PBF - Okna Duszy
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Burat-ar, 26 orakt-ran
Wsłuchany w słowa rozmówców Ślepak poruszył się drapieżnym ruchem, zastukał palcami w stołek zwracając na siebie uwagę Męczywora i pozostałych miejscowych.
- Wielce szacowny naczelniku - powiedział z emfazą, wbijając niewidome spojrzenie w obszar zajmowany z grubsza przez starszego wioski - Myśmy są przybocznymi, co się chętnie do dobrej sprawy przyłączają, czasami nawet wtedy jak nasz pan pryncypał się waha. Dla dobrej sprawy zawsze warto głowy nadstawić, wszelako zawsze to człek bardziej do wojowania ochotny, jeśli mu cosik do sakiewki za to wpadnie.
- Ten sługa chadza z wami na wojowanie, kupcze? - Męczywór poczuł się wyraźnie skonfundowany słowami niewidomego - A jak niby on żołnierkę uprawia? Maca na około siebie czy siecze mieczem jak popadnie?
- Pewne tajemnice niechaj nimi pozostaną do chwili, w której trza będzie je objawić, nie wcześniej - odparł znaczącym tonem Eszar - Wiedzcie, że ten oto mój sługa posiada pewne talenty, które w dwójnasób spłacają jego kalectwo.
- Skoro tak twierdzicie, kupcze - niezbyt przekonany Męczywór wzruszył ramionami, puścił w niepamięć osobę Ślepaka, wbił swe kaprawe oczy na powrót w postać barda - Skoro zaś o zapłacie mowa, jeśli pokonamy tych zbrodzieniów przebrzydłych, będziecie mogli jako nagrodę zabrać wszelaki ich dobytek, prócz naszego złota z podatku rzecz jasna. Oręż, pancerze, pewnikiem nawet jakie przedmioty magiczne, wszak udawali oni kapłanów tak umiejętnie, że możebnie mają też jakie amulety albo pierścienie ochronne. Jeden w zamian stawiamy warunek, dla dobra Burat-aru niezbędny, aby w przyszłości ich kumotrzy nas nie nękali. Wszystkich macie zabić, zresztą nasi rębajłowie też przy tym będą, wspólnie zadbacie o wyniszczenie tej ohydnej bandy.
Eszar obejrzał się na Olszara i Rokko, trącił dłonią Milcarra dając mu do zrozumienia, że czas podjąć decyzję. Męczywór, Gusłek i zgromadzeni za parapetem chłopi pożerali drzewnego kupca i jego świtę niecierpliwym wzrokiem.
- A nie wiadomo wam aby, zacny naczelniku, czy za głowy tych zbrodzieniów jest jaka nagroda wyznaczona? - zainteresował się siwowłosy włócznik, któremu najwyraźniej przypadła do gustu wizja polowania na zbójców - Może tutejszy elejat za nich zapłaci?
- Nie mamy o tym najmniejszego pojęcia - oświadczył młody pianicki kleryk, ubiegając z odpowiedzią swego pryncypała - A ponieważ czas ucieka i zbrodzienie się oddalają w głuszę z każdym uderzeniem serca, mus nam za nimi ruszać. Idziecie z nami?
Wsłuchany w słowa rozmówców Ślepak poruszył się drapieżnym ruchem, zastukał palcami w stołek zwracając na siebie uwagę Męczywora i pozostałych miejscowych.
- Wielce szacowny naczelniku - powiedział z emfazą, wbijając niewidome spojrzenie w obszar zajmowany z grubsza przez starszego wioski - Myśmy są przybocznymi, co się chętnie do dobrej sprawy przyłączają, czasami nawet wtedy jak nasz pan pryncypał się waha. Dla dobrej sprawy zawsze warto głowy nadstawić, wszelako zawsze to człek bardziej do wojowania ochotny, jeśli mu cosik do sakiewki za to wpadnie.
- Ten sługa chadza z wami na wojowanie, kupcze? - Męczywór poczuł się wyraźnie skonfundowany słowami niewidomego - A jak niby on żołnierkę uprawia? Maca na około siebie czy siecze mieczem jak popadnie?
- Pewne tajemnice niechaj nimi pozostaną do chwili, w której trza będzie je objawić, nie wcześniej - odparł znaczącym tonem Eszar - Wiedzcie, że ten oto mój sługa posiada pewne talenty, które w dwójnasób spłacają jego kalectwo.
- Skoro tak twierdzicie, kupcze - niezbyt przekonany Męczywór wzruszył ramionami, puścił w niepamięć osobę Ślepaka, wbił swe kaprawe oczy na powrót w postać barda - Skoro zaś o zapłacie mowa, jeśli pokonamy tych zbrodzieniów przebrzydłych, będziecie mogli jako nagrodę zabrać wszelaki ich dobytek, prócz naszego złota z podatku rzecz jasna. Oręż, pancerze, pewnikiem nawet jakie przedmioty magiczne, wszak udawali oni kapłanów tak umiejętnie, że możebnie mają też jakie amulety albo pierścienie ochronne. Jeden w zamian stawiamy warunek, dla dobra Burat-aru niezbędny, aby w przyszłości ich kumotrzy nas nie nękali. Wszystkich macie zabić, zresztą nasi rębajłowie też przy tym będą, wspólnie zadbacie o wyniszczenie tej ohydnej bandy.
Eszar obejrzał się na Olszara i Rokko, trącił dłonią Milcarra dając mu do zrozumienia, że czas podjąć decyzję. Męczywór, Gusłek i zgromadzeni za parapetem chłopi pożerali drzewnego kupca i jego świtę niecierpliwym wzrokiem.
- A nie wiadomo wam aby, zacny naczelniku, czy za głowy tych zbrodzieniów jest jaka nagroda wyznaczona? - zainteresował się siwowłosy włócznik, któremu najwyraźniej przypadła do gustu wizja polowania na zbójców - Może tutejszy elejat za nich zapłaci?
- Nie mamy o tym najmniejszego pojęcia - oświadczył młody pianicki kleryk, ubiegając z odpowiedzią swego pryncypała - A ponieważ czas ucieka i zbrodzienie się oddalają w głuszę z każdym uderzeniem serca, mus nam za nimi ruszać. Idziecie z nami?
Pora na definitywną odpowiedź!
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
Dzika knieja, 26 orakt-ran
Eco zwykł zadziornie żartować, w subtelny sposób opowiadać sprośne kawały aby minęła mu przyjemnie warta, ale od czasu kiedy mroczny kapłan znów pojawił się jego oczom umilkł. Jego odpowiedzi dla Fleituha był podejrzane, ale miał inne sprawy które zaprzątały mu glacę.
Każdy oddech ogra za pleców młodego strażnika przenikał jego myśli. Wspomnienia katorgi którą przeżył wracały z każdym powiewem wiatru niosącym swąd spoconej ogrzej skóry do nozdrzy surelianina. Eco czuł jak mrowieje mu skóra na plecach i mógłby przysiąść, że z każdym uderzeniem serca w towarzystwie jego oprawców rośnie mu siwy włos na głowie, zdobiąc srebrem krótką szczenię.
Rzucił spojrzenie na zamyślonego dziesiętnika i wyrwał go, przełamując milczenie - Zabranie tego złota to był zły pomysł, czy oni mieli prawo skonfiskować taki dobytek? To my jesteśmy stróżami prawa, my powinniśmy złoto zabezpieczyć jako dowód w sprawie.
Eco zwykł zadziornie żartować, w subtelny sposób opowiadać sprośne kawały aby minęła mu przyjemnie warta, ale od czasu kiedy mroczny kapłan znów pojawił się jego oczom umilkł. Jego odpowiedzi dla Fleituha był podejrzane, ale miał inne sprawy które zaprzątały mu glacę.
Każdy oddech ogra za pleców młodego strażnika przenikał jego myśli. Wspomnienia katorgi którą przeżył wracały z każdym powiewem wiatru niosącym swąd spoconej ogrzej skóry do nozdrzy surelianina. Eco czuł jak mrowieje mu skóra na plecach i mógłby przysiąść, że z każdym uderzeniem serca w towarzystwie jego oprawców rośnie mu siwy włos na głowie, zdobiąc srebrem krótką szczenię.
