PBF - Pierwsza Przygoda Reinhardta bez Reinhardta
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
- Jakże puste i zimne jest to miejsce, nie ma w nim nic czym można było oko nacieszyć, nic czym pierś wypełnić i nic co serce mogło by wypełnić. Rozpacz i pustka, bez ciebie... - wypowiedziała drżącymi ustami szlachcianka. Wzrok miała pusty, taki jaki Siwy zwykł widzieć w ludziach którzy stracili wszystko, rodzinę, dom, dobytek, sens wszelaki.
- Na bogów błagam! - ryknęła Ardiela ze zgrozą. - Pomóżcie jej wszak umiera. Czy nie widzicie?! - To mówiąc uniosła się z kolan, jedynie po to by przejściu kilku kroków znów na nie runąć. Tuż przed Siwym.
- Błagam, pomóżcie dzielny panie. Jego porwali. Pachołka z wieścią przysłali, że jak okupu pani nie zapłaci do jutra wieczór, to do poranka Tan Juel nie dożyje. Ratujcie panicza! - uczepiła się szat Siwego obiema rękoma i z taką siłą nim szarpała, że z rannego ramienia z białych bandaży wnet szkarłat się jeden zrobił.
Rządca poruszył grubymi wąsami w nerwowym tiku, czekając na odpowiedź przybyszów.
- Na bogów błagam! - ryknęła Ardiela ze zgrozą. - Pomóżcie jej wszak umiera. Czy nie widzicie?! - To mówiąc uniosła się z kolan, jedynie po to by przejściu kilku kroków znów na nie runąć. Tuż przed Siwym.
- Błagam, pomóżcie dzielny panie. Jego porwali. Pachołka z wieścią przysłali, że jak okupu pani nie zapłaci do jutra wieczór, to do poranka Tan Juel nie dożyje. Ratujcie panicza! - uczepiła się szat Siwego obiema rękoma i z taką siłą nim szarpała, że z rannego ramienia z białych bandaży wnet szkarłat się jeden zrobił.
Rządca poruszył grubymi wąsami w nerwowym tiku, czekając na odpowiedź przybyszów.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
Ardielo, Siwy spojrzał na nią ojcowskim wzrokiem. Jesteśmy tu by pomóc Twojej Pani. Weź Burgę na zewnątrz, opowiedz mu co się stało. Do pachołka go zabierz niech relacje zda. Siwy spojrzał na półorka błagalnym wzrokiem wskazując oczami na klęczącą przed nim służkę.
Moja droga Pani - zwrócił się bezpośrednio do szlachcianki. Czy zechciałabys powiedzieć, kto to uczynił i gdzie? Mówiąć spokojne Siwy podchodził coraz bliżej kobiety w czerni patrząc ciagle w oczy. Powiedz nam przez co twa dusza cierpi? Może słysząłaś dżwięki strumyka, albo odgłos kopyt uderzajacych o kamienie?
Moja droga Pani - zwrócił się bezpośrednio do szlachcianki. Czy zechciałabys powiedzieć, kto to uczynił i gdzie? Mówiąć spokojne Siwy podchodził coraz bliżej kobiety w czerni patrząc ciagle w oczy. Powiedz nam przez co twa dusza cierpi? Może słysząłaś dżwięki strumyka, albo odgłos kopyt uderzajacych o kamienie?
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
mastug
- Reactions:
- Posty: 1708
- Rejestracja: 03 grudnia 2009, 23:24
- Has thanked: 22 times
- Been thanked: 15 times
Starzec szukał drżącą ręką postaci rządcy. Gdy wyczuł jego ramię schwycił go za łokieć. Trzymając się go niczym przewodnika podążył za nim zagajając rozmowę.
- Panie rządco - zaczął uniżonym tonem - wybaczcie starcowi zuchwałość , ale to jedyna sposobność aby porozmawiać z trzeźwo myślącym mężem, a musim wiedzieć co zaszło żeby móc pomóc.
- Wy Panie pewnikiem wszystko wiecie i wyłożyć możecie w żołnierskich słowach co tu się stało.
- Jaki okup ? Czego chcą ? Kto chce? I gdzie ów okup trza dostarczyć? - ślepiec sypał pytaniami
- Kim jest szlachcic o którym wspominała Pani , czy stosownym będzie o ich zażyłość pytać? Czy ojciec Pani przychylny temu ?
- Dlaczego do Pani tego zamku ktoś o okup wystąpić śmiał, przecież to nie rodzina a ino znajomość zażyła - a przynajmniej taką, na pierwszą myśl, zdaje się być ?
Starca martwiło , że może to być tylko fortel aby uszczknąć szlacheckiego majątku wykorzystując słabość kobiecą i ograniczony rozum gdy pod wpływem daru Arianny się znajdowały. Zbyt mało wiedział jeszcze aby sądy mógł snuć. Nie mówił jednak nic gdyż dopiero odpowiedzi rządcy mogły rzucić choć trochę światła na całą sprawę.
- Panie rządco - zaczął uniżonym tonem - wybaczcie starcowi zuchwałość , ale to jedyna sposobność aby porozmawiać z trzeźwo myślącym mężem, a musim wiedzieć co zaszło żeby móc pomóc.
- Wy Panie pewnikiem wszystko wiecie i wyłożyć możecie w żołnierskich słowach co tu się stało.
- Jaki okup ? Czego chcą ? Kto chce? I gdzie ów okup trza dostarczyć? - ślepiec sypał pytaniami
- Kim jest szlachcic o którym wspominała Pani , czy stosownym będzie o ich zażyłość pytać? Czy ojciec Pani przychylny temu ?
- Dlaczego do Pani tego zamku ktoś o okup wystąpić śmiał, przecież to nie rodzina a ino znajomość zażyła - a przynajmniej taką, na pierwszą myśl, zdaje się być ?
Starca martwiło , że może to być tylko fortel aby uszczknąć szlacheckiego majątku wykorzystując słabość kobiecą i ograniczony rozum gdy pod wpływem daru Arianny się znajdowały. Zbyt mało wiedział jeszcze aby sądy mógł snuć. Nie mówił jednak nic gdyż dopiero odpowiedzi rządcy mogły rzucić choć trochę światła na całą sprawę.
Ostatnio zmieniony 28 marca 2017, 00:36 przez mastug, łącznie zmieniany 1 raz.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Eithart wiedział, że na miłosne kłopota nie będzie potrafić pomóc, bo ot co serce nie sługa. Ale już na tarapaty takowe, że szlachcica dla okupu wzięto mógł coś zaradzić. Uważnie spojrzał z ukosa na rządce, bo nie podobało mu się zachowanie jego. Albo bronił pani swej, myśląc, że obcy nic nie wskórają jeno z trzosa ograbią, albo sam stał za porwaniem. Jeno kim był ten szlachcic. Jeśli miejscowy jakiś, to sprawa gardłowa była, ale jeśli szarak znikąd, to równie dobrze mógł być z niego taki tan jak z Eitharta książe i wcale by się nie zdziwił, gdyby sam swe porwanie zaaranżował aby złoto zdobyć.
Było zatem kilka hipotez do sprawdzenia, na razie jednak Eithart zamiar miał odpowiedzi rządcy wysłuchać i potem w spokoju działać. Będzie on trop mylił? Może w zeznaniach się gubił? A może wyłuska wszystko jak należy?
No i należało jeszcze białogłową uspokoić nieco, bo jeszcze gotowa była zejść z tego świata ze denerwacji:
- Nie frasuj się Pani. Odnajdziemy twojego lubego.
Było zatem kilka hipotez do sprawdzenia, na razie jednak Eithart zamiar miał odpowiedzi rządcy wysłuchać i potem w spokoju działać. Będzie on trop mylił? Może w zeznaniach się gubił? A może wyłuska wszystko jak należy?
No i należało jeszcze białogłową uspokoić nieco, bo jeszcze gotowa była zejść z tego świata ze denerwacji:
- Nie frasuj się Pani. Odnajdziemy twojego lubego.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Dobry stary Siwy. Niech mu Gorlam wynagrodzi za dobroć serca i intencji. Taki druh to i bitki i do wypitki.
Takie to myśli przeleciały przez głowę półorka, gdy tylko usłyszał, że z młódką ma się oddalić.
- Tak mój starszy kompan dobrze rzecze. Nie ma co uszu szlachcianki na bolesne pytania narażać przeto przejdźmy na dziedziniec, bo my i tak musimy je zadać i poznać na nie odpowiedź. Im dokładniej na nie odpowiesz tym większa szansa naszej interwencyji być musi. - łowca starał się mówić łagodnie i spokojnie ale rzeczowo.
- Zatem chodźmy w jakieś ustronne miejsce. Opowiedz mi wszystko dokładnie i ze szczegółami...
Do MG
Takie to myśli przeleciały przez głowę półorka, gdy tylko usłyszał, że z młódką ma się oddalić.
- Tak mój starszy kompan dobrze rzecze. Nie ma co uszu szlachcianki na bolesne pytania narażać przeto przejdźmy na dziedziniec, bo my i tak musimy je zadać i poznać na nie odpowiedź. Im dokładniej na nie odpowiesz tym większa szansa naszej interwencyji być musi. - łowca starał się mówić łagodnie i spokojnie ale rzeczowo.
- Zatem chodźmy w jakieś ustronne miejsce. Opowiedz mi wszystko dokładnie i ze szczegółami...
Do MG
Spoiler!
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
- Zimny jak mróz grobowiec dla niego i dla mnie jest pisany. Skoro tak ma być niechże się stanie. Ale jeśli jest choć cień szansy, choćby i cień cienia tedy proszę uratujcie mego miłego. - Tani zwróciła błagalne spojrzenie wilgotniejących od łez oczu na grupę śmiałków.
