PBF - Salt Lake City Nights

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 23 kwietnia 2017, 14:19

[center]23.10.1994, parking w Oquirrh[/center]
Hexen rozejrzał się po okolicy dopinając spodnie. Jego spojrzenie prześlizgnęło się gładko po zaniedbanej fasadzie kościoła i zatonęło w cieniach, rozciągających się wokół budynku. Najwyraźniej jednak nie dostrzegł w nich nic bardziej niepokojącego, niż fantasmagorie wynikające z jego powszednich urojeń, gdyż już po chwili spojrzał na Brujaha i odezwał się:

- Spoko, to bezpieczna miejscówa. Przejdziemy się, Black8? To niedaleko.

- OK - odparł jedynie tamten, wysiadając.

Świr skinął głową i wyskoczył z cadilacka bez otwierania drzwi, pozostawiając Amelię, półleżącą na tylnym siedzeniu w artystycznym nieładzie. Szybkim krokiem przemierzył opuszczony parking, a poły znoszonego płaszcza łopotały za nim w porywach jesiennego wichru, niczym olbrzymie, błoniaste skrzydła. Wyszczerzył zęby, podchodząc do wymalowanego jeepa, co jedynie upodobniło jego twarz do rysującej się w mroku czaszki.

- Pięćdziesiąt trzy minuty - rzucił do siedzących wewnątrz Kainitów, puszczając im oko. - Nie rekord co prawda, ale nadal nieźle. Dziki BIllu, przy mnie możesz być jedynie drugim najlepszym.

- Dobra chłopaki, ja i Black8 idziemy na zakupy, a wy sobie poczekacie w kucykowym samochodzie, jasne? Rewir jest spoko, nie będzie przypału, chyba, że go sami poszukacie. Jakby się wam nudziło, to Amelia pójdzie pewnie na kolejkę. Wiecie, ten kwadrans który mieliśmy tylko ją nakręcił. Jest cholernie napalona, a ja mam trochę złomu do kupienia, więc nie mogę być tu i tam jednocześnie - roześmiał się. - Dobra, wyskakuj z kasy, Kowboju. Będziemy z towarem za jakieś pół godzinki.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Ferre
Reactions:
Posty: 60
Rejestracja: 14 czerwca 2015, 19:42

Post autor: Ferre » 24 kwietnia 2017, 17:00

23.10.1994, parking w Oquirrh, West Valley City


Eric z niedowierzaniem patrzył na scenę przed nimi. Orli wzrok Gangrela okazał się przekleństwem w tej chwili. Tanie porno na tylnej kanapie i śmiejący się Brujah.

- Nie, no nie wierzę...

- Wiesz co, Chuck. Myślę, że jednak masz jeszcze szanse - wskazał palcem na Ravnoskę - o ile nie przeszkadza ci towar z drugiej, lub trzeciej ręki. Ja sobie daruję - powiedział patrząc Kowbojowi w twarz - Ale z tym pójściem do knajpy na panienki to rześ dojebał. Po skończonej akcji z możliwymi dziurami po kulach i na granicy szału. No chyba, że ci chodziło o rozryw a nie podryw, ale to w takich imprezach to ja nie smakuję. Pomyśl jeszcze, proszę. Ewentualnie, jak masz blisko tą farmę, to będziemy skazani na twoje zwierzęta... jeśli to blisko.

Wysiadając z samochodu udał się w stronę wozu Jareda, w którym pozostała Amelia w mało artystycznym nieładzie.

- Amelio droga. Muszę cię przeprosić. Wcześniej wątpiłem, że możesz nam się przydać, ale teraz... - spojrzał na nią - Teraz już wiem...

Odwrócił się z wyrazem pogardy na twarzy i zamiarem odejścia.
Jak nikt nie zamierza zatrzymać Erica na rozmowę, to Gangrel się oddali na trochę pożywić
Dla MG:
Spoiler!
Oczywiście używam do tego animalizmu (szczury generalnie)
Sanity is for the weak!

Gohan
Reactions:
Posty: 81
Rejestracja: 29 listopada 2016, 15:24

Post autor: Gohan » 24 kwietnia 2017, 20:43

23.10.1994, ulice West Valley City, parking w Oquirrh

Gdy Hexen zaczął obracać Amelię, jego oczy na chwilę rozszerzyły się do granic możliwości, ale po chwili tylko pokręcił głową i starał się patrzeć wszędzie tylko nie na nich.

Jak mi którykolwiek wypomni, że to moje auto rzuca się w oczy to serio przemodeluje mu facjatę. Ich jest czerwone, bez dachu w październiku i jeszcze się w nim pieprzą.

- Już mówiłem, że straciłem nią zainteresowanie jak zaczęła podejrzanie dziwnie gadać. Teraz już mam pewność, że jest pojebana, więc daj se siana.

- Z dziurami po kulach i na granicy szału? Ty to nie tylko sztywny jesteś, ale też zajebiście optymistyczny, co nie? - Gdzieś na krańcach świadomości docierało do niego, że w sumie to Eric rozsądnie gada, ale wolał nie dopuszczać tak złych wizji do głosu.
To się ma udać i koniec. Resztą będę się martwił później.

- Są miejsca gdzie jak odpowiednio zapłacisz to wisi im jak wyglądasz albo nawet będą myśleli, że to fajne przebranie, ale mniejsza o to. Jak serio ktoś będzie ranny to się coś wymyśli. - Niezależnie o tego co powiedział, w jego głowie pojawił się obraz kilku głodnych wampirów rzucających się na pasące się w zagrodzie krowy i wzdrygnął się mimowolnie.

Zaparkował z dużą przerwą od Cadillaca, tak by nie widzieć bezpośrednio zawartości jego tylnej kanapy.
Widząc zbliżającego się Malkava otworzył tylko szybę.
Słowa Świra sprawiały, że coś się w nim gotowało, ale postanowił mu nie odpowiadać.
Drugim najlepszym? Wolę być milion miejsc dalej byleby nie być blisko niego w jakiejkolwiek kolejce.

Sięgnął do schowka i rzucił kolejno w pierś Hexena cztery grube bloki banknotów. Wiedział, że nic mu nie zrobi, bo pieniądze były za lekkie, ale i tak rzucił z całej siły.
- Cztery kawałki żebyś nie płakał, że ci nie starczyło.

Nie patrząc więcej na chudzielca, sięgnął po leżącego na tylnym siedzeniu Game Boy'a i zaczął sobie grać.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 27 kwietnia 2017, 16:02

23.10.1994, Quirrh, dziupla Drago

Ruszyli przez ciemny parking, udając się na tyły kościoła. Zaledwie po kilkunastu krokach pozostali stracili ich z oczu. Jedną z rzeczy, najbardziej zwracających uwagę, była wszechobecna cisza. Jak na dzielnicę w jakiej się znaleźli, zbyt wszechobecna. Wyglądało to trochę, jakby brak oświetlenia oznaczał również brak dźwięku. Jedynym odgłosem, który im towarzyszył, był cichy chrzęst butów na zaśmieconym asfalcie.

Hexen pewnym siebie, szybkim krokiem podążał w sobie znanym kierunku. Jared nie kazał mu na siebie czekać, chociaż nie był pewien co ma myśleć, kiedy Malkavian dotarłszy na skraj parkingu wlazł prosto w rosnące na jego granicy zarośla. Jakimś cudem jednak Świr wydawał się doskonale orientować w mroku, odnajdując bez trudu ścieżkę pomiędzy ciernistymi krzewami. W milczeniu przeszli kilkadziesiąt metrów, po czym zaczęli wspinać się na niewielką skarpę, zakończoną wysokim murem. W pewnym momencie Brujah omal nie wpadł na ledwo widocznego w ciemnościach Świra:

- Słuchaj Black8 - szepnął Hexen - musimy tu przejść przez mur. Jak narobimy hałasu to będzie trochę przypał i pewnie zgarniemy kulkę, kumasz? Ale wolę to, niż zapieprzać dookoła przez te jebane krzaki, co zajmie nam w choooleeerę czasu - przeziągnął głoski, obrazując jak wielką ilość straconych chwil ma na myśli. - Więc jak, idziesz na to?

