[center]
Calli, wieczór, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Ery Ilaxoul. [/center]
Wczesnym wieczorem, gdy puls miasta zaczynał zwalniać tempa, a mieszkańcy kończyć swe codzienne obowiązki, Mezxtli począł przygotowywać się do kolejnej eskapady. Do drelichowej, podróżnej torby spakował zakupione uprzednio leczące zioła i mikstury, umieszczając je odpowiednio w małych woreczkach lub owijając materiałem. Dodał do tego dwie racje suchego prowiantu i zapas wody w manierce. Na samym wierzchu torby umieścił tajemniczy list, który zdobyli poprzedniej nocy. W jednej z bocznych kieszeni umieścił rolkę bandażu oraz hubkę i krzesiwo. Nie zapomniał też zabrać świeczki i kilku arkuszy pergaminu wraz z czymś do pisania.
Na ubiór wybrał burgundową szatę przepasaną wpół złocistą tkaniną, a całości dopełnił obsydianową oraz magiczną biżuterią. Tak przygotowany, z poczuciem dobrze wykonanej pracy, wyruszył z domu na umówione spotkanie u Khema Lateefa Mibampesa. Wcześniej jednak skierował się w stronę Uniwersytetu Tlahtoantzli, gdzie chciał zasięgnąć rady swego nauczyciela. Spieszył się, gdyż czas płynął nieubłaganie - jego energicznym krokom wtórował stukot kostura o bruk.
Gdy dotarł na miejsce, został pokierowany do Wieży Astronomicznej. W szczytowej komnacie obradowało szerokie gremium magów parających się naukami astrologicznymi, najwyraźniej silnie czymś poruszonymi. Wśród obecnych odszukał swego mentora, zbliżył się i wyrazem szacunku pozdrowił go:
- Witaj czcigodny Ixti'nauhitlu, przybyłem do ciebie w pilnej potrzebie.
- Witaj Mezxtli, synu Tlanextli. Mam nadzieję, że rzeczywiście sprawa jest istotna. - odpowiedział z powagą dość leciwy Alinur. Rozejrzał się po wysoko sklepionym wnętrzu wieży astronomicznej, po czym powiódł za sobą swego ucznia do widocznej po przeciwnej stronie, głębokiej niszy. Upewniwszy się, że mają całkowitą swobodę prowadzenia rozmowy, zachęcił Mezxtliego do zwięzłego przedłożenia sprawy.
- Czy wiadome są ci jakieś fakty odnośnie ekspedycji do jaskiń położonych poza miastem? Jak wiesz, pomagam odzyskać zwoje skradzione z biblioteki i fakty, które odkryłem zdają się mieć związek z tamtymi wydarzeniami.
Starszy mag zastanawiał się przez chwilę, pocierając kościstą dłonią gładki podbródek. Zaraz jednak odezwał się, choć barwa jego głosu oraz zapatrzone w przestrzeń oczy sugerowały, że cały czas ocenia otrzymane informacje:
- Ciekawe jest to, o czym mówisz. Do tej pory nikt z Uniwersytetu nie interesował się organizowanymi wyprawami. Oczywiście sam fakt był nam znany, nawet część magów angażowała się w pomoc wysyłanej ekspedycji. - mag ponownie potarł z zadumą podbródek, po czym opowiedział swemu uczniowi, o wciąż żywym wspomnieniu zdarzenia, mającego miejsce na terenie uniwersytetu:
- Pewien czas temu, do takowej ekspedycji dołączył jeden spośród nas. Tylko jak mu tak było... ach, tak - przypomniał sobie mag - Tlaxtoacaan, tak... Tlaxtoacaan Huimaulii. Nie wiemy, co było celem wyprawy do jaskiń, ani kto ją dokładnie organizował. - Ixti'nauhitl przerwał i westchnął, najwyraźniej nie podzielając zainteresowań i celów Tlaxtoacaana - niestety... miał chorobliwą fascynację badania dawnej magii i rzeczy, które powinny pozostać w mroku historii. Nie widzieliśmy go przez pewien czas... Było to jednak normalne i nikt nie przypuszczałby, co się tak naprawdę stało. W końcu Ixti'nauhitl wrócił... całkowicie odmieniony... Jakby całe lata życia odbiły się w jego młodym ciele i odcisnęły swe piętno. Jego umysł był w jeszcze gorszym stanie. Jego słowa nie były wyraźne, nie układały się w zdania. Tlaxtoacaan był całkowicie obłąkany i choć od razu staraliśmy się mu pomóc, po kilku minutach wyzionął ducha. Na jego umysł musiała podziałać mroczna magia. Przed swą śmiercią zdążył ledwie wykonać szkic na skrawku papirusu.
- Czy w takim razie ktoś badał tą sprawę? Przyznasz przecież, o szacowny, że był to niecodzienny wypadek.
Na wspomnienie o przyczynie śmierci maga, przez zwykle spokojną twarz mentora przebiegło ledwie zauważalne drżenie. Gdy zwrócił się ponownie do swego ucznia, zawarty w jego głosie ponury ton ujawnił się jeszcze wyraźniej:
- W samych jaskiniach nie było żadnego śladu po obecności wyznawców mrocznych bóstw. Jedynie u wylotu jednej z nich, posłany wraz z tiba mag wyczuł wyraźne ślady działania plugawej magii. Zwiadowcy badali dokładnie to miejsce, lecz nie znaleźli tam śladów walki. - mentor urwał na chwilę opowieść, przenosząc się pamięcią jeszcze głębiej do relacji z badanej sprawy. - A jednak przed samym wejściem znalazło się coś niezaprzeczalnie związanego ze zniknięciem ekspedycji. Były to zwęglone szczątki, fragmenty zbroi i oręż należący do tiba. Z początku wydawało się, że ciała mogły zostać spalone aby zatrzeć ślady, ale jednak... ktoś przyłożył zbyt dużo starań i najwyraźniej musiał się obchodzić z ciałami z szacunkiem... Zupełnie jakby chciał oddać zmarłym ostatnią przysługę.