- Pani, nie pogrążaj się tak już w smutku, to są bohaterowie zdolni ocalić od zguby. Nie marniej, kiedy ratunek tak blisko - rzuciła Ardiela. - Chodźmy, pomówim na dziedzińcu.
- A ja w ciemności będę trwać, do ciemności oczy me przyzwyczaję, bo nie wiele czasu mi zostało na tym świecie.
- Pani, posłuchaj Ardieli i nie róbcie głupot. Zrobimy wszystko by sytuację... wyprostować jak należy - powiedział niezgrabnie rządca i rozwierając ręce jakby chciał zgarnąć wszystkich do wyjścia dał do zrozumienia, że audiencja skończona.
Dzień był jasny. Prawie bezchmurne niebo i ciepły wiosenny wiatr musnął lica wędrowców jak tylko stanęli na dziedzińcu. Kiedy wyszli na zewnątrz, rządca przystąpił do pilnującego oręża woja.
- Zabierz broń panów do oberży i powiedz niech przyszykują strawy dla gości.
Ardiela tymczasem szczebiotała jak najęta. Jej słowotok przerywał tylko co chwila Burga kierując myśli kobiety na właściwe tory, kiedy nieco się zbaczały w mniej jasnym kierunku.
- Kim jest ów porwany szlachcic? - spytał półork.
- Tan Jule, to zacny i szlachetny pan. O nienagannych manierach, mistrz lutni i poezji, takiej no... śpiewanej, o szafirowych oczach, kruczoczarnych włosach i głosie jak miód który...
- Od jak dawna zna się ze szlachcianką?
- Ojj, już długo. Będzie już prawie... ze cztery dni. Przyjechał na takim łaciatym koniku, podobno prosto z samej Gasty. Śpieszył się na ten, jak mu tam konkurs ale kiedy zobaczył naszom paniom to mu serce mocno zabiło i godzinami pod oknem jej śpiewał.
- Z jakiego rodu się wywodzi?
- Z Gastyjskiego na pewno, jakiegoś godnego. Zrazu po postawie poznać można. - rzuciła absolutnie przekonana Ardiela.
- Co sądzą o nim rodzice szlachcianki?
- Nasza szlachetna pani ma jeno ojca. Matka zmarła z konia spadając. Lata temu. Zaś ojciec, a nasz zacny pan wyjechał ze zbrojnymi z pięć dni... nie sześć! Sześc dni temu. Chłopów co zaginęli pojechał szukać.
- Powinien już być - rzucił zasępiony rządca. - Jak ich po lasach nie znajdzie to do Tobu miał pojechać o swoje się upomnieć. A bo to już nie raz ludzie tam na traktach znikają. Przeklęta kopalnia. Tfu! Nikt słowa nie mówi bo Reiwaldowe ale nasz pan nie taki. O swoich pamięta i karku nie zgina łatwo choćby i przed silniejszym. Od dziadka co to poczwarę ubił w ruinach i kasztel założył, wszyscy z rodu tak mają - skończył z dumą.
- Kiedy doszło do porwania?
- Wczoraj rano nie zbudził ów piękny mąż śpiewem. To zrazu żeśmy się połapali, że coś nie tak... Potem chłopiec przyszedł co u młynarza robi, mówił że przy strumieniu go dwóch czarnych jak noc zdybało i kazali mu do kasztelu bieżyć i powiedzieć. Że jak sto katanek do końca miesiąca Pani nie zapłaci, jak nie przyjedzie samojedna do starych ruin to... to po nim.
- Jak doszło do porwania?
- Tego nie wiemy - Powiedziała Ardiela.
- Kto może być porywaczem?
- Pewno siły jakie nieczyste. Co młodym zawsze na drodze stają, nim na ślubnym kobiercu....
Ardieli w słowo wszedł rządca.
- Bracia Kelerowie - wypalił kwaśno. - Smolili oni cholewki do naszej pani ale jak ich raz i drugi zbyła, głodupców jednych, tfu! To zrazu pewnie pomiarkowali, że za wysokie progi o ograbić poplanowali. I tu jest problem. Bo choć nicponie to i zawadiaki, to wielu ich ojciec ma popleczników wśród szlachty. Dzielny to był i odważny pan, nim nogę stracił i po lasach się zaszył jak dziki jaki. Szkoda, że synowie, tfu, się w niego nie wdali. Trzeba by tedy jako delikatnie to rozwiązać, co by na kasztel insze nieprzyjemności nie spłynęły. Dość już nam tych problemów co mamy.
- Trzeba go odnaleźć! Ratujcie Tanowie, szykujcie wyprawę. Pomogę ile bede mogła.
- Najpierw to niech zjedzą i pomyślą - rzucił chłodnawo rządca. - Po takim łapu capu nic dobrego nie będzie. Podumać trzeba na spokojnie. A nie tak... - zamlaskał. - Chodźcie panowie bo już od tego plucia całkiem żem ślinę stracił i przepłukać gardło kufelkiem się należy.
Chwilę później dotarli do oberży, niskiej budowli gdzie łatwo głową o powałę było uderzyć. Prosta ta gospoda przystrojona ziołami i czosnkiem już ode drzwi uderzyła nozdrza przyjemną wonią gęstej zupy z agawy na skwarkach gotowanej, co się w kotle zawieszonym na łańcuchu nad ogniem podgrzewała właśnie. Przysiedli do stołu w oczekiwaniu lecz nim miski ze strawą dotarły, szurnął po stole rząd drewnianych kufli napełnionych po brzegi chłodnym a w smaku nieco zbyt ziołowym piwem.
- Pani, nie pogrążaj się tak już w smutku, to są bohaterowie zdolni ocalić od zguby. Nie marniej, kiedy ratunek tak blisko - rzuciła Ardiela. - Chodźmy, pomówim na dziedzińcu.
- A ja w ciemności będę trwać, do ciemności oczy me przyzwyczaję, bo nie wiele czasu mi zostało na tym świecie.
- Pani, posłuchaj Ardieli i nie róbcie głupot. Zrobimy wszystko by sytuację... wyprostować jak należy - powiedział niezgrabnie rządca i rozwierając ręce jakby chciał zgarnąć wszystkich do wyjścia dał do zrozumienia, że audiencja skończona.
Dzień był jasny. Prawie bezchmurne niebo i ciepły wiosenny wiatr musnął lica wędrowców jak tylko stanęli na dziedzińcu. Kiedy wyszli na zewnątrz, rządca przystąpił do pilnującego oręża woja.
- Zabierz broń panów do oberży i powiedz niech przyszykują strawy dla gości.
Ardiela tymczasem szczebiotała jak najęta. Jej słowotok przerywał tylko co chwila Burga kierując myśli kobiety na właściwe tory, kiedy nieco się zbaczały w mniej jasnym kierunku.
- Kim jest ów porwany szlachcic? - spytał półork.
- Tan Jule, to zacny i szlachetny pan. O nienagannych manierach, mistrz lutni i poezji, takiej no... śpiewanej, o szafirowych oczach, kruczoczarnych włosach i głosie jak miód który...
- Od jak dawna zna się ze szlachcianką?
- Ojj, już długo. Będzie już prawie... ze cztery dni. Przyjechał na takim łaciatym koniku, podobno prosto z samej Gasty. Śpieszył się na ten, jak mu tam konkurs ale kiedy zobaczył naszom paniom to mu serce mocno zabiło i godzinami pod oknem jej śpiewał.
- Z jakiego rodu się wywodzi?
- Z Gastyjskiego na pewno, jakiegoś godnego. Zrazu po postawie poznać można. - rzuciła absolutnie przekonana Ardiela.
- Co sądzą o nim rodzice szlachcianki?
- Nasza szlachetna pani ma jeno ojca. Matka zmarła z konia spadając. Lata temu. Zaś ojciec, a nasz zacny pan wyjechał ze zbrojnymi z pięć dni... nie sześć! Sześc dni temu. Chłopów co zaginęli pojechał szukać.
- Powinien już być - rzucił zasępiony rządca. - Jak ich po lasach nie znajdzie to do Tobu miał pojechać o swoje się upomnieć. A bo to już nie raz ludzie tam na traktach znikają. Przeklęta kopalnia. Tfu! Nikt słowa nie mówi bo Reiwaldowe ale nasz pan nie taki. O swoich pamięta i karku nie zgina łatwo choćby i przed silniejszym. Od dziadka co to poczwarę ubił w ruinach i kasztel założył, wszyscy z rodu tak mają - skończył z dumą.
- Kiedy doszło do porwania?
- Wczoraj rano nie zbudził ów piękny mąż śpiewem. To zrazu żeśmy się połapali, że coś nie tak... Potem chłopiec przyszedł co u młynarza robi, mówił że przy strumieniu go dwóch czarnych jak noc zdybało i kazali mu do kasztelu bieżyć i powiedzieć. Że jak sto katanek do końca miesiąca Pani nie zapłaci, jak nie przyjedzie samojedna do starych ruin to... to po nim.
- Jak doszło do porwania?
- Tego nie wiemy - Powiedziała Ardiela.
- Kto może być porywaczem?
- Pewno siły jakie nieczyste. Co młodym zawsze na drodze stają, nim na ślubnym kobiercu....
Ardieli w słowo wszedł rządca.
- Bracia Kelerowie - wypalił kwaśno. - Smolili oni cholewki do naszej pani ale jak ich raz i drugi zbyła, głodupców jednych, tfu! To zrazu pewnie pomiarkowali, że za wysokie progi o ograbić poplanowali. I tu jest problem. Bo choć nicponie to i zawadiaki, to wielu ich ojciec ma popleczników wśród szlachty. Dzielny to był i odważny pan, nim nogę stracił i po lasach się zaszył jak dziki jaki. Szkoda, że synowie, tfu, się w niego nie wdali. Trzeba by tedy jako delikatnie to rozwiązać, co by na kasztel insze nieprzyjemności nie spłynęły. Dość już nam tych problemów co mamy.
