PBF - Salt Lake City Nights

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 10 kwietnia 2017, 23:26

23.10.1994, 2951 S Rushton Park Drive, West Valley City

Jared górował stojąc nad pozostałymi, którzy jako jedyni siedzieli na krzesłach. Każda wymiana zdań, którą wymienili między sobą Chuck i Oblivion sporo mówiła o tej dwójce. Ten pojebaniec jest totalnym freakiem z ulicy. Umie jebaniutki pokazać mi to, czego nie widzę, to wedle prawa ulicy jest wyrazem szacunku - rozmyślał przyglądając się każdemu z osobna. Ścisnął czarną bilę w pięści, po czym skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Lepiej bym jak najwcześniej wiedział o słabościach tej ekipy. Od razu widać, że nasz Joker może okazać się dziką kartą w tej misji. Facet na pewno zna to miasto jak własną kieszeń - pomyślał.

Gdy Chuck w swojej wypowiedzi zaprotestował i uznał, że Amelia powinna dalej biegać w sukience Brujah zmarszczył brwi. Co ten kowboj czacza pierdoli?!? Lasencja będzie biegać w czym zechcę kurwa - rozmyślał wkurwiony nie bacząc na to, czy ktoś to widzi czy nie.

Po wysłuchaniu pozostałych nie mógł pozbyć się gniewu, który palił jego serce. Nie znosił tego miasta, wszechogarniającej władzy i kapitalizmu. Ci tutaj zebrani nawet w połowie nie rozumieli tego co naprawdę dzieje się w Kalifornii. Brakowało im doświadczenia i lat, jakie Jared poświęcił na poznanie niuansów polityki, jaka kręciła społeczeństwem Kainitów... Zaczął koncentrować się na mocy ukrytej w swojej vitae, a następnie powtarzał w myślach: Krew z krwi, ciało z krwi, dusza z krwi, gniew z krwi, ogień z krwi, oto będzie moja eucharystia tej nocy. Czas ukraść komuś kilka wieków, to zaszło za daleko. On albo ja - skupił się na swoich prawdziwych intencjach.

Riposta Obliviona była niczym perfekcyjne pchnięcie, na które Chuck nie był gotowy. No to go załatwił na dobre. Coś trzeba będzie im powiedzieć, bo jak drugi raz się tak zepną jak dwa psy chętne na tą samą sukę, to będą kłopoty. Widać kto jest szybszy i działa z zaskoczenia... - już miał wtrącić się, ale odezwał się Eric. Wiedział, że Gangrel ma porządną reputację w Los Angeles, dlatego zagryzł wargi i pozwolił mu mówić. Samotny facet co się w kruka zmienia, jak zwykle ostrożny z profesorską opinią. Do dupy z tym! Idziemy tam dziś, bo jeżeli Mały gdzieś tam jest przetrzymywany... - nie dokończył w myślach, gdyż gniew który czuł był zbyt wielki, by powstrzymać się od komentarza. Wskazał rozkazującym palcem w stronę śliniącej się do Terrora cyganki i przemówił dominującym tonem:

- Przebierzesz się jak tylko to będzie możliwe. Bez dyskusji w tym temacie, bo łeb ukręcę!

Opuścił dłoń, kierując swą uwagę na kowboja w kapeluszu:

- Będzie jak ja mówię. Nie mamy czasu na jęczenie, więc radzę zebrać dupę i pokazać na co nas stać. Będziesz razem ze mną chodził przodem, jasne? Dobrze fizycznie wyglądamy, a to jest najważniejsze w pierwszym kontakcie. I nie zaczepiaj więcej Obliviona... - bezpośrednio poinstruował brata z Anarchii.

- Nie mamy czasu na działanie po omacku, dlatego ufam w twoją znajomość Salt Lake City - zwrócił się do Malkaviana. - Widać, że jesteś wychowany na ulicy chłopcze, więc nie wpływaj negatywnie na resztę w przyszłości. Zależy nam na wysokim morale. Idziemy tam dziś, a ty będziesz robił za zwiadowcę. Zrobisz zwiad w siedzibie Księcia. Zobaczymy co nam noc przyniesie. Bądź gotowy...

- Eiric i Amelia będą trzymać się za nami jako grupa wsparcia. I nie wiem co jest z tobą nie tak Gangrelu... - skierował swe słowa w ostatniego rozmówcę. - Pamiętasz jak Jeremy MacNeil rozkazał spuścić psy rewolucji? Pamiętasz siłę z jaką uderzyliśmy na Camarillę w czterdziestym czwartym?? - pytania lidera Anarchistów zawisły w powietrzu.

- Od tego czasu oni się nas boją do ciężkiej cholery i niech dotrze to do każdego z was! Oni są słabi! - przemawiał starając się podnieść morale całej ekipy. - Ventrzak boi się zgranej grupy takiej jak my, bo wcześniej atakował pojedyncze jednostki. Mamy duże szanse, jak tylko pokażemy ludziom Harrisa, jak bardzo przerażający możemy być. Jeżeli Mały jest martwy wypierdolimy w powietrze norę tego skurwysyna, a wybuch będzie słyszalny w Los Angeles! - kończąc obdarzył Eryka niszczącym spojrzeniem.

- Nie mamy czasu na planowanie i zbieranie posiłków. Działamy bezpośrednio i z całą siłą jaką zebraliśmy w tym domku. Rany wyliżemy u Julie. Czas na prawdziwą przemoc jakiej to miasto jeszcze nie widziało! - zakończył przemówienie, a na jego twarzy malował się uśmiech przyszłego triumfu.
DO MG:
Poproszę teścik na poniesienie morale ekipy. Charyzma + Przywództwo.
[center]OD MG:[/center]
Wypada 7 sukcesów!
Może i Black8 nie przebiera w słowach, ale nie możecie mu odmówić racji. Jego uwagi są rzeczowe i treściwe, od razu widać, że chłop wie o co mu chodzi. Dodatkowo zapał, z jakim wierzy w swoje racje udziela się każdemu z was, w tej chwili czujecie się przez niego tak natchnieni, że bez mrugnięcia okiem wyszlibyście za nim na słońce. Nie będziecie mieć wątpliwości, że to wy jesteście tymi, których powinna bać się Camarilla!

Dopóki MG nie odwoła efektu, wszyscy otrzymują -2 do ST testów SW związanych z wysokim morale.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 11 kwietnia 2017, 12:31

[center]23.10.1994, 2951 S Rushton Park Drive, West Valley City[/center]
Choć wydawałoby się to fizycznie niemożliwe, z każdym słowem Jarreda uśmiech Świra stawał się jeszcze szerszy. Słowa Brujaha były niczym iskry, wzniecające ogień na polu obłędu, którym najwyraźniej było to, co zostało z umysłu Hexena. I choć w pokoju paliło się zaledwie kilka świec, w oczach Malkava pojawiło się dziwne, gorączkowe lśnienie, przypominające odbicie płomieni, które już niedługo miały pożreć domenę Księcia.

- Zaje, kurwa, biście! - wypalił w końcu, gdy tylko zapadła cisza. - Szacun, Balck8, jesteś typem, którego potrzebowałem! Co ja kurwa pierdolę, całe to płaskie miasto cię potrzebuje! Razem możemy sprawić, że ta noc stanie się niezapomniana. I to nie tylko dlatego, że spotkałem ciebie, skarbie - Świr nie przegapił okazji i kolejny uśmiech poszybował w stronę Amelii.

- A ty, Indiana się tak nie spinaj, ok? - zwrócił się do Gangrela. - Jak cię zechcę zaczepić, to na pewno tego nie przegapisz. Więc trochę cierpliwości, nie? Jeszcze cała noc przed nami.

Mrugnął do Ericka porozumiewawczo po czym znieruchomiał nagle, spojrzawszy mu w oczy. Pochylił się do przodu i przez chwilę, w napięciu przyglądał się swemu rozmówcy, jakby był w stanie dostrzec coś, czego nie widzieli inni.

- Niedobrze - powiedział w końcu, a w jego głosie dał się słyszeć ton autentycznego zaaferowania. - Facet, jak będziesz taki poukładany w środku, to twoje myśli staną się całkiem kwadratowe, jak kostki brukowe. A wtedy Babka-Wiedźma zabierze ci dusze, kapujesz? - ściszył głos i rozejrzał się, spoglądając podejrzliwie na cienie rozciągające się w kątach salonu.

