[center]
Calli, Dom Bentaresh, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Niecierpliwy Xatatl zerwał się i mimo, że nie znalazł broni, ruszył dalej, a za nim jego przyjaciel, AjArdzki alchemik, hierodula a także astralny mag. Stratis już na nich czekał, na wciąż pustym, wypełnionym jedynie pyłem i nikłym światłem korytarzu. Dzierżył włócznię Tepoztopilli, której nie omieszkał dać rwącemu się do walki Xatatlowi. Poły jego siwej niczym dym opończy ujawniły natomiast przepięknej roboty AjArdzki bułat. Otrzymawszy broń stworzoną przez swych pobratymców, Khem przyjrzał się jej uważnie, wzrokiem kupca, znawcy przedmiotów i ich wartości. Zważył bułat w ręce, szybko przypominał sobie jednak o czekającym ich ponurym zadaniu przeszukania lokum Bentaresh oraz kultystów, których podobno tak chętnie chroniła. Ostrze zaśpiewało cicho, gdy wsunął je na powrót do okutej złoconymi ornamentami pochwy.
Nie minęło wiele czasu nim dotarli do solidnych drzwi. Mimo chroniących je zabezpieczeń, szybko przedostali się dalej... Drzwi rozwarły swe powoje, a zaklęcie chroniące przejście ustąpiło pod wpływem działań młodego muzyka... Wrota wychodziły na wewnętrzny dziedziniec... ich twarze omiotło ciepłe powietrze głębokiej nocy niosące zapach rosnących w pobliżu jaśminowców. Niebo było wciąż zasnute grubą zasłoną czarnych jak smoła chmur, a cienie głębokie, pochłaniające niemal bez reszty ledwo oświetlony, wewnętrzny ogród... Każde z osobna odczuło w tym momencie niepokój... zarośnięty ozdobnymi roślinami plac był całkowicie pusty. Uszy raniła wręcz wszechobecna, nienaturalna wręcz cisza. Nawet na tarasach, na których z pewnością powinni być czujni strażnicy, nie było zupełnie nikogo, ledwie głębokie cienie drzew i krzewów przywiezionych z serca dżungli...
Przeszli więc szybko... tuż pod ścianą, aby mimo wszystko być niewidocznym dla ewentualnego przeciwnika. Zagłębili się w złowrogą, lepką ciemność domu Bentaresh Ammenofre. Cisza trwała jednak nadal... Nie słyszeli żadnych kroków, ani głosu, który mógłby należeć do któregoś z domowników lub, co gorsza, kultystów. Coś, co zdawało się ledwie odczuwalnym wrażeniem dla świadomości, zalało ich nagle i nieubłaganie, weszło niczym nóż przeszywający delikatną skórę. Silny fetor... przyprawiający o mdłości odór... zapach wszechobecnej krwi... silniejszy niźli w świątyni podczas święta ku czci Niath... Wężowe oczy Ah-saa-braxa dostrzegły w duszącej ciemności ślady... z początku niewiele... plamy, rozbryzgi ciepłej jeszcze posoki... na kamiennej posadzce, na ścianach... w mdłym świetle pomarańczowawych kryształów, które niczym poczwarki przylegały do ścian dalszej części korytarza, widzieli rozrzucone stojaki na broń, pozostawiony rynsztunek, szczątki skrzyń, a w końcu... ciała... Coś, co zdawało się z daleka kolejnym ze zniszczonych przedmiotów, było ciałem strażnika... mężczyzny w kwiecie wieku, którego tors był rozdarty wpół. Jego twarz była wyciągnięta... kąciki ust zmarszczone i rozwarte niczym w makabrycznym uśmiechu... Grymasie wyrażającym obłąkańczą radość lub... rozrywający strukturę umysłu strach...
[center]

[/center]
Strażnik zginął nagle... nie zdążył nawet dobyć broni... Khem odwrócił trwożnie głowę... a jego ciało przeszedł zimny dreszcz. Widział jego oczy... oczy mężczyzny rozprutego, rozerwanego przez coś, co nie mogło być zwykłym orężem... białka wywrócone były w górę... oczy kierowały się do wewnątrz czaszki... podążając ze szaleństwem, za tym, co pomieszało mu zmysły... i nie ochroniła go zbroja, której skórzane strzępy okalały klatkę piersiową na podobieństwo drugiej skóry...