- Trzeba go odnaleźć! Ratujcie Tanowie, szykujcie wyprawę. Pomogę ile bede mogła.
- Najpierw to niech zjedzą i pomyślą - rzucił chłodnawo rządca. - Po takim łapu capu nic dobrego nie będzie. Podumać trzeba na spokojnie. A nie tak... - zamlaskał. - Chodźcie panowie bo już od tego plucia całkiem żem ślinę stracił i przepłukać gardło kufelkiem się należy.
Chwilę później dotarli do oberży, niskiej budowli gdzie łatwo głową o powałę było uderzyć. Prosta ta gospoda przystrojona ziołami i czosnkiem już ode drzwi uderzyła nozdrza przyjemną wonią gęstej zupy z agawy na skwarkach gotowanej, co się w kotle zawieszonym na łańcuchu nad ogniem podgrzewała właśnie. Przysiedli do stołu w oczekiwaniu lecz nim miski ze strawą dotarły, szurnął po stole rząd drewnianych kufli napełnionych po brzegi chłodnym a w smaku nieco zbyt ziołowym piwem.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- I w cztery dni takoż panience w głowie zawrócił, że z miłości uschnąć gotowa? - spytał z niedowierzaniem Eitchart, popijając pienistego: - Wiem, że niektóre białogłowe od amorów wstan wpadają jakby im szkodliwe wapory w serce weszły, ale to coś zbyt szybko. Coś mi się widzi, że ten cały tan Jule to ród swój, nie z gastyjskiej szlachty, a z kloacznego dołu wiedzie i to zwykły jeno hochsztapler i zbój, co się Bellowi kłania. A Kellerowie by się o parę katanek porwaniami trudzili? Przecie by go zaciukali gdzie w lesie i dalej w koperczaki do pani Adrieli uderzali, zamiast ryzykować, że srogim rankorem ich zdarzy. Rozpoznał ten młodzieniec w porywaczach Kellerów?
-
mastug
- Reactions:
- Posty: 1708
- Rejestracja: 03 grudnia 2009, 23:24
- Has thanked: 22 times
- Been thanked: 15 times
Żebrak, swoim zwyczajem do karczmy nie wszedł. Zbyt wiele już razy złym słowem i poszturchiwaniami z takich przybytków go wypraszano, aby miał ochotę się tam pchać. Usiadł tylko niedaleko na ławce, przy wejściu, by nasłuchiwać mógł o czym wewnątrz rozmawiają.
Miał także cichą nadzieję, że może jakieś dzieciaki będą miały ochotę mu podokuczać. Wtedy za sprawą jednej lub dwóch srebrnych monet, może jakieś dodatkowe informacje uzyska.
Siedział grzejąc twarz w słońcu i rozmyślając nad biegiem przyszłych wydarzeń. Jeśli okaże się, że bard jest nieuczciwy to jak dowieść jego winy przed zakochaną damą? A jeśli okaże się , że uczciwy i rzeczywiście na łotrów trafił, to jakim sposobem zbójów podejść żeby życia szlachcica nie narazić ?
Tylko jedno z czterech możliwych rozwiązań mogło doprowadzić do szczęśliwego zakończenia całego zajścia. Tylko jeśli szlachcic prawdziwe uczucie żywił do pani na włościach i jeśli go żywym przyprowadzimy to dobrze się to zakończyć może. Starca martwił nienaturalny stan szlachcianki. U chłopa wiedział by, że to czary a u kobiety to już żadnej pewności nie miał. Co gorsza jeśli naprawdę, a nie przez gusła jakoweś , zakochana to w obłęd popaść może, albo nawet targnąć się na życie.
Tak czy owak żebrak był ciekaw jak to się dalej potoczy, siedział więc w skupieniu i nasłuchiwał rozmów w karczmie.
Miał także cichą nadzieję, że może jakieś dzieciaki będą miały ochotę mu podokuczać. Wtedy za sprawą jednej lub dwóch srebrnych monet, może jakieś dodatkowe informacje uzyska.
Siedział grzejąc twarz w słońcu i rozmyślając nad biegiem przyszłych wydarzeń. Jeśli okaże się, że bard jest nieuczciwy to jak dowieść jego winy przed zakochaną damą? A jeśli okaże się , że uczciwy i rzeczywiście na łotrów trafił, to jakim sposobem zbójów podejść żeby życia szlachcica nie narazić ?
Tylko jedno z czterech możliwych rozwiązań mogło doprowadzić do szczęśliwego zakończenia całego zajścia. Tylko jeśli szlachcic prawdziwe uczucie żywił do pani na włościach i jeśli go żywym przyprowadzimy to dobrze się to zakończyć może. Starca martwił nienaturalny stan szlachcianki. U chłopa wiedział by, że to czary a u kobiety to już żadnej pewności nie miał. Co gorsza jeśli naprawdę, a nie przez gusła jakoweś , zakochana to w obłęd popaść może, albo nawet targnąć się na życie.
Tak czy owak żebrak był ciekaw jak to się dalej potoczy, siedział więc w skupieniu i nasłuchiwał rozmów w karczmie.
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
Chłodny chmielowy napój łechtał podniebienie starca poprawiając mu humor oraz zwiększając cheć do życia. Pianka z piwa delikatnie nawilżała krzaczaste wąsy dochodząć aż do skóry. Po rzędzie łyków Siwy w końcu wrócił do życia. Zdziwił się, że aż tak chciało mu się pić. Porozglądał się po swoich osatnich towarzyszach i jednego mu brakowało. W czasie kiedy kapłan rozwijał temat "porwania" siwy proposił karczmarza o gliniany kubek, nalał doń zkarawki więcej cudownego napoju i poszedł zanieść starcowi, który grzał się jak wyliniały kocór w blasku promieni słonecznych.
Napij się, bo całkowicie się wysuszysz - półżart okazał się, nie smieszny dla starca. Ten nawet nie drgnął. Pociągła twarz całkowicie rozluźniona wprawiłą Siwego w zakłopotanie. Przez chwile pomyśłał że ślepieć wyzionął ducha. Jednak ten pławił się w ciepłym blasku, ogrzewając zmarszczki i bruzdy strodzonej skóry.
Ślepiec wyciągnął tylko rękę dajac prosty znak Siwemu co ma zrobić. Gwardzista po chwili wrócił do środka zostawiając starego z kubkiem zimnego, dobrego piwa.
***
Rozmowy w oberży wrzały. Towarzysze rozprawiali i zachodzili w głowe co mogło się podziać. Siwy domyślał się, że bard rozkochał tankę i odjechał na konkurs. Pozostało pytanie czy doszło do "skonsumowania" miłości. Potwierdzało by to że ów bard był jeno szarlatanem wykorzystującym niemacane cycki tanicy dla sowjje przyjemności.
Zamyślony Siwy usiadł na zydlu oparł obie ręce na drewnianym stole i żekł.
- Coś mi tu nie stoi. Obawiam się, że bardzisko tylko o swoje uczucia dba i bezrbonną tankę rozochocił i zwiał. Wiecie gdzie ten konkurs miał się odbyć? Może co opowiadał ten bard o jego drodze, towarzyszach?
- Zastanawia mnie również, kto doniósł o okupie i czy ustnie to przekazał, czy listownie dostarczył?
Napij się, bo całkowicie się wysuszysz - półżart okazał się, nie smieszny dla starca. Ten nawet nie drgnął. Pociągła twarz całkowicie rozluźniona wprawiłą Siwego w zakłopotanie. Przez chwile pomyśłał że ślepieć wyzionął ducha. Jednak ten pławił się w ciepłym blasku, ogrzewając zmarszczki i bruzdy strodzonej skóry.
Ślepiec wyciągnął tylko rękę dajac prosty znak Siwemu co ma zrobić. Gwardzista po chwili wrócił do środka zostawiając starego z kubkiem zimnego, dobrego piwa.
***
Rozmowy w oberży wrzały. Towarzysze rozprawiali i zachodzili w głowe co mogło się podziać. Siwy domyślał się, że bard rozkochał tankę i odjechał na konkurs. Pozostało pytanie czy doszło do "skonsumowania" miłości. Potwierdzało by to że ów bard był jeno szarlatanem wykorzystującym niemacane cycki tanicy dla sowjje przyjemności.
Zamyślony Siwy usiadł na zydlu oparł obie ręce na drewnianym stole i żekł.
- Coś mi tu nie stoi. Obawiam się, że bardzisko tylko o swoje uczucia dba i bezrbonną tankę rozochocił i zwiał. Wiecie gdzie ten konkurs miał się odbyć? Może co opowiadał ten bard o jego drodze, towarzyszach?
- Zastanawia mnie również, kto doniósł o okupie i czy ustnie to przekazał, czy listownie dostarczył?
Grubymi nićmi szyte te zniknięcia. Gońca z który informacje przyniósł poprosimy z listem bądź przekazem ustnym do nas. Zaproponuje przesłuchanie - mam nadizeje, że obejdzie się bez tortur /EVILS/
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
mastug
- Reactions:
- Posty: 1708
- Rejestracja: 03 grudnia 2009, 23:24
- Has thanked: 22 times
- Been thanked: 15 times
Starzec uśmiechnął się szczerze.
- Dziękuję Ci druhu, żeś o staryku pamiętał
Żołnierska natura Siwego głęboko musiała być zakorzeniona w starym wiarusie. Jak na szkoleniu: sprawdzić czy wszyscy są, czy żywi, kto ranny a kto wody potrzebuje.
