się na ryneczku Koronapanu, zasiedli do wspólnej wieczerzy. Markus i Anton jeszcze nie przyszli. Nikodemus i Werk są na werandzie chaty samozwańczego naczelnika. Bracia Polanie w drodze, Gerard też. Gdzie chcecie usiąść na czas kolacji? Pomiędzy ludźmi, przy Markusie? Chcecie łagodzić ewentualne spory czy zdecydowanie je kontrować? Jakie jest Wasze stanowisko w kwestii zarzutów o obłęd toczący umysł Schillera? Czy jeśli w trakcie wieczerzy ktoś rzuci pomysł odsunięcia starszego od władzy, jak nań zareagujecie? Poproszę o jakieś fabularyzowane przemyślenia, by pozbawić mnie wrażenia, że piszę tu w pojedynkę 
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
I jeszcze sowita nagroda dla wszystkich BG za udział w prologu! Przejrzałem zasady przyznawania Punktów Doświadczenia i bardzo mi się one spodobały, ponieważ w niemal intuicyjny sposób regulują wielkość należnych graczom PD. I tak opierając się na zasadach Katharsys za wytropienie i zlikwidowanie apokaliptyków oraz przywrócenie względnego spokoju w osadzie przyznaję Wam uroczyście po JEDNYM Punkcie Doświadczenia! A następnie posunę się do niebywałej łaskawości i dodam każdemu jeszcze JEDEN Punkt Doświadczenia!
Zapiszcie sobie koniecznie na kartach postaci te bezcenne 2 PD dla każdego!
[center]C:V C:V C:V[/center]
Zapiszcie sobie koniecznie na kartach postaci te bezcenne 2 PD dla każdego!
[center]C:V C:V C:V[/center]
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Obietnica Antona uspokoiła Yurana. Znał anababtystę niemal całe swoje życie i wiedział jaką cieszy się w osadzie estymą i szacunkiem. Jeśli ktoś taki gwarantował bezepieczeństwo siostrze, to Yuran mógł spokojnie wyruszyć na wyprawę wraz z Draganem.
Przed wyruszeniem w podróż jednak chciał ostrzec Eleni, aby uważała na skrylę rodzeństwa z prowiantem i korzystała z jej zasobów jedynie w ostateczności. Mimo optymizmu Schillera, nie wiadomo było, czy wyprawa zakończy się sukcesem. A wtedy każdy zachowany w skrytce słój peklowanej dziczyzny, mógł zaważyć o życiu i śmierci.
Przed wyruszeniem w podróż jednak chciał ostrzec Eleni, aby uważała na skrylę rodzeństwa z prowiantem i korzystała z jej zasobów jedynie w ostateczności. Mimo optymizmu Schillera, nie wiadomo było, czy wyprawa zakończy się sukcesem. A wtedy każdy zachowany w skrytce słój peklowanej dziczyzny, mógł zaważyć o życiu i śmierci.
Sorry za lagi sesji. Mam prawdziwe urwanie głowy w pracy i w domu, także o pisaniu ciężko w ogóle pomyśleć.
I wielkie dzięki za 2 PD!!!
I wielkie dzięki za 2 PD!!!
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
Edit: Miejsce, jakie zajmie Nikodemus będzie zależeć od tego, gdzie usiądzie Anton. Jeśli Marcus i Anton zasiądą obok siebie, to Nikodemus również gdzieś w ich pobliże spróbuje się wkręcić, żeby mieć ucho na miejscu, gdy będą rozprawiać o czymś istotnym dla sprawy. Jeśli zaś rozsiądą się w miejscach oddalonych od siebie, sędzia znajdzie sobie miejsce pośród mieszkańców, żeby móc oceniać ich nastroje.