Rzucił spojrzenie na zamyślonego dziesiętnika i wyrwał go, przełamując milczenie - Zabranie tego złota to był zły pomysł, czy oni mieli prawo skonfiskować taki dobytek? To my jesteśmy stróżami prawa, my powinniśmy złoto zabezpieczyć jako dowód w sprawie.
Staram się wybadać co na ten temat myśli Fleituh. Eco w rozmowie będzie oscylował w zakresie bezprawnego przywłaszczenie mienia przez kapłana. Prawo do tego ma dziesiętnik. Może sprawa nie jest jeszcze zaprzepaszczona. Postaram się podburzyć dziesiętnika, może on przekona czaszkogłowego kapłana do przekazania złota pod kuratele straży jak winno być zgodnie z prawem.
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
Nanatar
- Reactions:
- Posty: 641
- Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 155 times
- Been thanked: 116 times
Coś mnie na chwilę wstrzymało, nie miałem ochoty wchodzić do środka. Tu dzięcioł, tam drozd, fale o brzeg "plum plum", gwar, gięte wiatrem pnie drzew, w pamięci bęben dołączył, tu wśród głuszy żyły duchy kochające muzykę i poezję. Ujmowałem już flet, by dołączyć do melodii, ale pociągnięto mnie do środka. Ostatnim tylko gestem wskazałem Karhuan'owi Oczy.
Szczęśliwie jak chciałem, zająłem miejsce najbliżej drzwi. Tu wciąż nie opuszczał mnie niepokój. Ludzie ci zapewne wyglądali groźnie i do tego chcieli pomocy w napaści na nieznajomych, podających się za strażników ze stolicy. To by się zgadzało, to mógł być Eco wraz ze swoim dowódcą. Napadać na nich, zabijać wszystkich, w imię złota. Wspomnieli jeszcze o kapłanie. Głowa otworzyła mi się. Zapach paleniska i wonnych ziół wypełniający niską chatę, przyćmiewał woń, która niepokój powodowała.
Kadzidło i ciężka perfuma, nazywana w towarzystwie Papawerum, słabo została w pamięci, ale domyślałem się do kogo mogła należeć. Angano. To jedyna osoba stosująca perfumę jaką ostatnio widziałem. Przeszła mnie gęsia skórka.
-Sami rzekliście, wyglądamy na prawych wędrowców, a ludzi o których prawicie nie widzieliśmy. Nie łapać zbójów po gościńcach tu przybyliśmy, a wypytać o targi. Handel zaproponować, w stolicy ceny wysokie, do was blisko, łodzią można pływać, koszty niewielkie. Drzewo mnie głównie interesuje, ale i ryby brzmią dobrze. Łowiska usprawnić, a skrybowie zadbają jak podatki mniejsze zapłacić, wszystkim się będzie opłacać. Szybciej swe dobra odzyskacie...no może nie szybciej, ale bezpieczniej.
-Kompani moi, łatwo do bitki się garną i nieliche z nich wojaki, ale ja wolałbym ich przy życiu utrzymać, miast nim szafować, po gościńcach się zasadzając. Dlaczego daliście tym ludziom złoto, skoro nie wierzeliście w to kim są?Może po prawdzie byli wysłannikami katańskimi, on srogi pan, a taki gotów własnych ludzi grabić. I kapłan mówicie, a katański on czy inny jaki? A co jeśli naprawdę Kapłan? Mistrzu Gusłek wiecie przecie że każdy kto nowinę, handel, wiedzę nosi jest immunitetem objęty. Tako każdy Kapłan, kupiec i bard. Że na nich nie trzeba napadać i gwałtem brać. Prawo to wobec wszystkich ludów wolnych jest przestrzegane i władz i bogów. Zatem i nasze świty Twoja i moja pod nią podlega, a może i owego kapłana, choć pewnikiem straszny z niego nikczemnik.
-Byłem na pewnych pianalich, na dalekiej wyspie Gutam. Namówiono do seksu pewnego kapłana Asteriusza, ten gdy wytrzeźwiał był wielce niezadowolony, że jego partnerem, oprócz trzech hurys, był młody paź, sprawa się ciągnęła latami.
-Jeśli moi kompani, zaprawdę chcę partycypować w łupach, mogą iść z wami, proszę też wtedy by zapewnić im oręż jakiego potrzebują i do jakiego są przyzwyczajeni, w waszej to sprawie narażać życie będą. Ja wszelako do konfliktu się mieszać nie chcę. Godność i funkcja moja, niech pozostanie objęta nietykalnością.
-Proszę jednakże moich kompanów, by poniechali tej ryzykownej gry, bo nie po to tu przybyliśmy. Dla siebie proszę o pomoc w dotarciu bezpiecznie do poru, skąd mógłbym wrócić bezpiecznie do Ostragaru, gdyby mym towarzyszom przytrafiło się coś złego. Wolałbym wszelako pomówić wcześniej o możliwościach handlowych, bo to jest celem mojej u was misji.
Za złoto, kryształy, nie kupisz dziś chwały,
Jeśli żeś dzielny, jeśli zuchwały,
Ta Cię otuli po śmierci.
Za to gdy pragniesz przytulic dziewczynę,
Szepnij do ucha młodziutkiej,
Że jest jak miód, że jak maliny,
smakuje jej uśmiech,
Że z tym to uśmiechem , że z jej zapachem,
Polegniesz za sprawę miłości,
Strzeż się jednakże spełnienia owego,
Lepiej przytulic ją jeszcze,
By później pacholąt gromadę,
Mieć wielką, nie sławę po śmierci.
Szczęśliwie jak chciałem, zająłem miejsce najbliżej drzwi. Tu wciąż nie opuszczał mnie niepokój. Ludzie ci zapewne wyglądali groźnie i do tego chcieli pomocy w napaści na nieznajomych, podających się za strażników ze stolicy. To by się zgadzało, to mógł być Eco wraz ze swoim dowódcą. Napadać na nich, zabijać wszystkich, w imię złota. Wspomnieli jeszcze o kapłanie. Głowa otworzyła mi się. Zapach paleniska i wonnych ziół wypełniający niską chatę, przyćmiewał woń, która niepokój powodowała.
Kadzidło i ciężka perfuma, nazywana w towarzystwie Papawerum, słabo została w pamięci, ale domyślałem się do kogo mogła należeć. Angano. To jedyna osoba stosująca perfumę jaką ostatnio widziałem. Przeszła mnie gęsia skórka.
-Sami rzekliście, wyglądamy na prawych wędrowców, a ludzi o których prawicie nie widzieliśmy. Nie łapać zbójów po gościńcach tu przybyliśmy, a wypytać o targi. Handel zaproponować, w stolicy ceny wysokie, do was blisko, łodzią można pływać, koszty niewielkie. Drzewo mnie głównie interesuje, ale i ryby brzmią dobrze. Łowiska usprawnić, a skrybowie zadbają jak podatki mniejsze zapłacić, wszystkim się będzie opłacać. Szybciej swe dobra odzyskacie...no może nie szybciej, ale bezpieczniej.
-Kompani moi, łatwo do bitki się garną i nieliche z nich wojaki, ale ja wolałbym ich przy życiu utrzymać, miast nim szafować, po gościńcach się zasadzając. Dlaczego daliście tym ludziom złoto, skoro nie wierzeliście w to kim są?Może po prawdzie byli wysłannikami katańskimi, on srogi pan, a taki gotów własnych ludzi grabić. I kapłan mówicie, a katański on czy inny jaki? A co jeśli naprawdę Kapłan? Mistrzu Gusłek wiecie przecie że każdy kto nowinę, handel, wiedzę nosi jest immunitetem objęty. Tako każdy Kapłan, kupiec i bard. Że na nich nie trzeba napadać i gwałtem brać. Prawo to wobec wszystkich ludów wolnych jest przestrzegane i władz i bogów. Zatem i nasze świty Twoja i moja pod nią podlega, a może i owego kapłana, choć pewnikiem straszny z niego nikczemnik.
-Byłem na pewnych pianalich, na dalekiej wyspie Gutam. Namówiono do seksu pewnego kapłana Asteriusza, ten gdy wytrzeźwiał był wielce niezadowolony, że jego partnerem, oprócz trzech hurys, był młody paź, sprawa się ciągnęła latami.