"Dobrze, mieć takiego towarzysza" - pomyślał żebrak, po czym wziął łyk zimnego, kojącego pragnienie napoju.
- Dziękuję Ci druhu, żeś o staryku pamiętał
Żołnierska natura Siwego głęboko musiała być zakorzeniona w starym wiarusie. Jak na szkoleniu: sprawdzić czy wszyscy są, czy żywi, kto ranny a kto wody potrzebuje.
"Dobrze, mieć takiego towarzysza" - pomyślał żebrak, po czym wziął łyk zimnego, kojącego pragnienie napoju.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Półork także pił z kubka piwo jak i inni, jednak nigdy jakiejś wielkiej ochoty do tego trunku nie miał. Gorzkie z ciężką pianą, często mętne, tym razem mocno chmielone albo innym ziołem kraszone. Jednak dla towarzystwa pić trzeba. Wypił łyk, skrzywił się, przetarł rękawem usta i wrócił do rozmowy.
- Ja tam się na amora nie wyznaję a nawet dla mnie dziwne to wszystko. Taki tam bard, mąci w głowie szlachciance i nikt mu wiadra pomyj na głowę nie wylewa? Niby szlachcic a nikt jego herbu nie pamięta - zaczął półork zerkając czy nie słucha go nikt nieodpowiedni - takoż mi się wydaje, że tu o dudki idzie. Że ten bard sam swoje porwanie zorganizował, a teraz na katanki czeka - mówiąc to obracał kufel w dłoniach jakby go ten przedmiot fascynował.
- Nie ma się jednak co, tak z góry uprzedzać. Może to nie perfidne uwiedzenie z motywem rabunkowym, podsycane jakowymś urokiem, a sprawa prawdziwa. Za mało wiemy. Rzecz w tym, żeby tą wiedzę uzyskać. Po pierwsze należy nam wybadać intencje owego barda, a najlepiej i pochodzenie. Taki wędrowny bard musi potrzebować masę katanek, każdy wie jak oni żyją - stroje, kobiety, uczty i tym podobne dyrdymały. Czy z tanią to było tak na poważnie czy tylko "polowanie". O to trzeba ludzi wypytać. Może ktoś o nim słyszał. Może rozgadał się po kielichu wina w swojej karczmie. Trzeba jego karczmę odwiedzić, z karczmarzem porozmawiać, sprawdzić czy jakieś rzeczy po bardzie nie zostały. Koni na przykład. Rzadko kiedy da się kogoś porwać z całym ekwipunkiem. Upewnić się, że samojeden przybył bez towarzystwa. Karczmarz pewnie też zwrócił uwagę czy tan Żul miał kieskę pełną czy pustą. Jeżeli idzie o porwanie. Trzeba tego chłystka przemaglować co to wieść o okupie przyniósł, może się zdążył przyjrzeć tym czarnym. Po drugie kim są ci bracia szlacheccy Kellerowie, co to smalili cholewki do młodej szlachcianki. Czy by im bardzo zależało na zniknięciu barda. I czy w ogóle mieli jak w tak szybkim czasie rozeznać się w sytuacji, poznać konkurenta i go porwać. Przecie to tylko cztery dni. Inaczej mówiąc skąd są i czy mają tu jakieś języki.
Półork łyknął znowu i zmarszczył się komicznie.
- No i dobrze by było te ruiny przepatrzyć. Może tam tkwi odpowiedź na wszystkie pytania. Ino po cichu i z dystansu. Przecie gdyby temu trubadurowi coś się stało, to możemy tu nawet nie wracać. Nie ważne czy byłby winien czy też nie. Tym Kellerom też nie ma co w oczy się pchać bez potrzeby. Wszak to szlacht i na dodatek poważana - pół ork wykonał ruch kufla w stronę ust ala w pół drogi się rozmyślił.
- Może podzielimy siły. Jedni pójdą wypytać o tego barda a drudzy ku ruinom. Ja tam od gadania nie jestem więc wolę w ruiny iść. Kto ze mną pójdzie?
Do MG
- Ja tam się na amora nie wyznaję a nawet dla mnie dziwne to wszystko. Taki tam bard, mąci w głowie szlachciance i nikt mu wiadra pomyj na głowę nie wylewa? Niby szlachcic a nikt jego herbu nie pamięta - zaczął półork zerkając czy nie słucha go nikt nieodpowiedni - takoż mi się wydaje, że tu o dudki idzie. Że ten bard sam swoje porwanie zorganizował, a teraz na katanki czeka - mówiąc to obracał kufel w dłoniach jakby go ten przedmiot fascynował.
- Nie ma się jednak co, tak z góry uprzedzać. Może to nie perfidne uwiedzenie z motywem rabunkowym, podsycane jakowymś urokiem, a sprawa prawdziwa. Za mało wiemy. Rzecz w tym, żeby tą wiedzę uzyskać. Po pierwsze należy nam wybadać intencje owego barda, a najlepiej i pochodzenie. Taki wędrowny bard musi potrzebować masę katanek, każdy wie jak oni żyją - stroje, kobiety, uczty i tym podobne dyrdymały. Czy z tanią to było tak na poważnie czy tylko "polowanie". O to trzeba ludzi wypytać. Może ktoś o nim słyszał. Może rozgadał się po kielichu wina w swojej karczmie. Trzeba jego karczmę odwiedzić, z karczmarzem porozmawiać, sprawdzić czy jakieś rzeczy po bardzie nie zostały. Koni na przykład. Rzadko kiedy da się kogoś porwać z całym ekwipunkiem. Upewnić się, że samojeden przybył bez towarzystwa. Karczmarz pewnie też zwrócił uwagę czy tan Żul miał kieskę pełną czy pustą. Jeżeli idzie o porwanie. Trzeba tego chłystka przemaglować co to wieść o okupie przyniósł, może się zdążył przyjrzeć tym czarnym. Po drugie kim są ci bracia szlacheccy Kellerowie, co to smalili cholewki do młodej szlachcianki. Czy by im bardzo zależało na zniknięciu barda. I czy w ogóle mieli jak w tak szybkim czasie rozeznać się w sytuacji, poznać konkurenta i go porwać. Przecie to tylko cztery dni. Inaczej mówiąc skąd są i czy mają tu jakieś języki.
Półork łyknął znowu i zmarszczył się komicznie.
- No i dobrze by było te ruiny przepatrzyć. Może tam tkwi odpowiedź na wszystkie pytania. Ino po cichu i z dystansu. Przecie gdyby temu trubadurowi coś się stało, to możemy tu nawet nie wracać. Nie ważne czy byłby winien czy też nie. Tym Kellerom też nie ma co w oczy się pchać bez potrzeby. Wszak to szlacht i na dodatek poważana - pół ork wykonał ruch kufla w stronę ust ala w pół drogi się rozmyślił.
- Może podzielimy siły. Jedni pójdą wypytać o tego barda a drudzy ku ruinom. Ja tam od gadania nie jestem więc wolę w ruiny iść. Kto ze mną pójdzie?
Do MG
Spoiler!
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
- Na zwiad zawsze się piszę, jeszcze jednego trzeba nam aby tyły sprawdzał. Moja kusza nada się najlepiej na posterunek. Podchodzić zwierzynę tez umiem. Będę Cię obserwował z daleka i w razie czegoś ostrzelam. Nic po mnie między chałupami skoro nikt źle na ciele się nie czuje. Skwitował Siwy.
Po drugie sprawdzim, czy rzeczy barda są tam gdzie sypiał przez noc. Po drodze najlepiej, przed ruinami wypytajmy jeszcze gońca.
- Ciesze się towarzyszu, że myślimy podobnie. Nic tak nie rozprostuje starych kości jak krótka wycieczka w las. Tylko czy te ruiny daleko są? Rozglądnął się po siedzących po stole szukając zarządcy.
Do MG
Po drugie sprawdzim, czy rzeczy barda są tam gdzie sypiał przez noc. Po drodze najlepiej, przed ruinami wypytajmy jeszcze gońca.
- Ciesze się towarzyszu, że myślimy podobnie. Nic tak nie rozprostuje starych kości jak krótka wycieczka w las. Tylko czy te ruiny daleko są? Rozglądnął się po siedzących po stole szukając zarządcy.
Do MG
Spoiler!
Działamy! Wybieram się z Burgą w ruiny. Szukam jeszcze jednego który z nami pójdzie. Szybki rekonesans, bez angażowania zbrojnego. W nocy/ nad ranem jakbyśmy poszli moglibyśmy zobaczyć czy coś są zamieszkałe.
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
- I w cztery dni takoż panience w głowie zawrócił, że z miłości uschnąć gotowa? - spytał z niedowierzaniem Eitchart - ...Coś mi się widzi, że ten cały tan Jule to ród swój, nie z gastyjskiej szlachty, a z kloacznego dołu wiedzie i to zwykły jeno hochsztapler i zbój, co się Bellowi kłania...
- Panie. - Powiedziała szybko, nieco urażona Ardiela. - Jak że to można tak z góry człeka osądzać bez rozpoznania. Toż to nie przystoi na kapłana.
Rządca prychnął lekceważąco na to jej zachowanie.
- A Kellerowie by się o parę katanek porwaniami trudzili? Przecie by go zaciukali gdzie w lesie i dalej w koperczaki do pani Adrieli uderzali, zamiast ryzykować, że srogim rankorem ich zdarzy. Rozpoznał ten młodzieniec w porywaczach Kellerów?