- Ja hałasu nie narobię, ale do kurwy nędzy dlaczego ktoś ma do nas strzelać? Gdzie ty mnie prowadzisz do chuja? Coś ci powiem cwaniaku... Jak ktoś zacznie strzelać bez powodu, to będziesz pierwszą osobą która zacznie robić hałas... Będziesz wyć z bólu... Rozumiesz pojebańcu? - odpowiedział półgłosem wyraźnie wkurwiony Jared.

- Ej kurwa, spoko stary - Świr podniósł obie ręce w geście pojednania. - Ziomek ma obstawę, czaisz? Te jebane czarnuchy robią się trochę nerwowe, jak się włazi od tej strony. I tyle. Ale nie martw się, zawsze to robię i jeszcze jestem w jednym kawałku, nie?

- Ostatni raz w ten sposób mnie testujesz, jasne? Następnym razem nie zdążysz kłapać paszczą, bo wsadzę ci w nią czarną bilę... Idziemy - odpowiedział podkurwiony sytuacją Black8.

- Luz - szepnął Hexen, cofając się pół kroku. - Rany stary, jakbym wiedział, że to problem, to byśmy zapierdalali dookoła - mruknął bardziej do siebie niż do Jarreda, odwrócił się i ruszył naprzód.

Zrobili kilka kroków i stanęli pod murem. Hexen wspiął się na niego z niebywała szybkością, chociaż słowo wskoczył byłoby właściwsze. Podążający za nim B8 uśmiechnął się na ten widok i podążył za nim.

Wylądowali na trawniku po drugiej stronie, równie zaniedbanym, co parking na którym zostawili towarzyszy. Przez chwilęzamarli w bezruchu, upewniając się, że zachowali się odpowiednio cicho.

Po chwili, w niedalekiej odległości dało się słyszeć przytłumioną rozmowę. Szybkie spojrzenie zza załomu ściany jednego z domków, ubrało niewyraźne głosy w twarze, schowane w zaparkowanym kilka metrów dalej samochodzie. Auto było zaparkowane pośrodku niewielkiej zatoczki, dookoła której stało kilka domów. tylko dwa spośród nich wciąż miały okna i nie sprawiały wrażenia jakby miały się za chwilę rozsypać.

Jedno z obliczy w aucie zostało nagle oświetlone przez ogień zapalniczki, kiedy jej właściciel postanowił przypalić papierosa. Hexen rozpoznał w nim właściwą osobę i pociągnął za sobą Jareda w stronę samochodu. Gdy podeszli bliżej, palący papierosa latynos podskoczył na ich widok. Posypała się litania estalijskich bluzgów, zakończona poddenerwowanym:

- Kurwa, Terror, kiedyś się przez ciebie posram! Prosiłem cię, żebyś tak nie robił.

- Kumam, cabrón,* ale wiesz, jakoś nie mogę się powstrzymać - zachichotał Świr - Poza tym kto bym wam dostarczał wrażeń na tej nudnej dzielni? Drago w domu? Wiecie, byłem umówiony i w ogóle... A, to jest mój ziom, Black8. Black8 jest spoko i wchodzi ze mną, kapujecie?

Meksykaniec zaciągnął się przeciągle papierosem, spoglądając na Malkaviana. Równie przeciągle.

- Jasne, jak jest ok, może wejść - odpowiedział po chwili, wypuszczając obfitą chmurę dymu. Jednocześnie wolną ręką trącił kilka razy drążek przy kierownicy. Światła samochodu oświetliły okno stojącego na wprost budynku, mrugając kilka razy w odpowiedniej kombinacji. Hexen skinął głową na Jareda, dając mu znać by podążył za nim, po czym zbliżył się do zielonego budynku. Zanim znalazł się na odległość dwóch kroków, drzwi uchyliły się, pozwalając wejść do wnętrza okrytego całkowitym mrokiem. Przekroczyli próg. W budynku panował zaduch, gdzieś spod podłogi słychać było mocno wygłuszony odgłos pracującego agregatu.

Dopiero, gdy ktoś zatrzasnął już za nimi wejście i zasunął rygiel, zapaliło się światło. Znajdowali się w niewielkim korytarzu, farba na ścianach łuszczyła się, w powietrzu unosiła się delikatna woń stęchlizny. Chłopak przy wejściu bez słowa wskazał jedne z trojga drzwi przed nimi. We wskazanym pomieszczeniu brakowało mebli, stało tam jedynie kilka krzeseł, stół i sofa na której ktoś spał. Na stole stałą niewielka lampka,stanowiąca jedyne źródło światła, a przy niej siedziało jeszcze dwóch mężczyzn. Wszyscy oni, podobnie jak obstawa w samochodzie, nosili się na zielono i byli uzbrojeni. Jeden z nich wstał na widok gości, odkładając karty do gry. Bez słowa przeszedł przez obskurny pokój i otworzył kolejne, dwuskrzydłowe tym razem drzwi. Zamknął je dopiero kiedy obaj weszli do środka.

W pokoju poustawianych było kilka skrzynek, różnej wielkości i faktury. Na jednej z nich siedział Drago, palący skręta. Jego twarz nie drgnęła nawet kiedy spojrzał na swoich klientów, poza kącikami ust, które uniosły się delikatnie raz czy dwa. Malkavian jednak wiedział już, że Drago właśnie szeroko się uśmiechnął.
[center]Obrazek[/center]
- Siema Terror. Muszę przyznać, że zaskoczył mnie twój telefon. - zaciągnął się raz jeszcze i wstał by uścisnąć dłoń Świra. Jego spojrzenie następnie wylądowało na Jaredzie.

- A kim jest twój kumpel? - zapytał, nie bez fascynacji przyglądając się fryzurze B8.

- Siemka Drago - Świr obdarzył tamtego szerokim uśmiechem, w którym radość walczyła o pierwszeństwo z nieuleczalnym pojebaniem. - No mówiłem, że z kuzynem jestem, nie? A tak serio, to Black8. Ziomek jest spoko, naprawdę. Więc pomyślałem, że jak do ciebie idę, to go wezmę ze sobą nie? Bo też ma potrzebę by kupić to i owo, więc się pyta, czy bym mu nie pomógł? No to jak bym nie pomógł, jak bym pomógł, nie? A że zebraliśmy razem kilka patyków, to wykręciłem twój szczęśliwy numerek, bo pomyślałem, że wolę płacić tobie, niż temu zjebowi Szakalowi. Bo wiesz, ty porządny ziom jesteś i towar też masz spoko. Więc się zawinęliśmy i jesteśmy.

- Jestem Drago - powiedział Drago wyciągając dłoń w kierunku Jareda.


* slang meks. - ziomek.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 27 kwietnia 2017, 21:01

23.10.1994, Quirrh, dziupla Drago

Pojeb, Czarnuchy, broń palna, a na samym końcu cel spotkania, Drago. Zajebcza noc się układa - pomyślał patrząc na poważnego faceta z blizną. Gdy mężczyzna podawał mu dłoń, przez głowę Black8'a przetoczyła się myśl - Przyda mi się taki kontakt. Nigdy nie wiadomo jak długo będę musiał zostać w mieście.

Wiedział, że uścisk dłoni i kontakt wzrokowy będą najważniejsze. Postanowił zrobić jak najlepsze wrażenie. Uścisk dłoni pewny i silny, nie spuszczaj go z oka, bądź pewny siebie i pokaż mu że nie jesteś cwelem.