- Ona tylko na to czeka... - odezwał się po chwili z paranoicznym błyskiem w oku. - Zawsze tylko na to czeka... Drzewa ci z tym nie pomogą, bo same się jej boją. Poza tym są za daleko. I nawet ten co bywa tym i tamtym ci nie pomoże. W ogóle nikt, kurwa, nie będzie mógł ci pomóc, nawet głos w mojej głowie. Więc musimy coś spalić tej nocy, zanim to się stanie. Przelać krew wrogów. Serio. To będzie dobre, stary. Znam się na tej terapii, sam ją stosowałem i efekty widać chyba, nie? Ogień i zęby w ciemności... Jego tchnienie jest silniejsze niż stalowe pszczoły i szklane pająki. Nie ważne... To cię uratuje. Nie martw, się, będzie w porządku... Lepiej zapobiegać, niż leczyć.

[center]Obrazek[/center]
Przejechał ręką po twarzy, próbując odzyskać kontrolę. Jego rozbiegane spojrzenie widoczne przez chwilę w szczelinie, między palcami, omiotło zebranych i skupiło się na Jarredzie. Najwyraźniej widok charyzmatycznego Brujaha przypomniał Świrowi o tym, co się aktualnie dzieje, sprawiając, że w jego wzroku na powrót pojawiła się iskra świadomości. Hexen potrząsnął głową wracając do rzeczywistości i opuścił dłonie na kolana.

- Hej, spokojnie, wszystko pod kontrolą - powiedział, uśmiechając się szeroko, co bynajmniej nie sprawiło, iż stał się bardziej wiarygodny. - Słuchajcie, mamy odpowiednią siłę rażenia? Bo jak nie, to należałoby by jechać na zakupy. Więc jak coś wam trzeba to mówcie. Ja zamawiam, Dziki Bill stawia. Czołgu co prawda nie załatwię, ale to i owo mogę.

Pogrzebał chwilę w kieszeni płaszcza, po czym podał Black8 wymiętą kartkę i tani, reklamowy długopis.
Hexen da pozostałym kartkę i długopis. Jak chcecie by Wam coś załatwił, napiszcie w ramce pod postem (nie ma sensu robić z tego fabularki). Tylko wiecie, bez przegięć typu Bazooka. ;)
Nie wiadomo właściwie dlaczego Hexen wydaje się poważnie przejęty stanem Ericka, jakby uważał, że coś mu zagraża.
Ostatnio zmieniony 12 kwietnia 2017, 12:45 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

TatTvamAsi
Reactions:
Posty: 423
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
Been thanked: 3 times

Post autor: TatTvamAsi » 12 kwietnia 2017, 12:13

[center]Salt Lake City, Uttah, 23 Października.[/center]

Nie wierzę... co ja widzę?! - pokazowy popis umiejętności kowboja wstrząsnął kobietą do głębi. Tak mocno, że przez chwilę zapomniała aż o lśniących zębach i tym niepokornym blasku w oczach Hexena. I jeszcze, żeby to do kogo innego... nawet uczące się wciąż chavoro* ma szybszy refleks. Na szczęście, nim to wszystko zdążyło się rozwinąć w jeszcze większą szopkę, Malkavianin wybuchł nagłą wesołością i jeszcze głośniejszym śmiechem. Napięcie zeszło, aby później wzmóc się, gdy obłędnie szalony wampir jął teatralnie wytykać każdą z wad niedoszłego amanta. A był tak obłędnie szalony... tak obłędny w swym szaleństwie...

Na słowa gniewnego Jareda Amelia zbudziła się jak ze snu, w który niemal weszła... znów. I gdyby wtedy mogła, spłonęłaby szczero-krwawym rumieńcem. Głos uwiązł w jej gardle i zdołała tylko wyraźnie przytaknąć. Trzeba działać natychmiast. Wróg może być w pobliżu, a pozwalam sobie na chwilę rozproszenia - skarciła się. Mimo całej agresji, która czekała tylko na moment ujścia, doceniała Brujaha. W sercu czuła nawet ulgę... Gdyby nie on, to w najlepszym przypadku tracilibyśmy czas na bezsensowne przepychanki i czcze pogawędki. Albo wszystko poszłoby w rozsypkę...

- Mały może nie mieć czasu, jeśli jeszcze żyje. Widziałam już w swoim krótkim nie-życiu kłamstwa, jakich dopuściła się Camarilla. Banda psów wysługujących się innymi - chciała splunąć wyrażając całą żywioną pogardę dla obłudy tak zwanej ,,Rodziny" i wszystkich jej eleganckich członków rzekomo dbających o dobro ludzi i obywateli wampirzej społeczności. W ostatniej chwili powstrzymała swoje niekulturalne zamiary i rzekła tylko:

- Jaredzie, jeśli doświadczenie podpowiada Ci wyruszyć natychmiast, pójdę za Tobą. Jeśli jednak poświęcimy trochę czasu na przygotowanie, mogę wysłać swojego ghula na zwiad. - nim skończyła wypowiedź, dodała pewne słowa wytłumaczenia - ale spokojnie. Nikt go raczej nie zauważy, skoro to mała sowa.

Martwiła ją tylko nagła reakcja obłędnego szaleńca. Był on przypadkiem szczególnym, żeby nie pomyśleć wyjątkowym. Ale to, co powiedział do Indiany... Babka Wiedźma... Oczami wyobraźni widziała stalowe szczęki łamiące kości, wychudłe ramiona rozdzierające ciało, rozcierające szpik kostny na suchy pył. Gdzieś tam w najgłębszej ciemności obserwowała...

- Eric, nie wiem, co oczy Hexena ujrzały w Tobie, lecz jeśli miałoby Ci coś zagrażać... coś szczególnego... to mogę pomóc. Karty mogą odsłonić przed nami tajemnice przyszłości, teraźniejszości, a także po części przeszłych zdarzeń. Więc, jeśli tylko będziesz chciał, możemy zasięgnąć porady kart. - z jej głosu dobywała się szczera troska, a spojrzenie wyrażało pewną, niezwerbalizowaną obawę.

* chavoro - w języku romskim - dziecko.
To przed wyruszeniem dalej moja postać zaszyje się gdzieś i szybko się przebierze jeszcze z tej spódnicy.

Co do propozycji skierowanej do Erica, Amelii Amandzie chodzi o możliwość postawienia wróżby.
Ostatnio zmieniony 12 kwietnia 2017, 15:27 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 13 kwietnia 2017, 12:27

23.10.1994, 2951 S Rushton Park Drive, West Valley City

Kartka podana grupie przez Hexena, krążyła wśród zebranych coraz bardziej przywdziewając niebieski kolor tuszu. Słowa Black8 niecichnącym echem odbijały się w głowach podekscytowanych kainitów, a on sam był gotów wstać i ruszyć, w tej właśnie chwili.

Pełen ekscytacji uśmiech nie schodził również z twarzy Julie, gdy wraz z Jaredem już teraz górowali nad resztą grupy, gotowi by przejść do działania. Noc zapowiadała się na pracowitą, a ogień rewolucji zapłonął już w ich sercach, nie wróżąc niczego dobrego, ani Williamowi Harrisowi ani jego świcie.

O samym mieście nie wspominając.

- Nie spodziewałam się tak natychmiastowego działania, przyznać muszę. Ale za długo już siedzę cicho i za długo już moimi jedynymi aktami buntu jawią się napisy na murach. Za długo gram rolę grzecznej dziewczynki i za długo pozwalałam by te poukładane bubki rozstawiały mnie po kątach! - oznajmiła Julie, której głos coraz bardziej przypominał warkot. Bardzo niewieści warkot, można by dodać. - Lada chwila całkiem już stanę się jak oni. Nie dopuszczę do tego. Czas działać.

Reszta grupy przygotowywała się do wyjścia, jedyne co ich jeszcze zajmowało, to drobne sprawy, z którymi należało się uporać jak najszybciej, by nie wchodziły już w drogę.