- Nie parę katanek ale sto. - rzucił szybko rządca majątku - Sto! Toż to cały roczny przybytek, po opłaceniu wszystkiego, albo i jak nie więcej. Ehhh... Spokojna to okolica ale nie bogata. To wszystko dzieło dziadka waćpanny. Wpierw on smoka błotnego ubił, jeszcze będąc pacholęciem. Potem jak już dorósł za wywerny się zabrał, a ta co jej łeb nad siedziskiem w kasztelu wisi od lat w ruinach ludzisków tutejszych straszyła. Z jej skarbów ten to kasztelik zgrabny postawił. Potem wybrał się na większego zwierza ale z tej wyprawy już nie powrócił. Nawet szczątki się nie ostały jak się na smoka porwał. Ehh... żebym jak wtedy nie był ranny to i bym się z przyjacielem zabrał i może losy odmienił. A tak... - zakończył zgorzkniale. Powstał ciężko z ławy. ...Pójdę ja powiedzieć by tego chłopaka młynarza sprowadzono, co to go porywacze posłali by ustnie wieść o porwaniu przekazał.
Wrócił po chwili jak Siwy serwował ślepcowi kufel.
- A to wasz ojciec jest czy tylko jaki przybłęda? Z wami on jest, czy mam dziada precz przegnać by do miski panom nie zaglądał? - zapytał rządca wracając. - Nie ważne, chłopak pewnie za niedługo tu będzie i powiem wam wszystko co mu kazali przekazać.
- Wiecie gdzie ten konkurs miał się odbyć? Może co opowiadał ten bard o jego drodze, towarzyszach? - zapytał z namysłem Siwy
- Ano pewnikiem to przesilenie będzie na nowy miesiąc bogów idące. - powiedział wracając do stołu zarządca - Dziś przedostatni dzień miesiąca Katana wszak. Za dwa dni nowe siły jak co roku o tej porze spojrzą czulszym okiem na Orchię*. Henla choć że no tu na chwilę! - Zawołał na żonę karczmarza. - Choć no tu i opowiedz panom co i jak. Wszak to tutaj mieszkał ten cały Tan Juel.
Korpulentna kobieta zarumieniła się kiedy tyle oczu na raz na nią spojrzało. Ale zaczęła mówić gładko, dowodząc że choć była dość daleko uważnym uchem śledziła rozmowę.
- O towarzyszach żadnych nie wspominał. Na konkurs jakowyś bardów się wybierał co to miął się w Gaście na rozpoczęcie nowego miesiąca odbyć, jak co roku. Każdy to wie, że jak na Arianny miesiąc idzie to jeno pieśni o miłości się śpiewa.
- Ja tam się na amora nie wyznaję a nawet dla mnie dziwne to wszystko. Taki tam bard, mąci w głowie szlachciance i nikt mu wiadra pomyj na głowę nie wylewa? Niby szlachcic a nikt jego herbu nie pamięta - zaczął półork zerkając czy nie słucha go nikt nieodpowiedni - takoż mi się wydaje, że tu o dudki idzie. Że ten bard sam swoje porwanie zorganizował, a teraz na katanki czeka…
- Jak tak możecie Panie! - warknęła Ardiela wstając od stołu. Pięścią w stuł huknęła aż zajęczały naczynia na stole. Potem jednak grymas bólu wykwitł na jej twarzy kiedy zranione ramię przypomniało, że sprawne nie jest. - Jak możecie... - powiedziała już słabiej. - A co to. Nie wolno się w cztery dni zakochać? Toż oni jakby się całe życie znali. Wszyscy to widzieli. Tylko pan rządca nie. Bo w kasztelu zamknął i odwiedzin zabronił. - Spojrzała z błyskiem w oku na starego sługę.
- Pfff... też mi. - Prychnął tamten. - Toż ja jej ojca bawiłem, na rękach nosiłem. Przecie źle z=dla całego rodu nie chcę. A że stary półelf jestem to życie mnie nauczyło, że lepiej dobrze pilnować niżby... jaka przygoda zła, się miała trafić.
- HA! HA! -ryknęła śmiechem tęga karczmarka i machnęła ręką, zbywając żale rządcy jednym gestem - Takich jak wy to powiedzieliście "nieszczęść" to ja mam pięcioro. A najstarszy do Gasty na cieśle poszedł, już rok minął odkąd terminuje. - Skończyła z dumą.
- Nie ma się jednak co, tak z góry uprzedzać. Może to nie perfidne uwiedzenie z motywem rabunkowym, podsycane jakowymś urokiem, a sprawa prawdziwa. Za mało wiemy... - ciągnął lekko skonfundowany Burga. Ardiela opadła na ławę spoglądając ponuro w miskę, znać było że nie w smak jej było kiedy tak jawnie z miłości prawdziwej i jedynej, jej kochanej pani kpiono.- Rzadko kiedy da się kogoś porwać z całym ekwipunkiem. Upewnić się, że samojeden przybył bez towarzystwa. Karczmarz pewnie też zwrócił uwagę czy tan Żul miał kieskę pełną czy pustą…
- Ano. - przerwała karczmarka. - Bo i to prawda, został po nim koc i ubranie na zmianę. Konia zabrał tamtego dnia, Mówił że na przejażdżkę się wybiera. A pieniędzy miał ci on i płacił. Choć srebrem... tylko dziwnym takim - to mówiąc sięgnęła pod fartuch i wyjęła monety pokazując na dłoni. Widzicie?
Kilka kruchych monet błysnęło w jej dłoni. Wszystkie normalne z wizerunkiem Katana.
- Rozumiem - Mruknął pólef. -Normalne są, choć...Mało już ich w obiegu. Dawno takich żem nie widział. Jak byłem młody to więcej ich w obiegu było. To bite było za poprzedniego Katana. Ale nie wyglądają na stare i zużyte.
Chciał sięgnąć po monetę by się przyjrzeć ale gruba dłoń karczmarki szybko się zawarła i zniknęła pod fartuchem szybciej niż się pojawiła.
- Same takie miał - burknęła na odchodne i zaczęła zbierać puste miski.
- Przyjechał samojeden. Już żem sam sprawdził - zapewnił rządca.
- A kim są ci bracia szlacheccy Kellerowie, co to smalili cholewki do młodej szlachcianki. Czy by im bardzo zależało na zniknięciu barda. I czy w ogóle mieli jak w tak szybkim czasie rozeznać się w sytuacji, poznać konkurenta i go porwać. Przecie to tylko cztery dni. Inaczej mówiąc skąd są i czy mają tu jakieś języki. - dopytywał Burga.
- Kellerowie to zbóje - powiedział pochmurnie półelf. -Na wpół dzika szlachta. Ojca mieli porządnego ale jak go okaleczono zgorzkniał i po lasach się chowa. Głolce to nic więcej, oba chłopaki jak tury, siły mnóstwo rozumu nie wiele. Gdzież to pchać się do tak zacnego domu w konkury! Fora ze dwora, ot co. Tfu.
Świszczący oddech przerwał rozmowę w karczmie. Powoli z boku wychynął starzec o siwej długie brodzie wspierający się na kiju. Szatę maiła znoszoną ale jasną z wielką gwiazdą Asteriusza na przedzie jak na kapłana przystało. Powagi dodawał duży medalion w formie połączonych gwiazd. Szedł powoli, z trudem. Oczy jakby mu bielmem częściowo zaszły więc, ostrożnie stawiał kroki. Przy boku cały czas pomagał mu w przemieszczani malutki chłopiec.
- To nasz wioskowy kapłan. - Rzucił cicho półel, ujanwiając powagę majestatu przybysza.
Kapłan usiadł ciężko i przez chwilę jeno oddychał świszcząc przy tym ciężko. Oddech wyrównał się w końcu.
- Czy to jest prawda, że który z was kapłanem mego boga jest? -zapytał z wyraźną nadzieją starzec. - Chłopca po drodze od młynarza spotkałem... - sapnął nabierając z trudem powietrza w stare płuca - To i go wam przyprowadziłem.
Jakiś widoczny szacunek pojawił się na miejscowych dla starca kiedy tamten pojawił się ni stąd ni zowąd.
- Odpocznijcie może chwilę zanim powiecie ojcze - powiedział rządca. - A w międzyczasie niechże chłopak opowie co to go za porywacze spotkali.
- No tego - zaczął niezgrabnie chłopak przestępując z nogo na nogę. - Po drzewo do lasu żem poszedł i jak raz mnie spotkali. Obaj na czarno ubrani i w chustach na twarzy. I jeden mówi do mnie: begnij smarku do kasztelu i pani powiedz, że jak do ostatniego dnia miesiąca sto katanek w ruinach samojeden nie przywiezie to nigdy swego lubego Juela już nie zobaczy. Takem się przestrachnął że jak ten kamyk z procy wypuszczony pędem się puściłem. - powiedział z przejęciem chłopak - Zdaje się jeszcze, że coś.... za mną mówił alem już nie dosłyszał, takem gnał.
- No i spietrał się chłopak za wcześnie, to i wszystkiego się nie wiemy, co mu przekazć chcieli. - Podsumował rządca cmokając i pociągnął solidny łyk piwa na przepłukanie gardła.
* mamy 38 dzień miesiąca Kosar-Ran, miesiąc praworządnych złych bogów. Za dwa dni rządy nad Orchią obejma Graam i Arianna
- Panie. - Powiedziała szybko, nieco urażona Ardiela. - Jak że to można tak z góry człeka osądzać bez rozpoznania. Toż to nie przystoi na kapłana.
Rządca prychnął lekceważąco na to jej zachowanie.
- A Kellerowie by się o parę katanek porwaniami trudzili? Przecie by go zaciukali gdzie w lesie i dalej w koperczaki do pani Adrieli uderzali, zamiast ryzykować, że srogim rankorem ich zdarzy. Rozpoznał ten młodzieniec w porywaczach Kellerów?
