[offtopic]Wszelkie podobieństwa pomiędzy postaciami występującymi na niniejszym portalu a poniżej są... jak najbardziej zamierzone.
Jednak żadna część z poniższego tekstu nie ma na celu urażenia czyichkolwiek uczuć, wyśmiana ani obrażenia, kogokolwiek, czegokolwiek... etc.[/offtopic]
Ciemność objęła w posiadanie cały świat. Oko wykol. Słabe światła rzucane przez trzymane w dłoniach oświetlenie tylko jako tako dawało rozeznanie w drodze. Szli już długo ze swego Koronapanu. Mieli szczytny cel lecz teraz, biorąc pod uwagę okoliczności nie byli już pewni czy dadzą radę. Czy nie zwiodą. Nagle gdzieś z przodu błysnęło światło. Jakby z domostwa jakiegoś. Po chwili brnięcia w zupełnej ciemność, gdzie ni materia ni duch zdawały się nie istnieć dotarli do wrót. Mechanik walnął parę razy pięścią w drzwi.
Naraz drzwi się rozwarły i stanęła w nich ponad dwumetrowa postać posiadająca dodatkową parę ramion poniżej pierwszej.
- A niech mnie, jednak dobrze słyszałem że ktoś się znowu tłucze. - rzucił malauk. - Witamy w karczmie pod Pandorianką. No, nie gapcie się tak tylko właźcie do środka bo śniegu nachodzi. I mam nadzieję, że ostatni bo od tego ciągłego otwierania wrót już mnie wszystkie członki bolą.
- Ty to akurat o członkach nie powinieneś się wypowiadać. - Rzucił czarnoskóry lekarz i spojrzał raz jeszcze na interaktywne diagramy Mr Studa szukając opcji jak wyłączyć pewien feler który się wkradł przy instalacji cybernetyki. Obok stała sprytnie odnowiona torba lekarska Trauma Teamu, w której prawie nie było widać śladów po serii pocisków typu AP.
- A niech mnie... - powiedział jeden z wędrowców, zdejmując z nabożną czcią czapkę. Przez chwilę miętosił ją w dłoniach, nie mogąc wypowiedzieć słowa, wobec osobliwości jakie widział. Aż w końcu wypalił - Toż to chyba sam Wrocław jest!
- Raczej nie. - Powiedział zniesmaczony brakiem tak elementarnej wiedzy wytworny Mag Wzorca i wrócił do rozmowy z fixerem. Kolorowe, nienagannie ułożone tech-włosy młodziana i błysk białych zębów towarzyszyły mu w handlu. W dłoniach miał nawiasem mówiąc, mocno przechodzony smartfon Hjundaja. Taniej podróbki markowego sprzętu, którą miał nadzieję szybko opchnąć za pełną najprawdziwszych złotych monet sakiewkę przy pasie czarodzieja.
- O widzisz kolego, tak się sprawdza pogodę. A tutaj możesz odpalić stronę z gorącymi dziewczynami... takimi wiesz... - Uśmiechem fixer zignorował brzęczącą w tyle głowy informację, że z zasięgiem może być cienko, no i bateria długo nie wytrzyma na pustyniach.
- No co tak stoicie. - Powiedział malauk i położył przyjacielską dłoń na ramieniu każdego z czterech wędrowców. Na raz.- Idźcie się napić do baru. Dzisiaj samoobsługa. Pewnie znacie tego tłustego, łysego karczmarza który jest niemal w każdym lokal? Otóż w święta on zawsze bierze urlop. W ciągu roku, gra w tylu sesjach u tylu różnych MG na raz , że kosi gażę wyższą niż Lewandowski. Nie pytajcie mnie kim że jest ów Lewandowskki, pewnikiem mag jakowyś. Zatem w święta zawsze wszystko na jego koszt. Ja tylko pilnuję biznesu żeby nie było rozrób, wiec bez numerów.
Czteroręki wykidajło delikatnie popchnął nowych gości w stronę baru. Minęli kolejne dwie sylwetki rozmawiające ze sobą.
- Więc odmawiacie panie sojuszu? - zapytał paladyn, błogosławiony syn Holis.
- Obawiam się drogi przyjacielu, że wielki Orioni nie będzie mógł liczyć na pomoc Dziedzica - Powiedział gładko i z uśmiechem Seneszal. Położył uprzejmie rękę na świętym mężu i rozejrzał nerwowo dookoła. Nie lubił zostawać bez ochrony, wróg mógł być wszędzie. - Otóż użycie baterii tak strasznej siły mogło by zrównać zarówno oblegających Calli ale za jednym zamachem i połowę miasta... To jest właśnie przyczyna, a nie...