Oddalali się od widoku, który nie powinien mieć miejsca... nie pod dachami Calli... nawet nie na arenie gladiatorów... miejscu walki, śmierci najgorszych przestępców, zakapiorów i morderców. Gdy podążyli korytarzem dalej, zdawałoby się, jakby ich własne cienie powiększyły się niemal osaczając. Krew... martwy strażnik, pozostał daleko za nimi, a jednak... woń krwi była coraz silniejsza... wdzierała się w nozdrza i tylko siłą woli mag powstrzymał narastające mdłości...
Znaleźli się przed wejściem do pomieszczenia zasnutym kotarą z drobnych koralików. Oczy Ah-saa-braxa dostrzegały liczniejsze plamy ciepła, jasne rozbryzgi na tle kamiennego lica ścian... krew... posoka znaczyła posadzkę, ściany, resztki czegoś, co było kiedyś meblami... To zaś, co wzięli początkowo za szklane ozdoby kotary... było krwią... jeszcze świeżą, pulsującą ciepłem... krzepnącą...
Ehecatlem napiął mięśnie i cicho przygotował broń do natychmiastowego ataku. Cisza... całkowita cisza otaczała ich jednak nadal... Xatatl przeszedł pierwszy... do pomieszczenia pogrążonego w czerwonawym cieniu... Paladyn podążył za swym przyjacielem, jego nagie ramiona otarły się o sznury kotary pozostawiając na ramionach wojownika szkarłatne smugi.
[center]Podkład:
https://www.youtube.com/watch?v=FZxGgSR ... F&index=14[/center]
Jasne plamy, rozbłyski pulsującego ciepła... wężowe oczy złodzieja dostrzegały wszędzie ciepło... ciepło krwi, rozdartych tkanek, skóry, pokrytych posoką kości... Zamrugał i rozejrzał się po pomieszczeniu... Duże, kwadratowe... było jeszcze niedawno elegancką jadalnią... pokojem dziennym... teraz jednak... w zdławionym świetle pojedynczych kryształów, było sceną rzezi... Na rogach majestatycznych zwierząt z dżungli Orefun... drachymii, taunów koronnych, oseczników plamistych... wisiały ciała... nabite... przebite na wylot, zawieszone jak pacynki... kukiełki zerwane ze sznurków, nieprzydatne... Część ciał leżała również na posadzce... w kałuży krwi, resztkach cennych materii i miękkich dywanów pokrywających ongiś podłogę... Strażnicy... w większości mężczyźni w sile wieku... ledwie garstka miała szczęście zginąć od oręża... Lenja'kare wyglądający na adepta, w swej brunatnej od krwi szacie... był rozerwany w pół... a jego twarz wykręcona w grymasie wyrażającym skrajny lęk...
Xatatl poszedł w głąb pomieszczenia... przyglądał się bacznie ciałom poległych... przystanął i pochylił się jakby coś dostrzegł... nagle gwałtownie odchylił się niczym rażony jednym z najgorszych możliwych widoków... Splunął z obrzydzeniem na coś, co przypominało resztki pokryte czarną mazią i miękką, rozpuszczoną tkanką. Coś, po czym zostały ledwie ostre sztylety żeber...
- Przeklęty psie... niech twoja plugawa dusza nie zazna spokoju! - wyszeptał jadowicie tiba.
Nim zdążyli zbadać dokładnie miejsce kaźni, usłyszeli wrzask... Nie, nie wrzask, lecz okrzyk... silny, męski głos kogoś stającego do walki... i szczęk oręża...
Nim ktokolwiek zdążył zareagować, Xatatl zerwał się na równe nogi. Nie czekał, nie zwlekał ani chwili. Puścił się pędem w kierunku, z którego dochodził głos...
Nie znaleźliście do tej pory nic wartościowego. To pomieszczenie, tak jak i inne, które wcześniej przeszliście, jest zniszczone -połamane meble, zdemolowane kufry i skrzynie. W tym dużym pomieszczeniu jest łącznie kilkunastu zabitych mężczyzn. Większość wygląda na strażników posiadłości, lub innych zbrojnych, ale są też dwie osoby wyglądające na adeptów. Jest też coś, co przypomina resztki, które zostały z kultysty w składziku Khema.
Okrzyk i szczęk oręża dobiegł z kierunku przed wami, z przejścia dalej. Mężczyzna, do którego należał glos, może być oddalony od was ok. 15 m. Napiszcie, co robicie w tej sytuacji.
Grafika mojego autorstwa.