Nie jestem w stanie określić w jaki sposób Nikodemus będzie reagować na spory. To zależy od sposobu prowadzenia rozmowy przez stronę przeciwną. Jedno jest pewne: sędzia będzie stał po stronie starszyzny. Z całą pewnością wesprze Marcusa w przypadku zaistnienia próby odsunięcia go od władzy. Reakcja będzie jednoznaczna i być może gwałtowna. Podobnie jak na posądzenie go o utratę zmysłów.
Przepraszam za niefabularyzowaną formę, ale to dla mnie w chwili obecnej szczególnie trudne zadanie. W niedzielę impreza urodzinowa (piąta!) mojej córki. W międzyczasie okazało się, że od marca mam nieważny dowód osobisty, a udało mi się na niego odbyć dwie zagraniczne podróże po upływie terminu ważności. Nawarstwienie tego i jeszcze kilku "drobiazgów" powoduje, że mam ostatnio wyjątkowo mało czasu.
Nie jestem w stanie określić w jaki sposób Nikodemus będzie reagować na spory. To zależy od sposobu prowadzenia rozmowy przez stronę przeciwną. Jedno jest pewne: sędzia będzie stał po stronie starszyzny. Z całą pewnością wesprze Marcusa w przypadku zaistnienia próby odsunięcia go od władzy. Reakcja będzie jednoznaczna i być może gwałtowna. Podobnie jak na posądzenie go o utratę zmysłów.
Przepraszam za niefabularyzowaną formę, ale to dla mnie w chwili obecnej szczególnie trudne zadanie. W niedzielę impreza urodzinowa (piąta!) mojej córki. W międzyczasie okazało się, że od marca mam nieważny dowód osobisty, a udało mi się na niego odbyć dwie zagraniczne podróże po upływie terminu ważności. Nawarstwienie tego i jeszcze kilku "drobiazgów" powoduje, że mam ostatnio wyjątkowo mało czasu.
Ostatnio zmieniony 26 sierpnia 2016, 18:45 przez namakemono, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Koronopan, centralny plac
Kiedy Markus Schiller i Anton Hayte zeszli z werandy domu starszego, przy stołach zapadła dźwięcząca w uszach cisza. Spojrzenia wszystkich pobiegły w kierunku siwowłosego mężczyzny, uparcie próbując przeszyć go na wylot. Ubrany w jasną lnianą koszulę i kupione od osmańskich kupców skórzane spodnie, Schiller pozdrowił ziomków dłonią i przyjacielskim uśmiechem.
Podążający za Markusem Nikodemus nie zauważył, by życzliwa aura starszego udzieliła się komukolwiek z sąsiadów. Ludzie byli źli, bo niewiele rozumieli z wydarzeń ostatnich kilkunastu godzin i uginali się pod ciężarem niespodziewanych trosk. Podzielający ich obawy sędzia modlił się w duchu o to, by Schiller miał na podorędziu sensowne wyjaśnienia.
- Mamy za sobą wyjątkowo trudny dzień - oznajmił Markus stając u szczytu jednego ze stołów - Wierzę, że wszyscy jesteście przygnębieni. Ja sam nie potrafię odżałować tego, co się stało, ale nie mogło się stać inaczej.
- Więc wytłumacz nam, dlaczego?! - Wolkner podniósł się ze swego miejsca na ławie, poparty z miejsca pomrukami zdenerwowanych farmerów - Bez słowa ostrzeżenia spaliłeś spichlerz! Straciliśmy prawie całe tegoroczne plony! Dlaczego?
- Nasze zapasy zostały zatrute - odpowiedział Markus. Pomiędzy ludźmi przebiegł dźwięk zszokowanych westchnień, na wielu obliczach wykwitły grymasy niedowierzania, na innych przerażenia.
- Markus mówi prawdę - dodał Anton stając u boku przyjaciela - Dokonali tego obcy, którzy źle nam życzyli. Znaleźliśmy resztki trucizny w spichlerzu, więc musieliśmy go spalić. Nie można też wykluczyć, że tamci zatruli nam wodę, stąd zakaz czerpania wody z naszej studni.