-Jeśli moi kompani, zaprawdę chcę partycypować w łupach, mogą iść z wami, proszę też wtedy by zapewnić im oręż jakiego potrzebują i do jakiego są przyzwyczajeni, w waszej to sprawie narażać życie będą. Ja wszelako do konfliktu się mieszać nie chcę. Godność i funkcja moja, niech pozostanie objęta nietykalnością.
-Proszę jednakże moich kompanów, by poniechali tej ryzykownej gry, bo nie po to tu przybyliśmy. Dla siebie proszę o pomoc w dotarciu bezpiecznie do poru, skąd mógłbym wrócić bezpiecznie do Ostragaru, gdyby mym towarzyszom przytrafiło się coś złego. Wolałbym wszelako pomówić wcześniej o możliwościach handlowych, bo to jest celem mojej u was misji.
Za złoto, kryształy, nie kupisz dziś chwały,
Jeśli żeś dzielny, jeśli zuchwały,
Ta Cię otuli po śmierci.
Za to gdy pragniesz przytulic dziewczynę,
Szepnij do ucha młodziutkiej,
Że jest jak miód, że jak maliny,
smakuje jej uśmiech,
Że z tym to uśmiechem , że z jej zapachem,
Polegniesz za sprawę miłości,
Strzeż się jednakże spełnienia owego,
Lepiej przytulic ją jeszcze,
By później pacholąt gromadę,
Mieć wielką, nie sławę po śmierci.
Przedstawiam się jako El Aszer. Między słowami uświadamiam o swojej nietykalności, nieco rozszerzając pojęcie na kompanów. Poszukam chwili może się nadarzy żeby zamienić słowo na osobności z konfratrami.
Napaść na nieznajomych? Z niepewną bandą rybaków? Kapłana nie jestem pewien, ale zbóje podający się za strażników Wierzycie im, że puszą nas wolno po napadzie, nakarmieni świeżą krwią?
Z drugiej jednak strony, jeśli strażnikami byli Eco i dziesiętnik, to trzeba udaremnić ten napad. Choć jakoś nie wierzę, żeby tej bandzie się to udało. Co radzicie?
MG:
Napaść na nieznajomych? Z niepewną bandą rybaków? Kapłana nie jestem pewien, ale zbóje podający się za strażników Wierzycie im, że puszą nas wolno po napadzie, nakarmieni świeżą krwią?
Z drugiej jednak strony, jeśli strażnikami byli Eco i dziesiętnik, to trzeba udaremnić ten napad. Choć jakoś nie wierzę, żeby tej bandzie się to udało. Co radzicie?
MG:
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 15 listopada 2017, 10:13 przez Nanatar, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Burat-ar, 26 orakt-ran
Im dłużej Eszar mówił, tym bardziej wydłużały się miny słuchających go miejscowych. Bard nie potrzebował wnikliwego studiowania mowy ciała rybaków, by pojąć, że jego przemowa nie była im nic, a nic w smak. Trzeba też przyznać, że młody kleryk szybko się ogarnął poszturchując starca znacząco i nie pozwalając mu na okazanie daleko idącej dezaprobaty.
- Naczelnik Burat-aru przyjął wasze słowa, panie kupcze, i dziękuje za szczerość, a także życzliwe rady - powiedział Gusłek przywołując na twarz wyraz uprzejmości tak głęboki, że aż rażąco fałszywy - Zechciejcie teraz opuścić chatę czcigodnego Męczywora i zaczekać na dworzu, póki nasz naczelnik nie rozsądzi, co dalej winniśmy czynić. Później was przywołam przed jego oblicze.
Sam Męczywór nie był widać aż tak dyplomatyczny jak jego bystry doradca, toteż nie zdołał ukryć szpecącego gębę grymasu rozczarowania. Ponagleni zdecydowanymi ruchami rąk kleryka, goście opuścili chatę widząc, że posłuchanie u starszego osady definitywnie dobiegło końca. Obserwowani przez stojących opodal rybaków, wędrowcy zbili się w grupkę przy palikach na sieci.
- Nie są szczęśliwi z waszej odpowiedzi, panie bardzie - wyznał cichaczem Rokko, wsparty na wbitej w ziemię włóczni - Nie warto było pomóc im ubić tych zbójców, coby wdzięczność tutejszych pozyskać? Nie mnie tu decydować, ale tak tera na nas spozierają jakby nas chcieli kijami pogonić.
- Gównem mi śmierdzi ta propozycja, i jeszcze rybim szlamem cuchnie - odparł w malowniczy sposób Eszar - Nie wiemy, kim naprawdę byli ci, co zabrali im złoto. Może to prawdziwi poborcy podatków byli, z wędrownym kapłanem? Nie widziałeś jak skąpo odpowiadali, jak się ślizgali niczym węgorze, by tylko nam szczegółów nie przekazać? Przeczucie mi mówi, że oni coś knują na przekór prawu, a naszymi rękami chcieli sprawę rozwiązać, na nas potem karę zrzucić. Lepiej nam głów nie ryzykować dla takiej śliskiej sprawy.
- Jako rzekłem, nie mnie tu decydować - wzruszył ramionami Rokko - Brzuchy mamy pełne, to i podróż do najbliższego portu jakoś nie przeraża, choćby i na przełaj.
- A to nas łódką do Ostrogaru nie zabiorą? - zmartwił się Karhuan, któremu Rokko streścił przebieg rozmowy w chacie w bardzo oględny sposób. Eszar westchnął i otworzył usta chcąc coś odpowiedzieć, ubiegł go jednak nadchodzący szybkim krokiem Gusłek, który w międzyczasie zdążył wypaść z chaty Męczywora.
- Czcigodny Męczywór zadecydował - oznajmił kapłan przemawiając tonem takim jakby objawiał wszystkim wolę miłościwie panującego Katana - Pragnie podziękować wam za propozycję handlu, wszelako nie mamy my dóbr na handel. Tedy nasz naczelnik prosi, abyście zechcieli opłacić jadło i napitki, co warte jest w jego ocenie dwie sztuki złota bądź równowartość tego w srebrze. A jak monet nie macie, możecie oddać broń jakową albo buty podług uznania. A jak tylko zapłacicie, na ręce tego tu idącego Pchełka, musicie czym prędzej opuścić Burat-ar. W okolicy gobliny grasują, wioska jest w niebezpieczeństwie, pewnikiem lada chwila watahę tu zwabi. My nie możemy wam dać gwarancji bezpieczeństwa ani też zaprzątać sobie głowy ochroną waszych głów, tedy niezwłocznie musicie odejść. Pchełek odprowadzi was na opłotki.
- Niechaj błogosławieństwo Piana będzie z wami i niechaj blask łask Kielicha opromienia wasze ścieżki - młody kleryk nakreślił w powietrzu znaki mające zjednać gościom przychylność jegoi bóstwa, po czym odszedł w stronę chaty.
- Czy oni nas wyrzucili? - zapytał nieco skonfundowany Karhuan odprowadzając Gusłka wzrokiem.
- Wypieprzyli nas na zbite pyski - odparł Rokko.
Im dłużej Eszar mówił, tym bardziej wydłużały się miny słuchających go miejscowych. Bard nie potrzebował wnikliwego studiowania mowy ciała rybaków, by pojąć, że jego przemowa nie była im nic, a nic w smak. Trzeba też przyznać, że młody kleryk szybko się ogarnął poszturchując starca znacząco i nie pozwalając mu na okazanie daleko idącej dezaprobaty.
- Naczelnik Burat-aru przyjął wasze słowa, panie kupcze, i dziękuje za szczerość, a także życzliwe rady - powiedział Gusłek przywołując na twarz wyraz uprzejmości tak głęboki, że aż rażąco fałszywy - Zechciejcie teraz opuścić chatę czcigodnego Męczywora i zaczekać na dworzu, póki nasz naczelnik nie rozsądzi, co dalej winniśmy czynić. Później was przywołam przed jego oblicze.
Sam Męczywór nie był widać aż tak dyplomatyczny jak jego bystry doradca, toteż nie zdołał ukryć szpecącego gębę grymasu rozczarowania. Ponagleni zdecydowanymi ruchami rąk kleryka, goście opuścili chatę widząc, że posłuchanie u starszego osady definitywnie dobiegło końca. Obserwowani przez stojących opodal rybaków, wędrowcy zbili się w grupkę przy palikach na sieci.