- Nie parę katanek ale sto. - rzucił szybko rządca majątku - Sto! Toż to cały roczny przybytek, po opłaceniu wszystkiego, albo i jak nie więcej. Ehhh... Spokojna to okolica ale nie bogata. To wszystko dzieło dziadka waćpanny. Wpierw on smoka błotnego ubił, jeszcze będąc pacholęciem. Potem jak już dorósł za wywerny się zabrał, a ta co jej łeb nad siedziskiem w kasztelu wisi od lat w ruinach ludzisków tutejszych straszyła. Z jej skarbów ten to kasztelik zgrabny postawił. Potem wybrał się na większego zwierza ale z tej wyprawy już nie powrócił. Nawet szczątki się nie ostały jak się na smoka porwał. Ehh... żebym jak wtedy nie był ranny to i bym się z przyjacielem zabrał i może losy odmienił. A tak... - zakończył zgorzkniale. Powstał ciężko z ławy. ...Pójdę ja powiedzieć by tego chłopaka młynarza sprowadzono, co to go porywacze posłali by ustnie wieść o porwaniu przekazał.
Wrócił po chwili jak Siwy serwował ślepcowi kufel.
- A to wasz ojciec jest czy tylko jaki przybłęda? Z wami on jest, czy mam dziada precz przegnać by do miski panom nie zaglądał? - zapytał rządca wracając. - Nie ważne, chłopak pewnie za niedługo tu będzie i powiem wam wszystko co mu kazali przekazać.
- Wiecie gdzie ten konkurs miał się odbyć? Może co opowiadał ten bard o jego drodze, towarzyszach? - zapytał z namysłem Siwy
- Ano pewnikiem to przesilenie będzie na nowy miesiąc bogów idące. - powiedział wracając do stołu zarządca - Dziś przedostatni dzień miesiąca Katana wszak. Za dwa dni nowe siły jak co roku o tej porze spojrzą czulszym okiem na Orchię*. Henla choć że no tu na chwilę! - Zawołał na żonę karczmarza. - Choć no tu i opowiedz panom co i jak. Wszak to tutaj mieszkał ten cały Tan Juel.
Korpulentna kobieta zarumieniła się kiedy tyle oczu na raz na nią spojrzało. Ale zaczęła mówić gładko, dowodząc że choć była dość daleko uważnym uchem śledziła rozmowę.
- O towarzyszach żadnych nie wspominał. Na konkurs jakowyś bardów się wybierał co to miął się w Gaście na rozpoczęcie nowego miesiąca odbyć, jak co roku. Każdy to wie, że jak na Arianny miesiąc idzie to jeno pieśni o miłości się śpiewa.
- Ja tam się na amora nie wyznaję a nawet dla mnie dziwne to wszystko. Taki tam bard, mąci w głowie szlachciance i nikt mu wiadra pomyj na głowę nie wylewa? Niby szlachcic a nikt jego herbu nie pamięta - zaczął półork zerkając czy nie słucha go nikt nieodpowiedni - takoż mi się wydaje, że tu o dudki idzie. Że ten bard sam swoje porwanie zorganizował, a teraz na katanki czeka…
- Jak tak możecie Panie! - warknęła Ardiela wstając od stołu. Pięścią w stuł huknęła aż zajęczały naczynia na stole. Potem jednak grymas bólu wykwitł na jej twarzy kiedy zranione ramię przypomniało, że sprawne nie jest. - Jak możecie... - powiedziała już słabiej. - A co to. Nie wolno się w cztery dni zakochać? Toż oni jakby się całe życie znali. Wszyscy to widzieli. Tylko pan rządca nie. Bo w kasztelu zamknął i odwiedzin zabronił. - Spojrzała z błyskiem w oku na starego sługę.
- Pfff... też mi. - Prychnął tamten. - Toż ja jej ojca bawiłem, na rękach nosiłem. Przecie źle z=dla całego rodu nie chcę. A że stary półelf jestem to życie mnie nauczyło, że lepiej dobrze pilnować niżby... jaka przygoda zła, się miała trafić.
- HA! HA! -ryknęła śmiechem tęga karczmarka i machnęła ręką, zbywając żale rządcy jednym gestem - Takich jak wy to powiedzieliście "nieszczęść" to ja mam pięcioro. A najstarszy do Gasty na cieśle poszedł, już rok minął odkąd terminuje. - Skończyła z dumą.
- Nie ma się jednak co, tak z góry uprzedzać. Może to nie perfidne uwiedzenie z motywem rabunkowym, podsycane jakowymś urokiem, a sprawa prawdziwa. Za mało wiemy... - ciągnął lekko skonfundowany Burga. Ardiela opadła na ławę spoglądając ponuro w miskę, znać było że nie w smak jej było kiedy tak jawnie z miłości prawdziwej i jedynej, jej kochanej pani kpiono.- Rzadko kiedy da się kogoś porwać z całym ekwipunkiem. Upewnić się, że samojeden przybył bez towarzystwa. Karczmarz pewnie też zwrócił uwagę czy tan Żul miał kieskę pełną czy pustą…
- Ano. - przerwała karczmarka. - Bo i to prawda, został po nim koc i ubranie na zmianę. Konia zabrał tamtego dnia, Mówił że na przejażdżkę się wybiera. A pieniędzy miał ci on i płacił. Choć srebrem... tylko dziwnym takim - to mówiąc sięgnęła pod fartuch i wyjęła monety pokazując na dłoni. Widzicie?
Kilka kruchych monet błysnęło w jej dłoni. Wszystkie normalne z wizerunkiem Katana.
- Rozumiem - Mruknął pólef. -Normalne są, choć...Mało już ich w obiegu. Dawno takich żem nie widział. Jak byłem młody to więcej ich w obiegu było. To bite było za poprzedniego Katana. Ale nie wyglądają na stare i zużyte.
Chciał sięgnąć po monetę by się przyjrzeć ale gruba dłoń karczmarki szybko się zawarła i zniknęła pod fartuchem szybciej niż się pojawiła.
- Same takie miał - burknęła na odchodne i zaczęła zbierać puste miski.
- Przyjechał samojeden. Już żem sam sprawdził - zapewnił rządca.
- A kim są ci bracia szlacheccy Kellerowie, co to smalili cholewki do młodej szlachcianki. Czy by im bardzo zależało na zniknięciu barda. I czy w ogóle mieli jak w tak szybkim czasie rozeznać się w sytuacji, poznać konkurenta i go porwać. Przecie to tylko cztery dni. Inaczej mówiąc skąd są i czy mają tu jakieś języki. - dopytywał Burga.
- Kellerowie to zbóje - powiedział pochmurnie półelf. -Na wpół dzika szlachta. Ojca mieli porządnego ale jak go okaleczono zgorzkniał i po lasach się chowa. Głolce to nic więcej, oba chłopaki jak tury, siły mnóstwo rozumu nie wiele. Gdzież to pchać się do tak zacnego domu w konkury! Fora ze dwora, ot co. Tfu.
Świszczący oddech przerwał rozmowę w karczmie. Powoli z boku wychynął starzec o siwej długie brodzie wspierający się na kiju. Szatę maiła znoszoną ale jasną z wielką gwiazdą Asteriusza na przedzie jak na kapłana przystało. Powagi dodawał duży medalion w formie połączonych gwiazd. Szedł powoli, z trudem. Oczy jakby mu bielmem częściowo zaszły więc, ostrożnie stawiał kroki. Przy boku cały czas pomagał mu w przemieszczani malutki chłopiec.
- To nasz wioskowy kapłan. - Rzucił cicho półel, ujanwiając powagę majestatu przybysza.
Kapłan usiadł ciężko i przez chwilę jeno oddychał świszcząc przy tym ciężko. Oddech wyrównał się w końcu.
- Czy to jest prawda, że który z was kapłanem mego boga jest? -zapytał z wyraźną nadzieją starzec. - Chłopca po drodze od młynarza spotkałem... - sapnął nabierając z trudem powietrza w stare płuca - To i go wam przyprowadziłem.
Jakiś widoczny szacunek pojawił się na miejscowych dla starca kiedy tamten pojawił się ni stąd ni zowąd.
- Odpocznijcie może chwilę zanim powiecie ojcze - powiedział rządca. - A w międzyczasie niechże chłopak opowie co to go za porywacze spotkali.
- No tego - zaczął niezgrabnie chłopak przestępując z nogo na nogę. - Po drzewo do lasu żem poszedł i jak raz mnie spotkali. Obaj na czarno ubrani i w chustach na twarzy. I jeden mówi do mnie: begnij smarku do kasztelu i pani powiedz, że jak do ostatniego dnia miesiąca sto katanek w ruinach samojeden nie przywiezie to nigdy swego lubego Juela już nie zobaczy. Takem się przestrachnął że jak ten kamyk z procy wypuszczony pędem się puściłem. - powiedział z przejęciem chłopak - Zdaje się jeszcze, że coś.... za mną mówił alem już nie dosłyszał, takem gnał.
- No i spietrał się chłopak za wcześnie, to i wszystkiego się nie wiemy, co mu przekazć chcieli. - Podsumował rządca cmokając i pociągnął solidny łyk piwa na przepłukanie gardła.
* mamy 38 dzień miesiąca Kosar-Ran, miesiąc praworządnych złych bogów. Za dwa dni rządy nad Orchią obejma Graam i Arianna
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Półork korzystając z chwili, że wszyscy skupieni są na karczmarce szybko odstawił kufel i odsunął daleko od siebie. Następnie przesunął się nieco ku Adrieli.