Przedzierali się dalej. Dotarli do baru i zasiedli na stołkach. Obok nich siedział ciemnowłosy jegomość o smagłej cerze.
- Pierwszy raz tutaj? - zagaił. A kiedy potwierdzili z wyraźny obrzydzeniem spojrzał na wyciągniętą dłoń. Egipcjanin nie lubił się witać. Ale tego dnia zdobył się na uprzejmość i wyciągnął ubraną w białą gumową rękawiczkę dłoń. Nie lubił gdy ktoś go dotykał, a samo wyobrażenia kontakt jego skóry z czymś lub kimś zewnętrznym budziło w księgowym dreszcz obrzydzenia. Niechęć przykrył niezdarnym uśmiechem.
- Daj spokój chłopakom, jeszcze nic nie wiedzą - powiedział siedzący obok niego Trejo i wrócił do filozoficznej rozmowy o naturze białkowców z siedzącym nieco dalej tech-kapłanem. Ten drugi szarpnął szkarłatnym, przydługim płaszczem, który znów ktoś przydepnął.
- Hej uważaj czym ciągasz, ja tu leżę... - warknął wylkołek.
- Przepraszam ale czy ktoś widział mój pierścień. Halo! - powiedział przedzierając się łokciami przez tłum Hobbit. - Kurde, zapiłem wczoraj z kumplami budzę się i go nie mam. Świetna się niedługo skończą a ja muszę go mieć. Mój jedyny, ssskarb. Pomóżcie koledzy, proszę. Ja po prostu muszę go gdzieś pilnie wrzucić. - zakończył łamiącym się głosem.
Ravnoski król złodziei zagwizdał na dźwięk tych słów swoją ulubioną sutrę i zacisnąwszy dłoń schowaną w kieszeni na pewnym, przypadkowo znaleziony, przedmiocie szybko oddalił się w drugi kąt izby do swoich. Wampiry objęły bowiem swym posiadaniem strategiczny punkt, to jest obszar choinki z leżącymi u jej stóp prezentami. Kilku knuło nowe spiski. Dwoje odciągało uwagę a reszta na niewidoczności rozpakowywały i podmieniał prezenty, zmieniając tym samym losy odwiecznego Jyhadu. Ciężki bolter właśnie powędrował pod nazwisko młodego nieznanego jeszcze bliżej Ventrue, który miał tendencję do zaciągania angielskimi zwrotami. Uwagę od niecnych knowań odciągały dwie osoby. Jeden w koloratce ciągnący długi monolog na temat fundamentalnej roli choinki w chrześcijaństwie. I czarnowłosa piękność, która zdawała się przyciągać wzrok więcej niż połowy bywalców lokalu. Lasombra uśmiechała się delikatnie kontestując zawartość swego pucharu.
- Suka... - sykneła zabójczyni na ten widok do dwóch operatorów inkwizycji. Powiedziała tak częściowo z obrzydzenia ale w dużej mierze również z typowej dla niektórych kobiet zawiści. - Jak by nie ten pilnujący ich Assamita, skryty tam w ciemnym kącie choinki, pomiędzy bombkami, to już dawno zadałbym im twarde pytanie czy mają stosowne zezwolenia ze świętej Terry. Pamiętajcie jakby broili to wzywamy wsparcie... - ciągnęła konspiracyjnym tonem, spoglądając ze słabą nadzieją na siedzącą bardzo daleko od nich grupę marines. Nie była pewna swego planu. Jeden zakonnik, ten najgrubszy nie dość bowiem że wypił i zjadł za czterech to jeszcze przyszedł "po cywilnemu". Czyli bez pancerza i o zgrozo, w prowokacyjnej czarnej koszulce z napisem Hells Angels...
- Niech strzeże! - krzyknęło kilka podchmielonych głosów wydobytych z masywnych żołnierskich gardeł, modyfikowanych genetycznie zakonników. Huknęły puchary z piwem.
Niniejszym tekstem chciałem jak co roku, na swój pokrętny sposób życzyć wszystkim portalowiczom
WESOŁYCH ŚWIĄT a innowiercom w staropolski sposób do siego roku!
Ps. Zapraszam chętnych Mistrzów Gry do subtelnego dopisywania dalszych fragmentów życzeń.