- Nie są szczęśliwi z waszej odpowiedzi, panie bardzie - wyznał cichaczem Rokko, wsparty na wbitej w ziemię włóczni - Nie warto było pomóc im ubić tych zbójców, coby wdzięczność tutejszych pozyskać? Nie mnie tu decydować, ale tak tera na nas spozierają jakby nas chcieli kijami pogonić.
- Gównem mi śmierdzi ta propozycja, i jeszcze rybim szlamem cuchnie - odparł w malowniczy sposób Eszar - Nie wiemy, kim naprawdę byli ci, co zabrali im złoto. Może to prawdziwi poborcy podatków byli, z wędrownym kapłanem? Nie widziałeś jak skąpo odpowiadali, jak się ślizgali niczym węgorze, by tylko nam szczegółów nie przekazać? Przeczucie mi mówi, że oni coś knują na przekór prawu, a naszymi rękami chcieli sprawę rozwiązać, na nas potem karę zrzucić. Lepiej nam głów nie ryzykować dla takiej śliskiej sprawy.
- Jako rzekłem, nie mnie tu decydować - wzruszył ramionami Rokko - Brzuchy mamy pełne, to i podróż do najbliższego portu jakoś nie przeraża, choćby i na przełaj.
- A to nas łódką do Ostrogaru nie zabiorą? - zmartwił się Karhuan, któremu Rokko streścił przebieg rozmowy w chacie w bardzo oględny sposób. Eszar westchnął i otworzył usta chcąc coś odpowiedzieć, ubiegł go jednak nadchodzący szybkim krokiem Gusłek, który w międzyczasie zdążył wypaść z chaty Męczywora.
- Czcigodny Męczywór zadecydował - oznajmił kapłan przemawiając tonem takim jakby objawiał wszystkim wolę miłościwie panującego Katana - Pragnie podziękować wam za propozycję handlu, wszelako nie mamy my dóbr na handel. Tedy nasz naczelnik prosi, abyście zechcieli opłacić jadło i napitki, co warte jest w jego ocenie dwie sztuki złota bądź równowartość tego w srebrze. A jak monet nie macie, możecie oddać broń jakową albo buty podług uznania. A jak tylko zapłacicie, na ręce tego tu idącego Pchełka, musicie czym prędzej opuścić Burat-ar. W okolicy gobliny grasują, wioska jest w niebezpieczeństwie, pewnikiem lada chwila watahę tu zwabi. My nie możemy wam dać gwarancji bezpieczeństwa ani też zaprzątać sobie głowy ochroną waszych głów, tedy niezwłocznie musicie odejść. Pchełek odprowadzi was na opłotki.
- Niechaj błogosławieństwo Piana będzie z wami i niechaj blask łask Kielicha opromienia wasze ścieżki - młody kleryk nakreślił w powietrzu znaki mające zjednać gościom przychylność jegoi bóstwa, po czym odszedł w stronę chaty.
- Czy oni nas wyrzucili? - zapytał nieco skonfundowany Karhuan odprowadzając Gusłka wzrokiem.
- Wypieprzyli nas na zbite pyski - odparł Rokko.
Co teraz?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Burat-ar, 26 orakt-ran
- Świątobliwy mężu, zechciejcie poczekać - słysząc głos Milcarra Gusłek zatrzymał się w pół kroku, odwrócił się ku idącemu z grubsza jego śladem niewidomemu - Zechciejcie w swej wyrozumiałości jedną nam jeszcze rzecz wyjawić.
Młody pianita spojrzał z ukosa na równającego z nim krok Pchełka, wzruszył ramionami, zawrócił w stronę Milcarra z wyrazem zniecierpliwienia na twarzy.
- Zważ na to, nieszczęsny ślepcze, że prawdziwie nie zbywa nam na czasie, tedy mów prosto i szybko, czego ci trzeba - oznajmił ponaglająco kapłan.
- Wybaczenia upraszam za mą zuchwałość, wszelako mus nam wiedzieć jak wyglądali owi rzekomi stróżowie prawa, co to was złupili - odparł Milcarr składając w błagalnym geście dłonie i przybierając iście żebraczą pozę - Zwłaszcza jeden z nich, zapewne zwyczajny z funkcji strażnik. Miał ci on taki wzrost jak ręką pokazuję? Włosy nieuczesane, co na uszy zachodzą? Oczy chytre jak u łasicy, któremi na boki strzelał? I nie drapał się przypadkiem po przyrodzeniu na widok waszego cmentarza albo przynajmniej zdechłego wołu?
Ślepak nie mógł tego naturalnie zobaczyć, ale Otlaf i Eszar natychmiast spostrzegli jakiś dziwny błysk w oczach Gusłka, jakiś ledwie zauważalny grymas, który ściągnął młodemu klerykowi rysy twarzy na ułamek chwili, zastąpiony mgnienie oka później beznamiętną maską obojętności.
- Zaiste, jeden z owych zbrodzieniów jak ulał pasuje do twych słów, ślepcze - powiedział pianita zerkając jednocześnie przelotnie na młodzieńca zwanego Pchełkiem. Ten ledwie skrzyżował wzrok z kapłanem, natychmiast opuścił wystawioną gestem inkasenta dłoń nie odebrawszy nawet od gości zapłaty. Zamiast tego zaczął się pozornie beztrosko cofać w przeciwną stronę, spoglądając to w lewo, to w prawo na obserwujących gości sąsiadów.
Sam Gusłek podniósł swą prawicę ku piersiom, jakoby w zamiarze podrapania swędzącego miejsca, ale ledwie smagnąwszy palcami skórę ujął on zaraz w dłoń wiszący na szacie bursztynowy amulet.
- Trafność tego opisu prawdziwie mnie zaintrygowała - wyznał kapłan świdrując wzrokiem gości - Istniałaby zatem możliwość, że mówimy o tej samej osobie? I to za pośrednictwem świadectwa wystawionego przez ślepca?
- Świątobliwy mężu, zechciejcie poczekać - słysząc głos Milcarra Gusłek zatrzymał się w pół kroku, odwrócił się ku idącemu z grubsza jego śladem niewidomemu - Zechciejcie w swej wyrozumiałości jedną nam jeszcze rzecz wyjawić.
Młody pianita spojrzał z ukosa na równającego z nim krok Pchełka, wzruszył ramionami, zawrócił w stronę Milcarra z wyrazem zniecierpliwienia na twarzy.
- Zważ na to, nieszczęsny ślepcze, że prawdziwie nie zbywa nam na czasie, tedy mów prosto i szybko, czego ci trzeba - oznajmił ponaglająco kapłan.
- Wybaczenia upraszam za mą zuchwałość, wszelako mus nam wiedzieć jak wyglądali owi rzekomi stróżowie prawa, co to was złupili - odparł Milcarr składając w błagalnym geście dłonie i przybierając iście żebraczą pozę - Zwłaszcza jeden z nich, zapewne zwyczajny z funkcji strażnik. Miał ci on taki wzrost jak ręką pokazuję? Włosy nieuczesane, co na uszy zachodzą? Oczy chytre jak u łasicy, któremi na boki strzelał? I nie drapał się przypadkiem po przyrodzeniu na widok waszego cmentarza albo przynajmniej zdechłego wołu?
Ślepak nie mógł tego naturalnie zobaczyć, ale Otlaf i Eszar natychmiast spostrzegli jakiś dziwny błysk w oczach Gusłka, jakiś ledwie zauważalny grymas, który ściągnął młodemu klerykowi rysy twarzy na ułamek chwili, zastąpiony mgnienie oka później beznamiętną maską obojętności.
- Zaiste, jeden z owych zbrodzieniów jak ulał pasuje do twych słów, ślepcze - powiedział pianita zerkając jednocześnie przelotnie na młodzieńca zwanego Pchełkiem. Ten ledwie skrzyżował wzrok z kapłanem, natychmiast opuścił wystawioną gestem inkasenta dłoń nie odebrawszy nawet od gości zapłaty. Zamiast tego zaczął się pozornie beztrosko cofać w przeciwną stronę, spoglądając to w lewo, to w prawo na obserwujących gości sąsiadów.