Amelia zaoferowała pomoc Ericowi, i z niecierpliwością wyczekiwała czy zdecyduje się ją przyjąć. Gangrel jednak wydawał się zbyt wstrząśnięty wystąpieniem Hexena, by udzielić jej jakiejkolwiek konkretnej odpowiedzi. Ravnoska wykazała się jednak odpowiednią dawką cierpliwości i nie popędzała go z odpowiedzią na zadane przez nią pytanie.

Chuck nie skakał, nie krzyczał i nie gadał po próżnicy. Siedział spokojnie wyczekując swojej chwili, lub po prostu rozwoju wydarzeń. Jego uśmiech co prawda nie był aż tak słoneczny, jak w chwili kiedy się przedstawiał, ale był tam niezmiennie. I był gotów.

Jared obserwował zebraną grupkę, taksując ich przenikliwym spojrzeniem. Widział w ich twarzach i pozach, coś, co pozwalało mu stwierdzić, iż trącił właściwe struny nieumarłych serc. Widział, że są jak on gotowi do działania i ruszą we wskazanym przez niego kierunku, kiedy tylko padnie odpowiednia komenda.

Wszystko zapowiadało się wyśmienicie, kostki domina zostały rozstawione i tylko czekały, aż ktoś trąci ten pierwszy klocek....

W pewnym momencie, twarz Malkaviana spoważniała na chwilę, a on sam wyglądał jakby przypomniał sobie o rozgrzanym żelazku które pozostawił bez opieki.*

- Wielki brat patrzy - odezwała się niemal w tym samym momencie Julie. Jej głos przywdział przy tym na powrót łagodny ton, a oczy rozwarły szeroko zdradzając zakradającą się do jej serca niepewność.

- Tak - zawtórował jej Hexen, patrząc na jedną z wyciągniętych z kieszeni kart. - Miejscówka jest spalona. Mamy niewiele czasu. Niedługo tu będą.
Spoiler!
Hexen: użycie Demencji:3 (oczy Chaosu):, zaczniesz odczuwać pewien dyskomfort, który nie jest intensywny, ale tam jest i to powoduje, że w sumie tak trochę chciałbyś już stąd iść. To miejsce już nie jest tym, gdzie chciałbyś przebywać.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 14 kwietnia 2017, 14:10

[center]23.10.1994, 2951 S Rushton Park Drive, West Valley City[/center]
Świr wstał z krzesła niemal natychmiast, przyjrzał się pobieżnie trzymanej w ręku kartce z zamówieniem i schował ją do kieszeni płaszcza.

- Dziki Billu, przygotuj kastę - powiedział, zarzucając plecak na ramię. - Będzie nam potrzebna gotówka. Nie żadne karty czy inne badziewie, kapujesz kowboju?

Nie zwlekając ruszył do drzwi. Teraz, kiedy usłyszał tykanie zegara, poczuł się o wiele lepiej. Był niemal spokojny. Machina ruszyła, a on wiedział dokładnie ile zajmie jej rozgrzanie silnika. Brak tej wiedzy był o wiele gorszy, niż świadomość upływających sekund. Zwłaszcza, kiedy miało się przewagę w tym wyścigu. A oni ją mieli, czuł to. I wiedział, że właśnie wychodzą na prostą.

- Ma ktoś jakąś podwózkę? - zapytał jeszcze. - Bo moja jest trefna i musiałbym przekręcać tablice. Ni cholery nie ma na to teraz czasu. Poza tym muszę zadzwonić tu i tam. Więc jak?
Spoiler!
Już teraz napiszę ci, co ja chcę kupić:
- Pudełko amunicji glassera (jeszcze z 10 kul);
- Jakiś kilogram plastiku;
- kolejne 3 zapalniki czasowe;
- strzelbę półautomatyczną;
- Pudełko amunicji Dragonsbreath (10 sztuk).
W większości są to rzeczy, które w USA można sobie kupić w sklepie z bronią. Pomijając oczywiście środki wybuchowe. ;) (zapalającej)
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Gohan
Reactions:
Posty: 81
Rejestracja: 29 listopada 2016, 15:24

Post autor: Gohan » 14 kwietnia 2017, 17:51

23.10.1994, 2951 S Rushton Park Drive, West Valley City

Po wysłuchaniu kolejnych porywających słów Black8'a, zapalił się do wszystkiego jeszcze bardziej. Po prostu czuł, że to musi się udać.
Koleś dobrze gada. To ma totalny sens i ekstra, że mówi to głośno. Plan jest dobry i właśnie tak zrobimy, tylko po cholerę się tak przy tym wszystkim rządzi. Co on z wojska się urwał? Przecież i tak byśmy z nim poszli.
Ta jedna rzecz wywoływała niemiły zgrzyt w całej gadce Jareda, ale była w tym momencie na tyle nieistotna, że umysł Chucka zepchnął ją gdzieś w niebyt.

Dziwne wypowiedzi Hexena, jak ta o Babce-Wiedźmie lądowały tam już automatycznie i zdziwił się, gdy Amelia przejęła się nimi jakby cokolwiek z nich dało się w ogóle zrozumieć.
No ładna to ona jest, ale jeśli nadaję na tych samych falach co Malkav to ja pas.


Gdy ktoś podał mu kartkę z listą zakupów, nie myślał dłużej niż dziesięć sekund, wpisał na nią tylko jedną pozycję i podał następnej osobie.


- Miejscówka jest spalona. Mamy niewiele czasu. Niedługo tu będą. - Na te słowa momentalnie wstał z krzesła.

Dużo ich będzie? Może ich tu gorąco powitamy? - Takie pytania cisnęły mu się na usta, ale zauważył, że praktycznie wszyscy zaczęli się zbierać, więc sobie darował.

- Zaparkowałem na podjeździe - powiedział jednocześnie idąc w stronę wyjścia i sięgając do kieszeni po kluczyki od auta. - Jak nie macie czym jechać to chodźta.

- Ile będziemy potrzebować tego hajsu? - Rzucił do Hexena tonem jakby zupełnie nie interesowała go odpowiedź albo jakby ilość zupełnie nie miała znaczenia.

- Stykną jakieś trzy kawałki - odpowiedział Świr. Po czym spojrzał na samochód Chucka. W jednym momencie oczy Malkava zrobiły się wielkie, niczym srebrne jednodolarówki:

- O kurwa...! - jęknął tonem, w którym zgroza mieszała się z obłędnym zachwytem - Pomalowałeś swój samochód w koniki?! Naprawdę?!

Koniki? Ja mu dam koniki kurwa!
Chuck spojrzał na własne auto. Malunki nadal były cholernie dobre. Nie pstrokate, tylko ciemne, stylowe, wykonane ze szczegółami i naprawdę dobrej jakości.

[center]Obrazek[/center]

- Lepiej pomalować sobie samochód niż ryja.

Spojrzał na Malkava, na chwilę zapominając, że miał już się z nim nie spinać. Ale po sekundzie zerknął na Black8'a i po prostu minął oniemiałego Hexena, któremu najwyraźniej widok mustangów zdobiących maskę samochodu, odjął zarówno mowę jak i resztki rozumu.

Gdy doszedł do jeepa, przekręcił kluczyk w drzwiach kierowcy i słychać było, że wszystkie drzwi się odblokowały.

Każdy kto czytał listę zakupów po Chucku, widział zapisane prostym pismem: DOBRY SZAMPAN

Obrazek tylko poglądowy na styl malunków na aucie. Jeep Chucka jest inny i ciemno brązowy.
Ostatnio zmieniony 15 maja 2017, 22:47 przez Gohan, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 15 kwietnia 2017, 16:55

23.10.1994, 2951 S Rushton Park Drive, West Valley City

Jared dopisał na kartce kilka zdań. Za wiele nie było mu potrzebne, aby stawić czoła Camarilli. Od ostatniego starcia z Sabatem w Salt Lake City, nie mógł sobie pozwolić na brak broni palnej. W jednej chwili przypomniał sobie moment, w którym podczas strzelaniny na ulicy został sam. Amunicja szybko skończyła się, a wróg nacierał. Następnie wyrywał cegły z ścian i rzucał nimi w wrogów powalając kilku na ziemię. W końcu dopadli go zmuszając do obrony. Zepchnęli w róg między budynkami, atakując nożami i stalowymi kijami do baseball'a. Ledwo coś poczuł, gdyż zniszczone nerwy pod skórą i wielokrotne obrażenia jakie odniósł przez ostatnie stulecie pozwoliły Brujahowi wytrenować ciało twarde jak stal. Nie chciał wpaść w szał, ale w tym momencie nie wytrzymał. Nie pamiętał co się stało, ale gdy było po wszystkim ocknął się na środku ulicy rozrywając na strzępy jednego z sabatników. Przypomniał sobie ból jaki poczuł chwilę później. Obrażenia po kulach, które tkwiły wewnątrz, liczne rany nożem i kilka złamań dało o sobie znać w jednej chwili.