- A jakie są twe podejrzenia, mistrzu? Czy jest możliwość bym zobaczył szkic wykonany ręką tego nieszczęśnika? - nauczyciel młodego maga astralnego spojrzał się z powagą na swego ucznia, po czym bez słowa dalszego wyjaśnienia, poprowadził go do znajdujących się w dalszej części sali pulpitów. Na znak Ixti'nauhitla spisujący coś przy pulpicie młodzieniec zostawił ich samych. Na pulpicie rozpięty był spory kartusz papirusu przykryty jeszcze cieńszym arkuszem. Mentor wprawnym, acz delikatnym ruchem zdjął przesłonę. Oczom Mezxtliego ukazał się nieduży skrawek papirusu nanizany na większy arkusz pod spodem. Z początku zdawałoby się dziecięcy rysunek przedstawiał czarny dysk. Nierówne, kołujące linie, poprzerywana miejscami kreska obrazowała stan, w którym musiał znajdować się dotknięty obłędem mag. Jedynie rozbity całkowicie umysł i drżąca dłoń w ostatnich chwilach maga, mogła odtworzyć tak prosty, lecz niepokojący obraz.
Skłoniwszy się przed swym mentorem, Mezxtli udał się szybko ku wyjściu z wieży. Niebo na zewnątrz od pewnego już czasu miało barwę głębokiego szafiru. Każdy z ich niewielkiej, zgromadzonej przez zacnego oroni grupy, musiał już przybyć do domu alchemika. Mezxtli przebył więc obrośnięty bujną roślinnością, acz zadbany dziedziniec Uniwersytetu Tlahtoantzli i skierował się ku położonej na wschód, dzielnicy kupieckiej.
Dla Mezxtli: rysunek, choć prosty, wywołuje w Tobie niepokój. Przedstawia narysowane kawałkiem węgla, czarne koło.
Post pisany wraz z Mystic'iem - Mystic pisał też o działaniach Mezxtliego i podróży do Uniwersytetu.
[center]***[/center]
Gorąco dnia ustąpiło w końcu kojącej atmosferze wczesnego wieczoru. Chłodne, wężowe łuski musnęły jego ramię. Sophia stawała się wyraźnie głodna, co raz dobitniej domagając się uwagi. Ah-saa-brax przebudził się gdy na nieboskłonie zajaśniały pierwsze gwiazdy. W domu panowała zdałoby się wciąż senna cisza i nawet niesamowicie uparty Smoluch nie obwieszczał swego niezadowolenia rykiem. Po pewnym czasie w nisko sklepionym domostwie AjArdzkiego szlachcica rozbrzmiało pukanie do drzwi frontowych. Minęła dłuższa chwila nim z czeluści zacienionego korytarza wyłonił się wciąż zaspany alchemik. Na ledwie jego skinienie pojawił się zaraz młody chłopczyna, dokładnie ten sam, który jeszcze kilka godzin temu czekał na rozkaz do ataku na zwiniętego na podłodze Stratisa. Sługa szybko podbiegł do drzwi, a upewniwszy się o tożsamości przybyłych, otworzył wrota Ehecatlemowi oraz dostojnej Zyanyi. Niebawem nieduże, lecz wytwornie urządzone domostwo Khema, zalśniło ciepłym blaskiem magicznych kryształów. Młodzieniec usłużnie wskazał gościom miejsca przy niskim, inkrustowanym masą perłową stoliku. Zebrani otrzymali również poczęstunek - gęste i mocne kakao, rozbudzające ciało oraz umysł, a także mięsiste owoce mango. Szlachetnie urodzeni a także Stratis, zasiedli do przygotowanego miejsca. Wciąż nie było jednak dostojnego Alinur. Alchemik wydał niedbałym gestem polecenie, a młodzieniec przybył zaraz z pękatą, pachnącą różanym dymem nargilą. Ustawił fajkę między swoim panem a Stratisem, rzucając ukradkowe i nieufne spojrzenie w kierunku muzyka.
Nieobecność maga zdawała się przeciągać ponad miarę, choć w rzeczywistości nie mogło upłynąć więcej niż dwadzieścia minut. W końcu wprowadzony przez sługę Mezxtli wpadł niczym struna do dziennego pokoju alchemika. Jego oddech zdawał się przyspieszony pośpiechem, z jakim mag musiał przebyć całą drogę. Wyraźnie jednak na jego twarzy odbijało się coś jeszcze, jakby młody Alinur zdobył całkiem nowe informacje.
Zapadł już wieczór i zgodnie z ustaleniem zebraliście się w domostwie Khema. Możecie teraz ustalić, co chcecie zrobić dalej.
Poza Zyanyą i Ah-saa-braxem każde z was mogłoby z chęcią spać dłużej. Zregenerujecie się mimo wszystko na tyle, że nie będziecie mieć żadnych kar do testów wynikających ze zmęczenia.
Sigil - nie jestem pewna czy w Krainach Południa mogą palić nargilę, więc jeśli nie, to daj znać, a zmienię.
Od Twórcy Systemu: Mogą, choć jest to zwyczaj z AjArd, a nie z Lenji. No ale w końcu jesteśmy w domu AjArdczyka, więc jest ok. Poza tym na Lenji też będzie on znany na zasadzie importowanej ciekawostki.