Sam Gusłek podniósł swą prawicę ku piersiom, jakoby w zamiarze podrapania swędzącego miejsca, ale ledwie smagnąwszy palcami skórę ujął on zaraz w dłoń wiszący na szacie bursztynowy amulet.
- Trafność tego opisu prawdziwie mnie zaintrygowała - wyznał kapłan świdrując wzrokiem gości - Istniałaby zatem możliwość, że mówimy o tej samej osobie? I to za pośrednictwem świadectwa wystawionego przez ślepca?
...
-
Nanatar
- Reactions:
- Posty: 641
- Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 155 times
- Been thanked: 116 times
Bez pardonu wyrzucono nas, jakbyśmy byli rybimi resztkami, dobrze że choć psu nie oddali do pożarcia. Po minach kumotrów widziałem, że nie takiego przebiegu wypadków oczekiwali. I ja byłem rozczarowany i zdumiony podwójnie. Rybacy nie namawiali, a najdziwniejsze, wolą napadać na trakcie jak rozbójnicy, zamiast handlować i rozwijać wioskę. Cóż to za wieśniacy?
A tak chętnie bym tu został, posłuchał muzyki natury. Po co my tu w ogóle przybyliśmy. Wszystko mi się mieszało: Po drzewo na instrumenty, a może szukaliśmy druha, zaśmiałem się z własnej naiwności, jak igły w stogu siana, a on tu szukał...właśnie, szukał źródła jakiejś trutki, co ją ponoć miejscowi przedają. Nie podobają mi się ci ludzie, zbóje zwykli.
-Trzeba im zapłacić tą wygórowaną cenę i ruszać. Milcerze, czy mógłbyś....-ale zadumany i wsłuchany w głosy przyrody nie spostrzegłem, kiedy towarzysz się oddalił. Śmieszne, zważywszy że on jest ślepcem.
Wypytywał o coś jeszcze kleryka, z początku myślałem że o drogę, albo chciał zbić cenę, ale przelotny grymas na ustach pianity zwiastował kłopoty, jak lekki wietrzyk tornado.
-Wysyczana przez kapłana odpowiedź, objaśniła sytuację.
Szczęka mi spadła, ale w try miga ją pozbierałem.
-Czekaj! Gusłek! Czekaj! Co czynisz?
-Eklektus, o nim mówicie. Toż to straszny herszt bandycki, zwany Twardy Korzeń, wiele mieliście szczęścia że żyjecie, jeśli po prawdzie tu był. Zawsze udaje w bandzie szeregowego, a on jeden wszystkie sznurki pociąga: Łupi, grabi, pali i gwałci, żywych i martwych, ludzi, zwierzęta i mądre gady. Ostragarskie loże kupieckie płacą za niego olbrzymie nagrody, niestety tylko za żywego, każdy chce wiedzieć gdzie poukrywał skarby. Dezerter spod Tagary, weteran bitwy pod Sieną. Nie każcie nam iść na szlak.
-Eklektus, Twardy Korzeń tu, kto by pomyślał.
Twarz moja wyraża zgrozę potworną, po części jest to prawda. Przed chwilą chciałem jeszcze prosić o jedzenie w cenie poczęstunku, teraz kasza podeszła mi do gardła.
A tak chętnie bym tu został, posłuchał muzyki natury. Po co my tu w ogóle przybyliśmy. Wszystko mi się mieszało: Po drzewo na instrumenty, a może szukaliśmy druha, zaśmiałem się z własnej naiwności, jak igły w stogu siana, a on tu szukał...właśnie, szukał źródła jakiejś trutki, co ją ponoć miejscowi przedają. Nie podobają mi się ci ludzie, zbóje zwykli.
-Trzeba im zapłacić tą wygórowaną cenę i ruszać. Milcerze, czy mógłbyś....-ale zadumany i wsłuchany w głosy przyrody nie spostrzegłem, kiedy towarzysz się oddalił. Śmieszne, zważywszy że on jest ślepcem.
Wypytywał o coś jeszcze kleryka, z początku myślałem że o drogę, albo chciał zbić cenę, ale przelotny grymas na ustach pianity zwiastował kłopoty, jak lekki wietrzyk tornado.
-Wysyczana przez kapłana odpowiedź, objaśniła sytuację.
Szczęka mi spadła, ale w try miga ją pozbierałem.
-Czekaj! Gusłek! Czekaj! Co czynisz?
-Eklektus, o nim mówicie. Toż to straszny herszt bandycki, zwany Twardy Korzeń, wiele mieliście szczęścia że żyjecie, jeśli po prawdzie tu był. Zawsze udaje w bandzie szeregowego, a on jeden wszystkie sznurki pociąga: Łupi, grabi, pali i gwałci, żywych i martwych, ludzi, zwierzęta i mądre gady. Ostragarskie loże kupieckie płacą za niego olbrzymie nagrody, niestety tylko za żywego, każdy chce wiedzieć gdzie poukrywał skarby. Dezerter spod Tagary, weteran bitwy pod Sieną. Nie każcie nam iść na szlak.
-Eklektus, Twardy Korzeń tu, kto by pomyślał.
Twarz moja wyraża zgrozę potworną, po części jest to prawda. Przed chwilą chciałem jeszcze prosić o jedzenie w cenie poczęstunku, teraz kasza podeszła mi do gardła.
Wyczekam reakcji, pod ręką broń najstraszniejsza, flet.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Burat-ar, 26 orakt-ran
Jeśli Eszar spodziewał się uspokojenia podejrzliwego kapłana, srodze się musiał rozczarować efektem swej dramatycznej przemowy. Nie przestając ściskać w dłoni amuletu Gusłek otaksował gości nieprzyjaznym wzrokiem, na podobieństwo Pchełka cofając się o krok od przerażonego własnymi słowami barda.
- Pierwsze słyszę, aby w okolicy grasował tak znaczny zbrodzień - odpowiedział Buratarczyk. Rozglądający się dyskretnie na boki Rokko burknął coś pod nosem widząc jak miejscowi mężczyźni powoli zachodzą zbiegów na flankach, pozornie od niechcenia dźwigając w rękach drewniane pały, widły i rybackie harpuny. Trącony przez włócznika łapciem w plecy, Otlaf przestał rysować patykiem jakieś figury w piasku, jął w zamian przyglądać się Gusłkowi w zamiarze zrozumienia, co takiego wydarzyło się w czasie, kiedy on sam utonął głęboko we własnych myślach.
- I choć z natury wielce ze mnie ufny człek, nie sposób mi wyzbyć się wrażenia, że próbujecie mnie ołgać - ciągnął dalej młodziutki pianita - Już prędzej mi do głowy idzie, że wy owego człeka znacie, wszystkich owych człeków, a nieludziów. Może wy z nimi w komitywie jesteście, co? Z łupem uciekli, a was na czatach zostawili, coby obaczyć, co dalej uczynimy?
W ręce Pchełka pojawił się nie wiadomo skąd rybacki oścień, którym młody chłop począł złowróżbnie wymachiwać. Na twarzach zasłuchanych w Gusłka wieśniaków nie widać już było cienia życzliwości wobec drzewnego kupca i jego świty.
Rozpaczliwie grający na czas Eszar pojął, że jego grupie pozostało ledwie kilka uderzeń serca na opuszczenie wioski, i to biegiem na złamanie karku. Miejscowi może i dobrze miotali harpunami, ale nie mieli pod ręką ani jednego łuku, co wydawało się dobrze wieścić przy próbie desperackiej ucieczki.
Gdzieś pomiędzy chatkami po przeciwnej stronie osady poniósł się jakiś podekscytowany gwar. Oczom barda objawił się na moment jakiś niewiarygodnie wielki człowiek - a może co najmniej ćwierćolbrzym - który biegł truchtem do chaty Męczywora niosąc pod pachą podrygujący nieskładnie tłumok. A przynajmniej kształt przypominający z grubsza tłumok, Eszar mógłby bowiem przysiąc, że dojrzał pod pachą olbrzyma czyjeś majtające rozpaczliwie nogi bądź łapy. Tak czy owak, bardowi zabrakło czasu, aby się w ten przedziwny kształt lepiej wpatrzeć, bo właściciel tłumoka zniknął mu zaraz z oczu za zabudowaniami wioski.
- Łamignat wrócił! - zakrzyknął ktoś z oddali w stronę Gusłka - Znalazł, co trzeba!