Mówią, że obroniłem ich przed najazdem Sabatu... Głupcy, ja po prostu się zdenerwowałem. Zawsze gdy się zdenerwuję dzieją się niewiarygodne rzeczy. Wtedy przeżyłem pokonując Sforę Sabatu, a chwilę później znalazł mnie członek Camarilli, który widział całe zajście. Tylko jak on się nazywał... - rozmyślał wpisując koleiną rzecz na listę. W końcu zgniótł papier i podał dalej. Uwagę skupił na Oblivionie, który wykazywał największy poziom niezrównoważenia w okolicy. Odezwał się:

- Dobra ekipa zmywamy się. Dopiszecie resztę w samochodzie. Oblivion i Amelia jadą ze mną. Chuck i Eric jadą swoim wozem. Jedziemy na zakupy więc jedziecie za nami - ostatnie zdanie skierował do Chucka.

Gdy wyszli na zewnątrz, przy krawężniku czekał na nich czerwony Cadillac, kierowany przez zadbaną ciemną brunetkę o długich prostych włosach. Black8 wskoczył na siedzenie obok kierowcy, a pozostała dwójka rozsiadła się na tylnym siedzeniu. Malkvaian podał adres, po czym ruszyli w drogę.

[center]Obrazek[/center]
Spoiler!
Chce by kupili
- kuloodporny podkoszulek 2 punkty pancerza - 1 zręczność
- jakieś lepsze naboje do mojej broni palnej
Jedziemy na zakupy. Jared dopilnuje by Amelia założyła jakieś spodnie.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 15 kwietnia 2017, 17:31

[center]23.10.1994, West Valley City[/center]
Malkavianin wpatrywał się w jeepa z wyrazem obłędnej fascynacji, graniczącej niemal z religijnym zachwytem. Słysząc słowa Brujaha podniósł jednak głowę. Ej, ale Dziki Bill ma samochód w koniki! - chciał zaprotestować, mając na myśli przydział, jednakże jeden rzut oka na damę, kierującą Cadilackiem sprawił, iż natychmiast zmienił zdanie. Zwierzątka kopytne zniknęły z widnokręgu jego zainteresowań, niczym sen jaki złoty, lub zagubiony anarchista w siedzibie Księcia. Świr wyszczerzył zęby wgapiając się w piersiastą brunetkę:

- Sorry Dziki Billu, ale fura Black8 ma większe walory. Koniki nie mają szans - odezwał się, ku ogólnej uldze Pariasa.

- Hej, chyba znalazłem swą muzę - rzucił, zajmując miejsce za siedzeniem kierowcy. - Jak cię zwą, kotku? Ja jestem Hexen, żołnierz w służbie Anarchii. Wiesz mogę zginąć tej nocy, więc będziesz dla mnie miła, co? Potrzebuję inspiracji... - przekrzywił głowę by widzieć w bocznym lusterku dekolt swej nowej ofiary.

- Kurde Black8 nie mówiłeś, że masz tak zjawiskowego kierowcę... Ale chwila, spoko, dzwonić miałem...

W dłoni Świra pojawiła się obdrapana komórka, która wyglądała jakby przetrwałą kilka naprawdę ciężkich chwil. Hexen wybrał numer, wpisując go z pamięci. Chwilę czekał na nawiązanie połączenia.

- Yo Drago, białasku! Słuchaj ładny weekend ma być podobno. Na ryby bym się wybrał... Nie sam, z kuzynem. Urodziny akurat ma, czaisz?... Wszystko stawia, co się nie przewróci... No dokładnie... Potrzebowałbym muchówkę kupić. I dwa pudełka zanęty, te po pół kilo... Tak, jestem pojebany, zgadza się. Mówisz do właściwego człowieka... Nie wiem skąd, na pewno coś wykminisz, wierzę w ciebie... Dobra i jeszcze kamizeleczkę spiningową... Tak, właśnie... Pudełko much z niebieskimi łebkami i trochę tych dużych, z czerwonymi... I eee... Wiesz, dobierzemy se coś na miejscu, nie? Kuzyn by chciał jakąś grubszą rybkę, ma dobry sprzęt tylko mu brakuje przynęty... No jasne... Acha... Dobra, to kiedy możemy?... Ta, pasuje mi jutro o czternastej... Jasne, dzięki... Wpadniemy na pewno. To do później.

Rozłączył się:

- Nie będzie problemu - zameldował z szerokim uśmiechem. - Wszystko jest na miejscu, jak czekoladki w jebanej butonierce. Dobra kotku, to na czym to ja skończyłem...?

Brujah odwrócił się do siedzącego z tyłu Malkaviana i wtrącił się w słowo:

- Na tym, że Julie nie wynajęła ulicznego żigolaka, który ma za zadanie wsadzić swoją pytę w każdą ładniejszą dziurkę jaka się napatoczy. Przykręć zawór, bo mam wrażenie że myślisz częściej pałą w spodniach, a dobrze wiemy jak się na takich mówi na ulicy. Nie rozpraszaj mojego kierowcy... - powiedział w najbardziej bezpośredni i stanowczy sposób jaki przyszedł mu do głowy.

- Liczę na twój zwiad Oblivionie i cieszę się, że przybyłeś na wezwanie. Jednak muszę cię zapytać: Po co to robisz? Jak widzisz przyszłość w którą powinniśmy iść jako Anarchiści? - pytania zawisły w powietrzu, nie dając Hexenowi czasu na kontynuowanie podrywu.
Post pisany z Lighstormem
Do MG: poproszę teścik na uwodzenie ghula Brujaha.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

TatTvamAsi
Reactions:
Posty: 423
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
Been thanked: 3 times

Post autor: TatTvamAsi » 16 kwietnia 2017, 08:57

[center]23.10.1994, 2951 S Rushton Park Drive, West Valley City[/center]

Eric nie zareagował... zgroza zdjęła jego serce, a wynunięta przez Amelię prośba, zdala jej się za raz jak ledwie pyłek w obliczu huraganu. Schowała więc talię. Jeszcze przyjdzie na to czas... Niech ochłonie nieco, choć... mam nadzieję, że nie będzie za późno. Spojrzała jeszcze na Erica. Wpatrzony był niemo w punkt gdzieś za nią. Przez chwilę zdawało się jakby zawieszony był w pustej przestrzeni, nad przepaścią... i tylko czekać aż ziemia wymsknie mu się spod nóg. Trzeba tą sprawę przemyślić i to szybko. Po nici do kłębka...

Jej rozmyślania przerwała obawa, z jaką odezwała się Julie, a zawtórował jej... Hexen. Nie mieli więc czasu, a rozliczenie mogło nastąpić szybciej, niż by tego oczekiwali. Zebrała się więc szybko.

Wychodząc szepnęła jeszcze do Malkavianki:

- Powiedz mi Julie... skoro będziemy kierować się bez ogródek do głównego miejsca - celowo uniknęła bezpośredniego mówienia o siedzibie księcia. Skoro, według słów Hexena i pięknej kobiety w czerwieni, ktoś ich obserwował, mógł może posłyszeć ich plany i zamiary, a w związku z tym przygotować się odpowiednio... osobiście wróżbiarka wolała dmuchać na zimne - w jakim jest ono kierunku? Mój mały pomocnik będzie naszym wzrokiem i uszami, muszę więc dać mu dokładne dyspozycje.