- Jared Ward, znany jako Black8. W Los Angeles zna mnie większość gangów i pracowałem z mafią. Jak to niektórzy mówią, pojawiam się tam gdzie mnie potrzebują. Nieźle się tutaj urządziliście - przetoczył wzrokiem po pomieszczeniu.

- Zanim jednak zaczniemy handel, chciałbym wiedzieć z kim robię interesy. Psy są na mnie bardzo cięte, a ja jestem z natury bardzo ostrożny. - sięgnął prawą ręką do kieszeni w której miał kulę bilardową.

Drago odwzajemnił uścisk dłoni Brujaha, jednocześnie posłał krótkie spojrzenie w stronę Hexena.

- Nie jesteś stąd Black8 - bardziej oznajmił niż zapytał. - Wiem, bo moje imię nic ci nie mówi.

Ponownie się zaciągnął i wyciągnął rękę ze skrętem w kierunku Malkaviana, proponując mu w ten sposób kolejkę. Hexen nie ociągał się, by skorzystać z zaproszenia.

- Odpowiadając na twoje pytanie - zwrócił się ponownie do Jareda, - jestem tylko spokojnym chłopakiem z Quirrh, nikim takim, ale mam mnóstwo przyjaciół. A to sprawia, że mogę załatwić to i owo. Z psiarnią mam tyle wspólnego, co sałata z jedzeniem. Czyli kurwa nic, jeśli wiesz co mam na myśli. Twój kuzyn Terror może za mnie poświadczyć. - dodał wskazując Malkaviana.

- Taa - powiedział Świr, wypuszczając potężną chmurę. - Ej, spoko, Drago. Black8 jest z Los Angeles. Wiesz od niedawna tutaj, to chłopak trochę spięty, musisz mu wybaczyć. Ma złe doświadczenia - uśmiechnął się i podał jointa Brujahowi - Drago jest głęboko, kapujesz? Spoko ziom, pomógł mi kilka razy dostać co potrzebowałem, a ja pomogłem jemu.

Black8 pociągnął dymu z skręta po czym powiedział:

- Jest za dużo osób które mnie nie lubią. Ale dorzeczy... Gdzie są fanty? Terror ma kasę... - wskazał jointem na Malkaviana, który wyszczerzył zęby pokazując plik banknotów tkwiący w wewnętrznej kieszeni płaszcza.

Na dźwięk słowa "fanty", Drago natychmiast się ożywił. Na jego twarzy prawie pojawiły się emocje.

- A tak, właśnie. - powiedział podchodząc do jednej ze średnich skrzynek i unosząc jej wieko. - tu jest prawie wszystko o co pytałeś przez telefon, Terror. Niestety prawie, bo zamówienie było duże i nie wszystko jeszcze dojechało. Albo inaczej to ujmę, jest wszystko oprócz zanęty w pudełkach po pół kilo. Znaczy mam dwie paczki po 20 dkg, jeśli to wam pomoże. Zadzwoniłem już po więcej, ale jeszcze nie dojechało.

Odsunął się pokazując kainitom wnętrze skrzynki. Tak jak powiedział, brakowało jedynie plastiku.

Na widok prezentów od Drago, oczy Brujaha zaczęły błyszczeć. Podszedł bliżej, po czym sięgnął po kamizelkę kuloodporną od razu przymierzając ją.

- Kurde, to trochę kicha, stary - skrzywił się Hexen, ważąc w dłoniach paczuszkę ze środkami wybuchowymi. - Bo wiesz, nam się tak jakby zajebiście spieszy. Znaczy ten kwadrans możemy poczekać, ale więcej to tak średnio. Dorzuciłeś parę zapalników, mam nadzieję? Bo wiesz, obiadu na tym gotował nie będę.

- Yeah! - Brujah nie krył zadowolenia z nowego nabytku. - Potrzebuję kule z miękkim rdzeniem i coś przebijającego pancerz do mojego Pythona - dodał po chwili odchylając połę kurtki i pokazując colta.

- To będzie więcej niż kwadrans. Może być nawet z sześć kwadransów - odrzekł Drago na pytanie Hexena. - Ale coś ci powiem, jak już to dostanę, podeślę chłopaków z przesyłką, gdziekolwiek będziecie na tych rybach.

- A to zajebiście, ziom - wyszczerzył się Świr - Wiedziałem, że porządna firma z ciebie. Spoko, to jak będziesz miał towar, poślij mi strzałkę, a dam ci namiary, ok?

Drago skinął głową w odpowiedzi, po czym przyjrzał się broni Jareda. Jego usta drgnęły, w sposób sugerujący uznanie.

- Mam to czego potrzebujesz - oznajmił. Następnie podszedł do jednej ze skrzyń ustawionych wzdłuż ściany i wygrzebał z niej co potrzeba. Dorzucił do skrzyni z zamówieniem po paczce z wspomnianej amunicji.

Po spakowaniu zakupów w torbę podróżną, Black8 z łatwością przerzucił ją sobie przez ramię. Plik banknotów był w kieszeni Drago, który na pożegnanie uścisnął dłonie swoim gościom.

- Dobrze robi się z tobą interesy - rzekł na odchodne Black8.
Black8 i Terror wrócą do pozostałych z fantami po ok. 30 minutach.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

TatTvamAsi
Reactions:
Posty: 423
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
Been thanked: 3 times

Post autor: TatTvamAsi » 28 kwietnia 2017, 14:23

[center]Salt Lake City, na parkingu w Quirrh, 23.10.1994[/center]

Skórę otuliło chłodne powietrze nocy. Z którejś strony powiał lekki wiatr, niosąc ze sobą woń wilgoci i jesiennych liści, która na długo miała przypominać o tych ulotnych chwilach w jego objęciach. Obruciła twarz, wtulając ją w miękkie, skórzane obicie tylnego siedzenia. Pod powiekami zapiekły krwawe łzy. Łzy najwyższej rozpaczy połączonej w jedno z niemal mistyczną ekstazą. Próbowała jeszcze zatrzymać lękliwie choć najmniejszy ślad po nim, jego zimnej i skórze, ogniu, który ożywił ją samą. W pewnym momencie usłyszała głos Erica. Nie przywiązywała jednak do niego zbytniej uwagi, przez co zlał się w cichy, prawie borsuczy pomruk. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio się tak czuła. Czy za życia, gdy jeszcze jej młode ciało odżywiało soki młodości? Wspomnienia tamtego okresu wydawały się jednak zetlałe i teraz nieistotne. W swej sile przypominało śmierć fizycznego ciała, gdy Khayyan inicjował ją dla ciemności nocy.

Nagła nieobecność gangrela zwróciła jej uwagę. Ze wstydem zerwała się do pozycji siedzącej, szybko zakładając stosowny przyodziewek. Szybko też wciągnęła spodnie i dopadła do drzwi cadillaca. Potrzebowała się przejść i przemyśleć kilka kwestii.

Rozejrzała się po pustym parkingu i wyszła. Wtedy jednak cichy syk przypomniał jej o jeszcze jednej ważnej rzeczy...

Znów by go zostawiła.Siedział wciśnięty w najdalszej części siedzenia, przypominając małą, czarną kulkę. Prawie bilę Jarreda.

Amanda podniosła spłoszoną i mocno zdenerwowaną sowę, wypuszczając ją na zwiad. Stworzenie zniknęło szybko, zlewając się w ciemnym niebem.
Wypuszczam w końcu sowę na zwiad. Rozprostuję trochę nogi, ale nigdzie nie odłażę i zmienię w końcu tę spódnice, póki nikt nie patrzy.
Spoiler!
Uda ci się bez problemu przebrać, jednak zauważysz, że twoja bielizna gdzieś się zapodziała. W aucie jej nigdzie nie widzisz, zapewne pofrunęła z wiatrem.
Ostatnio zmieniony 06 maja 2017, 20:45 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.

Gohan
Reactions:
Posty: 81
Rejestracja: 29 listopada 2016, 15:24

Post autor: Gohan » 01 maja 2017, 23:58

23.10.1994, parking w Oquirrh

Kątem oka obserwował jak kolejno Eric, Hexen i Black8 znikają mu z pola widzenia. Nie przerywał jednak gry. Mały ludzik na dwukolorowym ekranie poruszał się w rytm wciskanych przez Chucka przycisków. Dźwięk w Game Boy'u miał wyłączony, więc początkowo przez otwarte okno docierała do niego tylko cisza i próbował całkowicie skupić się na grze. Nie trwało to jednak długo, bo Amelia zaczęła się krzątać i ciche dźwięki łatwo zburzyły nikłą koncentrację Kainity i sprawiły, że nieproszone myśli zaczęły zalewać jego głowę.

Chyba nigdy nie zrozumiem jak to się dzieję, że na pozór wyglądające normalnie kobiety potrafią okazać się takie popieprzone. Przecież ta Amelia jak się przedstawiała to jeszcze brzmiało w porządku. Wyglądała może cygańsko, ale kurde podejrzewałem co najwyżej, że będzie nas namawiać na wróżenie z ręki za 5 dolców, a nie że zacznie gadać jak nawiedzona i chwilę po puści się ze Świrem na widoku. Ja rozumiem, że pozory mogą mylić, ale że aż tak...

Ludzik na wyświetlaczu wskoczył na kilka kolejnych beczek. Chuck pokręcił głową.

Ale co ja się dziwię, z Laurą przecież było tak samo. Niby piękna, mądra, elegancka, poważna i ogólnie taka perfekcyjna, a potem... potem dopiero okazało się jaka jest popieprzona.

Ludek wpadł w przepaść i Chuck musiał zacząć poziom od nowa. Tym razem z trochę nadmiernym zapałem zaczął przyciskać guziczki małej konsoli.

Nosz cholera. Miałem o niej nie myśleć. W sumie przy niej Amelia to małe piwo. Nimfomanka jakaś czy coś. Tak czy siak, już chyba wolę jak ktoś jest walnięty i to widać od razu jak ten Hexen. Wiesz, że to popierdoleniec to przypuszczasz, że może coś odjebać, a nie że myślisz ładna, miła, a potem cię...

W tym momencie coś dziwnego przyszło mu na myśl i zapomniał całkowicie o grze. Przez chwilę ludzik stał nieruchomo.

A może to nie Amelia jest popieprzona, tylko ją ten Świr czymś...

Znienawidzony przez wszystkich graczy tekst wyświetlił się, gdy potworek zderzył się z postacią na ekraniku.

[center]Obrazek[/center]

Nie, nie, nie, to zupełnie niemożliwe. Coś tam słyszałem, że Malkavianie mogą namieszać innym w głowie, ale chyba nie z taką prędkością i nie w takim stopniu.

Gwałtownie potrząsnął głową, jakby próbował z niej wyrzucić pomysł, który się w niej pojawił. Niewiele to jednak pomogło, więc otworzył drzwi samochodu i wysiadł. Namierzył wzrokiem Amelię i zrobił kilka kroków w jej kierunku. Przez chwilę chciał odwrócić się i wsiąść z powrotem do jeepa, ale paskudna myśl mimo potrząsania nie wyleciała mu z głowy, więc stwierdził, że lepiej będzie się po prostu upewnić. Odchrząknął by zwrócić uwagę Ravnoski i gdy był pewny, że go słucha wyrzucił z siebie kilka zdań.

- Tak z ciekawości, ty zawsze taka prędka? Czy coś jest takiego w tym Świrze, że no wiesz? Bo przecież cię nie zmusił, co nie? Więc masz tak na co dzień czy jak?

Jego słowa nie brzmiały jak przytyk, nie używał chamskiego czy ironicznego tonu. Nie wykazywał też nadmiernego zainteresowania. Po prostu pytał, jakby chciał się utwierdzić w jakimś założeniu, które wydawało mu się logiczne.
Ostatnio zmieniony 15 maja 2017, 22:48 przez Gohan, łącznie zmieniany 1 raz.

TatTvamAsi
Reactions:
Posty: 423
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
Been thanked: 3 times

Post autor: TatTvamAsi » 05 maja 2017, 15:30

[center]23.10.1994, parking w Oquirrh[/center]
Amanda przez pewien jeszcze czas obserwowała ciemnogranatowe niebo wiszące nad Salt Lake. Gdzieś tam Maverick - niewielka sowa i jej ghul, wynosił się nad tą układanką równiutkich ulic i niewyróżniających się niczym domów. Leciał wprost do siedziby tego, który w swej zuchwałości, mianuje się księciem całego Salt Lake City. Jarreda za to nie było już od dobrych iluś minut, a wraz z nim i JEGO.

Chodziła przez pewien czas chodziła tam i spowrotem, próbując ułożyć sobie w głowie to, co się zdarzyło i za razem to, co karty losu szykują dla nich. Przez chwilę przemknęła jej przez głowę myśl, że może nie powinna pozwolić sobie na takie doznania w środku zadania, które mają wykonać. Bzdura... to dla takiej chwili warto nie-żyć. Zwątpienie rozpłynęło się, nim zdążyło wykiełkować.

Wtedy za plecami usłyszała ciche, lecz znaczące chrząknięcie. Odwróciła się, spoglądając wprost w rumianą twarz Chucka. Jego pytanie zbiło ją całkiem z tropu, a przypominało nieznośną, szarą rzeczywistość, gdzie istnieje coś takiego jak Camarilla, czy Sabat, gotowy wcielić cię jako kolejnego pionka w ich własnej wojence o jurysdykcję. Sam dobór słów, sposób wyrażania, a wręcz pakowania delikatnych kwestii i uczuć w skorupę ulicznego slangu, ruszał czuły nerw zatknięty gdzieś wewnątrz jej istoty.

Gdybym tak miała na codzień... Dziki Billu, nawet nie zdajesz sobie sprawy... Mimowolnie niemal westchnęła, gdy wspomnienie jak żywe stanęło przed oczyma.

- Nie wiem, czy ta rozmowa ma sens. Nie sądzę, abyś mógł zrozumieć... - nim kontynuowała, napomniała się i dodała stanowczo - mam jednak nadzieję, że przychodzisz się mnie pytać z powodu zazdrości, czy chęci niezdrowe rywalizacji. Jesteśmy tu w końcu, aby znaleźć Małego i przeciwstawić się temu całemu księciu. A wogóle te uliczne gadki... Świr, prędka i wogóle... chciałeś oczarować nie dawno laseczki, jak to się u was mówi, a nie potrafisz mówić o rzeczach inaczej jak tylko mową zapuszczonych pubów? Skupmy się więc na przyszłych wydarzeniach. To, co zaszło między mną, a Hexenem, jest moją sprawą.
Ostatnio zmieniony 07 maja 2017, 00:34 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.

Gohan
Reactions:
Posty: 81
Rejestracja: 29 listopada 2016, 15:24

Post autor: Gohan » 09 maja 2017, 17:17

23.10.1994, parking w Oquirrh

Po jej słowach odetchnął w duchu i powstrzymał się z trudem by nie roześmiać się na głos.

Wiedziałem, że to niemożliwe. Bez sensu było się martwić. Przecież nikomu się takie rzeczy nie zdarzają... no prawie nikomu...

Wziął głębszy oddech wyrzucając z głowy wspomnienia, które już chciały się do niej siłą wepchnąć. I na wydechu zaczął mówić.

- Aj, sorry. Niestety ze mną na jakieś - zrobił krótką pauzę szukając dobrego zwrotu - wyrafinowane słownictwo nie ma co liczyć. Spędzam pewnie średnio co trzecią noc w jakimś pubie, więc mimo że nie każdy jest zapuszczony to jednak łapie się ten lokalny sposób mówienia, co nie? Więc jak lubisz rozmawiać z takimi bardziej poetami, to zapewne masz rację i niezrozumienie może się niestety pojawiać - brzmiał jakby był naprawdę rozczarowany tą sytuacją. Aczkolwiek jego myśli błądziły w nieco innym kierunku.

Rety, aż zaczynam się cieszyć, że Hexen był pod ręką, bo kobita zdecydowanie nie nadaje na tych samych falach. Ale nic nie szkodzi, teraz to ładnie wyprostujemy i będzie okej. Bo jak tak dalej pójdzie to razem z Ericem "zapoważnią" mnie na śmierć ostateczną.
Chociaż ona może niekoniecznie, bo chyba ma rozdwojenie jaźni i raz jest poważna i ma wygórowane standardy, a raz gada jak nawiedzona i odwala gruby przypał hehe.


Znów wrócił do trybu przyjaznego uśmiechania się, ale w odpowiednich momentach robił minę jakby było mu strasznie przykro, że wyszło jak wyszło.

- Od razu, by uniknąć chociaż niektórych nieporozumień mówię, że o żadnej zazdrości czy rywalizacji nie ma mowy. Bynajmniej nie chciałem oczarować laseczek, a tylko stwierdziłem, że może warto żebyś nie czuła się do niczego zmuszana. Wiesz wśród Anarchistów jest jakaś taka no... moda na bunt czy coś... Więc mówienie komuś jak ma się ubierać bywa jakieś takie... No wiesz o co chodzi, co nie?

Wyglądało, że naprawdę starał się mówić szczerze i jakoś zatrzeć niechęć, którą Amelia mu wyraźnie okazywała.

- Więc wybacz, że czasem takie pomysły przychodzą mi do głowy. Po prostu jak widzę ładną kobietę to nie zawsze trafiam z oceną jej upodobań, ale od tej pory obiecuję chociaż się starać mówić tak żeby cię nadmiernie nie denerwować.

Pewnie i tak nie wyjdzie, ale mówią, że liczą się dobre chęci, co nie.

Widoczne na twarzy Amelii zdenerwowanie i niechęć zdawały się lekko ustąpić. Kobieta westchnęła odruchowo, ponownie zapominając, iż już od pewnego czasu wcale nie potrzebuje do życia powietrza. Odezwała się do kowboja ponownie tonem, zdradzającym pewne znużenie, ale jednocześnie spokój:

- Wiesz Chuck... tu nie chodzi tak naprawdę o to, czy jakiejś ,,lasce" spodobasz się, czy nie... Chodzi mi o to, że słowa same w sobie mają moc. Wpływają na ciebie i na innych choćbyś sobie nie zdawał sprawy. Pamiętasz w końcu przemówienie Jarreda? Wtedy czułam, naprawdę czułam, a nawet... do teraz wiem, że nam się uda. Jak tylko będziemy działać razem. - przerwała na chwilę, a w jej oczach dało się dojrzeć blask tej niezbitej pewności - A gdy mówisz o byciu ,,prędkim", czuję się raczej, jakbym siedziała z tobą w jakiejś spelunie. I ten cały ,,slang", to, o zgrozo, przypadłość wielu wśród anarchistów. Chciałabym po prostu, aby nie ubierać rzeczy i osób w łachmany kiego obszczymurka.

Pokiwał tylko lekko głową i kontynuował:

- I oczywiście nie będę wpychał nosa w waszą miłość od pierwszego wejrzenia, bo i po co. Ale chyba rozumiesz, że jak nadal będziecie tak... otwarci, to mogę być czasem nieco zaskoczony, bo doprawdy nie robisz pierwszego wrażenia osoby, która lubi takie akcje.

Na wspomnienie o Hexenie kobieta żachnęła się i zdałoby się, miała coś powiedzieć. Ze zrezygnowaniem machnęła jednak dłonią, jakby odrzucając nasuwające się jej myśli.

Chuck natomiast podczas tych wszystkich wypowiedzi zacinał się czasem nieco przed jakimś słowem, ale starał się by nie brzmiało to zbyt sztucznie.

- No to ten, mam nadzieję, że się jakoś mimo różnic kulturowych dogadamy. A teraz już ci nie będę przeszkadzał moim slangiem. Jakbyś czegoś potrzebowała to wiesz gdzie mnie szukać.

Odczekał chwilkę czy Ravnoska na pewno nie ma nic do dodania, po czym odwrócił się i ruszył z powrotem do auta. Po drodze ponownie uruchomił małą konsolę.

Phee... Takie gadki to nie dla mnie. Za dużo kombinowania.

Wsiadł do jeepa i póki ekipa zakupowa nie wróciła grał sobie w najlepsze.
Od MG
Amelia: Wystąpienie Chucka jest naprawdę przekonujące i nie masz wątpliwości, że mówił szczerze.
Ostatnio zmieniony 09 maja 2017, 23:02 przez Gohan, łącznie zmieniany 1 raz.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 10 maja 2017, 21:05

23.10.1994, parking w Oquirrh

Po dłużącym się męcząco czasie oczekiwania, z bezszelestnej ciemności wyłoniły się dwie sylwetki, bez słowa dołączając do zebranych przy dwóch samotnych samochodach kainitów. Chuck wysiadł z auta, dołączając do Eryka i Amelii. Jared zatrzymał się przed nimi, natychmiast przechodząc do tematu.

- Zanim pojedziemy na miejsce musimy mieć krew. Żywicieli, albo z bloodpacki. Ktoś z was może o to zadbać? Tylko nie pierdolcie, że nie... Jak was przyszpili to zmienicie się w zwierzęta i najprawdopodobniej najsłabszy z was skończy jako posiłek. Musimy mieć zapasy. - oznajmił, bardziej niż zapytał.

W odpowiedzi na to pytanie, zarówno Eryk jak i Amelia, spojrzeli na stojącego między nimi Chucka. Zanim jednak ich pytające spojrzenie zdążyło dosięgnąć Hexena, ten zdążył się sam odezwać.

- Spoko, Black8, wiem gdzie kupić juchę. Ze mną na mieście nie zginiesz - Świr puścił oko do Brujaha. - Mogę dostać czysty towar, to tylko kwestia kasy. A kasę akurat mamy. Więc proponuję zebrać dupę w troki, bo czas leci, a wizyta u księcia czeka.

Black8 skinął jedynie głową, ruszając w kierunku swojego miejsca. Krótkim, acz treściwym spojrzeniem przekazał wszystkim pozostałym, że czas nagli.

Gdy silnik Cadillaca zawarczał, gdzieś w niedalekim sąsiedztwie zaczął szczekać pies. Po chwili cała zalana mrokiem dzielnica rozbrzmiała ujadaniem najmniej tuzina psów. Jazgot był tym bardziej dokuczliwy, że zrodzony pośród całkowitej niemal ciszy.

Wcale nie ucieszeni tym faktem anarchiści szybko wcielili w życie swe pragnienie opuszczenia tego miejsca. Oba auta po chwili zniknęły w ciemności, pozostawiając za sobą jedynie zapach spalin i czerwień świateł.

Psi festiwal nie trwał jednak długo. Za ich plecami zwierzęta kolejno milkły, niejednokrotnie swój koncert kończąc urwanym skamleniem. Dało się też wychwycić kilka stłumionych przekleństw. Sugerowało to, że dzielnica nie była tak opuszczona, jakie sprawiała wrażenie. Po chwili jednak ponownie zapadła cisza, na powrót scalając się z mrokiem i skrywając tych, którzy nie chcieli być tu odnalezieni.
Ostatnio zmieniony 11 maja 2017, 17:04 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 13 maja 2017, 16:58

[center]Salt Lake City, Taylorsville, osiedle obok pola golfowego, 23.10.1994[/center]
Czerwony cadilack zahamował na skrzyżowaniu 1175W i W 450S, tuż przy podejrzanie dobrze wyglądającym osiedlu domków jednorodzinnych. Hexen wyskoczył z samochodu nie trudząc się otwieraniem drzwi:

- Nie stawajcie w okolicy, może być przypał - rzucił. - Za pół godziny będę tu czekał z towarem, ok?

- Jasne - skinął głową Jarred i samochód ruszył z piskiem opon, pozostawiając za sobą, stojącą na poboczu, wychudłą sylwetkę w sfatygowanym płaszczu.

[center]***[/center]
Drzwi otworzyła mu Laura, ubrana jedynie w ciemne okulary i długi, luźny podkoszulek z dużym dekoltem. Zauważył zarys sutków, rysujących się pod cienkim materiałem i odgadł, że nie nosi stanika.

[center]Obrazek[/center]
- Oblivion, no wreszcie! - zawołała, pociągając go w głąb holu. Poczuł ciepłą woń jej oddechu, a później jej usta dotknęły jego. Włożył rękę pod koszulkę dziewczyny, badając ciężar obfitych piersi. Nie mylił się, nie nosiła stanika.

- Hej maleńka - odrzekł dopiero pod dłuższej chwili, wypełnionej jej usatysfakcjonowanym pomrukiem. - Dzwoniłem, ale kurna, nie odbierałyście...

Laura wzruszyła ramionami, odsuwając się od niego nieco, nie dalej jednak niż na szerokość ramienia.

- Earline ma klienta, a ja brałam prysznic...

Hexen rozejrzał się. Dopiero teraz zauważył wiszący w przedpokoju kaszmirowy płaszcz i stojące obok męskie pantofle z cienkiej skóry.

- Kto to?

Laura wydęła wargi w grymasie lekceważenia.

- Chuj go wie, nieciekawy typ. Ale pewnie jakaś szycha, jak go stać... Musi mieć siano. Zresztą, inni tu nie przychodzą - odparła, biorąc Świra za rękę i prowadząc w głąb domu. Zagłębili się w długi korytarz, oświetlony jedynie drobnymi lampkami bocznymi. Każda z nich umieszczona była pod szkicem, wykonanym na cienkim kawałku ryżowego papieru. Przedstawiały głównie akty i sceny erotyczne, wykonane w różnym stylu: niektóre stanowiły zaledwie plątaninę kilku kresek, inne wykonane zostały z wielką dbałością o pikantne detale. Wszystkie linie na rysunkach miały barwę ciemnej czerwieni i Hexen wiedział, że nie zostały wykonane zwykłym tuszem, lecz ludzką krwią.

- Zostajesz na noc? - zapytała Laura znienacka.

- Nie mogę dzisiaj, skarbie. Robotę mam. Wpadłem tylko załatwić coś, możesz pogadać z Earline?

- Sam z nią pogadaj - prychnęła dziewczyna, najwyraźniej rozczarowana jego odmową. Stanęli się przed dużymi, rzeźbionymi drzwiami. Laura zapukała szybko, w nierównym rytmie, który przypominał wiosenny deszcz bębniący o szyby w sypialni wspomnień. Nie czekając na odpowiedź delikatnie pchnęła lakierowaną powierzchnię.

Drzwi uchyliły się bezgłośnie, w powietrzu zatańczyła nuta cynamonu, ylang-ylang, krwi i seksu, które wyczulony węch krwiopijcy rozpoznał bez trudu. Pomieszczenie tonęło w półmroku, oświetlone jedynie przez kilkanaście rozstawionych chaotycznie świec. Na środku znajdowało się szerokie łóżko, nakryte szkarłatną narzutą. Spoczywał na nim mężczyzna, dobrze już po czterdziestce. Jego nadgarstki i kostki przywiązane były do nóg mebla jedwabnym sznurem. Twarz skrywała czarna, skórzana maska. Earline siedziała na nim okrakiem, trzymając w wypielęgnowanych dłoniach kilka długich srebrzystych szpil. Była naga, nie licząc wysokich butów na obcasie i czarnej aksamitnej szarfy zawiązanej wokół talii. Jej ciemne włosy wiły się niczym węże, spadając na plecy, ozdobione egzotycznym tatuażem. Około tuzina cienkich ostrzy sterczało już z ciała jej klienta, które w wielu miejscach naznaczone było krwią. Mężczyzna jęknął z rozkoszy, gdy ciemnoskóra kobieta zagłębia kolejne w jego barku. Rzuciła okiem w kierunku drzwi i położyła palec na ustach, nakazując przybyłym ciszę. Nachyliła się nad swą ofiarą, pogrążoną w bolesnej ekstazie i szepnęła do niej kilka niezrozumiałych słów, po czym zwinnie ześlizgnął się na ziemię.

- Hexen - powiedziała z lekkim uśmiechem, zamykając starannie za sobą drzwi do swej luksusowej komnaty tortur. Pocałował go w usta, jednocześnie sięgając dłonią w dół. Poczuł, jak jej palce zaciskają się na jego jądrach. Nawet przez materiał spodni czuł drapieżną ostrość jej długich paznokci, w kolorze indyjskiego różu. Przyjemny dreszcz rozszedł się falą wzdłuż kręgosłupa Świra. Cholera, ta kobieta zawsze przyprawiała go o dreszcze.

- Co cię do nas sprowadza, kochany? - zapytała wreszcie odsuwając się o krok. Jej pełne wargi błyszczały w półmroku, niczym krople świeżej krwi.

- Tym razem niestety nie wasz urok, choć cholernie żałuję, że nie mam aktualnie czasu - uśmiechnął się spoglądając na nią z uznaniem. - Potrzebuję krwi. Czystej. Wiem, że u ciebie można to dostać.

Earline milczała przez chwilę, spoglądając na niego z lekkim uśmiechem, jakby rozkoszowała się jakimś sekretem, który znała jedynie ona i który skrycie ją bawił. Świr nie potrafił odgadnąć wyrazu jej oczu, czekał więc z milczeniu.

[center]Obrazek[/center]
- Ile chcesz? - zapytała w końcu.

- A ile masz?

- Laura, kochanie - Mulatka zwróciła się do młodszej dziewczyny - Przynieś to co mamy w lodówce - obrzuciła wzrokiem Malkava - Widzę, że nie pomyślałeś o tym, jak to zabrać. Ale nie martw się, zapakujemy ci wszystko. To będzie kosztować ekstra.

- Mam gotówkę...

- Nie wątpię, ale nie o tym mówiłam. Mam na myśli przysługę. Nie jesteś ciekaw? - uśmiechnęła się znowu. Hexen przyłapał się na tym, że od dłuższej chwili wpatruje się w miejsce, gdzie czarna szarfa zagłębiała się między różowymi wargami jej wygolonego sromu. Przełknął ślinę i podniósł wzrok.

- Więc jaka to przysługa?

- Chciałabym namalować ciebie i Laurę. Chcę zobaczyć, jak ją pieprzysz - ostatnie słowo wymówiła z wyraźną przyjemnością, nadając mu dziwny akcent, tak jakby wymawiała nazwę jakiegoś obco brzmiącego kwiatu. Earline z zasady nie przeklinała, lecz kiedy już to robiła, stawało się to sztuką samą w sobie.

- Nie musisz mnie prosić o to - wyszczerzył zęby. - Znasz mnie, mogę to zrobić zawsze i wszędzie.

- To świetnie - odpowiedziała - Chcę byście to zrobili na grobie mojej matki. O tak - przejechała językiem po wargach. - I chcę byś sprawił jej ból. Chcę słyszeć jej krzyk. I nie chcę, byś zadawał pytania. Zrobisz to dla mnie?

Moment wahania trwał niezwykle krótko:

- Jasne - odrzekł po chwili. - Zawsze lubiłem rodzinne imprezy... A swoją drogą, masz może pożyczyć płyn do mycia naczyń?
Spoiler!
Chciałbym zdobyć od dziewczyn pustą butelkę po szampanie i trochę płynu do naczyń, mydła w płynie lub oleju. Wracając spuszczę nieco benzyny do tej butelki, z jakiegoś zaparkowanego gdzieś samochodu. Oczywiście nie rzucając się w oczy. Da się zrobić?

Jeśli z kolei chciałbyś mi bardzo utrudniać, to się po prostu włamię gdzieś, używając Niewidoczności, ukradnę tą butelkę, benzynę i mydło w płynie.
[center]***[/center]
Opuścił domek Laury i Earline lżejszy o czterysta dolarów. W zamian za nie i niecodzienną obietnicę, otrzymał pokaźnych rozmiarów torbę. Torba zawierała butelkę po szampanie, wypełnioną odrobiną płynu do mycia naczyń, oraz lodówkę turystyczną, w której znajdowało się osiem woreczków wypełnionych gęstą czerwienią. Nawet nie sprawdzając wiedział, że towar jest całkowicie w porządku. To było najważniejsze. Kupowanie krwi na ulicy zawsze niosło w sobie pewne ryzyko, dlatego z zasady unikał tego rodzaju konieczności. Wiedział jednak, że w tej kwestii może mieć pełne zaufanie do Earline. Być może była zwariowaną suką, ale zawsze dbała o jakość swoich usług, niezależnie od tego czy malowała obrazy, pieprzyła jakiegoś biznesmena czy handlowała ludzką krwią. Uśmiechnął się na wspomnienie czarnej szarfy niknącej w bardzo sekretnym i wilgotnym miejscu, po czym zamachał ręką, widząc światłą nadjeżdżającego cadilacka.
Ostatnio zmieniony 15 maja 2017, 13:27 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

TatTvamAsi
Reactions:
Posty: 423
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
Been thanked: 3 times

Post autor: TatTvamAsi » 14 maja 2017, 20:18

[center]Salt Lake City, Taylorsville, osiedle obok pola golfowego, 23.10.1994[/center]

Wyruszyli w dalszą podróż. A ona poglądała co chwilę obok... Na ten profil wychudłego syna miejskich ulic i ciężkich okresów, gdy można polegać tylko na siebie. Zdawał się jej nie dostrzegać. Akcja była krótka. Wsiedli do lśniącego czerwienią cadillaca i pojechali dalej, mijając żarzące oczy świateł drogowych i prostą zabudowę. Hexen zdawał się być całkowicie zaabsorbowany całą sprawą zdobycia krwi, choć mimo to nie opuszczało go cięte, a wprost obłąkańcze poczucie humoru. W końcu wjechali na osiedle widocznie droższych posesji, na których wznosiły się geometrycznie równe, niskie domy. Chudy kainita wyskoczył sprężyście na chodnik i skierował się do którejś z willi. Cadillac zamruczał podrywając się do jazdy i straciła go z oczu, smukłego, niknącego w cieniach spływających z nocnego nieba. Amanda oparła się łokciami o drzwi cadillaca zanurzając się we wspomnieniach. Aż do tego wieczoru zdawało się, że żyje niejako życiem pożyczonym, rozpaczliwie i kurczowo trzyma się tej namiastki - piękna długich wieczorów spędzonych na rozmowach z Orestesem, poznawaniu świata na nowo w wampirycznym już ciele. Cały czas jednak, gdzieś na granicy świadomosci, przebijało się widmo entropii, rozkładu tamowanego przez ludzką vitae. Doznanie tego wieczoru było jak życie samo w sobie, w rozgrzanym oddechu i odczuciu wolności bez granic. Westchnęła cicho i nieznacznie na świeże wspomnienie. Patrząc na ciemne niebo przypomniała sobie o Mavericku. Obawiała się, czy niewielka sowa odnajdzie ich w tym miejscu i czy wróci bezpiecznie z posiadłości księcia Camarilli.
Wypatruję mojej sowy. W razie czego użyję Animalizmu, aby ją zwabić.

Gohan
Reactions:
Posty: 81
Rejestracja: 29 listopada 2016, 15:24

Post autor: Gohan » 17 maja 2017, 16:22

23.10.1994, ulice Salt Lake City

Kolejne pytanie o krew uświadomiło mu, że tu już nie chodzi tylko o to, że ich cała egzystencja kręciła się wokół tego płynu, ale że oni wszyscy serio zakładali, że po akcji będą musieli uzupełnić jej duże ubytki.

Banda pesymistów. Nie no, dobra, niech będzie, że banda realistów. Tyle, że z tą krwią to może być przypał...

Wyraźnie głowił się nad jakąś kwestią, tak że nawet nie zauważył krzyżujących się przez chwilę na nim spojrzeń.

Dobra nieważne. Najwyżej zadzwonię po którąś... Może Tinę hmm... Ona ma chyba najmocniejsze nerwy... Albo może Cindy?

Wsiadając ponownie do auta wciąż rozważał dostępne opcje i dopiero szczekanie całkowicie wyrwało go z zamyślenia. Momentalnie odpalił silnik i ruszył za Cadillakiem.

- Spiłeś jakiegoś psa czy co? - Rzucił do swojego pasażera nieco niepewnym tonem, bo po tym co gość wcześniej mówił, zastanawiał się czy powinien traktować to pytanie jako żart czy rozważać taką opcję na serio.

- Co? Ty nigdy nie piłeś krwi zwierząt? - Eric zaśmiał się lekko - krew to krew. Według niektórych smakuje gorzej, dla mnie to raczej kwestia indywidualna. Wartości odżywcze te same, więc po co ryzykować z ludźmi. Przynajmniej nie wciągniesz żadnego syfa z ludzką krwią.

Chuck utonął na chwilę we wspomnieniu nieszczęsnej nocy, gdy miał okazję zakosztować zwierzęcej krwi i po chwili poczuł, że robi mu się niedobrze. Nie chodziło tylko o smak. Pamiętał, że był paskudny i po przełknięciu miał ochotę wyrwać sobie język, ale to nie był jego największy problem w tamtym momencie, więc sam fakt, że ta krew była okropna został nieco przyćmiony.

- Kiedyś spróbowałem - starał się zapomnieć o nudnościach, ale krzywił się mimowolnie. - O ile pamiętam smakowała jak końskie szczyny albo gorzej, więc jeśli to kwestia indywidualna to fajnie masz, że lubisz takie smaki. - Próbował się zaśmiać, ale niewiele z tego wyszło, bo nadal miał minę jakby miał zaraz zwymiotować.

- Tak czy siak trochę lipa, że mnie tu zostawiłeś z nieobliczalną Amelią, bo poszedłeś spijać okoliczne szczeniaki. Tak się kolegom nie robi - początkowo brzmiało to jak wyrzut, ale pod koniec, gdy kręcił teatralnie głową widać było, że go to bawi.

- Widzę, że zauroczenie minęło bezpowrotnie. Dobrze, jeden problem mniej - Gangrel słysząc wyrzuty śmiał się dobre parę minut - Wracając do krwi zwierząt. Ty z klanu Ventrue jesteś, że ci się niedobrze robi pijąc ze zwierząt? Nie no normalnie burżuj pierwsza klasa.

Przez chwilę kowboj wyglądał na jeszcze bardziej zniesmaczonego niż wcześniej.

- Jestem bezklanowcem - rzucił i szybko zmienił temat. - A o to zauroczenie to się przypierdoliłeś na maksa. Nigdy nie próbowałeś zarwać jakiejś laski tylko dlatego, że jest ładna?

- Nigdy nie próbowałem poderwać ostro świrniętej - wyszczerzył zęby w uśmiechu - A o klany się nie martw, mój błąd, że pytałem. Ale przynajmniej nie masz żadnych historii z dawnych lat na głowie.

- Zazwyczaj nie mają na twarzach napisane "jestem ostro świrnięta" - Chuck przewrócił oczami.

Żadnych historii... chciałbym.

Coś zapewne go martwiło, ale nie wiadomo czy była to kwestia braku klanu czy coś innego.
Po chwili po prostu włączył radio i przy bardziej znanych piosenkach wystukiwał rytm palcami na kierownicy.
Pisane we współpracy z Ferre

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 31 maja 2017, 20:33

23.10.1994, ulice Salt Lake City, w drodze na spotkanie z Księciem

Hexen wrócił, szczęśliwy niczym ptaszek, a właściwie ptaszysko, wychudłe i nieco upiorne, mimo to z pewnością szczęśliwe. Na polecenie Jarreda podał mu torbę, po czym powrócił do rzucania znaczących spojrzeń w kierunku damy za kierownicą. Black8 zignorował chwilowo ten fakt, koncentrując się na sprawdzaniu ilości i jakości zdobytej krwi. Ruszyli z piskiem opon.

Kiedy wjechali na teren SLC, miasto dosyć szybko zmieniło się nie do poznania. Ulice zapełniły się przechodniami których nocny marsz nadawał aglomeracji nowego rytmu. Spokój i ciemność czmychnęły gdzieś, przegnane światłami neonów i witryn sklepowych. Ruch samochodowy także uległ nagłemu zagęszczeniu, powodując, że oba auta musiały poważnie zwolnić. Mnogość ludzi sugerowała obecność dodatkowych atrakcji tej nocy. Gwar ulic zagłuszył myśli kainitów, zmuszonych wykazać się odrobiną cierpliwości. Mimo zamętu zdołali jednak wychwycić w nim kilka słów Micka Jaggera powtarzanych przez ludzi, najwyraźniej podekscytowanych koncertem, który musiał zakończyć się przed chwilą.

Dosyć szybko stało się jasnym, że obrana przez nich trasa nie zda egzaminu. Hexen na szczęście myślał szybko i wyjątkowo dość trzeźwo, dzieląc uwagę między sprawy logistyczne, a dekolt siedzącej przed nim. Kilka trafnych decyzji uchroniło ich przed całkowitym utknięciem w tłumie, chociaż i tak tłum okrążył ich już na tyle, że zawracanie trwało dobry kwadrans.

W międzyczasie wśród mijających ich twarzy rozpoznali znajomą fizionomię Julie. Kobieta przepchnęła się między jakimiś nietrzeźwymi młodzieńcami, wywołując kilka przekleństw. Nie przejęła się jednak tym, wybiegając praktycznie na ulicę. Nie miała już na głowie kaptura, chociaż wciąż nosiła czerwony płaszcz. Jej złote loki rozsypały się w nieładzie, gdy uśmiechnęła się opętańczo , praktycznie wpadając na maskę cadilacka, który zmuszony był gwałtownie zahamować. Malkavianka bez ceregieli skorzystała z okazji, wskakując na tylną kanapę i wciskając się sprawnie pomiędzy Hexena i Amelię.

- Wiem którędy możemy pojechać, by ominąć całą tę zgraję! - wykrzyczała w stronę siedzenia kierowcy, przekrzykując wszechobecny gwar. - Tylko wyjedźmy stąd najpierw!

- Spoko - odkrzyknął Jarred, akceptując bez oporów niespodziewaną pomoc.

Kierując się wskazówkami Julie udało im się wydostać z tłumu. Na całym tym zamieszaniu stracili jednak ponad 30 minut. Na szczęście trasa proponowana przez Malkaviankę spełniła swoje zadanie, prowadząc ich do stóp Capital Hill, bez kolejnych, niespodziewanych przystanków. Auta powoli zatrzymały się w jednej z bocznych alejek. Wkrótce po tym, Amelia usłyszała znajome pohukiwannie sowy swej.

Ptak wylądował na jej przedramieniu. Ciche gardłowe dźwięki wydawane przez drapieżnika, nie miały w sobie ostrości, którymi chwyciła się ramienia Amelii, powodując jej ciche syknięcie. Przypominały raczej wymianę grzeczności. Ravnoska z uwagą spoglądała ptakowi w oczy, by po dłuższej chwili przetłumaczyć reszcie koterii jego słowa.
Spoiler!
Ptak powie ci o kamerach dookoła wzgórza i przy wejściach do budynków na jego szczycie. Samo wzgórze nie jest obszarem zamkniętym, więc kręci się tak trochę osób. Same budynki są wygaszone, nie ma nikogo w środku, jedynie budynek południowy nie śpi.

TatTvamAsi
Reactions:
Posty: 423
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
Been thanked: 3 times

Post autor: TatTvamAsi » 01 czerwca 2017, 19:42

[center]23.10.1994, ulice Salt Lake City i podnóże Capital Hill[/center]

Opływająca cadillaca rzeka ciepłych, ludzkich ciał zamykała się co raz bardziej. Samochód zwolnił aż w końcu przeszedł do mozolnego posuwania się do przodu z szybkością nie większą niż wędrówka owada po śliskiej szybie. Amanda oparła się nieznacznie na czerwono lakierowanych drzwiach auta. Perspektywa była wprost dogodna - widziała smukły profil Hexena ożywiony jakimś wewnętrznym blaskiem, zupełnie jakby w tą posągowo zimną skórę wkradła się iska życia. Starała się na daremno złowić jego spojrzenie i choć chwilę uwagi. Oczy obłędnego natomiast, syciły się wdziękami siedzącej za kierownicą kobiety - ghula Black8. Zupełnie jakby... nic, co się stało, nie miało znaczenia...

Czuła wtedy jak fala gorąca zalewa ją od wewnątrz. Odczucie straty miesza się z przypływem nagłej agresji, którą z trudem powściągnęła. Cała namiętność zdała się teraz ledwie wspomnieniem... działaniem zapisanym na kartach historii kogoś innego. Inna kobieta... druga kobieta... może była ładna... była ŻYWA. Jej piersi unosiły się rytmicznie z każdym oddechem, a żyły pompowały do policzków słodką krew. Zaznać znów tego ciepła, rozkoszować się życiem, choćby jego cieniem...

Trapiące ją myśli i wzrastające wzburzenie przerwała szkarłatna smuga, która po chwili okazała sie być Julie samą w sobie. Obecność blondwłosej uśmierzyła chwilowo jej gniew i frustrację całym zajściem, z któym terez sama nie potrafiła sobie do końca poradzić.

W końcu cadillac podjechał pod Capital Hill. Ku uldze całkiem młodej wampirzycy sowa, której wyszukiwała na niebie, sfrunęła, wbijając swe ostre jak igiełki, nieduże szpony w ramię. Krótka wymiana pochukiwań pozwoliła rozeznać się w sytuacji panującej na terenie rezydencji księcia Camarilli. Nie zwracając już więc więcej uwagi na tendencje Obliviona, objaśniła obecnym przekazane przez sowę informacje:

- Z tego, co mojej sowie udało się zaobserwować, dookoła wzgórza rozmieszczone są kamery. Kamery są także na szczycie wzgórza, przy wejściach do budynków rezydencji księcia. Sam teren nie jest odgrodzony i czasem ktoś się tam kręci. Większość budynków zdaje się uśpiona, jakby służba spała, lub nikogo nie było. Jedynie w południowym gmachu palą się światła.
Amelia przekazuje jak najdokładniej informacje na temat posiadłości.
Ostatnio zmieniony 02 czerwca 2017, 15:50 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.

ODPOWIEDZ