- To nie tak Adrielo, że nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia - zaczął skupiając jej uwagę na sobie. Mówił cicho aby nie posłyszało go zbyt wiele chętnych uszu - Bywa czasem tak, że spotyka się dwoje całkiem sobie obcych ludzi, różniących się pod każdym względem. Ona piękna ciałem, powabem, odwagą, on tylko w tym ostatnim jej dorównujący. Bywa, że na nich Sharami skieruje swój wzrok, a ich serca zapłoną niczym hutnicze piece. Wtedy to spojrzą na siebie a w głębi swych oczu dostrzegą, na samym ich dnie, dusze uczuciem pałające. I będą patrzeć na siebie i w siebie. Będą oddychać tym samym powietrzem, a ich serca zaczną kołatać w tym samym rytmie - głos półorka przeszedł w szept - wtedy to ich dłonie spotykają się i pulsując zespalają w jedność. Wtedy to jest prawdziwe uczucie - łowca wyciągnął dłoń w kierunku dłoni Adrieli ale się pomiarkował, że za dużo ma słuchaczy.
Odkaszlnął i pochylając głowę dla ukrycia rumieńca sięgnął po kufel.
- Bywa jednak tak, że niektórzy z miłości zawody sobie czynią. Prowadzą podboje, niewieście serca za trofea mając. Często zdarza się tak, że takowymi amantami są ci co szkolą się w poezji i muzyce. Stąd nasza podejrzliwość Adrielo. Nie wszyscy są tak bezinteresowni i nieskalani złymi intencjami jak ty.
Półork zerknął na pomocnika młynarza.
- Ci czarni duzi byli. Uszu stercząc w szpic mieli, czy może ogony i łuski. Możesz powiedzieć czy byli ludźmi czy inszej rasy. W jakim języku mówili? Mieli jakowyś akcent, to znaczy obcą mową język kaleczyli. Widziałeś tan Jula? Jakiej był rasy, postury. Mógł być to jeden z tych czarnych. Nie śpiesz się z odpowiedzią. Pomyśl. Co tam za tobą wołali. Tylko jeden mówił czy obaj? Hmmm?
- To nie tak Adrielo, że nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia - zaczął skupiając jej uwagę na sobie. Mówił cicho aby nie posłyszało go zbyt wiele chętnych uszu - Bywa czasem tak, że spotyka się dwoje całkiem sobie obcych ludzi, różniących się pod każdym względem. Ona piękna ciałem, powabem, odwagą, on tylko w tym ostatnim jej dorównujący. Bywa, że na nich Sharami skieruje swój wzrok, a ich serca zapłoną niczym hutnicze piece. Wtedy to spojrzą na siebie a w głębi swych oczu dostrzegą, na samym ich dnie, dusze uczuciem pałające. I będą patrzeć na siebie i w siebie. Będą oddychać tym samym powietrzem, a ich serca zaczną kołatać w tym samym rytmie - głos półorka przeszedł w szept - wtedy to ich dłonie spotykają się i pulsując zespalają w jedność. Wtedy to jest prawdziwe uczucie - łowca wyciągnął dłoń w kierunku dłoni Adrieli ale się pomiarkował, że za dużo ma słuchaczy.
Odkaszlnął i pochylając głowę dla ukrycia rumieńca sięgnął po kufel.
- Bywa jednak tak, że niektórzy z miłości zawody sobie czynią. Prowadzą podboje, niewieście serca za trofea mając. Często zdarza się tak, że takowymi amantami są ci co szkolą się w poezji i muzyce. Stąd nasza podejrzliwość Adrielo. Nie wszyscy są tak bezinteresowni i nieskalani złymi intencjami jak ty.
Półork zerknął na pomocnika młynarza.
- Ci czarni duzi byli. Uszu stercząc w szpic mieli, czy może ogony i łuski. Możesz powiedzieć czy byli ludźmi czy inszej rasy. W jakim języku mówili? Mieli jakowyś akcent, to znaczy obcą mową język kaleczyli. Widziałeś tan Jula? Jakiej był rasy, postury. Mógł być to jeden z tych czarnych. Nie śpiesz się z odpowiedzią. Pomyśl. Co tam za tobą wołali. Tylko jeden mówił czy obaj? Hmmm?
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Chłopak gębę tylko rozdziawił na serię szybkich pytań Burgi i stał tak nie mogąc przez chwilę wypowiedzieć ni słowa.
- Nie wiem... - wydusił końcu z siebie z trudem.
- Spokojnie... - powiedział z wysiłkiem wiekowy kapłan Asteriusza - krok po korku, pomogę ci. Pierwsze było... czy duzi byli i czy łuską pokryci czy inaczej wyglądający i jak do ciebie gadali. - powiedział stary kierując bielmem pokryte oczy gdzieś w przestrzeń pomiędzy wędrowców ale na nikogo konkretnie.
- Mówili po naszemu, bo ja inaczej przecie nie znam. - odpowiedział zdziwiony chłopak - No i... Normalni byli. Znaczy się ni duzi ni mali. Nie tam takie chuderlaki jak elfy jakoweś, bez ogonów, bez łusek i błoniastych skrzydeł, i bez...
- Normalni. Ehhh... Znaczy nie Kellerowie. - sapnął rządca przecierając kark dłonią. - Tam ci dwaj to chłopy jak dęby. Każdy z nich w rękach bez trudu podkowę wygina. Ludzie mówią, że to przez to, że domieszkę krwi olbrzymów co ją w żyłach mają. Mówią też, że z niedźwiedziami w zapasy chadzają bez obawy o wygraną i tak sobie myślę, że to prawda być może. A ten Juel był półelfem, krył się z tym ale mnie nie oszukał. Bom i ja tak niegdyś robił. A powiedz no jeszcze chłopcze czy naszego grajka to ty tam widziałeś?
- Nie panie, ja nawet nie wiem kim jest ten cały Dan Juan czy jak mu to tam...
- Chłopak jest od młynarza... - świszczący głos starego kapłana przerwał ciszę po słowach chłopca. - A młyn, przecie najbliżej ruin.
- Przeklęte to miejsce na wieki wieków... - mruknęła karczmarka zbierając puste drewniane kubasy po piwie.
- Już nie bardzo... - przerwał ślepy kapłan - Dziedzic pierwotny tych ziem, dziadek szlachcianki, a mój szlachetny przyjaciel, zło przecie pokonał.
Na te słowa rządca spojrzał na twarz starego kapłana. Naraz powietrze pomiędzy między oboma mężczyznami wypełniła jakiś wspólny smutny sentyment, który zaciążył na całej rozmowie niczym krasnoludzki ołów w sakiewce na piersi.
[center]***[/center]
Wóz powoli toczył się na leśnym dukcie, poznaczonym licznymi przecinkami drzew które upadły tej zimy. Ktoś kto pierwszy wiosną jechał musiał się siła natrudzić by się przedrzeć. Krasnoludzki kupiec jechał swą kolebką, radlinami pozostawionymi po wczorajszych opadach deszczu.
- Sprawdzałeś? - zapytał kupiec.
- Sprawdzałem, nic nie widać - mruknął jego brodaty ochroniarz.
- To sprawdź raz jeszcze - powiedział brodacz i sam zaczął się czujniej rozglądać.
- Ni żywego ducha, skręcaj tutaj do kroćset bo pomylim drogę jak tak się będziem własnego cienia bali. Żaden zabójca za nami nie jedzie.
Rosnąca irytacja w głosie ochroniarza zakończyła dysputę. Wóz skręcił. Przez chwilę jechali w ciszy, z coraz większym trudem przeciskając się przez gęstniejącą roślinność. Kiedy zdawało się, że już nie podobna jechać dalej bo gałęzie tarły aż po bokach wozu, jakby chciały się do jego ładunku dostać, rozbrzmiał głos.
- Stójcie! - wysoki śpiewny głos zatrzymał jadące krasnoludy.
- Kto wy? - zapytał niepewnie kupiec.
- Myśmy przyszłością i przeszłością, drogą do chwały. - odpowiedział mu szybko głos z lasu. Między kniejami mignęła zaś jakowaś sylwetka. A zrobiła to tak szybko i gibko, między kniejami przeskakując, że nijak nie mógłby to być zwykły człek.
- Chwała przepływa, przez wóz co przybywa - odpowiedział niepewnie kupiec. Nastała chwila ciszy.
- Możecie wjechać.
- Już durniejszego hasła wymyślić nie mogli... - mruknął pod nosem z wyraźnym niezadowoleniem krasnoludzki ochroniarz.
Chwilę później stali już na Starym Pogorzelisku z plandeką podniesioną z wozu. Kilka osób wyciągało pakunki, które podawane pomiędzy osobami szybko znikały gdzieś w lesie. Rozładunku doglądał stojący na wozie krasnoludzki ochroniarz i jakowyś reptilion.
Kupiec obrócił wzrok od sprawnie przeprowadzanej akcji w kierunku Natchnionej i sięgnął pod pazuchę po wymiętolony kawałek pergaminu.
- Podpiszcie mi tutaj, żem kontraktu dopełnił. Nie chcę mieć problemów w gildii za brak papierów.
Zakapturzona elfka pochyliła się by podpisać białym łabędzim piórem co inkaustu nie wymagało. Zrobiła to z taką gracją i dostojeństwem, że krasnoluda aż wyprostowało z ciekawości.
- Wiedzą o was - rzucił niby od niechcenia kupiec. - Kapłan już wezwał swoich.
Elfka drgnęła na te słowa, a zasłaniający jej oblicze kaptur odchylił nagle jej skrywane lico. Krasnolud skamieniał z dziwnym wyrazem twarzy ale szybko doszedł do siebie.
- Na ołów i skałę, ile wy macie lat? - zapytał zdziwiony.
- Nie wasz interes. Wasz interes to broń we wskazane miejsce dostarczyć i usta mieć zawarte - wyszeptała dziewczyna melodyjnym elfickim głosem. - My z różnej gliny. My psom nie będziemy się w pas kłaniać aż po naszej śmierci kres jako niektórzy.