Spoglądając na zmieniający się wyraz twarzy kapłana Eszar pojął, że stał się świadkiem jakiegoś przedsięwzięcia, o którego szczegółach nie miał najmniejszego pojęcia, ale które musiało mieć dla Buratarczyków ogromne znaczenie. Gusłek obejrzał się niecierpliwie w stronę wioski, jeden raz, drugi, coraz bardziej czymś zirytowany.
- Skoro nas opuszczacie, dokąd się teraz udacie? - zapytał zmieniając znienacka ton, przywołując na swe usta jakby bardziej neutralne brzmienie. Świadomy tej zmiany bard pomyślał natychmiast, że ów tajemniczy Łamignat i jego przesyłka musiały mieć dla Gusłka znaczenie dużo większe nawet od grupy potencjalnych szpiegów w wiosce.
Jeśli Eszar spodziewał się uspokojenia podejrzliwego kapłana, srodze się musiał rozczarować efektem swej dramatycznej przemowy. Nie przestając ściskać w dłoni amuletu Gusłek otaksował gości nieprzyjaznym wzrokiem, na podobieństwo Pchełka cofając się o krok od przerażonego własnymi słowami barda.
- Pierwsze słyszę, aby w okolicy grasował tak znaczny zbrodzień - odpowiedział Buratarczyk. Rozglądający się dyskretnie na boki Rokko burknął coś pod nosem widząc jak miejscowi mężczyźni powoli zachodzą zbiegów na flankach, pozornie od niechcenia dźwigając w rękach drewniane pały, widły i rybackie harpuny. Trącony przez włócznika łapciem w plecy, Otlaf przestał rysować patykiem jakieś figury w piasku, jął w zamian przyglądać się Gusłkowi w zamiarze zrozumienia, co takiego wydarzyło się w czasie, kiedy on sam utonął głęboko we własnych myślach.
- I choć z natury wielce ze mnie ufny człek, nie sposób mi wyzbyć się wrażenia, że próbujecie mnie ołgać - ciągnął dalej młodziutki pianita - Już prędzej mi do głowy idzie, że wy owego człeka znacie, wszystkich owych człeków, a nieludziów. Może wy z nimi w komitywie jesteście, co? Z łupem uciekli, a was na czatach zostawili, coby obaczyć, co dalej uczynimy?
W ręce Pchełka pojawił się nie wiadomo skąd rybacki oścień, którym młody chłop począł złowróżbnie wymachiwać. Na twarzach zasłuchanych w Gusłka wieśniaków nie widać już było cienia życzliwości wobec drzewnego kupca i jego świty.
Rozpaczliwie grający na czas Eszar pojął, że jego grupie pozostało ledwie kilka uderzeń serca na opuszczenie wioski, i to biegiem na złamanie karku. Miejscowi może i dobrze miotali harpunami, ale nie mieli pod ręką ani jednego łuku, co wydawało się dobrze wieścić przy próbie desperackiej ucieczki.
Gdzieś pomiędzy chatkami po przeciwnej stronie osady poniósł się jakiś podekscytowany gwar. Oczom barda objawił się na moment jakiś niewiarygodnie wielki człowiek - a może co najmniej ćwierćolbrzym - który biegł truchtem do chaty Męczywora niosąc pod pachą podrygujący nieskładnie tłumok. A przynajmniej kształt przypominający z grubsza tłumok, Eszar mógłby bowiem przysiąc, że dojrzał pod pachą olbrzyma czyjeś majtające rozpaczliwie nogi bądź łapy. Tak czy owak, bardowi zabrakło czasu, aby się w ten przedziwny kształt lepiej wpatrzeć, bo właściciel tłumoka zniknął mu zaraz z oczu za zabudowaniami wioski.
- Łamignat wrócił! - zakrzyknął ktoś z oddali w stronę Gusłka - Znalazł, co trzeba!
Spoglądając na zmieniający się wyraz twarzy kapłana Eszar pojął, że stał się świadkiem jakiegoś przedsięwzięcia, o którego szczegółach nie miał najmniejszego pojęcia, ale które musiało mieć dla Buratarczyków ogromne znaczenie. Gusłek obejrzał się niecierpliwie w stronę wioski, jeden raz, drugi, coraz bardziej czymś zirytowany.
- Skoro nas opuszczacie, dokąd się teraz udacie? - zapytał zmieniając znienacka ton, przywołując na swe usta jakby bardziej neutralne brzmienie. Świadomy tej zmiany bard pomyślał natychmiast, że ów tajemniczy Łamignat i jego przesyłka musiały mieć dla Gusłka znaczenie dużo większe nawet od grupy potencjalnych szpiegów w wiosce.
Nie wiadomo za bardzo, o co chodzi, ale może udałoby się to jakoś wykorzystać...
-
Nanatar
- Reactions:
- Posty: 641
- Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 155 times
- Been thanked: 116 times
-Tak, na nas już czas, czekają na nas w Ostrogarze, a chcielibyśmy zobaczyć jeszcze Spiżową Arenę. Tam o nas pytajcie, El Aszer, wrócę po deszczach, może pohandlujemy.
-Krórędy do traktu? A tak żebyśmy wiedzieli gdzie owi zbóje się udali, co Eklektus Ejakulat im dowodzi, bo się moi kumotrzy strasznie na nagrodę zawzięli.-dodam cicho- Choć mi wcale to się nie podoba.
Kompletnie na skołowanego wyglądając, biorę Milcara pod ramię i udajemy się w kierunku traktu jak mniemam. Na pewno któremuś mądrali się coś wyrwie, jak będzie chciał odwagą zabłysnąć, wypędzając nas.
-Niech ci Gusłku, ukaże Tajemnica, pędź bimber coraz lepiej!
-Krórędy do traktu? A tak żebyśmy wiedzieli gdzie owi zbóje się udali, co Eklektus Ejakulat im dowodzi, bo się moi kumotrzy strasznie na nagrodę zawzięli.-dodam cicho- Choć mi wcale to się nie podoba.
Kompletnie na skołowanego wyglądając, biorę Milcara pod ramię i udajemy się w kierunku traktu jak mniemam. Na pewno któremuś mądrali się coś wyrwie, jak będzie chciał odwagą zabłysnąć, wypędzając nas.
-Niech ci Gusłku, ukaże Tajemnica, pędź bimber coraz lepiej!
Uciekajmy, jak dla mnie w te pędy. Nic tu po nas, oni składają jakąś straszna ofiarę. Do traktu i ustalimy szczegóły. Jakby na opłotkach dało się "zajumanić" jakąś sieć, to przytulę.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Dzika knieja, 26 orakt-ran
Dziesiętnik Fleituh milczał przez dłuższą chwilę, zapatrzony w siedzącego na wozie Angano. Rozmyślający nad religijnymi bądź filozoficznymi kwestiami kapłan zapewne świadomy był skrytej obserwacji ze strony spieszonych strażników, ale zupełnie nic sobie z tego nie robił. Siedząca obok niego niewielka istota w czarnym płaszczu znieruchomiała całkowicie, przywodząc Eco na myśl swym bezruchem opatuloną tkaniną kamienną rzeźbę.
- Kapitan Gnath pozostaje w zażyłości ze świątynią Morglitha - odpowiedział po chwili namysłu podoficer, tonem niecodziennie niepewnym i budzącym z miejsca pewien dyskomfort podwładnego - Kto wie jak się dogadał ze świętobliwym? Nie ma co wychodzić przed lepszych od siebie, zwłaszcza jeśli to miałby być taki dupotrząs jak ty, obszczymurku. Te monety ani chybi potrzebne będą do rzucenia czarów, które zaprowadzą nas jak po sznurku do zbrodzienia. Istnieją takie zaklęcia, pono nawet wiele. A kult Czaszkogłowego w mieście pewnikiem aż się opędzać musi od usłużnych czarowników, każdy taki wszystko uczyni, by się w łaski morglithian wkupić, a życie wydłużyć.