Na placu jeszcze przez kilka sekund panowała stężała cisza, po czym wszyscy niewtajemniczeni w szczegóły nocnego pościgu zaczęli mówić niemal jednocześnie, czyniąc tym samym niemożliwym zrozumienie choćby jednego zdania.
- Cisza! - huknął Nikodemus podnosząc wysoko w górę rękę - Uciszcie się!
Wrzawa gasła przez kilka następnych sekund, niechętnie, wbrew duszonym naprędce emocjom osadników. W zapadłej na nowo ciszy rozległ się znienacka czyjś mocny męski głos, płynący ponad półmiskami, o których zawartości wszyscy zupełnie zapomnieli.
- Skąd możecie mieć pewność, że ktoś się na nas zamachnął? - spytał Piotr Aksiejew, małomówny spokojny myśliwy żyjący na skraju osady ze swą niedołężną matką oraz Oksaną, równie milkliwą Skandką o urodzie mogącej budzić zrozumiałą niechęć Eleni - Widzieliście tych, którzy to uczynili?
- Owszem - Schiller nie stracił niczego ze swego nadzwyczajnego opanowania - Widzieliśmy. Ja, Anton, Dragan z Yuranem, Werk i Dirk i paru innych.
- Od początku wiedziałem, że ta historia z polowaniem na borsuki to jakiś głupi żart - Aksiejew oparł dłonie na bokach, przechylił lekko głowę przyglądając się na przemian Schillerowi i stojącemu opodal Nikodemusa Bayerowi Werkowi - Zechcesz opowiedzieć nam coś więcej, Markusie?
- Wkradli się do osady dwie noce temu nie alarmując strażników - odpowiedział mężczyzna - Ukradli trochę żywności, resztę zatruli. Wytropiliśmy ich minionej nocy, dogoniliśmy w puszczy na zachód od osady.
- Borsucza ekspedycja?! - Wolkner wstał ponownie ze swego miejsca - To was posłano za tamtymi, Yuran? Toś z nimi poszedł, Nikodemus? Gerard? I co zrobiliście?
- Zabiliśmy wszystkich - tym razem odpowiedział Anton Hayte, mrożącym krew w żyłach tonem.
- To prawda, Nikodemusie? - Aksiejew przeniósł spojrzenie na sędziego.
Kiedy Markus Schiller i Anton Hayte zeszli z werandy domu starszego, przy stołach zapadła dźwięcząca w uszach cisza. Spojrzenia wszystkich pobiegły w kierunku siwowłosego mężczyzny, uparcie próbując przeszyć go na wylot. Ubrany w jasną lnianą koszulę i kupione od osmańskich kupców skórzane spodnie, Schiller pozdrowił ziomków dłonią i przyjacielskim uśmiechem.
Podążający za Markusem Nikodemus nie zauważył, by życzliwa aura starszego udzieliła się komukolwiek z sąsiadów. Ludzie byli źli, bo niewiele rozumieli z wydarzeń ostatnich kilkunastu godzin i uginali się pod ciężarem niespodziewanych trosk. Podzielający ich obawy sędzia modlił się w duchu o to, by Schiller miał na podorędziu sensowne wyjaśnienia.
- Mamy za sobą wyjątkowo trudny dzień - oznajmił Markus stając u szczytu jednego ze stołów - Wierzę, że wszyscy jesteście przygnębieni. Ja sam nie potrafię odżałować tego, co się stało, ale nie mogło się stać inaczej.
- Więc wytłumacz nam, dlaczego?! - Wolkner podniósł się ze swego miejsca na ławie, poparty z miejsca pomrukami zdenerwowanych farmerów - Bez słowa ostrzeżenia spaliłeś spichlerz! Straciliśmy prawie całe tegoroczne plony! Dlaczego?
- Nasze zapasy zostały zatrute - odpowiedział Markus. Pomiędzy ludźmi przebiegł dźwięk zszokowanych westchnień, na wielu obliczach wykwitły grymasy niedowierzania, na innych przerażenia.