Zamilkła, zastanawiając się nad czymś przez krótką chwilę. Twarz Amelii wkrótce przybrała poważniejszy wyraz. Kobieta najwyraźniej podjęła decyzję i odezwała się ponownie:

- A i jeszcze... - spojrzała w opalizujące na podobieństwo księżycowej tarczy oczy Julie Bloodyrain - Niebawem będziemy tańczyć na ciałach wrogów, a nasze dłonie spłyną ich krwią. - czuła zbierające się w sercu zimno - chłód śmierci, która miała nadejść... niebawem. Nie lubiła wojny... Lecz to była konieczność i nieuchronna potrzeba spłacona pierwiej krwią ich braci. - Niechaj cienie nocy laskawej ochronią Cię przed wzrokiem kłamców, którzy zasiedli na tronach. W tą najczarniejszą godzinę, niech blady promień księżyca oświetli przed tobą drogę... - cicho szeptając słowa modlitwy ochronnej, zdjęła ze swej szyi jeden z medalionów. Wisior skomponowany byl z przypominającego oko kamienia, oplecionego dość gustowną plecionką z cyny. - Ongiś należał do silnej osoby, której sny i wielkie marzenia były inspiracją dla wielu, a prowadziły dalej niźli można sobie wyobrazić. Przyjmij go. Niech doda ci siły i wytrwałości, prowadzi tak, jak prowadził i mnie. Trzymaj się... Julie.

I odeszła, dołączając do Jareda w gustownym cadillacu.
Po wyjściu z budynku wzywam swoją sowę - ghula. Przy najbliższej okazji usunięcia się spod wzroku śliniących się na laski wampirów, Amelia zmieni tą spódnicę i nie potrzerbuje do tego żadnej męskiej niańki.

To, co Amelia dała Julie to po prostu jeden z jej zdobycznych wisiorków-amuletów, mających jednakże wielkie znaczenie i niezwykłą moc.
Spoiler!
W czasie, gdy będziemy jechać po zakupy, poproszę sowę, aby sprawdziła teren siedziby księcia. Powiem jej, aby była ostrożna i jeśli pojawiłoby się zagrożenie, niech się schowa i przeczeka, lub, jeśli to możliwe i nie ściągnie za sobą nikogo, niech wraca od razu do mnie. Opiszę jej w zrozumiały dla niej sposób miejsce i kierunek, w którym powinna się udać. Proszę ją, aby zwróciła uwagę jak wygląda tamta okolica - czy ktoś pilnuje terenu, czy w ogóle ktoś w tym momencie kręci się po tej posesji, czy są kamery (jeśli moja postać się o istnieniu kamer, skoro są rzadkie) - staram się opisać taki sprzęt w zrozumiały sposób; ogólnie jak wygląda ten teren - ilość drzwi, wysokość muru itd. Oczywiście nie chcę aby zajęło jej to sto lat i wróciła do mnie w miarę możliwości za godzinę, lub dwie. Wypuszczę ją na przeszpiegi, gdy znajdziemy się i będziemy się poruszać po określonym obszarze - aby mnie znalazła ta sowa później.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 16 kwietnia 2017, 15:25

[center]23.10.1994, West Valley City, gdzieś na trasie.[/center]
Początkowo chciał odgryźć się Brujahowi, ale błysk w oczach tamtego zdołał przebić się przez zasłonę jego zwyczajowego pojebania i podpowiedzieć mu, że lepiej zamknąć mordę. Był to bowiem ten rodzaj błysku, który zwykle wróżył połamane żebra, jeśli nie miałeś na tyle rozumu by trzymać język za zębami. Malkavianin rozsiadł się więc wygodniej i poczekał, aż Black8 skończy recytować litanię złożoną z pytań:

- Kurwa stary, nie wiem - powiedział w końcu. - Znaczy teraz na pewno powinniśmy się kierować prosto. Za kolejnym skrzyżowaniem będzie zjazd w prawo... A później znów prosto i jakoś to będzie. Ej, serio ci się wydaje, że ja jestem facetem, który potrafi udzielić ci odpowiedzi na to pytanie? Czy ja wyglądam jakbym miał jakiś plan w nieżyciu? Albo chociaż stał koło czegoś takiego? Wiesz, ci, co mnie słuchają, kończą z głosami w głowie. Więc, żeby później nie było, że nie ostrzegałem, nie?

- Dlaczego nam pomagasz? Żywisz osobistą urazę do Harrisa? Bo widzisz u mnie to sprawa osobista i nie chciałbym byśmy się w tej kwestii nie zrozumieli. Rozumiesz o co mi chodzi? - Black8 nie poddawał się łatwo.

- Jasne - odpowiedział Świr. - Ale tu są dwie odpowiedzi. Długa i krótka. Krótka brzmi: ogień. A długa... Nie wiem czy jesteś na nią gotowy. Chcesz pójść za białym królikiem, Alicjo? Bo ta nora może się okazać cholernie nieskończona i twa logika w niej skona. Więc sam zdecyduj.

- No słucham dalej... - odrzekł Black8. - Bo jak na razie to mówisz tak niekonkretnie, aż zaczynam mieć wrażenie że nie chcesz więcej powiedzieć. Widzisz... Wolne Stany istnieją dlatego, że Brujah mieli plan i potrafili wykorzystać siłę jaka drzemie w Anarchii. W ogóle czytałeś 'Status Perfectus' Jeremiego?

- Ta, jasne. Ale wiesz, zasady są dla tych, co nie wiedzą co robić. Słuchaj, Black8, szacun i w ogóle, ale ja nie muszę sobie pisać na kartce, że chcę być wolny. Ani nazywać tego po łacinie, by to bajerancko brzmiało. W ogóle kurwa... To nie tak... Jedyne, w co warto wierzyć to Chaos. Każde prawo jest tylko iluzją, która nie pozwala ci dostrzec tej pięknej prawdy. Więc ja po prostu nie chcę się pakować w ten kanał w którym są ci, co myślą, że wiedzą coś lepiej. Nigdy nie wiedziałem lepiej. Ja czasem kurwa nawet nie wiem, jak się nazywam, nie? Ja po prostu jestem tam gdzie powinienem być i robię to, co powinienem...

- Bo widzisz - kontynuował. - tu chodzi o tą starą kurwę, która zatruwa wszystkich swoim hokus-pokus. Jeśli zaczniesz myśleć, tak jak ona chce, to ukradnie ci dusze, czaisz? Więc nie możesz myśleć poprzez logikę - popukał się palcem w skroń, podkreślając swe słowa. - Nie możesz mieć planu. Ta suka sprawiła, że on pożarł moją matkę. I mówię tu o mojej prawdziwej matce, a nie o tej papierowej marionetce, która patrzyła na mnie godzinami zza okna. Sączyła whisky, myśląc, że nie widzę... A ja wiedziałem, że się mnie boi... - uśmiechnął się. - A później zniknęła. Zabrali mnie. I wylądowałem po ciemnej stronie księżyca. A tam nie ma krwi, o nie. Więc próbowałem się żywić księżycowym pyłem. Ale to nie dawało rady... Ni cholery nie dawało rady... Więc w końcu wkurwiłem tą starą wiedźmę. Rozbiłem dwie śliczne porcelanowe lalki, złamałem prawo - zachichotał nerwowo, przejeżdżając ręką po twarzy. - Wszystko dlatego, że byłem tak bardzo głodny... Więc w sumie, to było w porządku. Ale wiedziałem, że ona się dowie. To była kwestia czasu, by spuściła psy. Więc uciekałem i kluczyłem... Cień pośród innych cieni... Aż w końcu zgubiłem ją i wiem, że teraz mogę ją zaskoczyć. Bo ona się nie spodziewa...

Wyszczerzył zęby i spojrzał na Brujaha z obłędem w oczach. A później pochylił się do przodu i rzekł, ściszonym głosem.

- Wiesz dlaczego wam pomagam? Bo widzę, czym jesteś. Heroldem ognia. Przelejesz krew, a wtedy całe to miasto... Łany szkła, stali i plastiku pokłonią się przed tobą, a później spłoną. A ja będę obok z kanistrem pieprzonej benzyny... Terror, Cienisty Wicher, kapujesz? Wszyscy oni, cała Camarilla, Książę i reszta są przesiąknięci magią tej starej wiedźmy. Myślą tak, jak ona im każe. Ale ty... Ty taki nie jesteś. I ja też nie. Musimy oczyścić to miasto by inni mogli istnieć. Być tym, czym zechcą być. Być tym, czym muszą. Więc tak, chcę wam pomóc. Chcę pomóc tobie. Ponieważ widziałem ogień w snach. Ponieważ widziałem ogień w twoich oczach.

