PBF - W Mroku Oxanu
Calli, Domostwo Khema, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul
Zapał w odpowiedzi Stratisa na zadane pytanie wydał się paladynowi nieco podejrzany - Mam tylko nadzieję, że nie wyjdę na tym jak sprzedawca piasku na głównym rynku Calli, pomyślał do siebie - W przeciwnym wypadku zapłata za pracę muzyka może zostać "nieco" uszczuplona za próbę poniżenia strażnika świątynnego. Ucieszyła go ta myśl, bowiem domyślał się, iż właśnie taka kara zaboli najbardziej wirtuoza drużyny. Przez chwilę nawet miał ochotę szybciej palić nargilę, by móc później wytknąć mu błąd, jednak Sa nie był wystarczającym powodem, by się ku temu starać.
Ehecatlem delektował się zatem unoszącym się w głównym pomieszczeniu domostwa eterycznym zapachem rośliny, która rozluźniała jego mięśnie, zapominając przez dłuższą chwilę o podaniu fajki dalej. W pewnym momencie jednak ujrzał zakłopotane spojrzenie alchemika, więc czym prędzej, ale tak, by nie dać tego po sobie poznać, przekazał przedmiot w jego ręce mówiąc:
- Wybacz Khemie, ale twoja nargila zaprawdę jest przedniej jakości. Przeto przejmij ją proszę ode mnie, byśmy wszyscy mogli się cieszyć jej smakiem, póki Stratis nie wróci.
Po czym paladyn rozejrzał się po pomieszczeniu, oraz zebranych i zapytał:
- Czy ktoś ma jeszcze jakieś uwagi odnośnie planu? Jeśli nie, to gdy tylko wróci nasz przyjaciel, przebieramy się i ruszamy w stronę karczmy. Czy poza tym wszystko jest jasne?
Zapał w odpowiedzi Stratisa na zadane pytanie wydał się paladynowi nieco podejrzany - Mam tylko nadzieję, że nie wyjdę na tym jak sprzedawca piasku na głównym rynku Calli, pomyślał do siebie - W przeciwnym wypadku zapłata za pracę muzyka może zostać "nieco" uszczuplona za próbę poniżenia strażnika świątynnego. Ucieszyła go ta myśl, bowiem domyślał się, iż właśnie taka kara zaboli najbardziej wirtuoza drużyny. Przez chwilę nawet miał ochotę szybciej palić nargilę, by móc później wytknąć mu błąd, jednak Sa nie był wystarczającym powodem, by się ku temu starać.
Ehecatlem delektował się zatem unoszącym się w głównym pomieszczeniu domostwa eterycznym zapachem rośliny, która rozluźniała jego mięśnie, zapominając przez dłuższą chwilę o podaniu fajki dalej. W pewnym momencie jednak ujrzał zakłopotane spojrzenie alchemika, więc czym prędzej, ale tak, by nie dać tego po sobie poznać, przekazał przedmiot w jego ręce mówiąc:
- Wybacz Khemie, ale twoja nargila zaprawdę jest przedniej jakości. Przeto przejmij ją proszę ode mnie, byśmy wszyscy mogli się cieszyć jej smakiem, póki Stratis nie wróci.
Po czym paladyn rozejrzał się po pomieszczeniu, oraz zebranych i zapytał:
- Czy ktoś ma jeszcze jakieś uwagi odnośnie planu? Jeśli nie, to gdy tylko wróci nasz przyjaciel, przebieramy się i ruszamy w stronę karczmy. Czy poza tym wszystko jest jasne?
Ostatnio zmieniony 21 czerwca 2017, 14:42 przez zmarly, łącznie zmieniany 1 raz.
---
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
[center]Calli, domostwo Khema, 15 Pani Trzcin [/center]
Z żalem oddając nargilę swym gościom, czarnoskóry alchemik podniósł się z kamiennej posadzki i śpiesznym krokiem odszedł do jednego z kilku mniejszym pomieszczeń wykutych w górskiej skale. Przechodząc obok progu splugawionego laboratorium odwrócił głowę w inną stronę, próbując nie rozmyślać o wciąż na niego czekającym przykrym obowiązku oczyszczenia pracowni z organicznych resztek zmarłego kultysty. We wnętrzu skalnej części domostwa zwykła panować niska temperatura, ale charakterystyczny smród rozkładu zaczynał już być wyczuwalny i niebawem miał przeniknąć do pozostałych pomieszczeń posiadłości Mibampesa.
Malutka wnęka na tyłach domostwa pełniła rolę garderoby i skrywała prócz kilku kompletów odzienia świątecznego również proste stroje robocze, od których Khem nie stronił wyprawiając się poza miasto albo doglądając Smolucha. Ściągając z kamiennych półek części pozbawionego ozdób ubrania, AjArdczyk rozmyślał gorączkowo nad planami koterii. Wizyta w przybytku grzechu i występku niższych klas napawała go z jednej strony zrozumiałą odrazą, z drugiej jednak budziła zaskakujące podniecenie, które jeszcze kilka dni temu Khem uznałby za powód do wielkiego wstydu.
Z żalem oddając nargilę swym gościom, czarnoskóry alchemik podniósł się z kamiennej posadzki i śpiesznym krokiem odszedł do jednego z kilku mniejszym pomieszczeń wykutych w górskiej skale. Przechodząc obok progu splugawionego laboratorium odwrócił głowę w inną stronę, próbując nie rozmyślać o wciąż na niego czekającym przykrym obowiązku oczyszczenia pracowni z organicznych resztek zmarłego kultysty. We wnętrzu skalnej części domostwa zwykła panować niska temperatura, ale charakterystyczny smród rozkładu zaczynał już być wyczuwalny i niebawem miał przeniknąć do pozostałych pomieszczeń posiadłości Mibampesa.
Malutka wnęka na tyłach domostwa pełniła rolę garderoby i skrywała prócz kilku kompletów odzienia świątecznego również proste stroje robocze, od których Khem nie stronił wyprawiając się poza miasto albo doglądając Smolucha. Ściągając z kamiennych półek części pozbawionego ozdób ubrania, AjArdczyk rozmyślał gorączkowo nad planami koterii. Wizyta w przybytku grzechu i występku niższych klas napawała go z jednej strony zrozumiałą odrazą, z drugiej jednak budziła zaskakujące podniecenie, które jeszcze kilka dni temu Khem uznałby za powód do wielkiego wstydu.
Alchemik ma w domu kilka strojów użytkowych, nie potrzebuje kradzionych. Zabierze ze sobą wyciągnięty ze składziku prosty krótki nóż, ostatni oręż w domowym arsenale, jaki mu pozostał! Weźmie też trochę pospolitych środków płatniczych, na jeden czy dwa napitki, nie więcej.
Ostatnio zmieniony 21 czerwca 2017, 14:42 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Calli, Domostwo Khema, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Nargila zdołała wypalić się prawie do końca, ostatnie pasma słodkiego dymu rozpraszały się powoli, szybując pod sufitem, gdy od strony składziku dobiegło głuche uderzenie i stłumione przekleństwo. Po chwili z korytarza wyłonił się nieco zasapany Stratis, w przekrzywionym turbanie. Młodzieniec dźwigał pokaźnych rozmiarów tobół, którego kształt nie przypominał jednak niczego konkretnego. Rozsupłał go na środku pomieszczenia, ujawniając cztery szare chusty, dwa płaszcze, jedną pocerowaną tunikę i ponczo, które lata swej świetności miało zdecydowanie za sobą.
- To co mi się udało zdobyć na szybko - wysapał, wskazując na ubrania lezące na środku komnaty w malowniczym nieładzie. - Może proste to szaty, ale skryją wasze pochodzenie, o szlachetni. Jakbyście się jeszcze zechcieli zasłonić twarze i przyprószyć popiołem z paleniska, to klnę się, że będziecie wyglądać jak wędrowcy z Szarych Równin. A takich na mieście się plącze wielu, przeto nikt nie będzie się za nami oglądał.
- Aru - zwrócił się do Syna Słońca. - widzi mi się, że, waszej tarczy ni maczugi nie da się o nosić niepostrzeżenie, wszakże zawsze możecie podać się za jakiegoś tiba. Ze wzrostu i postury wyglądacie jak żołnierz. Bylebyście tylko skryli te tatuaże, to będzie zacnie.
Nargila zdołała wypalić się prawie do końca, ostatnie pasma słodkiego dymu rozpraszały się powoli, szybując pod sufitem, gdy od strony składziku dobiegło głuche uderzenie i stłumione przekleństwo. Po chwili z korytarza wyłonił się nieco zasapany Stratis, w przekrzywionym turbanie. Młodzieniec dźwigał pokaźnych rozmiarów tobół, którego kształt nie przypominał jednak niczego konkretnego. Rozsupłał go na środku pomieszczenia, ujawniając cztery szare chusty, dwa płaszcze, jedną pocerowaną tunikę i ponczo, które lata swej świetności miało zdecydowanie za sobą.
- To co mi się udało zdobyć na szybko - wysapał, wskazując na ubrania lezące na środku komnaty w malowniczym nieładzie. - Może proste to szaty, ale skryją wasze pochodzenie, o szlachetni. Jakbyście się jeszcze zechcieli zasłonić twarze i przyprószyć popiołem z paleniska, to klnę się, że będziecie wyglądać jak wędrowcy z Szarych Równin. A takich na mieście się plącze wielu, przeto nikt nie będzie się za nami oglądał.
- Aru - zwrócił się do Syna Słońca. - widzi mi się, że, waszej tarczy ni maczugi nie da się o nosić niepostrzeżenie, wszakże zawsze możecie podać się za jakiegoś tiba. Ze wzrostu i postury wyglądacie jak żołnierz. Bylebyście tylko skryli te tatuaże, to będzie zacnie.
Jakby ktoś miał problemy z przebraniem to mu pomagam, mam aktorstwo więc znam się na charakteryzacji i przebieraniu się.
Jeśli ktoś bardzo chciał coś powiedzieć, gdy mnie nie było to zawsze może zrobić retrospekcję. Jednak pomyślałem, że nie ma co czekać z akcją, przebierajcie się i ruszamy do karczmy!
Ostatnio zmieniony 21 czerwca 2017, 14:43 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
[center]Ulice Calli, 15 Pani Trzcin[/center]
Okryty cerowanym kilka razy znoszonym płaszczem, z głową owiniętą chustą i z nożem schowanym w rękawie czarnoskóry alchemik przemierzał niespokojnym krokiem kamienne ulice miasta. Po części jego niepokój brał się z podejrzenia, że każdy mijający grupkę szpiegów Lenja'kare był przebranym kultystą; po części zaś martwił się, że wsadzony do rękawa nóż wypadnie mu stamtąd przy raptowniejszym poruszeniu.
Nie chcąc odstawać od reszty towarzyszy i czując się najpewniej między ich ciałami, Khem trzymał się jak najbliżej Ixari. Milkliwa piękność o przerażających zębach znacząco zyskała w jego oczach po pełnej emocji nocy, swymi poczynaniami obalając wiele błędnych wyobrażeń, jakie Mibampes dotąd posiadł na temat jej gatunku.
W zasadzie zdrowy na rozumie mężczyzna mógłby na chwilę zapomnieć o kłach Ixari, wystarczyło bowiem popatrzeć przez chwilę na taniec jej bioder i sposób, w jaki stawiała kroki, by pogrążyć się w ukropie fantazji zupełnie nie przystających szacownemu adeptowi.
Strofując się co chwila w myślach Khem gryzł usta i strzelał na wszystkie strony oczami, bezskutecznie próbując wyrzucić z głowy wyobrażenie nieskazitelnie gładkiego nagiego ciała o doskonałych proporcjach i idealnie białej skórze.
Okryty cerowanym kilka razy znoszonym płaszczem, z głową owiniętą chustą i z nożem schowanym w rękawie czarnoskóry alchemik przemierzał niespokojnym krokiem kamienne ulice miasta. Po części jego niepokój brał się z podejrzenia, że każdy mijający grupkę szpiegów Lenja'kare był przebranym kultystą; po części zaś martwił się, że wsadzony do rękawa nóż wypadnie mu stamtąd przy raptowniejszym poruszeniu.
Nie chcąc odstawać od reszty towarzyszy i czując się najpewniej między ich ciałami, Khem trzymał się jak najbliżej Ixari. Milkliwa piękność o przerażających zębach znacząco zyskała w jego oczach po pełnej emocji nocy, swymi poczynaniami obalając wiele błędnych wyobrażeń, jakie Mibampes dotąd posiadł na temat jej gatunku.
W zasadzie zdrowy na rozumie mężczyzna mógłby na chwilę zapomnieć o kłach Ixari, wystarczyło bowiem popatrzeć przez chwilę na taniec jej bioder i sposób, w jaki stawiała kroki, by pogrążyć się w ukropie fantazji zupełnie nie przystających szacownemu adeptowi.
Strofując się co chwila w myślach Khem gryzł usta i strzelał na wszystkie strony oczami, bezskutecznie próbując wyrzucić z głowy wyobrażenie nieskazitelnie gładkiego nagiego ciała o doskonałych proporcjach i idealnie białej skórze.
Khem spędził zbyt dużo czas mając za towarzystwo jedynie Smolucha, musicie mu wybaczyć tę słabość do jedynej niewiasty w ekipie!
Ostatnio zmieniony 21 czerwca 2017, 14:43 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
[center]Ulice Calli, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Ery Ilaxoul.[/center]
Wąskie uliczki brukowane płytami z ciemnego kamienia, przeszły w szersze ulice Dzielnicy Kupieckiej. Mimo całkiem później pory można było jeszcze spotkać pojedynczych kupców oferujących swe towary, bądź zbierających swój dobytek z któregoś z kramów. Życie nocne zaczynało natomiast rozkwitać wraz z dźwiękiem odległej lutni i łagodnego szeptu deszczowych kijów. Niewielka grupka wędrowców wyszła w końcu na przestronny plac. Miejsce było teraz całkowicie ciche, niemal zupełnie puste poza wysokim podium na środku. Ah-saa-brax zmiął przekleństwo w ustach. Nawet o tej porze, gdy interes już się dawno zawinął, Czerwony Targ budził w nim najgorsze obawy. Zdawało się jakby przestronny obszar przed podium do teraz rozbrzmiewał głosami targujących się o cenę panów i handlarzy zachwalających sprawność swych niewolników. To tutaj rozgrywała się przyszłość wszystkich tych, którzy, wyjęci spod prawa, nie byli wystarczająco ostrożni, sprytni, czy silni, aby przetrwać. W najlepszym przypadku mogłeś trafić do morderczej pracy, może i pożyć kilka lat... w przeciwieństwie do wielu tych, dla których los nie był aż tak łaskawy.
Ku uldze młodego muzyka, następna ulica poprowadziła ich bezpośrednio do rozpiętego nad Ivit mostu. Czerwony Targ został za nimi, majacząc w oddali na podobieństwo jakiego mściwego widma. Przeszedłszy przez zbity żelaznego drewna pomost, grupka niepozornych podróżnych znalazła się w końcu w dzielnicy przeznaczonej dla siwja. Po ledwie kilku krokach różnica wschodniej części Calli, od jego centrum i zachodnich dzielnic, stała się wyraźna. Gładkie, kamienne płyty zastąpiła piaszczysta droga, zaś piętrowe, eleganckie budynki i domostwa dzielnicy kupieckiej przerodziły się w przedziwne hybrydy skromniejszej wersji kamiennych budowli z rosnącą ilością dobudówek z rdzawej cegły. Zdobne, szklane mozaiki, tak częste po zachodniej stronie rzeki, tutaj właściwie były elementem rzadkim, a nawet znikomym.
Zgodnie ze zmysłem Stratisa, szarawe i wyraźnie znoszone ubrania zapewniły im pełną anonimowość, gdy nikt nie zaprzątał sobie głowy kilkoma podróżnymi, przybyłymi z Szarych Równin. Ah-saa-brax mimo to zachował czujność, ukradkiem szukając najmniejszej oznaki,że są śledzeni bądź obserwowani. Dookoła była jednak tylko zwykła ludność - wracający do swych domów słudzy, rolnicy szukający spoczynku po ciężkim dniu pracy, czy w końcu cała reszta obywateli Calli, zgodnie ze zrządzeniem losu, czy bogów, zrodzonych w najniższej z kast. Przebywszy wąskie uliczki, mijając co chwilę zagracone obejścia domostw, podróżni z Szarych Równin znaleźli się przed rzeczoną Perłową Ucieczką. Z początku nie dostrzegli tawerny, wciśniętej na siłę pomiędzy bryły przylegających budowli. Czujne oczy Stratisa wypatrzyły jednak przetarty szyld z wyrytym na powierzchni rysunkiem perły. Z wnętrza dochodziła przytłumiona muzyka - dźwięk dzwonków przygrywających w takt jękliwej fletni. Okolica wydawała się zaś dość spokojna, żyjąca własnym, swobodnym życiem nocnym.
Wąskie uliczki brukowane płytami z ciemnego kamienia, przeszły w szersze ulice Dzielnicy Kupieckiej. Mimo całkiem później pory można było jeszcze spotkać pojedynczych kupców oferujących swe towary, bądź zbierających swój dobytek z któregoś z kramów. Życie nocne zaczynało natomiast rozkwitać wraz z dźwiękiem odległej lutni i łagodnego szeptu deszczowych kijów. Niewielka grupka wędrowców wyszła w końcu na przestronny plac. Miejsce było teraz całkowicie ciche, niemal zupełnie puste poza wysokim podium na środku. Ah-saa-brax zmiął przekleństwo w ustach. Nawet o tej porze, gdy interes już się dawno zawinął, Czerwony Targ budził w nim najgorsze obawy. Zdawało się jakby przestronny obszar przed podium do teraz rozbrzmiewał głosami targujących się o cenę panów i handlarzy zachwalających sprawność swych niewolników. To tutaj rozgrywała się przyszłość wszystkich tych, którzy, wyjęci spod prawa, nie byli wystarczająco ostrożni, sprytni, czy silni, aby przetrwać. W najlepszym przypadku mogłeś trafić do morderczej pracy, może i pożyć kilka lat... w przeciwieństwie do wielu tych, dla których los nie był aż tak łaskawy.
Ku uldze młodego muzyka, następna ulica poprowadziła ich bezpośrednio do rozpiętego nad Ivit mostu. Czerwony Targ został za nimi, majacząc w oddali na podobieństwo jakiego mściwego widma. Przeszedłszy przez zbity żelaznego drewna pomost, grupka niepozornych podróżnych znalazła się w końcu w dzielnicy przeznaczonej dla siwja. Po ledwie kilku krokach różnica wschodniej części Calli, od jego centrum i zachodnich dzielnic, stała się wyraźna. Gładkie, kamienne płyty zastąpiła piaszczysta droga, zaś piętrowe, eleganckie budynki i domostwa dzielnicy kupieckiej przerodziły się w przedziwne hybrydy skromniejszej wersji kamiennych budowli z rosnącą ilością dobudówek z rdzawej cegły. Zdobne, szklane mozaiki, tak częste po zachodniej stronie rzeki, tutaj właściwie były elementem rzadkim, a nawet znikomym.
Zgodnie ze zmysłem Stratisa, szarawe i wyraźnie znoszone ubrania zapewniły im pełną anonimowość, gdy nikt nie zaprzątał sobie głowy kilkoma podróżnymi, przybyłymi z Szarych Równin. Ah-saa-brax mimo to zachował czujność, ukradkiem szukając najmniejszej oznaki,że są śledzeni bądź obserwowani. Dookoła była jednak tylko zwykła ludność - wracający do swych domów słudzy, rolnicy szukający spoczynku po ciężkim dniu pracy, czy w końcu cała reszta obywateli Calli, zgodnie ze zrządzeniem losu, czy bogów, zrodzonych w najniższej z kast. Przebywszy wąskie uliczki, mijając co chwilę zagracone obejścia domostw, podróżni z Szarych Równin znaleźli się przed rzeczoną Perłową Ucieczką. Z początku nie dostrzegli tawerny, wciśniętej na siłę pomiędzy bryły przylegających budowli. Czujne oczy Stratisa wypatrzyły jednak przetarty szyld z wyrytym na powierzchni rysunkiem perły. Z wnętrza dochodziła przytłumiona muzyka - dźwięk dzwonków przygrywających w takt jękliwej fletni. Okolica wydawała się zaś dość spokojna, żyjąca własnym, swobodnym życiem nocnym.
Ostatnio zmieniony 21 czerwca 2017, 14:44 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
[center]Ulice Calli, 15 Pani Trzcin[/center]
Łagodny chłód zmierzchu przyjemnie koił rozgrzaną czarną skórę alchemika, oferując wybawienie od wyjątkowo skwarnego dnia. Narastające dźwięki nocnego życia niosły się kamiennymi ulicami, budowały harmonijną i przyjemną dla ucha muzykę codzienności Calli. Pozostawiwszy za sobą budzący nieprzyjemne skojarzenia Czerwony Plac, Khem skupił całą swą uwagę na położonej po drugiej stronie rzeki dzielnicy biedoty. Mibampes nie był człowiekiem zwykłym się wywyższać i miejsca takie nie były mu obce, wszelako dla własnego bezpieczeństwa starał się unikać wędrówek przez dzielnice siwja po zmroku; zbyt wiele czyhało tam zagrożeń i zgubnych pokus. Gdyby nie towarzystwo reszty szpiegów, na własną rękę nigdy nie podjąłby aż tak wielkiego ryzyka, by przekroczyć rzeczny most po zachodzie słońca.
Wspomnienia poprzedniej nocy wciąż powracały do umysłu AjArdczyka i nawet wpatrywanie się w opięte drogą tkaniną pośladki Ixari nie pomagało odpędzić plugawych upiorów niedawnej przeszłości. Bluźniercze transformacje kultystów Ciemności, parująca ludzka krew, pozbawione świadomości dzieci mające posłużyć do jakiegoś odrażającego rytuału - wszystko to składało się na wstrząsający dla Khema ładunek negatywnych emocji, których jak dotąd miłościwy Mnumbi swemu wyznawcy oszczędzał.
Służąca ciężko choremu oroniemu koteria stała w obliczu wyzwania, które pozornie przerastało nawet połączone możliwości wszystkich jej członków. Nad Calli gęstniał metaforyczny mrok plugawego spisku, czciciele demonów knuli coraz bardziej zbrodnicze plany, a czas ich realizacji najpewniej niebezpiecznie szybko się zbliżał.
Z jednej strony poczucie świętego obowiązku, wręcz paladyńskiej powinności, uskrzydlało żarliwego wyznawcę Mnumbi, z drugiej zaś zepchnięty gdzieś w zakamarki umysłu zdrowy rozsądek podpowiadał, by czym prędzej wsiadać na Smolucha i czmychać jak najdalej od miasta.
Khem podejrzewał, że już niedługo przyjdzie mu podjąć pewne niebywale ważne życiowe decyzje...
Łagodny chłód zmierzchu przyjemnie koił rozgrzaną czarną skórę alchemika, oferując wybawienie od wyjątkowo skwarnego dnia. Narastające dźwięki nocnego życia niosły się kamiennymi ulicami, budowały harmonijną i przyjemną dla ucha muzykę codzienności Calli. Pozostawiwszy za sobą budzący nieprzyjemne skojarzenia Czerwony Plac, Khem skupił całą swą uwagę na położonej po drugiej stronie rzeki dzielnicy biedoty. Mibampes nie był człowiekiem zwykłym się wywyższać i miejsca takie nie były mu obce, wszelako dla własnego bezpieczeństwa starał się unikać wędrówek przez dzielnice siwja po zmroku; zbyt wiele czyhało tam zagrożeń i zgubnych pokus. Gdyby nie towarzystwo reszty szpiegów, na własną rękę nigdy nie podjąłby aż tak wielkiego ryzyka, by przekroczyć rzeczny most po zachodzie słońca.
Wspomnienia poprzedniej nocy wciąż powracały do umysłu AjArdczyka i nawet wpatrywanie się w opięte drogą tkaniną pośladki Ixari nie pomagało odpędzić plugawych upiorów niedawnej przeszłości. Bluźniercze transformacje kultystów Ciemności, parująca ludzka krew, pozbawione świadomości dzieci mające posłużyć do jakiegoś odrażającego rytuału - wszystko to składało się na wstrząsający dla Khema ładunek negatywnych emocji, których jak dotąd miłościwy Mnumbi swemu wyznawcy oszczędzał.
Służąca ciężko choremu oroniemu koteria stała w obliczu wyzwania, które pozornie przerastało nawet połączone możliwości wszystkich jej członków. Nad Calli gęstniał metaforyczny mrok plugawego spisku, czciciele demonów knuli coraz bardziej zbrodnicze plany, a czas ich realizacji najpewniej niebezpiecznie szybko się zbliżał.
Z jednej strony poczucie świętego obowiązku, wręcz paladyńskiej powinności, uskrzydlało żarliwego wyznawcę Mnumbi, z drugiej zaś zepchnięty gdzieś w zakamarki umysłu zdrowy rozsądek podpowiadał, by czym prędzej wsiadać na Smolucha i czmychać jak najdalej od miasta.
Khem podejrzewał, że już niedługo przyjdzie mu podjąć pewne niebywale ważne życiowe decyzje...
Takie tam przemyślenia w drodze do celu...
Ostatnio zmieniony 21 czerwca 2017, 14:44 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
[center]Ulice Calli, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Ery Ilaxoul.[/center]
Ehecatlem rozchylił ciężką, spłowiałą zasłonę stanowiącą jedyną przesłonę oddzielającą wnętrze Perłowej Ucieczki od świata zewnętrznego. Przekraczając próg, ujrzeli wydłużoną salę tawerny oświetloną wyłącznie chłodnym blaskiem pojedynczych, błękitnych kryształów. Zmysły zalała fala nowych bodźców - zapachu jaśminowca zmieszanego z przeciętnej jakości tytoniem oraz kompozycją czegoś jeszcze, a także wolnego lecz rytmicznego pulsu muzyki granej przez dwie stojące na podium osoby. W gęstym dymie kadzidła i tytoniu majaczyły smukłe sylwetki grających na dzwonkach i fletni kobiet - ich dostojna postura, szlachetne rysy i ciemne fale włosów niezaprzeczalnie świadczyły o pochodzeniu od potomków Marven. Ah-saa-brax z zainteresowaniem zawiesił na chwilę wzrok na urodnych kobietach z jego własnej rasy. Ich oblicza, choć tak piękne, nie wydawały się mu w żaden sposób znajome. Obydwie powabne przygrywajace na instrumentach tancerki miały na sobie skąpe odzienie z odsłaniającej ich jędrne uda, długiej przepaski w kolorze jasnego lazuru. Ich biust zaś przysłaniała ledwie obfita kolia z rozbitych umn.
Wędrowcy w szarych, znoszonych opończach zasiedli w końcu w rogu sali, przy niskim i pamiętającym zapewne lepsze czasy stoliku. Nieostentacyjnie rozglądali się po wydłużonym pomieszczeniu. Oprócz nich siedziało kilku znużonych życiem siwja, oraz dwójka innych lenja'kare o wyraźnie szemranej reputacji. Mężczyźni o czymś rozmawiali, popatrując co chwilę to na grające na instrumentach kobiety, to na ozdobioną tu i ówdzie muszlami, salę. Po przeciwnej stronie pomieszczenia od miejsca, w którym zasiadła wybrana przez An'harata grupa, znajdował się kontuar, za nim kręcił się młody mężczyzna z kasty siwja, sprawdzający posiadane za ladą specjały.
Ehecatlem rozchylił ciężką, spłowiałą zasłonę stanowiącą jedyną przesłonę oddzielającą wnętrze Perłowej Ucieczki od świata zewnętrznego. Przekraczając próg, ujrzeli wydłużoną salę tawerny oświetloną wyłącznie chłodnym blaskiem pojedynczych, błękitnych kryształów. Zmysły zalała fala nowych bodźców - zapachu jaśminowca zmieszanego z przeciętnej jakości tytoniem oraz kompozycją czegoś jeszcze, a także wolnego lecz rytmicznego pulsu muzyki granej przez dwie stojące na podium osoby. W gęstym dymie kadzidła i tytoniu majaczyły smukłe sylwetki grających na dzwonkach i fletni kobiet - ich dostojna postura, szlachetne rysy i ciemne fale włosów niezaprzeczalnie świadczyły o pochodzeniu od potomków Marven. Ah-saa-brax z zainteresowaniem zawiesił na chwilę wzrok na urodnych kobietach z jego własnej rasy. Ich oblicza, choć tak piękne, nie wydawały się mu w żaden sposób znajome. Obydwie powabne przygrywajace na instrumentach tancerki miały na sobie skąpe odzienie z odsłaniającej ich jędrne uda, długiej przepaski w kolorze jasnego lazuru. Ich biust zaś przysłaniała ledwie obfita kolia z rozbitych umn.
Wędrowcy w szarych, znoszonych opończach zasiedli w końcu w rogu sali, przy niskim i pamiętającym zapewne lepsze czasy stoliku. Nieostentacyjnie rozglądali się po wydłużonym pomieszczeniu. Oprócz nich siedziało kilku znużonych życiem siwja, oraz dwójka innych lenja'kare o wyraźnie szemranej reputacji. Mężczyźni o czymś rozmawiali, popatrując co chwilę to na grające na instrumentach kobiety, to na ozdobioną tu i ówdzie muszlami, salę. Po przeciwnej stronie pomieszczenia od miejsca, w którym zasiadła wybrana przez An'harata grupa, znajdował się kontuar, za nim kręcił się młody mężczyzna z kasty siwja, sprawdzający posiadane za ladą specjały.
Jako MG pamiętam sama i zaznaczam również graczom, że alkoholu się zbytnio na Lenji nie używa. Są natomiast inne używki - kakao zmieszane z chilli, liście koki, czy również bardziej wymyślne specjały, które można pić, ale również palić czy żuć.
Jeszcze dojdzie muzyka.
Ostatnio zmieniony 21 czerwca 2017, 14:44 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Perłowa Ucieczka, 15 Pani Trzcin, 1599 Ery Ilaxoul.[/center]
Mezxtli przytłoczony zmęczeniem i zdarzeniami poprzedniej nocy wkroczył w zadymioną atmosferę Perły. Wraz z przybyłymi z nim "wędrowcami" osiadł przy stoliku położonym gdzieś w końcu pomieszczenia. Przez chwilę ostrożnie i nienachalnie lustrował wzrokiem po zebranych w tawernie gościach - nie chciał zwrócić na siebie uwagi. Względna anonimowość była jednym z gwarantów ich bezpieczeństwa. Po dłuższej chwili milczenia i wpatrywania się w salę, mag przemówił sciszając głos:
- Proponuję nająć pokój i tam się rozgościć. Stamtąd będę mógł bezpiecznie wyjść w astral i swobodnie eksplorować tawernę, nawet widząc rzeczy ukryte przed zwykłym spojrzeniem. Będziemy też bezpieczniejsi, a kwestia zwracania na siebie uwagi odejdzie w niepamięć.
Mezxtli przytłoczony zmęczeniem i zdarzeniami poprzedniej nocy wkroczył w zadymioną atmosferę Perły. Wraz z przybyłymi z nim "wędrowcami" osiadł przy stoliku położonym gdzieś w końcu pomieszczenia. Przez chwilę ostrożnie i nienachalnie lustrował wzrokiem po zebranych w tawernie gościach - nie chciał zwrócić na siebie uwagi. Względna anonimowość była jednym z gwarantów ich bezpieczeństwa. Po dłuższej chwili milczenia i wpatrywania się w salę, mag przemówił sciszając głos:
- Proponuję nająć pokój i tam się rozgościć. Stamtąd będę mógł bezpiecznie wyjść w astral i swobodnie eksplorować tawernę, nawet widząc rzeczy ukryte przed zwykłym spojrzeniem. Będziemy też bezpieczniejsi, a kwestia zwracania na siebie uwagi odejdzie w niepamięć.
Ostatnio zmieniony 21 czerwca 2017, 14:45 przez Mystic, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Calli, Perłowa Ucieczka, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
- Światła to idea - poparł maga Stratis. - Ja uważałbym też, co by niczego nie jesć i nie palić. Jeśli bowiem drogocenny Oroni nie ustrzegł się trucizny, jak łatwo byłoby otruć nas? Może lepiej zamówmy jakąś strawę do pokoju, by nie budzić podejrzeń. Nikt tedy nie zauważy, że nie wieczerzamy. Kiedy Ali Mezxtli uda się na zwiady, ja pójdę zasięgnąć języka...
Szepnął, a jego wzrok pobiegł w kierunku dwóch urodziwych niewiast z Ludu Węża, których stroje nie tyle cokolwiek zakrywały, co odkrywały właśnie.
- Światła to idea - poparł maga Stratis. - Ja uważałbym też, co by niczego nie jesć i nie palić. Jeśli bowiem drogocenny Oroni nie ustrzegł się trucizny, jak łatwo byłoby otruć nas? Może lepiej zamówmy jakąś strawę do pokoju, by nie budzić podejrzeń. Nikt tedy nie zauważy, że nie wieczerzamy. Kiedy Ali Mezxtli uda się na zwiady, ja pójdę zasięgnąć języka...
Szepnął, a jego wzrok pobiegł w kierunku dwóch urodziwych niewiast z Ludu Węża, których stroje nie tyle cokolwiek zakrywały, co odkrywały właśnie.
Ostatnio zmieniony 21 czerwca 2017, 14:45 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
[center]Perłowa Ucieczka, 15 Pani Trzcin[/center]
Zauroczony niezwykłą muzyką, Khem oparł się jednym barkiem o ścianę i jął pożerać artystki pełnym fascynacji wzrokiem. Piękne dźwięki instrumentów pieściły jego uszy, wypełniały umysł tęsknymi obrazami wybrzeża i oblewającego piaszczyste plaże oceanu. Szlachetna uroda obu kobiet wydawała się tworzyć doskonałą harmonię z muzyką, a delikatne ruchy ich długich palców wręcz hipnotyzowały słuchaczy.
Spoglądając na zręczne dłonie skupionych instrumentalistek, Mibampes odniósł znienacka absurdalne wrażenie, że spogląda nie na smukłe długie palce, a ocierające się o siebie bladoskóre węże. Alchemik nie miał pojęcia, skąd przyszło mu na myśl tak dziwaczne skojarzenie, płynące z głębi rozmytych wyobrażeń ożywionych w jego umyśle tęskną piękną muzyką. Zmieszany tym odkryciem, obiecał sobie w duchu, by nie dzielić się tak niedorzecznymi wrażeniami ze Stratisem, albowiem młody artysta najpewniej wyśmiałby czarnoskórego adepta do rozpuku.
Zauroczony niezwykłą muzyką, Khem oparł się jednym barkiem o ścianę i jął pożerać artystki pełnym fascynacji wzrokiem. Piękne dźwięki instrumentów pieściły jego uszy, wypełniały umysł tęsknymi obrazami wybrzeża i oblewającego piaszczyste plaże oceanu. Szlachetna uroda obu kobiet wydawała się tworzyć doskonałą harmonię z muzyką, a delikatne ruchy ich długich palców wręcz hipnotyzowały słuchaczy.
Spoglądając na zręczne dłonie skupionych instrumentalistek, Mibampes odniósł znienacka absurdalne wrażenie, że spogląda nie na smukłe długie palce, a ocierające się o siebie bladoskóre węże. Alchemik nie miał pojęcia, skąd przyszło mu na myśl tak dziwaczne skojarzenie, płynące z głębi rozmytych wyobrażeń ożywionych w jego umyśle tęskną piękną muzyką. Zmieszany tym odkryciem, obiecał sobie w duchu, by nie dzielić się tak niedorzecznymi wrażeniami ze Stratisem, albowiem młody artysta najpewniej wyśmiałby czarnoskórego adepta do rozpuku.
Taka mała scenka w międzyczasie!
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
[center]Calli, 16 Pani Trzcin, 1599 Ery Ilaxoul.[/center]
Gdy wybrzmiały ostatnie słowa propozycji maga, muzyka zaczynała się zmieniać. Rytmiczne i jękliwe dźwięki nabrały pewnej pełni i swych walorów. Po chwili wzbił się nad nimi piękny głos jednej z potomkiń ludu Marven. Pieśń budziła cichą nostalgię i tęsknotę za odległym domem, pozostawionym przez obranie tułaczego życia. Oczami wyobraźni każdy z podróżnych widział rozbijające się o skalisty brzeg fale, bezkresne morskie wody szumiące pod stalowo szarym nieboskłonem.
[center]***[/center]
Ostatnie nuty pieśni umilkły w dźwięcznym szeleście dzwonków u nadgarstków i kostek jednej z kobiet. Czar rozpostarty przez poruszającą pieśń prysł, a karczma na powrót rozbrzmiała szczękiem glinianych naczyń i powszechną w takich przybytkach, bardziej skoczną, szybszą muzyką, na którą nie zwracało się większej niż zazwyczaj uwagi. Bywalcy tawerny zanurzyli się w swoich sprawach i rozmowach.
Zgodnie z ideą Mezxtliego, mieli zamówić pokój, gdzie otrzymają strawę, skrzętnie zachowując anonimowość i rozwagę w działaniach. Jakby pod wpływem samego pomysłu, zobaczyli zbliżającego się w ich stronę młodego mężczyznę o skórze ciemnej jak doskonale znane w AjArd, drewno hebanowe. Khem rozpoznał w nim jednego potomków nomadycznych plemion zamieszkujących jego rodzimą ziemię. Ubrany w przetartą, lecz względnie schludną tunikę, podszedł do podróżnych, zasiadających przy plecionym z ratanu stoliku. Niosąc pod ramieniem kosz do zbierania i podawania klientom glinianych naczyń, odezwał się głębokim, tubalnym głosem w kierunku wyróżniającego się posturą i siedzącego z brzegu Ehecatlema:
- Zabić ich! - po czym wymierzył cios prosto w brzuch Syna Słońca. Zbyt zaskoczony, wojownik poczuł po chwili przeszywający mięśnie ból. Obsydianowe ostrze błysnęło, wydobyte moment po zadaniu pchnięcia. Pokryte szkarłatną smugą krwi. Dzięki ukrytej pod szarą opończa zbroi, nóż nie zagłębił się po samą rękojeść, jednak kamienne ostrze uraziło wciąż świeże rany.
Na gniewny głos Nomada, niczym na komendę, nie tylko obsługa, lecz bywalcy tawerny zerwali się z miejsc. Wejście już zostało zablokowane, gdy siwja, którzy zdawali się opuszczać lokal, w rzeczywistości zagrodzili jedyną drogę ucieczki. W pomieszczeniu zawirowało jak w ulu od ruchu, dźwięku rozbijanych czarek z gliny i rzucanych w kierunku drużyny gróźb. Zadźwięczał ukryty wcześniej pod oponczą ciężki łańcuch, trzymany przez obłąkanego żądzą mordu zakapiora.
[center]
[/center]
Gdy wybrzmiały ostatnie słowa propozycji maga, muzyka zaczynała się zmieniać. Rytmiczne i jękliwe dźwięki nabrały pewnej pełni i swych walorów. Po chwili wzbił się nad nimi piękny głos jednej z potomkiń ludu Marven. Pieśń budziła cichą nostalgię i tęsknotę za odległym domem, pozostawionym przez obranie tułaczego życia. Oczami wyobraźni każdy z podróżnych widział rozbijające się o skalisty brzeg fale, bezkresne morskie wody szumiące pod stalowo szarym nieboskłonem.
[center]***[/center]
Ostatnie nuty pieśni umilkły w dźwięcznym szeleście dzwonków u nadgarstków i kostek jednej z kobiet. Czar rozpostarty przez poruszającą pieśń prysł, a karczma na powrót rozbrzmiała szczękiem glinianych naczyń i powszechną w takich przybytkach, bardziej skoczną, szybszą muzyką, na którą nie zwracało się większej niż zazwyczaj uwagi. Bywalcy tawerny zanurzyli się w swoich sprawach i rozmowach.
Zgodnie z ideą Mezxtliego, mieli zamówić pokój, gdzie otrzymają strawę, skrzętnie zachowując anonimowość i rozwagę w działaniach. Jakby pod wpływem samego pomysłu, zobaczyli zbliżającego się w ich stronę młodego mężczyznę o skórze ciemnej jak doskonale znane w AjArd, drewno hebanowe. Khem rozpoznał w nim jednego potomków nomadycznych plemion zamieszkujących jego rodzimą ziemię. Ubrany w przetartą, lecz względnie schludną tunikę, podszedł do podróżnych, zasiadających przy plecionym z ratanu stoliku. Niosąc pod ramieniem kosz do zbierania i podawania klientom glinianych naczyń, odezwał się głębokim, tubalnym głosem w kierunku wyróżniającego się posturą i siedzącego z brzegu Ehecatlema:
- Zabić ich! - po czym wymierzył cios prosto w brzuch Syna Słońca. Zbyt zaskoczony, wojownik poczuł po chwili przeszywający mięśnie ból. Obsydianowe ostrze błysnęło, wydobyte moment po zadaniu pchnięcia. Pokryte szkarłatną smugą krwi. Dzięki ukrytej pod szarą opończa zbroi, nóż nie zagłębił się po samą rękojeść, jednak kamienne ostrze uraziło wciąż świeże rany.
Na gniewny głos Nomada, niczym na komendę, nie tylko obsługa, lecz bywalcy tawerny zerwali się z miejsc. Wejście już zostało zablokowane, gdy siwja, którzy zdawali się opuszczać lokal, w rzeczywistości zagrodzili jedyną drogę ucieczki. W pomieszczeniu zawirowało jak w ulu od ruchu, dźwięku rozbijanych czarek z gliny i rzucanych w kierunku drużyny gróźb. Zadźwięczał ukryty wcześniej pod oponczą ciężki łańcuch, trzymany przez obłąkanego żądzą mordu zakapiora.
[center]
[/center]Trzech zakapiorów ma drewniane maczugi, dwóch (łącznie z Nomadem) noże, a dwóch innych rzuca w waszym kierunku szurikeny. Ostatni jest zaopatrzony w ciężki łańcuch.
W pomieszczeniu jest teraz w sumie ośmiu mężczyzn: dwóch stoi przy wyjściu z budynku, jeden właśnie zaatakował paladyna, reszta atakuje was jako drużynę. Dwie kobiety z rasy Sa, widząc zbliżającą się burdę, zaczęły się wymykać chyłkiem do pomieszczeń w głębi budynku.
Inicjatywa: w pierwszej rundzie (rundzie zaskoczenia) bohaterowie zaskoczeni mają - 30 Inicjatywy. Ponadto postacie zaskoczone mają połowę P.O. też w trakcie pierwszej rundy i mogą wykonać tylko akcję cząstkową tj. wydobyć broń, zrobić unik, wstać z miejsca, zmienić pozycję. Za bohatera zaskoczonego uznaję postać, która nie deklarowała wcześniej, że jest uważna i ostrożna, oraz obserwuje swoje otoczenie w razie zagrożenia.
Ehecatlem: otrzymujesz 1 obrażenie (masz więc teraz 3 Punkty Żywotności i jesteś wciąż na obrażeniach ciężkich). Zbroja na szczęście powstrzymała impet ciosu i ostrze zatrzymało się, wbijając się tylko w mięśnie.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
[center]Perłowa Ucieczka, 15 Pani Trzcin[/center]
Błysk obsydianu, głuche stęknięcie brata oroniego, trzask rozbijanych glinianych miseczek i okrzyki Lenja'kare, którzy wbrew pierwszemu wrażeniu okazali się nie poczciwymi wieśniakami, a żądnymi krwi skrytobójcami. Umysł Khema nie ogarnął tego wszystkiego w pierwszej chwili, toteż wciąż oparty barkiem o ścianę alchemik jęknął tylko bezwiednie i przeciągnął oszołomionym wzrokiem po zdecydowanych na mord napastnikach.
- Och Mnumbi! - wydusił przez ściśnięte kurczowo gardło - Przyjmij mą duszę do swego dominium!
I wówczas właśnie, najpewniej tchnięty w myśli Khema boskim przekazem jego patrona, w głowie alchemika zrodził się prawdziwie desperacki pomysł.
Wyrzuciwszy przed siebie rękę adept zerwał stojącej obok zaskoczonej córze Bogini kaptur z głowy, odsłonił jej piękne oblicze, przywrócił naturalną barwę ukrytym w półmroku sukna oczom. Ukazał wszystkim ostre białe zęby.
- Wieczyste na was potępienie! - wrzasnął niczym człowiek cierpiący na opętanie - Oto noc krwi wedle przepowiedni! Oto córka ciemności, która będzie dziś ucztowała na waszej gorącej posoce! Pani moja, nie okazuj im miłosierdzia, rozszarp gardła, wyssij ich do ostatniej kropli!
Błysk obsydianu, głuche stęknięcie brata oroniego, trzask rozbijanych glinianych miseczek i okrzyki Lenja'kare, którzy wbrew pierwszemu wrażeniu okazali się nie poczciwymi wieśniakami, a żądnymi krwi skrytobójcami. Umysł Khema nie ogarnął tego wszystkiego w pierwszej chwili, toteż wciąż oparty barkiem o ścianę alchemik jęknął tylko bezwiednie i przeciągnął oszołomionym wzrokiem po zdecydowanych na mord napastnikach.
- Och Mnumbi! - wydusił przez ściśnięte kurczowo gardło - Przyjmij mą duszę do swego dominium!
I wówczas właśnie, najpewniej tchnięty w myśli Khema boskim przekazem jego patrona, w głowie alchemika zrodził się prawdziwie desperacki pomysł.
Wyrzuciwszy przed siebie rękę adept zerwał stojącej obok zaskoczonej córze Bogini kaptur z głowy, odsłonił jej piękne oblicze, przywrócił naturalną barwę ukrytym w półmroku sukna oczom. Ukazał wszystkim ostre białe zęby.
- Wieczyste na was potępienie! - wrzasnął niczym człowiek cierpiący na opętanie - Oto noc krwi wedle przepowiedni! Oto córka ciemności, która będzie dziś ucztowała na waszej gorącej posoce! Pani moja, nie okazuj im miłosierdzia, rozszarp gardła, wyssij ich do ostatniej kropli!
Paladyńska kariera Mibampesa chyba będzie znacznie krótsza niż zakładałem! BTW, jak tylko Khem otrzeźwieje, spróbuje wyciągnąć nóż, a jednocześnie nadal będzie siał ferment szczując na morderców rzekomo krwiożerczą Ixari! A nuż się któryś wystraszy?
[center]Calli, Perłowa Ucieczka, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Oczy złodzieja momentalnie wychwyciły chłodny błysk obsydianu. Zanim reszta rzezimieszków zdołała dobyć broni Ah-saa-brax zerwał się na równe nogi, wykonując jednocześnie płynny obrót w tył. Ostrze długiego sztyletu błysnęło w jego ręku, niczym kły atakującej kobry. Nim stojący za nim Siwja zdołał zrozumieć co się dzieje, dosięgło go zdradliwe pchnięcie Sa. Ah-saa-brax wyszczerzył zęby, czując, jak zwinięty wokół jego nadgarstka wąż napina się, przygotowując do ataku. Sophia chybiła jednak, najwyraźniej źle obliczając cios. Mimo to trzymający nóż osiłek Lenja'kare cofnął się nieco, nabierając najwyraźniej respektu do niepozornego podróżnika w znoszonym ponczo.
- Jestem Phobos Krwawy Skorpion! - oznajmił znienacka złodziej, posuwając się za nim, a sztylet w jego dłoni rzucał groźne błyski, kreśląc w powietrzu zdradliwe błyskawice - Najlepszy nożownik w Tlillan, szczurze! Chcesz zatańczyć z moim ostrzem? - syknął, dbając jednocześnie o to, by usłyszeli go także stojący przy drzwiach Siwja. I mógł się tylko modlić do Wielkiego Węża, ufając, że podobnie jak on, żaden z nich nigdy nie widział na oczy wspomnianego Phobosa...
Oczy złodzieja momentalnie wychwyciły chłodny błysk obsydianu. Zanim reszta rzezimieszków zdołała dobyć broni Ah-saa-brax zerwał się na równe nogi, wykonując jednocześnie płynny obrót w tył. Ostrze długiego sztyletu błysnęło w jego ręku, niczym kły atakującej kobry. Nim stojący za nim Siwja zdołał zrozumieć co się dzieje, dosięgło go zdradliwe pchnięcie Sa. Ah-saa-brax wyszczerzył zęby, czując, jak zwinięty wokół jego nadgarstka wąż napina się, przygotowując do ataku. Sophia chybiła jednak, najwyraźniej źle obliczając cios. Mimo to trzymający nóż osiłek Lenja'kare cofnął się nieco, nabierając najwyraźniej respektu do niepozornego podróżnika w znoszonym ponczo.
- Jestem Phobos Krwawy Skorpion! - oznajmił znienacka złodziej, posuwając się za nim, a sztylet w jego dłoni rzucał groźne błyski, kreśląc w powietrzu zdradliwe błyskawice - Najlepszy nożownik w Tlillan, szczurze! Chcesz zatańczyć z moim ostrzem? - syknął, dbając jednocześnie o to, by usłyszeli go także stojący przy drzwiach Siwja. I mógł się tylko modlić do Wielkiego Węża, ufając, że podobnie jak on, żaden z nich nigdy nie widział na oczy wspomnianego Phobosa...
Spoiler!
Używam Aktorstwa blefując, że jestem jakimś tam znanym nożownikiem Sa, o którym kiedyś słyszałem. Mam wysokie PA w biegłości Krótkie, więc staram się wyglądać jak profesjonalny zabójca. Jeśli mi wyjdzie to chciałbym użyć przewagi w teście blefowania do wzmocnienia swojego Zastraszania, którym chcę podziałać na gościa z nożem przede mną i dwóch Siwja przy drzwiach (każde rpzebicie zapewni mi premię +5 do Zastraszania). Mówię więc na tyle głośno by całą trójka słyszała mnie.
Jeśli to nie pomoże, będę normalnie atakował w kolejnej rundzie. Sophia też zaatakuje.
Jeśli ci dwaj zechcą pomóc koledze, odpalam Przyśpieszenie z mojego pasa magicznego.
Jeśli to nie pomoże, będę normalnie atakował w kolejnej rundzie. Sophia też zaatakuje.
Jeśli ci dwaj zechcą pomóc koledze, odpalam Przyśpieszenie z mojego pasa magicznego.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
[center]Calli, Perłowa Ucieczka, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Takiego obrotu spraw się zdecydowanie nie spodziewał. Ehecatlem myślał, że siedząc spokojnie w tawernie nie zwrócą niczyjej uwagi szczególnie, jeśli brać pod uwagę stroje od Stratisa. A jednak gdzieś popełniliśmy błąd, pomyślał zaskoczony czując ukłucie w trzewiach. Ta sytuacja była strasznie wstydliwa dla paladyna i ten miał tylko nadzieję, iż nie rozpowszechni się zbytnio, inaczej jego pozycja w koszarach uległaby niekorzystnej zmianie. Jednak w ty momencie były ważniejsze kwestie. Przede wszystkim wojownik zdał sobie w tym momencie sprawę, jak bardzo blisko jest własnej śmierci - sam sobie nie dowierzał w to, jak udało mu się zapomnieć o wyleczeniu własnych ran po poprzedniej wędrówce. Dodatkowo biorąc pod uwagę fakt dostępu do medyka w barakach... Co się stało, to się nie odstanie, teraz muszę przeżyć, leczeniem zajmiemy się za chwilę.
Pamięć mięśniowa zadziałała błyskawicznie - Aru wstając wyciągnął oręż, sięgnąłpo tarczę opartą o stół i zaczął szeptać słowa zaklęcia ochronnego. Kątem oka zauważył, jak muzyk zajmuje się lewą stroną sali, co pozwoliło jemu samemu skupić się na przeciwnikach przed sobą.
Wiedział, że to będzie ciężka walka, ale nie pozostało mu nic innego, jak tylko zaryzykować. W głowie kołatała mu się tylko jedna myśl:
O Holis, Słońce, które dało mi życie oraz siłę, daj mi ochronę, bym przetrwał i mógł dalej służyć w blasku Twej chwały...
Takiego obrotu spraw się zdecydowanie nie spodziewał. Ehecatlem myślał, że siedząc spokojnie w tawernie nie zwrócą niczyjej uwagi szczególnie, jeśli brać pod uwagę stroje od Stratisa. A jednak gdzieś popełniliśmy błąd, pomyślał zaskoczony czując ukłucie w trzewiach. Ta sytuacja była strasznie wstydliwa dla paladyna i ten miał tylko nadzieję, iż nie rozpowszechni się zbytnio, inaczej jego pozycja w koszarach uległaby niekorzystnej zmianie. Jednak w ty momencie były ważniejsze kwestie. Przede wszystkim wojownik zdał sobie w tym momencie sprawę, jak bardzo blisko jest własnej śmierci - sam sobie nie dowierzał w to, jak udało mu się zapomnieć o wyleczeniu własnych ran po poprzedniej wędrówce. Dodatkowo biorąc pod uwagę fakt dostępu do medyka w barakach... Co się stało, to się nie odstanie, teraz muszę przeżyć, leczeniem zajmiemy się za chwilę.
Pamięć mięśniowa zadziałała błyskawicznie - Aru wstając wyciągnął oręż, sięgnąłpo tarczę opartą o stół i zaczął szeptać słowa zaklęcia ochronnego. Kątem oka zauważył, jak muzyk zajmuje się lewą stroną sali, co pozwoliło jemu samemu skupić się na przeciwnikach przed sobą.
Wiedział, że to będzie ciężka walka, ale nie pozostało mu nic innego, jak tylko zaryzykować. W głowie kołatała mu się tylko jedna myśl:
O Holis, Słońce, które dało mi życie oraz siłę, daj mi ochronę, bym przetrwał i mógł dalej służyć w blasku Twej chwały...
Cząstkową akcją dobywam broń oraz tarczę, następnie chcę rzucić na siebie Aurę ziemi tworząc kamienną skórę. Po tym wszystkim atakuję najbliższego napastnika.
---
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.