Eco pokiwał w zadumie głową, analizując w myślach uwagi dziesiętnika. Trochę przy tym zmarkotniał, wyobrażenie nabitych złotem trzosów goszczące w jego umyśle zaczęło znienacka blaknąć, tracić na wyrazistości. Chwilami łatwo było zapomnieć jak wielu chętnych ostrzyło sobie zęby na owe tysiąc sztuk złota oferowanych za głowę sadystycznego mordercy. Rozczarowany Eco obrzucił wzrokiem zielone ściany puszczy ciągnące się po obu stronach wyboistego traktu, wzdrygnął się na myśl o następnym dniu spędzonym z dala od błogiego zgiełku i smrodu wielkiego miasta. Cienie rzucane przez drzewa zaczynały się wydłużać, prześwitująca pomiędzy gałęziami tarcza słońca opadała na niebie tracąc na intensywności żaru, gotowiąc się do zejścia za widnokrąg, do ukrytej poniżej Krainy Umarłych.
- A my zdążymy przed zmierzchem do Atakar-kiru? - zaniepokoił się po chwili, boleśnie uświadomiony widokiem zachodzącego słońca - Niedługo chyba się ćmić zacznie.
Fleituhowi musiały widocznie podobne myśli po głowie chodzić, bo wychyliwszy się z boku wozu gwizdnął przeciągle na idących przodem buratarskich przewodników.
- Wy tam, psie syny! - rzucił szorstkim tonem dziesiętnik - Zdążymy do Atakar-kiru przed zachodem słońca?
Zager nic nie odrzekł, odpłacił tylko orkowi wyjątkowo nieżyczliwym spojrzeniem posłanym spod kaptura swego płaszcza. Trzęsikęsek wzruszył ramionami, zerknął na słońce, potem na wlokące się w niemiłosiernie powolnym tempie woły.
- Cosik mi się widzi, że krótko po zachodzie - odpowiedział po chwili namysłu. Fleituh prychnął w formie dezaprobaty dla słów przewodnika, ale prychnięcie to utonęło natychmiast w dźwięku, który podniósł podróżnym włosy na głowach i wywołał u co niektórych wytrzeszcz oczu.
Był to zwierzęcy bek, a przynajmniej bardzo taki bek przypominał. Przeciągły, ochrypły, przechodzący chwilami w ni to bulgotanie, ni to charkot. Zbita gęstwa nie pozwalała nawet w części określić kierunku, z którego ów dźwięk dobiegał, wydawało się wręcz, że płynął z wszystkich stron, był jednak tak głośny, że na samą myśl o rozmiarach gardzieli mogącej wydać taki bek Eco oblał się zimnym potem.
Miecze strażników zazgrzytały na okuciach pochew, powietrze przecięły wielkie ostrza noszone przez czarne ogry. Obaj przewodnicy skoczyli w tył, przycisnęli się do burty wozu.
- Co to było, na Czeluść Zapomnienia?! - kthan Angano po raz pierwszy stracił nieludzkie panowanie nad nerwami, zerwał się na równe nogi na wozie wyłuskując spod odzienia wyrzeźbiony w rubinie amulet - Cóż to?!
Bek rozległ się znowu, popłynął wśród porośniętych mchem pni drzew, poprzez gęstwę zbitych krzewów leszczyny i rozłożystych paproci, przez wysoką trawę. Był tak głośny, że właściciel baranicy wrzasnął histerycznie, a potem wskoczył na dyszel wozu pomiędzy swe woły.
- To chyba ryk jelenia - powiedział zupełnie roztrzęsionym głosem Fleituh, nerwowością swych ruchów rozbijając fundamenty poczucia bezpieczeństwa Eco - Rannego jelenia... tak myślę... ale czemu tak głośny? Nie ma takich jeleni!
- To jeleniołaszcz szczękowładny! - Trzęsikęsek, chłop na schwał, dygotał niczym osika, przestępował z nogi na nogę, a jego oczy strzelały we wszystkich kierunkach - Zrodzony z lędźwi Tfama Bezimiennego, powity przez Ariannę Łowczynię! Demoniczna bestia pustosząca te lasy co sto lat! Jesteśmy straceni!
- Zamilczcie, puste łby! - kapłan Morglitha zdołał się jako taki otrząsnąć z pierwszego wstrząsu, splunął na kędzierzawą głowę Trzęsikęska okazując bojaźliwemu rybakowi ogromną odrazę - Nic mi nie wiadomo o takowym stworze! Co to za jelełaszcz? Ktoś go kiedyś widział?
Trzęsikęsek i Zager wbili przerażone spojrzenia w kleryka, obaj bladzi jak śnieg i dygoczący na całym ciele. Widząc trawiącą ich zgrozę, chłop w baranicy nie wytrzymał, wyskoczył spomiędzy wołów, wyjąc niczym szaleniec pognał prosto w zieloną gęstwę.
- Pożre nas wszystkich i nawet się nie spoci! - załkał Zager upadając na kolana.
Dziesiętnik Fleituh milczał przez dłuższą chwilę, zapatrzony w siedzącego na wozie Angano. Rozmyślający nad religijnymi bądź filozoficznymi kwestiami kapłan zapewne świadomy był skrytej obserwacji ze strony spieszonych strażników, ale zupełnie nic sobie z tego nie robił. Siedząca obok niego niewielka istota w czarnym płaszczu znieruchomiała całkowicie, przywodząc Eco na myśl swym bezruchem opatuloną tkaniną kamienną rzeźbę.
- Kapitan Gnath pozostaje w zażyłości ze świątynią Morglitha - odpowiedział po chwili namysłu podoficer, tonem niecodziennie niepewnym i budzącym z miejsca pewien dyskomfort podwładnego - Kto wie jak się dogadał ze świętobliwym? Nie ma co wychodzić przed lepszych od siebie, zwłaszcza jeśli to miałby być taki dupotrząs jak ty, obszczymurku. Te monety ani chybi potrzebne będą do rzucenia czarów, które zaprowadzą nas jak po sznurku do zbrodzienia. Istnieją takie zaklęcia, pono nawet wiele. A kult Czaszkogłowego w mieście pewnikiem aż się opędzać musi od usłużnych czarowników, każdy taki wszystko uczyni, by się w łaski morglithian wkupić, a życie wydłużyć.
Eco pokiwał w zadumie głową, analizując w myślach uwagi dziesiętnika. Trochę przy tym zmarkotniał, wyobrażenie nabitych złotem trzosów goszczące w jego umyśle zaczęło znienacka blaknąć, tracić na wyrazistości. Chwilami łatwo było zapomnieć jak wielu chętnych ostrzyło sobie zęby na owe tysiąc sztuk złota oferowanych za głowę sadystycznego mordercy. Rozczarowany Eco obrzucił wzrokiem zielone ściany puszczy ciągnące się po obu stronach wyboistego traktu, wzdrygnął się na myśl o następnym dniu spędzonym z dala od błogiego zgiełku i smrodu wielkiego miasta. Cienie rzucane przez drzewa zaczynały się wydłużać, prześwitująca pomiędzy gałęziami tarcza słońca opadała na niebie tracąc na intensywności żaru, gotowiąc się do zejścia za widnokrąg, do ukrytej poniżej Krainy Umarłych.
- A my zdążymy przed zmierzchem do Atakar-kiru? - zaniepokoił się po chwili, boleśnie uświadomiony widokiem zachodzącego słońca - Niedługo chyba się ćmić zacznie.
Fleituhowi musiały widocznie podobne myśli po głowie chodzić, bo wychyliwszy się z boku wozu gwizdnął przeciągle na idących przodem buratarskich przewodników.
- Wy tam, psie syny! - rzucił szorstkim tonem dziesiętnik - Zdążymy do Atakar-kiru przed zachodem słońca?
Zager nic nie odrzekł, odpłacił tylko orkowi wyjątkowo nieżyczliwym spojrzeniem posłanym spod kaptura swego płaszcza. Trzęsikęsek wzruszył ramionami, zerknął na słońce, potem na wlokące się w niemiłosiernie powolnym tempie woły.
- Cosik mi się widzi, że krótko po zachodzie - odpowiedział po chwili namysłu. Fleituh prychnął w formie dezaprobaty dla słów przewodnika, ale prychnięcie to utonęło natychmiast w dźwięku, który podniósł podróżnym włosy na głowach i wywołał u co niektórych wytrzeszcz oczu.