Gdy zaczęła się opowieść o "starej kurwie" Black8 pojął, że właśnie dowiedział się wszystkiego co powinien wiedzieć o swoim kompanie. O ja pierdolę. Co on kurwa brał? Że też Malkavy muszą czasem przemienić jakiegoś totalnego wykolejeńca, co żył na ulicy i jechał na setyckich prochach. Jebany szajbus... No ale przynajmniej da się z nim dogadać. Ma budrel pod deklem, ale chociaż cel mamy wspólny.

- Cokolwiek mówisz zapewne jest w tym ziarno prawdy... Jednak nie pojmujesz jednego dzieciaku. 'Status Perfectus' nie jest prawem jakim go widzisz, a każdy Manifest napisany przez najlepszych z Anarchii ma głównie uderzyć w struktury Camarilli i tą kurwę o której mówisz. Nauczyłeś się jak przetrwać na ulicy, ale kompletnie nie wiesz jak radzić sobie w sytuacji w której trzeba zobaczyć większą perspektywę niż własna dzielnia. Dlatego spotkałeś mnie... - zakończył zdanie zachęcając Obliviona, by ten chciał słuchać dalej.

Podniósł gnata leżącego na udzie, upewniając się że wszystkie kule są w bębnie. Chłopak ma dobre serducho, ale nie zajdzie daleko bez mojej pomocy. Zobaczymy ile zostało z jego martwego mózgu po tym jak dorwały się do niego robaki... - zastanawiał się nad następnymi słowami patrząc na swojego colta.

- Jeżeli wyjdziemy z tego cało, napiszę swój Manifest, który podobnie jak ten Jeremiego, będzie skierowany do członków Camarilli, aby ci rzucili w cholerę tą skostniałą sektę i przeszli do nas. Trzeba myśleć o przyszłości, jak chce się biegać z kanistrem benzyny przez najbliższe stulecia. Dużo mówisz o ogniu i walce, a tak naprawdę nie masz pojęcia na jak wiele sposobów można punktować trupa jakim jest Camarilla.

Hexen siedział wpatrując się w Brujaha nieco szklanym wzrokiem. Chwilami szczerzył się obłąkańczo, chwilami zaś poruszał ustami najwyraźniej szepcząc sam do siebie. Spoglądając na niego Black8 miał nieodparte wrażenie, że słucha go nie jedna, lecz kilka osób. I zaledwie połowa z nich go rozumie.

- Gdybyś widział perspektywę, którą ja widzę... To więcej, niż ulica... - wymamrotał Świr, mówiąc jakby częściowo do siebie. - Wszystkie te cienie, które obserwują nas spoza kotary szkła. Szepty i świergotanie, szepty i świergotanie... Wiedziałbyś jak naprawdę wygląda rzeczywistość... Pieśń betonu, czarne żyły splecione z cyfrowych włosów... Zrozumiałbyś, że nie ma słów które mogą to opisać. A kiedy próbujesz... Inni patrzą na ciebie tak, jak ty patrzysz teraz na mnie - w jego oczach znów zamigotała iskra świadomości. Potrząsnął głową.

- Najlepszym atramentem jest krew wrogów - powiedział, spoglądając Brujahowi prosto w oczy. - Słyszę w wichrze głos wielkiej bestii, a ona nuci pieśń zniszczenia. Destrukcja. Destrukcja. Destrukcja. Oto odpowiedź na wszystkie pytania...

- No tak, Smiling Jack na pewno uśmiechnąłby się gdyby usłyszał te słowa - podsumował Black8.

- Lubię Smiling Jacka, a on lubi mnie - szepnął Świr, uśmiechając się maniakalnie.

- Taaa... Widać... Kurwa... Jednak jesteś łatwiejszy do rozgryzienia niż myślałem - skłamał Brujah, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że z Szajbusami jest dokładnie tak samo jak z dragami. Możesz odwrócić się tyłem do człowieka, ale nigdy do narkotyku. Trzeba będzie cały czas dostarczać paliwo do tej wojennej machiny, a na pewno będę miał na niego wpływ. Kurwa, jak on się wierci na tym siedzeniu...

- Rób co mówię, a nie będziesz narzekał na brak akcji. Nawet cię polubiłem, więc tego nie spierdol. Deal?

- Jasne, szefie - wyszczerzył zęby Hexen. - Nie martw się, nie spieprzę tego.
Post pisany we współpracy z Lightstormem.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Ferre
Reactions:
Posty: 60
Rejestracja: 14 czerwca 2015, 19:42

Post autor: Ferre » 16 kwietnia 2017, 17:46

23.10.1994, 2951 S Rushton Park Drive, West Valley City

Mając wciąż w głowie słowa Hexena i Amelii dziwił się sobie. Jego reakcje były totalnie trefne, a teksty Ravnoski jeszcze bardziej zbiły go z tropu. Minęło trochę, zanim otrząsnął się z osłupienia i zaczął analizować to,co powiedzieli. Ostrzeżenie Malkawianina było jak zwykle u Malkavów bardzo dla niego nie jasne ale nie zamierzał się tym przejmować na zapas. Zdarzało im się powiedzieć coś mądrego, ale też bywało tak, że gadali kompletne bzdury. Natomiast gadka Amelii sprawiła, iż Gangrel zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście jest ona mistrzynią iluzji. Jej ostatni teks wskazywał raczej, że iluzje to ma, ale chyba w głowie i jest kolejną Malkawianką, a przedstawienie się jako Ravnoska to jakiś żart. Z drugiej strony Adam, Nosfera to poważny gość, toteż Eric odsunął te myśli i skupił się na zadaniu. Nie zamierzał tracić czasu na tą rozmowę. Z osłupienia wyrwało go ostrzeżenie Julie, a następnie Hexena.


Jako, że Eric nie potrzebował żadnych zakupów, na odchodnym tylko powiedział Julie:

- Jak akcja się skończy, możemy potrzebować krwi. Gdybyś mogła nam to załatwić było by miło.

Na komendę Jareda ruszył za Chuckiem do samochodu. Widok malowanego auta nie zaskoczył. Wprawił tylko w lekki niesmak. Tyle jeżeli chodzi o kamuflaż, ale przecież nie to jest celem. Wskoczył na miejsce pasażera i oczekiwał wyjazdu.


- Słuchaj, Chuck - zwrócił się do kowboja - Kilka spraw. Wspomniałem o tym już Julie, ale dobrze, żeby więcej osób o tym pomyślało. Po skończonej akcji na pewno będziemy potrzebowali krwi. I to dużo. Ja mogę zwołać zwierzęta, ale nie starczy tego dla wszystkich, tak więc jak masz jakiś pomysł lub sposób na skołowanie paru galonów to było by dobrze - przerwał zapinając pasy - Kolejna sprawa to taka prośba albo raczej rada ode mnie. Skupmy się na misji i nie myślmy o tym, jak komu przygadać. Bo jakiekolwiek problemy zaistniałe przed wykonaniem misji nie są czymś dobrym. Hexen to Świr a i z tego co widzę to Amelia też wali nonsensem jak z dwururki, że aż mnie zatkało na parę minut. I dlatego nie widzę sensu, aby wdawać się w jakieś dziwne konwersacje. Nie chciałbym, żeby misja nie wypaliła z powodu martwej dupy, której i tak "naturalnie" nie wydymacie. Black8 wydaje się być samcem alfa w tym stadku i nie chcę widzieć jak się rozprawia z niesnaskami w drużynie.

- Dalej, pytałem o info co do Harrisa. Jak masz coś więcej do powiedzenia, to chętnie posłucham. Im więcej wiemy, tym lepiej. Mam jeszcze nadzieję, że Brujah poda nam jakiś plan, zanim zaczniemy akcję.
Sanity is for the weak!