Krasnolud pobladł czując na co się szykuje.
- Dziecko... toż przeciw boskiej potędze stanąć chcecie. Czyście rozum postradali do reszty, wiecie jaka za to kara?! Toż to...
- Nie twoja rzecz to! - warknął na niego jakiś człowiek. - I nie zwracaj się tak do naszej pani.
- Śpiewający w Ciemnościach przypowieść nam ogłosił. Nie przegramy. - Powiedziała elfka z siłą i ściągnęła w taki wyraz usta, że staremu krasnoludowi w mig odechciało się dalszej rozmowy.
Nastała cisza przerywana odgłosami przerzucanych pakunków.
- A te, to można wziąć? - Zapytał z wozu niziołek podosząc dwa pasy z nożami.
- Te nie z kontraktu. Te z drogi, możecie kupić. Jak zapłacicie od razu... - powiedział smutno krasnolud - Od teraz, płatność już tylko od razu.
Godzinę później krasnoludzki kupiec jechał już swym taborem na pusto. Wóz skrzypiał miarowo, bujając pasażerami na leśnych nierównościach. Pora robiła się późna ale obaj uznali, że trzeba pilno jak najdalej ujechać. Więc jechali, beż słowa i w miarę śpiesznie. Cisza jednak ciążyła obu.
- Może ze sto lat miała, nie więcej... - powiedział z cicha kupiec, patrząc przed siebie gdzieś na drogę. - Dzieciaki to i nic więcej. Dzieciaki...
- Tak jak i nasi , kiedyś. - odpowiedział z goryczą ochroniarz, napełniając fajkę zielem.
Kupiec poczuł ciężkość na sercu na wspomnienie ostatnich krasnoludzkich rewolt i tego jak się skończyły. Wilgoć napełniła mu oczy. Przetarł je szybko ręką by śladu nie było i osiołki zaciął lejcami aby i im nie był lekko tego dnia. Obaj nie zamierzali tu kiedykolwiek wracać.
- Nie wiem... - wydusił końcu z siebie z trudem.
- Spokojnie... - powiedział z wysiłkiem wiekowy kapłan Asteriusza - krok po korku, pomogę ci. Pierwsze było... czy duzi byli i czy łuską pokryci czy inaczej wyglądający i jak do ciebie gadali. - powiedział stary kierując bielmem pokryte oczy gdzieś w przestrzeń pomiędzy wędrowców ale na nikogo konkretnie.
- Mówili po naszemu, bo ja inaczej przecie nie znam. - odpowiedział zdziwiony chłopak - No i... Normalni byli. Znaczy się ni duzi ni mali. Nie tam takie chuderlaki jak elfy jakoweś, bez ogonów, bez łusek i błoniastych skrzydeł, i bez...
- Normalni. Ehhh... Znaczy nie Kellerowie. - sapnął rządca przecierając kark dłonią. - Tam ci dwaj to chłopy jak dęby. Każdy z nich w rękach bez trudu podkowę wygina. Ludzie mówią, że to przez to, że domieszkę krwi olbrzymów co ją w żyłach mają. Mówią też, że z niedźwiedziami w zapasy chadzają bez obawy o wygraną i tak sobie myślę, że to prawda być może. A ten Juel był półelfem, krył się z tym ale mnie nie oszukał. Bom i ja tak niegdyś robił. A powiedz no jeszcze chłopcze czy naszego grajka to ty tam widziałeś?
- Nie panie, ja nawet nie wiem kim jest ten cały Dan Juan czy jak mu to tam...
- Chłopak jest od młynarza... - świszczący głos starego kapłana przerwał ciszę po słowach chłopca. - A młyn, przecie najbliżej ruin.
- Przeklęte to miejsce na wieki wieków... - mruknęła karczmarka zbierając puste drewniane kubasy po piwie.
- Już nie bardzo... - przerwał ślepy kapłan - Dziedzic pierwotny tych ziem, dziadek szlachcianki, a mój szlachetny przyjaciel, zło przecie pokonał.
Na te słowa rządca spojrzał na twarz starego kapłana. Naraz powietrze pomiędzy między oboma mężczyznami wypełniła jakiś wspólny smutny sentyment, który zaciążył na całej rozmowie niczym krasnoludzki ołów w sakiewce na piersi.
[center]***[/center]
Wóz powoli toczył się na leśnym dukcie, poznaczonym licznymi przecinkami drzew które upadły tej zimy. Ktoś kto pierwszy wiosną jechał musiał się siła natrudzić by się przedrzeć. Krasnoludzki kupiec jechał swą kolebką, radlinami pozostawionymi po wczorajszych opadach deszczu.
- Sprawdzałeś? - zapytał kupiec.
- Sprawdzałem, nic nie widać - mruknął jego brodaty ochroniarz.
- To sprawdź raz jeszcze - powiedział brodacz i sam zaczął się czujniej rozglądać.
- Ni żywego ducha, skręcaj tutaj do kroćset bo pomylim drogę jak tak się będziem własnego cienia bali. Żaden zabójca za nami nie jedzie.
Rosnąca irytacja w głosie ochroniarza zakończyła dysputę. Wóz skręcił. Przez chwilę jechali w ciszy, z coraz większym trudem przeciskając się przez gęstniejącą roślinność. Kiedy zdawało się, że już nie podobna jechać dalej bo gałęzie tarły aż po bokach wozu, jakby chciały się do jego ładunku dostać, rozbrzmiał głos.
- Stójcie! - wysoki śpiewny głos zatrzymał jadące krasnoludy.
- Kto wy? - zapytał niepewnie kupiec.
- Myśmy przyszłością i przeszłością, drogą do chwały. - odpowiedział mu szybko głos z lasu. Między kniejami mignęła zaś jakowaś sylwetka. A zrobiła to tak szybko i gibko, między kniejami przeskakując, że nijak nie mógłby to być zwykły człek.
- Chwała przepływa, przez wóz co przybywa - odpowiedział niepewnie kupiec. Nastała chwila ciszy.
- Możecie wjechać.
- Już durniejszego hasła wymyślić nie mogli... - mruknął pod nosem z wyraźnym niezadowoleniem krasnoludzki ochroniarz.
Chwilę później stali już na Starym Pogorzelisku z plandeką podniesioną z wozu. Kilka osób wyciągało pakunki, które podawane pomiędzy osobami szybko znikały gdzieś w lesie. Rozładunku doglądał stojący na wozie krasnoludzki ochroniarz i jakowyś reptilion.
Kupiec obrócił wzrok od sprawnie przeprowadzanej akcji w kierunku Natchnionej i sięgnął pod pazuchę po wymiętolony kawałek pergaminu.
- Podpiszcie mi tutaj, żem kontraktu dopełnił. Nie chcę mieć problemów w gildii za brak papierów.
Zakapturzona elfka pochyliła się by podpisać białym łabędzim piórem co inkaustu nie wymagało. Zrobiła to z taką gracją i dostojeństwem, że krasnoluda aż wyprostowało z ciekawości.
- Wiedzą o was - rzucił niby od niechcenia kupiec. - Kapłan już wezwał swoich.
Elfka drgnęła na te słowa, a zasłaniający jej oblicze kaptur odchylił nagle jej skrywane lico. Krasnolud skamieniał z dziwnym wyrazem twarzy ale szybko doszedł do siebie.
- Na ołów i skałę, ile wy macie lat? - zapytał zdziwiony.
- Nie wasz interes. Wasz interes to broń we wskazane miejsce dostarczyć i usta mieć zawarte - wyszeptała dziewczyna melodyjnym elfickim głosem. - My z różnej gliny. My psom nie będziemy się w pas kłaniać aż po naszej śmierci kres jako niektórzy.
Krasnolud pobladł czując na co się szykuje.
- Dziecko... toż przeciw boskiej potędze stanąć chcecie. Czyście rozum postradali do reszty, wiecie jaka za to kara?! Toż to...
- Nie twoja rzecz to! - warknął na niego jakiś człowiek. - I nie zwracaj się tak do naszej pani.
- Śpiewający w Ciemnościach przypowieść nam ogłosił. Nie przegramy. - Powiedziała elfka z siłą i ściągnęła w taki wyraz usta, że staremu krasnoludowi w mig odechciało się dalszej rozmowy.
Nastała cisza przerywana odgłosami przerzucanych pakunków.
- A te, to można wziąć? - Zapytał z wozu niziołek podosząc dwa pasy z nożami.
- Te nie z kontraktu. Te z drogi, możecie kupić. Jak zapłacicie od razu... - powiedział smutno krasnolud - Od teraz, płatność już tylko od razu.
Godzinę później krasnoludzki kupiec jechał już swym taborem na pusto. Wóz skrzypiał miarowo, bujając pasażerami na leśnych nierównościach. Pora robiła się późna ale obaj uznali, że trzeba pilno jak najdalej ujechać. Więc jechali, beż słowa i w miarę śpiesznie. Cisza jednak ciążyła obu.
- Może ze sto lat miała, nie więcej... - powiedział z cicha kupiec, patrząc przed siebie gdzieś na drogę. - Dzieciaki to i nic więcej. Dzieciaki...
- Tak jak i nasi , kiedyś. - odpowiedział z goryczą ochroniarz, napełniając fajkę zielem.
Kupiec poczuł ciężkość na sercu na wspomnienie ostatnich krasnoludzkich rewolt i tego jak się skończyły. Wilgoć napełniła mu oczy. Przetarł je szybko ręką by śladu nie było i osiołki zaciął lejcami aby i im nie był lekko tego dnia. Obaj nie zamierzali tu kiedykolwiek wracać.
Część druga po gwiazdkach nie związana z fabułą. Tak tam sobie brzdąkam czekając na wasze konkretne deklaracje i działania.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein