Nowy Orlean, Mardi Gras 1994; trzecia noc śledztwa
Sytuacja wyglądała na bardzo poważną. Mężczyźni którzy wysiedli z aut nie przypominali mięczaków. Prawie każdy z nich miał za pasem broń palną dużego kalibru, a na ich twarzach malował się wybitnie nieprzyjazny uśmiech. Chwilę później wśród Anarchistów pojawił się ponuro wyglądający facet. Nikt z członków koterii nie mógł określić z którego auta wysiadł, ale jedno było pewne - budził respekt i szacunek wśród swoich towarzyszy. Brujah ubrany był w stary i zniszczony płaszcz. Nie miał przy sobie żadnej broni, ale każdy kto na niego patrzył, wiedział, że ten facet sam jest swego rodzaju orężem. Nagle murzyn z dredami wysunął się przed wszystkich kierując się do pojazdu policyjnego mówiąc:
- Tchórzliwy śmiertelnik. Wyłaź szmato!
Dwoje lewych drzwi radiowozu otworzyły się, ukazując postacie Ray'a i udającego Cartera Ventrue. Narwany czarnuch nie skojarzył postaci przebranej za glinę, ale szef bandy nie miał z tym problemu.
[center]

[/center]
- Spokojnie Pazur... Znam tego gościa. To nasz brat Ray - odezwał się spokojnym głosem herszt bandy. Błysk w jego oczach i życzliwy ton głosu nie pasował do sytuacji, ani do jego wizerunku.
Buntownik w dredach cofnął się o krok, odwracając głowę w kierunku swojego szefa.
- Od kiedy Carter wozi się z członkami naszego rodzaju? - zapytał.
- Ścisz dziób. Od teraz ja będę mówił.
- Ok - mruknął czarnuch tylko.
W tym czasie Nicholas trzymał nerwowo prawą rękę na rękojeści berety czekając na najlepszy moment, by uderzyć. Był wyszkolonym Tremere i ufał swojej wiedzy i inteligencji. Błyskawicznie przeanalizował sytuację i wiedział, który moment będzie najlepszy, by mieć największe szanse na przetrwanie.
Za chwilę, jeszcze trochę, niech podejdą bliżej - pomyślał patrząc na czterech rosłych kainitów zbliżających się do jego wozu.
Silvio i Bradley siedzieli dalej na swoich miejscach, nerwowo obserwując całe wydarzenie. Nie wiedzieli, że w tej jednej chwili, w której czuli strach byli tacy sami. Klan brzydkich i pięknych zachowywali się identycznie - myśleli o uciecze, gdyż instynkt przetrwania pukał do ich świadomości mówiąc "Uciekaj, to jedyny sposób, by nie zginąć tej nocy". Jednakże coś jeszcze zatrzymało ich w miejscu, budzące się poczucie obowiązku względem koterii, nowa więź, która zrodziła się między nimi. To było drugie podobieństwo pomiędzy Pięknym i Bestią - esencja Człowieczeństwa, dzięki której byli w stanie pokonać potwora w sobie i nie pozostawić swoich towarzyszy w potrzebie. Gdyby tylko wiedzieli jak wiele mają wspólnego... Byli perfekcyjnym, idealnym wręcz przykładem, tego, w co wierzył Rafael de Corazon - Toreador, który był twórcą Maskarady. Wizjoner widzący potencjał w rodzącej się Camarilli, możliwość stania się lepszym dla nich i setek innych Kainitów, którzy znaleźli się w podobnym położeniu. Ta chwila, choć nierozpoznana, była świadectwem siły jaką Camarilla posiadała nad Sabatem i innymi wrogami.
Richard musiał szybko zmienić swoje plany, co do przemówienia. Niespodziewanie dla niego pałeczkę przejął Ray. Z jednej strony czuł ulgę, a z drugiej strony był zły na fakt, że Brujah kontroluje całą sytuację.
God dammit - zaklął w myślach.
- Znów się spotykamy Ray. Ile to czasu minęło? Dwadzieścia lat? - powiedział uśmiechnięty facet w dziurawym od kul płaszczu.
- Powiedz mi bracie... Dlaczego masz mundur władz i jesteś szoferem byłego Ghula Dorana? Czyżbyś postanowił wesprzeć jedyny ruch oporu jaki ma to miasto? Marcel musiał zajść ci za skórę, skoro chwyciłeś się tak drastycznych środków - powiedział nie ukrywając sarkazmu.
Richard zamierzał coś powiedzieć, ale Brujah uprzedził go:
- Mówią na mnie Generał i przewodzę grupie o nawie Stowarzyszenie Fenixa. Chciałem się z tobą spotkać, by omówić działania Marcela. Panowie - zwrócił się do dwójki stojących przed radiowozem - może przejdziemy się i omówimy sprawy, które zaprzątają nasze głowy. Jestem pewien, że znajdziemy nić porozumienia. Za murem jest opuszczony dom na sprzedaż, idziemy? - pytanie zawisło w powietrzu.
W tym czasie Nick opuścił szybę, by wsłuchać się w szczegóły rozmowy. Zignorował faceta trzymającego większą pukawkę, gdyż wiedza jaką otrzymał, pozwoliła mu na zmianę działań. W tej chwili nie był pewien co ma zrobić, ale pracujące z szybkością komputera myśli, na pewno za chwilę pozwolą wyłowić najlepszą opcję.
- Widać, że jesteście tajniakami Cartea. Generał pogada z waszym szefem, macie z tym problem? - powiedział szeroki w barach mężczyzna mierzący swoim magnum w twarz Bertrand'a.
Prezencja 1 Richarda ST:7. Wypadają 2 sukcesy. Moc zadziała na osobników o najniższej Sile Woli w grupie. Na pewno nie jest nią Generał i Pazur.
Generał nie zorientował się, że Richard udaje Cartera. Z wypowiedzi BN'ów wiele można wywnioskować. To jak rozwiniecie tą sytuację zależy od was. Czekam na posty i deklaracje.
Nikt oprócz Ray'a nie ma pojęcia kim jest Generał i czym jest Stowarzyszenie Fenixa.