Gohan
Reactions:
Posty: 81
Rejestracja: 29 listopada 2016, 15:24

Post autor: Gohan » 17 kwietnia 2017, 17:50

23.10.1994, West Valley City + w trasie

- A Julie nie jedzie?
Po tym jak zareagowała na ich zapał spodziewał się, że złotowłosa ruszy z nimi.

Tak czy siak przydział pasażerów mu odpowiadał, więc bez ociągania wsiadł do auta. Brunetka w Cadillacu nie wzbudziła w nim większych emocji. Być może branie się za zajęty towar nie bawiło go zbytnio, więc tym razem komentarz Świra przepłynął swobodnie przez jego głowę i odleciał w niebyt.

Odczekał aż wszyscy byli na miejscach i gładko ruszył za czerwonym samochodem.

Radio chyba sobie daruję, bo ten Eric wygląda na totalnie sztywnego i mogłoby go to dobić czy coś.
Palcami na kierownicy wystukiwał bliżej nieokreślony rytm, ale słuchał Gangrela dość uważnie, zerkając w jego stronę i wtrącając odpowiedzi kiedy uznał za słuszne.

- Jeśli idzie o krew to nie mam jakiś zapasów, bo zazwyczaj zdobywam na bieżąco. Jak serio chcesz pić ze zwierzaków to mamy na rancho sporo bydła. - Pomysł picia krwi zwierząt wydał mu się niedorzeczny, co wyraźnie podkreślał ton jego odpowiedzi. - Nie wiem jak reszta, ale ja wolę bardziej subtelny smak, więc możemy po prostu skoczyć w razie czego do jakiegoś klubu i "ucałować" kilka panienek. - Ta wizja zdecydowanie bardziej mu pasowała, co od razu dało się słyszeć w jego głosie. - Można też zamówić jakieś porządne towarzystwo, ale no sam nie wiem... To lipa trochę... - Do tego pomysłu też ewidentnie nie był całkiem przekonany.

Znam kilka lepszych opcji niż jakieś brudne dziwki, ale nie sądziłem, że będę musiał kiedykolwiek wydawać hajs na kobiety. To przecież zupełnie bez sensu jak zazwyczaj same do ciebie lezą.

Złote rady Erica rozbawiły Chucka, więc gdy odpowiadał jego głos brzmiał aż nazbyt optymistycznie.
- Nic się nie martw, ja wcale nie myślę jak komuś przygadać. - Pewnie Eric ucieszyłby się jakby Chuck skończył w tym miejscu, ale ten mówił dalej w totalnie pozytywnym nastroju. - Jak mnie Świrus zbytnio wkurzy to dam mu po ryju i tyle. Wiesz taka przyjacielska wymiana ciosów, a potem będziemy działać dalej. Norma, nie? Nic do niego nie mam, ale czasem jak kumpel przegina to trzeba mu szczękę przetrącić żeby ogarnął. - Mina Erica chyba nadal go nie satysfakcjonowała, więc dodał. - Świetnie to rozładowuje napięcie, serio no.

- A i nie bój nic, o Amelię się z nim bić nie będę. Tak jak mówisz widać, że jakaś nawiedzona lekko, to do Hexa lepiej pasi. Nie kumam tylko co masz do natury dymania. Chociaż fakt, chyba wolę ciepłe laski niż "martwe dupy" - zaśmiał się przytaczając słowa Gangrela. - Ale no kurde samo dymanie jest nadal ekstra, co nie? Walory dotykowe i wzrokowe są, okład z młodych piersi działa doskonale nawet na bycie martwym, a jak jeszcze dodasz "całusa" w odpowiednim momencie to powiedziałbym, że bywa lepiej jak za życia. W sumie przy "całusach" z "martwymi dupami" jest więcej kombinacji, więc też spoko.

Śmiał się przez dłuższą chwilę. Eric jednak był nieugięty w swej powadze, więc Chuck postarał się przybrać chociaż w miarę poważny ton.

- Chciałem powiedzieć żebyś wyluzował, ale widzę, że z ciebie taki typ, że pewnie nie da rady. - Westchnął i zaczął odpowiadać na pytanie o Księcia. - Wiem tylko tyle, że Harris był jakimś wojskowym oficerem. Trzyma Sabat z daleka od miasta, więc większość sra z zachwytu, że rządzi i są bezpieczni. Gadają, że to taki bardzo surowy, ale sprawiedliwy władca. - Z każdym słowem o Księciu resztki wesołości znikały z jego głosu, tak że gdy wypowiadał słowo "sprawiedliwy" brzmiał jakby miał nim zwymiotować. - No i tyle, żadnych przydatnych szczegółów nie znam.

Kiedy skończył mówić jego ręce zacisnęły się nieco mocniej na kierownicy i przestał spoglądać w kierunku Erica.

Jak na dłoni było widać, że o ile Chuck praktycznie cały czas był uśmiechnięty i może aż za żywy i wesoły jak na wampira, to każde wspomnienie osoby Księcia sprawiało jakby ktoś przebijał tę bańkę nadmiernej radości i wrzucał go w skrajnie przeciwny nastrój.

TatTvamAsi
Reactions:
Posty: 423
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
Been thanked: 3 times

Post autor: TatTvamAsi » 19 kwietnia 2017, 21:36

[center]23.10.1994, West Valley City.[/center]

Niewielka sowa gładko sfrunęła na ramię kobiety. Wampirzyca pogładziła delikatnie pierzastą główkę, kierując się ku lśniącemu, szkarłatnemu cadillacowi. Zajęła miejsce tuż za Jarredem, przez pewien czas cicho udzielając instrukcji swemu niewielkiemu ghulowi. Przez tą chwilę słowa Hexena, jego wewnętrzny urok manifestujący się jednak na podobieństwo eksplozji, gdzieś odpłynęły. Czuła pod palcami tylko miękkie pierze ptasiego przyjaciela, a oczami umysłu niemal widziała siedzibę księcia Camarilli. W prosty sposób próbowała wytłumaczyć zwierzęciu realia cywilizacji - świata kamer, samochodów i lamp:

- No wiesz, to takie pudełka tylko przyczepione do muru i ten, no... one mają jakby jedno oko...

tak przechylił jednak tylko głowę z niedowierzaniem i próbą pojęcia, o co tak naprawdę chodzi. Sowa była miniaturowa, niemal niedostrzegalna w mroku nocy, ale... gdzieś pod tym wszystkim Amelia czuła obawę... przypomniał jej się ciężar straty, nagłej śmierci, wobec której była bezsilna. Oni byli razem, mieli Black8'ta, co się mogło stać? Tylko tyle, że książę wcześniej pogryzie ziemię, ktora z radością go przyjmie. Co jednak z Julie? Kobieta obejrzała się odruchowo za ramię, próbując jeszcze wyłowić pozostawiona sylwetę domu Przy Rushton Park Drive. Widziała jednak wyłącznie jadący za nimi samochód Chucka, ten w koniki...

Do jej świadomości dotarły w końcu strzępki rozmowy Hexena z Jarredem. Coś o starej kurwie... jakiejś jędzy może, która więzi wolę kainitów. Automatycznie przypomniał jej się Eric... ten strach, który musiał go trzymać. Amanda zaczęła przekartkowywać stronice swej pamięci. Wiedziała, że w pewien sposób każda istota powiązana jest nicią losu, choć może go zmienić, gdy jest zdeterminowana, a przede wszystkim widzi w jakim punkcie się znajduje. Wiedźma jednak...

- Co to za wiedźma, o której mówisz?-zapytała znienacka i niemal konspiracyjnym szeptem Hexena - Widziałam strach w oczach Indiany... a chciałam, naprawdę chciałam mu pomóc. Gdyby przewidzieć zagrożenie za pomocą kart, można jemu zapobiec. Sam chciałeś jemu zapobiec.

- Karty? Lubię grać w otwarte karty - powiedział Świr nachylając się w stronę Amelii. Ravnoska nagle zorientowała się, iż czuje jego dłoń na swoim udzie. - Ciekawe, co potrafią odsłonić twoje? - zapytał, spoglądając jej głęboko w oczy.

Jego palce ruszyły w górę i Oszustka zorientowała się, że czuje dreszcz. Bardzo przyjemny rodzaj dreszczu... Malkavianin uśmiechnął się, jego wzrok powędrował niżej, zatrzymując się na głębokim dekolcie cyganki.

- A o tą starą kurwę nie musisz się martwić, kotku. Indiana boi się jej, bo to jego matka. Jej cień zasłania mu gwiazdy. Ale nie martw się - powiedział, odsuwając drugą ręką kosmyk włosów z jej czoła. - Pomogę mu. Musimy tylko spalić siedzibę księcia. Kiedy płomienie poliżą niebo, wszyscy będziecie bezpieczni. On, ty i Dziki Bill... - jego głos przeszedł w szept, podczas gdy druga dłoń dotarła prawie na samą górę, wspinając się po wewnętrznej stronie uda Amelii.

Przygryzła wargi niemal do krwi. Był tak cholernie piękny... tej nocy, tak cholernie piękny... ale świr... - przemknęło jej przez myśl, nim dłoń delikatnie przesunęła się wyżej. Zaczęła tracić kontrolę nad własnym ciałem, które łaknęło więcej... otwierało się na chłód smukłych palców szaleńca.

- Nie, nie teraz, nie... - głos dobiegający z jej ust zdał się jednak ledwie westchnieniem. Jej dłoń musnęła policzek Malkavianina. Chciała go przyciągnąć bliżej, zanurzyć twarz w cudownie zimnej skórze. Jej palce zacisnęły się kurczowo na dłoni obłąkańca, odciągając go wyraźnie do tyłu.

- Przestań! - syknęła - nie pamiętasz po co tu jesteś?! Po co my wszyscy tu jesteśmy? - że też dałam się złapać na gadkę o wiedźmie.

- A co z innymi dookoła ciebie? Dookoła nas? - pochyliła się lekko w kierunku Obliviona, odkładając jego dłoń, na jego własne kolano. - A Jarred? Facet nie ma co robić, tylko trzymać wszystkich za mordę jak bandę spuszczonych psów? - czuła przez chwilę ukłucie wewnątrz. Sama podjęła się tego zadania, od którego zależało przecież istnienie anarchistów w tym mieście i ich własna siła. Wiedziała, że powinna być bardziej skupiona, bardziej stanowcza już od samego początku, ale nie widziała jeszcze wcześniej takiej śmiałości... w nikim. Śmiałości, która była boleśnie szczera i za razem obezwładniająca.
Fragment z odpowiedzią i działaniami Hexena pisany przez Sigila.
Amelia stara się od Hexena zdystansować i przywrócić sytuację do porządku, choć nie jest przy tym jakaś bardzo agresywna, ale stara się być wystarczająco asertywna. Nie mówi też głośno, bo jej głupio przed Jarredem trochę.
Spoiler!
Wydaję punkt Siły Woli, aby oprzeć się urokowi Hexena.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 21 kwietnia 2017, 14:57

[center]23.10.1994, West Valley City, gdzieś na trasie.[/center]
Palce Świra zacisnęły się na nadgarstku Ameli, kierując jej dłoń wyżej, ku niebezpiecznie napiętej wypukłości rysującej się wyraźnie w jego spodniach. Hexen uśmiechnął się szeroko, najwyraźniej nie zrażony protestami wampirzycy:

- Fajnie, skarbie, że myślisz o innych, ale wiesz, tu jest trochę za mało miejsca... Może zaprosimy ich później, ale w tej chwili..

- ...Potrzebuję kogoś, kto dostrzeże ogień w moich oczach. I będzie chciał się z nim pobawić... - szepnął i cyganka poczuła nagle jak cały ten malutki racjonalny świat, który nadawał sens słowy "nie", rozpada się w jednym momencie - niczym dom ogarnięty tchnieniem huraganu.

Jej spojrzenie zatonęło bez reszty zielonych oczach Malkava, gdy ten pochylił się nad nią. Jego dłonie wniknęły pod bluzkę, docierając do krągłości piersi. Ogarnęły ją, niczym chłodne płomienie, uwalniając z krępującego stanika. Ścisnął delikatnie między palcami jej sutki i uśmiechnął się, słysząc jęk rozkoszy. Latarnie miasta kładły się pasmami światłą i cienia na bladej skórze Ravnoski. Hexen sięgnął do paska spodni i odpiął go jednym, wprawnym ruchem...

[center]Obrazek[/center]
Jared rzucił okiem na powoli rozchylające się nogi Amelii, a na jego twarzy pojawił się grymas rozbawienia.

- Nie sądziłem, że zrzucisz sukienkę zaraz po wskoczeniu na pokład Amelio, ale doceniam pośpiech... Twoja postawa daje szanse na lepsze jurto - Brujah parsknął, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu.

- Tak, zdecydowanie szybkość i dobry humor to jest to czego nam teraz potrzeba. Nie przeszkadzajcie sobie, to może być wasz ostatni numerek zanim zaczną latać kule - powiedział zachęcającym tonem do pary na tylnym siedzeniu.
Końcówka dodana na prośbę Lightstorma.
W czasie, który pozostał nam, by dojechać do handlarza bronią, Hexen zerżnie Ravnoskę na tylnym siedzeniu cadilaca. Generalnie jednak nie gryzę i nie daję się ugryźć.
[center]Od MG:[/center]
Hexen: użycie Demencji:1 (Pasja), st=9 (+2 za zaletę Amelii): 2 sukcesy. Opór Ravnoski ulatuje z wiatrem targającym jej włosy.

Amelia: Twoja wola oparcia się urokowi wytatuowanego Malkaviana gdzieś znika i przestaje mieć dla ciebie jakiejolwiek znaczenie. Efekt utrzyma się przez godzinę.
Spoiler!
Spieszę poinformować, że ekipie jadącej za autem Jareda nie umknie wcale to radosne przedstawienie.
Ostatnio zmieniony 21 kwietnia 2017, 16:59 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 22 kwietnia 2017, 20:53

23.10.1994, ulice West Valley City, parking w Oquirrh

Już na pierwszy rzut oka wyróżniające się z tłumu auta, mknęły cichymi ulicami spokojnego miasta. Zabudowania które mijali, rzadko wznosiły się ponad pierwszą kondygnację i właściwie nigdy nie dorastały do trzeciej. Te rejony metropolii nie były zbyt obficie oświetlone. Teren poza zasięgiem latarni ulicznych ginął w mroku i ciszy mąconej jedynie odległymi odgłosami koncertu. Dopiero kiedy dotarli do głównej drogi, sporadycznie zaczęły ich mijać inne auta, a na chodnikach pojawili się spóźnieni przechodnie.

Wychodziło na to, że wszystkim dopisywał humor. No, może Hexenowi ciut bardziej niż pozostałym, ale zadbał o to, by nikt nie miał co do tego wątpliwości. I zapewne nikt nie miał, po tym jak Malkav zaprezentował swoje możliwości.

- Zjedź tutaj, kotku - powiedział do kierującej cadlilackiem brunetki, odrywając się od ust Amelii i spoglądając przez przednią szybę samochodu.

Przez chwilę mijane ulice wyglądały, jakby wjechali na przedmieścia jakiejś większej metropolii. Jednak zamiast rozjaśniać się i zapełniać przechodniami, okolica ponownie zgasła, a ruch uliczny przycichł po kilku minutach, kiedy ponownie zjechali z drogi 172, tym razem w nieoświetloną Wakefield way. Oba samochody zwolniły niebawem, zajeżdżając na całkowicie zaciemniony i wyludniony parking, obok jednej z setek obecnych w tym stronach świątyń Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Ta konkretna jednak dni świetności miała zdecydowanie za sobą i jedynie straszyła ciemnymi otworami okien, rysującymi się wyraźnie na białej elewacji.

Dookoła panowała całkowita cisza, mącona jedynie odgłosami nie tak w końcu odległej stosiedemdziesiątkidwójki. Wąskie uliczki otaczającego ich osiedla niewielkich domków nie mogły pochwalić się nawet odrobiną światłą, wszystko tonęło w mroku. Ciche warkoty silników umilkły a reflektory pogasły, otaczając naszych bohaterów całunem ciemności, ciszy i braku wścibskich spojrzeń.

ODPOWIEDZ