- Markus mówi prawdę - dodał Anton stając u boku przyjaciela - Dokonali tego obcy, którzy źle nam życzyli. Znaleźliśmy resztki trucizny w spichlerzu, więc musieliśmy go spalić. Nie można też wykluczyć, że tamci zatruli nam wodę, stąd zakaz czerpania wody z naszej studni.
Na placu jeszcze przez kilka sekund panowała stężała cisza, po czym wszyscy niewtajemniczeni w szczegóły nocnego pościgu zaczęli mówić niemal jednocześnie, czyniąc tym samym niemożliwym zrozumienie choćby jednego zdania.
- Cisza! - huknął Nikodemus podnosząc wysoko w górę rękę - Uciszcie się!
Wrzawa gasła przez kilka następnych sekund, niechętnie, wbrew duszonym naprędce emocjom osadników. W zapadłej na nowo ciszy rozległ się znienacka czyjś mocny męski głos, płynący ponad półmiskami, o których zawartości wszyscy zupełnie zapomnieli.
- Skąd możecie mieć pewność, że ktoś się na nas zamachnął? - spytał Piotr Aksiejew, małomówny spokojny myśliwy żyjący na skraju osady ze swą niedołężną matką oraz Oksaną, równie milkliwą Skandką o urodzie mogącej budzić zrozumiałą niechęć Eleni - Widzieliście tych, którzy to uczynili?
- Owszem - Schiller nie stracił niczego ze swego nadzwyczajnego opanowania - Widzieliśmy. Ja, Anton, Dragan z Yuranem, Werk i Dirk i paru innych.
- Od początku wiedziałem, że ta historia z polowaniem na borsuki to jakiś głupi żart - Aksiejew oparł dłonie na bokach, przechylił lekko głowę przyglądając się na przemian Schillerowi i stojącemu opodal Nikodemusa Bayerowi Werkowi - Zechcesz opowiedzieć nam coś więcej, Markusie?
- Wkradli się do osady dwie noce temu nie alarmując strażników - odpowiedział mężczyzna - Ukradli trochę żywności, resztę zatruli. Wytropiliśmy ich minionej nocy, dogoniliśmy w puszczy na zachód od osady.
- Borsucza ekspedycja?! - Wolkner wstał ponownie ze swego miejsca - To was posłano za tamtymi, Yuran? Toś z nimi poszedł, Nikodemus? Gerard? I co zrobiliście?
- Zabiliśmy wszystkich - tym razem odpowiedział Anton Hayte, mrożącym krew w żyłach tonem.
- To prawda, Nikodemusie? - Aksiejew przeniósł spojrzenie na sędziego.
Z racji statusu Nikodemusa pytanie zostało zaadresowane do niego, niemniej jednak odpowiedzieć może każdy z BG, jeśli macie taką ochotę!
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
- Przerażająca, lecz niezaprzeczalna prawda. Zważcie co powiedział Marcus, a powiedział najszczerszą prawdę: obcy, sami skażeni śmiertelną trucizną, weszli do naszej osady pod osłoną nocy, i przy okazji dokonanej kradzieży, skazili spichlerz i być może studnię. Zrobiliśmy to, cośmy zrobić musieli. Pozostawieni sami sobie intruzi mogli wrócić i skazić naszą wioskę ponownie i z gorszym skutkiem - to po pierwsze, po drugie zaś - znając słabe punkty naszych zabezpieczeń mogli zdradzić je naszym wrogom. Utrata spichlerza to niewielka cena za bezpieczeństwo naszej społeczności. Zagrożenie ze strony intruzów było stokroć gorsze. Błyskawiczna reakcja Markusa uratowała nas wszystkich. Widzę, że nie pochwalasz tego kroku Aksiejewie, ale zastanówcie się: czy można było uczynić cokolwiek innego?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Koronopan, centralny plac
Wiadomość o kradzieży i krwawej karze wymierzonej niedoszłym trucicielom wywołała w Koronapańczykach oczywisty wstrząs. Przez chwilę przy stołach panowała niezakłócona niczym cisza, przerwana po sekundzie gwarem zszokowanych komentarzy. Jakaś kobieta, najpewniej niezastąpiona w roli płaczki Zenobia, zaczęła lamentować donośnie, tu i ówdzie dały się słyszeć ostre przekleństwa. Tylko garstka osadników zachowała opanowanie i to oni natychmiast zwrócili na siebie uwagę obserwującego uważnie tłum sędziego.
- Mądrze mówisz, Nikodemusie - powiedziała spokojnie Oksana, stojąca u boku Piotra ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami - Richter biegle cię wykształcił w prawidłach Kodeksu. Z której strony by nie spojrzeć, zrobiliście wszystko, aby ochronić sąsiadów przed zbrodniczą śmiercią. Szkoda tylko, że wzięliście ten ciężar na siebie zamiast podzielić się wieścią z resztą Koronapanu. Ktoś mógłby pomyśleć, że podzieliliście nas na tych godnych zaufania i tych niegodnych.
- Nie chcieliśmy wzbudzić niepotrzebnej paniki - wyjaśnił natychmiast Schiller, któremu pewność siebie pięknej Skandki chyba nie była w smak - Trzeba było działać szybko i zdecydowanie. Im mniej ludzi o tym wczoraj wiedziało, tym szybciej mogliśmy zapobiec kłopotom.
- Kim byli ci truciciele?! - spytał donośnym tonem Rudolf Warzecha, zerkając przy tym niespokojnie na posępnego Yurana - Skąd pochodzili i dlaczego się na nas zawzięli?!
- Obcy spoza naszej okolicy - tym razem głos zajął Anton Hayte - Poganie nieprzyjaźni słowom mesjasza, pomiot Demiurga. Ich Pneuma była nieodwracalnie skażona grzechem. Podejrzewamy, że wędrowali na zachód ku ziemiom Borkan i natrafili na nas przez przypadek, okradli korzystając z okazji. Było ich ośmioro, potwierdzały to ślady. Zabiliśmy wszystkich, ciała pożarła puszcza. Nikt nigdy się nie dowie, że tutaj byli, nikt nie pozna ich losu. Byli przeklęci przez Boga i nawet nie ważcie się ich żałować.
- Jeśli ty tak mówisz, zaufam temu osądowi - Aksiejew posłał w kierunku Antona lekki ukłon, demonstrując wszystkim swój szacunek wobec prawego na co dzień i bardzo przywiązanego do pojęcia honoru anabaptysty - Skoro musieli umrzeć, umarli i nie roztrząsajmy już tego aktu sprawiedliwości. Zamiast tego chciałbym się dowiedzieć, co zrobimy teraz pozbawieni zapasów, na kilkanaście tygodni przed jesienią.
Przysłuchujący się konwersacji ludzie zaszumieli ponownie, znów okazali swój niepokój i zdenerwowanie trącając się wzajemnie łokciami.
- Spokój! Spokój! - zakrzyknął Nikodemus podnosząc w górę rękę.
- Wiem, że nie zdążymy już zgromadzić dość żywności, by przetrwać zimę - przyznał Schiller budząc tym stwierdzeniem zbiorowy pomruk lęku - Lecz mamy z Antonem pewien plan, który zdoła nas uratować przed głodem. Zdecydowałem o zorganizowaniu wyprawy do Kociego Miasta, na borkańskie pogranicze. Wieść głosi, że to bogate ruiny, że można tam wykopać wiele artefaktów pożądanych w Osmanie i Wrocławiu. Jeśli korzystnie przehandlujemy łupy, wykupimy we Wrocławiu żywność na całą zimę.
Markus urwał na dłuższą chwilę pozwalając na to, by jego słowa dobrze zapadły w pamięć słuchaczom. Wypełniająca półmiski strawa stygła puszczona w niepamięć przez debatujących niespokojnie Koronapańczyków, wymieniających się pośpiesznie uwagami i zastrzeżeniami. Atmosfera stężała jeszcze bardziej, liczne twarze sposępniały jeszcze mocniej. Nikodemus pojął natychmiast, że nie wszystkim ze zgromadzonych propozycja Schillera przypadła do gustu.
Wiadomość o kradzieży i krwawej karze wymierzonej niedoszłym trucicielom wywołała w Koronapańczykach oczywisty wstrząs. Przez chwilę przy stołach panowała niezakłócona niczym cisza, przerwana po sekundzie gwarem zszokowanych komentarzy. Jakaś kobieta, najpewniej niezastąpiona w roli płaczki Zenobia, zaczęła lamentować donośnie, tu i ówdzie dały się słyszeć ostre przekleństwa. Tylko garstka osadników zachowała opanowanie i to oni natychmiast zwrócili na siebie uwagę obserwującego uważnie tłum sędziego.
- Mądrze mówisz, Nikodemusie - powiedziała spokojnie Oksana, stojąca u boku Piotra ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami - Richter biegle cię wykształcił w prawidłach Kodeksu. Z której strony by nie spojrzeć, zrobiliście wszystko, aby ochronić sąsiadów przed zbrodniczą śmiercią. Szkoda tylko, że wzięliście ten ciężar na siebie zamiast podzielić się wieścią z resztą Koronapanu. Ktoś mógłby pomyśleć, że podzieliliście nas na tych godnych zaufania i tych niegodnych.
- Nie chcieliśmy wzbudzić niepotrzebnej paniki - wyjaśnił natychmiast Schiller, któremu pewność siebie pięknej Skandki chyba nie była w smak - Trzeba było działać szybko i zdecydowanie. Im mniej ludzi o tym wczoraj wiedziało, tym szybciej mogliśmy zapobiec kłopotom.
- Kim byli ci truciciele?! - spytał donośnym tonem Rudolf Warzecha, zerkając przy tym niespokojnie na posępnego Yurana - Skąd pochodzili i dlaczego się na nas zawzięli?!
- Obcy spoza naszej okolicy - tym razem głos zajął Anton Hayte - Poganie nieprzyjaźni słowom mesjasza, pomiot Demiurga. Ich Pneuma była nieodwracalnie skażona grzechem. Podejrzewamy, że wędrowali na zachód ku ziemiom Borkan i natrafili na nas przez przypadek, okradli korzystając z okazji. Było ich ośmioro, potwierdzały to ślady. Zabiliśmy wszystkich, ciała pożarła puszcza. Nikt nigdy się nie dowie, że tutaj byli, nikt nie pozna ich losu. Byli przeklęci przez Boga i nawet nie ważcie się ich żałować.
- Jeśli ty tak mówisz, zaufam temu osądowi - Aksiejew posłał w kierunku Antona lekki ukłon, demonstrując wszystkim swój szacunek wobec prawego na co dzień i bardzo przywiązanego do pojęcia honoru anabaptysty - Skoro musieli umrzeć, umarli i nie roztrząsajmy już tego aktu sprawiedliwości. Zamiast tego chciałbym się dowiedzieć, co zrobimy teraz pozbawieni zapasów, na kilkanaście tygodni przed jesienią.
Przysłuchujący się konwersacji ludzie zaszumieli ponownie, znów okazali swój niepokój i zdenerwowanie trącając się wzajemnie łokciami.
- Spokój! Spokój! - zakrzyknął Nikodemus podnosząc w górę rękę.
- Wiem, że nie zdążymy już zgromadzić dość żywności, by przetrwać zimę - przyznał Schiller budząc tym stwierdzeniem zbiorowy pomruk lęku - Lecz mamy z Antonem pewien plan, który zdoła nas uratować przed głodem. Zdecydowałem o zorganizowaniu wyprawy do Kociego Miasta, na borkańskie pogranicze. Wieść głosi, że to bogate ruiny, że można tam wykopać wiele artefaktów pożądanych w Osmanie i Wrocławiu. Jeśli korzystnie przehandlujemy łupy, wykupimy we Wrocławiu żywność na całą zimę.
Markus urwał na dłuższą chwilę pozwalając na to, by jego słowa dobrze zapadły w pamięć słuchaczom. Wypełniająca półmiski strawa stygła puszczona w niepamięć przez debatujących niespokojnie Koronapańczyków, wymieniających się pośpiesznie uwagami i zastrzeżeniami. Atmosfera stężała jeszcze bardziej, liczne twarze sposępniały jeszcze mocniej. Nikodemus pojął natychmiast, że nie wszystkim ze zgromadzonych propozycja Schillera przypadła do gustu.
Spotkanie przy sarninie trwa. Markus przedstawił swój plan, ale nie wszyscy przyjęli go z aprobatą. To dobra okazja, by jacyś BG wykorzystali pięć minut sławy i wyrazili publicznie przed frontem społeczności własne zdanie. Ktoś chętny?
- A żeby tak lech-sobaka jebał Was w żopu! - wrzasnął milczący dotąd Dragan. Zerwał się na równe nogi i rąbnął pięścią w stół, aż podskoczyły półmiski. Wykrzywioną grymasem złości i wciąż pokrytą wojennymi barwami twarz obrócił w kierunku tych najbardziej niezadowolonych.
- Obcy nam zagrażali, ale nikt nie zginął. Ba! oni sami znaleźli śmierć. Dzięki czujności Markusa nie zabiła nas trucizna. To czego chcecie?! Żeby po tym wszystkim zabił nas głód?! Będziecie stać tu bezczynnie i wiecować?!
Wodził wściekłym spojrzeniem po twarzach malkonentów dysząc przy tym niczym rozjuszony byk.
Po chwili opanował gniew i spokojniejszym głosem dodał:
- Plonów więcej nie zbierzemy. Zwierzyna przetrzebiona i coraz częściej znajduję puste sidła. Nie zgromadzimy dość jadła, a zima przyjdzie szybko i będzie sroga, bo lato jeszcze, a z północy już wieją zimne wiatry...
- Silni przetrwają. Będą osłabieni, zapadną im się boki, ale będą żyć... A kto nie doczeka wiosny? Starsi... Słabego zdrowia... Dzieci... - mówiąc to patrzył w oczy tym oponentom, o których wiedział, że mają w rodzinie osoby z wymienionych grup.
- Jeśli nic nie zrobimy, ich śmierć obciąży nasze sumienia!... A ten plan jest dobry. Daje wszystkim szanse przeżycia... Więc czy się to komuś podoba czy nie, pójdę do tego zasranego miasta, choćbym miał iść sam!
Wymierzył oskarżycielsko palec w grupę, którą uznał za jądro opozycji.
- Darujcie więc sobie spory! Gdy na powrót napełnimy spichlerz, będziemy mieli całą zimę na gardłowanie...
Po tej niezmiernie długiej, jak na niego, przemowie, Dragan klapnął ciężko na ławę i ostentacyjnie zabrał się do jedzenia, pokazując tym samym, że dla niego temat jest już wyczerpany i poza dyskusją.
- Obcy nam zagrażali, ale nikt nie zginął. Ba! oni sami znaleźli śmierć. Dzięki czujności Markusa nie zabiła nas trucizna. To czego chcecie?! Żeby po tym wszystkim zabił nas głód?! Będziecie stać tu bezczynnie i wiecować?!
Wodził wściekłym spojrzeniem po twarzach malkonentów dysząc przy tym niczym rozjuszony byk.
Po chwili opanował gniew i spokojniejszym głosem dodał:
- Plonów więcej nie zbierzemy. Zwierzyna przetrzebiona i coraz częściej znajduję puste sidła. Nie zgromadzimy dość jadła, a zima przyjdzie szybko i będzie sroga, bo lato jeszcze, a z północy już wieją zimne wiatry...
- Silni przetrwają. Będą osłabieni, zapadną im się boki, ale będą żyć... A kto nie doczeka wiosny? Starsi... Słabego zdrowia... Dzieci... - mówiąc to patrzył w oczy tym oponentom, o których wiedział, że mają w rodzinie osoby z wymienionych grup.
- Jeśli nic nie zrobimy, ich śmierć obciąży nasze sumienia!... A ten plan jest dobry. Daje wszystkim szanse przeżycia... Więc czy się to komuś podoba czy nie, pójdę do tego zasranego miasta, choćbym miał iść sam!
Wymierzył oskarżycielsko palec w grupę, którą uznał za jądro opozycji.
- Darujcie więc sobie spory! Gdy na powrót napełnimy spichlerz, będziemy mieli całą zimę na gardłowanie...
Po tej niezmiernie długiej, jak na niego, przemowie, Dragan klapnął ciężko na ławę i ostentacyjnie zabrał się do jedzenia, pokazując tym samym, że dla niego temat jest już wyczerpany i poza dyskusją.
No i dla niego faktycznie nie ma dyskusji. Wszelkie próby ripostowania będzie zbywał gestami w stylu "talk to the hand", chyba, że rozmówca będzie natarczywy, to wówczas dostanie w pape. 
Tomasz "Jarl" Ordycz - dziennikarz (PBF Kl?twa Burzy)
Dragan - Polanin, klanowy my?liwy (PBF Czarny ?wit)
Tiberius - Tactical Marine of Raven Guard (PBF Cie? Ob??du)
Dragan - Polanin, klanowy my?liwy (PBF Czarny ?wit)
Tiberius - Tactical Marine of Raven Guard (PBF Cie? Ob??du)
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Milczący przez większość czasu Yuran tłumił rosnącą w sobie złość. Mieszkańcy wdawali się biadolenie i narzekanie. A to go mierziło strasznie, bo gdy on z bratem i innymi nadstawiali karku, to w osadzie tylko pokrzykiwano. Przyrzekł sobie jednak, że nie pozwoli sobie zbyt łatwo na wybuch, taki jak wcześniej. Stał więc rzucając z oczu piorunami gniewu.
Gwałtowna reakcja Dragana uspokoiła olbrzyma, bo oto dostał potwierdzenie, iż nie jest sam w swoich odczuciach. Stanął za bratem kładąc uspokajająco dłoń na jego ramieniu. Nie odezwał się jednak ni słowem, bo Dragan mówił dokładnie to, co powiedziałby samemu. Toteż ograniczył się jedynie do groźnego spojrzenia na tych, którzy mieli tyle odwagi by wejrzeć w otchłań spojrzenia Yurana.
Gdy młodszy z braci usiadł, Yuran też zwalił się na krzesło. Czekał aby orzekonać się, czy słowa Dragana przyniosą burzę i pójdą w ruch kułaki, czy też krzykacze zawrą mordy. A ręcę swędziały go niemiłosiernie...
Gwałtowna reakcja Dragana uspokoiła olbrzyma, bo oto dostał potwierdzenie, iż nie jest sam w swoich odczuciach. Stanął za bratem kładąc uspokajająco dłoń na jego ramieniu. Nie odezwał się jednak ni słowem, bo Dragan mówił dokładnie to, co powiedziałby samemu. Toteż ograniczył się jedynie do groźnego spojrzenia na tych, którzy mieli tyle odwagi by wejrzeć w otchłań spojrzenia Yurana.
Gdy młodszy z braci usiadł, Yuran też zwalił się na krzesło. Czekał aby orzekonać się, czy słowa Dragana przyniosą burzę i pójdą w ruch kułaki, czy też krzykacze zawrą mordy. A ręcę swędziały go niemiłosiernie...