[center]Calli, rzeka Ivit, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Bentaresh ruszyła wpław wykazując chyżość ruchów, zadziwiającą u tak szacownej damy. Ah-saa-brax nie poświęcił jej jednak uwagi. Łódź tonęła szybko, pogrążając się w ciemnej toni. Zanim jednakże wody Ivit skryły ją na zawsze, złodziej zdołał dosięgnąć leżącej na dnie, ozdobnej tuby na zwoje. Czym prędzej wpakował ją do torby, którą odebrał swej poprzedniej ofierze. Po czym, nie tracąc czasu ruszył wpław z powrotem.
Szczęście musiało się do niego uśmiechnąć tego poranka, gdyż najwyraźniej nikt z mieszkańców miasta nie zauważył zatonięcia łodzi. Mimo to płynął głownie pod wodą, wynurzając się tylko dla zaczerpnięcia oddechu. Trasa w górę rzeki okazała się cięższa niż przypuszczał. Silnu nurt znacznie spowalniał go, a przewieszona przez plecy torba ciążyła niemiłosiernie. Wkrótce ból ramion stał się nieodłącznym elementem każdego kolejnego ruchu. Złodziej zacisnął zęby starając się zignorować tę niedogodność. Czuł, że coraz trudniej jest mu utrzymać kontrolę nad oddechem. Ukryta przystań była jednak już blisko. I choć zdawało mu się, że te ostatnie kilka metrów nigdy się nie skończą, jego palce chwyciły wreszcie przegniłą drabinkę. Ostatnim wysiłkiem wspiął się na pomost i uklęknął, opierając się na rękach. Przez chwile był w stanie jedynie łapać oddech, obserwując bezmyślnie wodę kapiącą na deski. Czuł, jak drżą mu mięśnie. Dopiero po chwili dotarło do niego, że ktoś coś mówi:
- Gdzieś ty się podziewał!? Mam nadzieję, że masz dobre wytłumaczenie na swój obecny stan? - Syn Słońca stał nad nim, lustrując dokładnie strój Stratisa.
- Zabiłem... Kapłana... - wychrypiał Sa.
- Co?
Złodziej odchrząknął, splunął wodą i spróbował jeszcze raz.
- Zabiłem kapłana - tym razem wyszło lepiej i Syn Słońca zdołał dosłyszeć te słowa przez śpiewny szum rzeki.
- Jak to? Sam? - zapytał Ehecatlem, nie kryjąc zaskoczenia.
Sa skinął tylko głową. Jedną ręką zrzucił z pleców płócienną torbę. Upadła na deski z solidnym łupnięciem. Złodziej przesunął ją w stronę wojownika. Najwyraźniej nie miał nawet siły jej podnieść.
- Mam zwoje - powiedział. - I coś jeszcze... Skrzyni nie widziałem...
- A Bentaresh?
Stratis drżącą ręką odgarnął włosy z twarzy, zostawiając na skórze pasmo brązowo-zielonego szlamu, pochodzącego najpewniej z desek przystani. Potrząsnął głową.
- Uszła - odrzekł. - Nie miałem dużo czasu. Łódź szła na dno. Zwoje były ważniejsze.
- Cóż... co się stało, już nie wróci, jak mniemam - rzekł filozoficznie Paladyn. - Pozostaje nam w takim razie wrócić do pozostałych, może wymyślili jakiś sposób na pomoc dzieciom. A, i byłbym zapomniał - ubierz się proszę, nie chcemy, by wszyscy wiedzieli, na jakich instrumentach grasz najczęściej, prawda? - to mówiąc Ehecatlem puścił porozumiewawcze oko w stronę Xatatla.
- Ta, jasne... - mruknął złodziej, zbierając się z desek. Nadal nie czuł się najlepiej, ale przynajmniej był w stanie wstać. Przeszedł ku wejściu do piwnicy i usiadł, opierając się o ścianę.
- Dajcie mi tylko chwilę, Aru, muszę złapać oddech... Nurt w tej rzece jest cholernie wartki. Kiepsko się pływa z tymi klamotami...
Dla każdego kto w tym momencie jest na pomoście: Straris normalnie nosi na sobie zszarzałe, wytarte ponczo i znoszony turban. W tej chwili natomiast jest odziany w doskonale dopasowaną zbroję z węża morskiego. Za pasem ma dziesięć świetnie wyważonych noży do rzucania, ponadto przy boku czakram i długi sztylet. Cały ten sprzęt wygląda bardzo profesjonalnie i bynajmniej nie należy do najtańszych. Do każdego z obserwatorów dotrze, że być może artysta nie jest tak niewinny, jak się wydaje.
W każdym razie Sa odpocznie jakieś 5 minut i zarzuci na siebie ponownie łachy, które nosi zwykle.
Post napisany ze Zmarłym (kurcze, ależ to mrocznie brzmi!).