Był to zwierzęcy bek, a przynajmniej bardzo taki bek przypominał. Przeciągły, ochrypły, przechodzący chwilami w ni to bulgotanie, ni to charkot. Zbita gęstwa nie pozwalała nawet w części określić kierunku, z którego ów dźwięk dobiegał, wydawało się wręcz, że płynął z wszystkich stron, był jednak tak głośny, że na samą myśl o rozmiarach gardzieli mogącej wydać taki bek Eco oblał się zimnym potem.
Miecze strażników zazgrzytały na okuciach pochew, powietrze przecięły wielkie ostrza noszone przez czarne ogry. Obaj przewodnicy skoczyli w tył, przycisnęli się do burty wozu.
- Co to było, na Czeluść Zapomnienia?! - kthan Angano po raz pierwszy stracił nieludzkie panowanie nad nerwami, zerwał się na równe nogi na wozie wyłuskując spod odzienia wyrzeźbiony w rubinie amulet - Cóż to?!
Bek rozległ się znowu, popłynął wśród porośniętych mchem pni drzew, poprzez gęstwę zbitych krzewów leszczyny i rozłożystych paproci, przez wysoką trawę. Był tak głośny, że właściciel baranicy wrzasnął histerycznie, a potem wskoczył na dyszel wozu pomiędzy swe woły.
- To chyba ryk jelenia - powiedział zupełnie roztrzęsionym głosem Fleituh, nerwowością swych ruchów rozbijając fundamenty poczucia bezpieczeństwa Eco - Rannego jelenia... tak myślę... ale czemu tak głośny? Nie ma takich jeleni!
- To jeleniołaszcz szczękowładny! - Trzęsikęsek, chłop na schwał, dygotał niczym osika, przestępował z nogi na nogę, a jego oczy strzelały we wszystkich kierunkach - Zrodzony z lędźwi Tfama Bezimiennego, powity przez Ariannę Łowczynię! Demoniczna bestia pustosząca te lasy co sto lat! Jesteśmy straceni!
- Zamilczcie, puste łby! - kapłan Morglitha zdołał się jako taki otrząsnąć z pierwszego wstrząsu, splunął na kędzierzawą głowę Trzęsikęska okazując bojaźliwemu rybakowi ogromną odrazę - Nic mi nie wiadomo o takowym stworze! Co to za jelełaszcz? Ktoś go kiedyś widział?
Trzęsikęsek i Zager wbili przerażone spojrzenia w kleryka, obaj bladzi jak śnieg i dygoczący na całym ciele. Widząc trawiącą ich zgrozę, chłop w baranicy nie wytrzymał, wyskoczył spomiędzy wołów, wyjąc niczym szaleniec pognał prosto w zieloną gęstwę.
- Pożre nas wszystkich i nawet się nie spoci! - załkał Zager upadając na kolana.
Nie odzywałem się w wątku przez jakiś czas, przygotowywałem bowiem charakterystyki i zasady specjalne nowego stworzenia, będącego w mej opinii prawdziwym drapieżnikiem szczytowym bestiariusza orchiańskiego. Sam jego opis mechaniczny zajmuje osiem stron A4, a starałem się skoncentrować wyłącznie na najważniejszych zasadach, tych związanych z rozrywaniem, połykaniem i trawieniem, każda w co najmniej trzech różnych wariantach. Ale nie wybiegajmy za bardzo w przeszłość, bo może Dretch ma jakiś sprytny PLAN!
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Burat-ar, 26 orakt-ran
Otaczający niechcianych gości krąg Buratarczyków przybliżył się do barda i jego kompanów, a nieprzyjazne oblicza rybaków jawnie dowodziły tego jak bardzo miejscowi pragnęli oddalenia się piątki intruzów od wioski. Obwołany przez Eszara Gusłek nawet się nie obejrzał, pobiegł niezwyczajnym dla osoby duchownej sprintem pomiędzy nędzne chatki wioski.
- Tamci zbrodzienie na przełaj poszli do Ahra-kiru - powiedział w zamian Pchełek, stojący ze skrzyżowanymi na piersi ramionami i patrzący na rzekomego drzewnego kupca wzrokiem pełnym niechęci - Samo to iście dowodzi faktu, że to złe stworzenia były i niepraworządne, w puszczę poszły miast traktem jak miastowi. My ich palcem nie tkniemy, skoro to banda tego Elajkeluma, sam o nim wiele okropnego słyszałem, zawzięty strasznie na wszystkich skurwysyn.
- To którędy tak po prawdzie poleźli? - spytał nieco skonfundowany Otlaf, próbujący zorientować się naprędce w lokalnej topografii - Na północ?
- Przez wioskę przeleźli na plażę, a potem plażą wzdłuż jeziora na północ, ku Ahra-kirowi, sam na własne oczy widziałem, oby ich Pian pokarał klątwą uschniętych chujków.
- Ale nie samą plażą, jeno jej skrajem, przeto śladów w piasku nie ostawili - wtrącił naprędce Pchełek, wyraźnie niezadowolony z uczynności ziomka - Ale wy tamtędy pod żadnym pozorem nie idźcie, coby się na nich nie napatoczyć, ten Elajkelum żywcem by was ze skóry obdarł. Okręćcie się tera w miejscu tak, gdzie palcem pokazuję i uciekajcie po brzegu na południe, póki nie dojdziecie do Atakar-kiru. A nie róbcie nigdzie po drodze postoju, bo w okolicy goblinów co niemiara, te jeszcze gorsze do Alejkuma czy tam Elejkelama. Uciekajcie, żwawo, żwawo!
Jakby dla podkreślenia powagi słów strwożonego znienacka Pchełka, reszta rybaków naparła na intruzów dosłownie spychając ich ciałami ku wąskiej piaszczystej plaży wioski.
Otaczający niechcianych gości krąg Buratarczyków przybliżył się do barda i jego kompanów, a nieprzyjazne oblicza rybaków jawnie dowodziły tego jak bardzo miejscowi pragnęli oddalenia się piątki intruzów od wioski. Obwołany przez Eszara Gusłek nawet się nie obejrzał, pobiegł niezwyczajnym dla osoby duchownej sprintem pomiędzy nędzne chatki wioski.
- Tamci zbrodzienie na przełaj poszli do Ahra-kiru - powiedział w zamian Pchełek, stojący ze skrzyżowanymi na piersi ramionami i patrzący na rzekomego drzewnego kupca wzrokiem pełnym niechęci - Samo to iście dowodzi faktu, że to złe stworzenia były i niepraworządne, w puszczę poszły miast traktem jak miastowi. My ich palcem nie tkniemy, skoro to banda tego Elajkeluma, sam o nim wiele okropnego słyszałem, zawzięty strasznie na wszystkich skurwysyn.
- To którędy tak po prawdzie poleźli? - spytał nieco skonfundowany Otlaf, próbujący zorientować się naprędce w lokalnej topografii - Na północ?
- Przez wioskę przeleźli na plażę, a potem plażą wzdłuż jeziora na północ, ku Ahra-kirowi, sam na własne oczy widziałem, oby ich Pian pokarał klątwą uschniętych chujków.
- Ale nie samą plażą, jeno jej skrajem, przeto śladów w piasku nie ostawili - wtrącił naprędce Pchełek, wyraźnie niezadowolony z uczynności ziomka - Ale wy tamtędy pod żadnym pozorem nie idźcie, coby się na nich nie napatoczyć, ten Elajkelum żywcem by was ze skóry obdarł. Okręćcie się tera w miejscu tak, gdzie palcem pokazuję i uciekajcie po brzegu na południe, póki nie dojdziecie do Atakar-kiru. A nie róbcie nigdzie po drodze postoju, bo w okolicy goblinów co niemiara, te jeszcze gorsze do Alejkuma czy tam Elejkelama. Uciekajcie, żwawo, żwawo!
Jakby dla podkreślenia powagi słów strwożonego znienacka Pchełka, reszta rybaków naparła na intruzów dosłownie spychając ich ciałami ku wąskiej piaszczystej plaży wioski.
Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości natury geograficznej - rybacy wyjawili Wam, że zbrodzienie pomaszerowali wzdłuż plaży na północ do Ahra-kiru, zam zaś zalecają ucieczkę w drugą stronę, wzdłuż jeziora na południe do Atakar-kiru. Zrobili się na dodatek tak uczynni, że zaraz wypchają Was torsami na samą plażę!
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Ślepak nie miał zamiaru przepychać się z wieśniakami. Zresztą nawet niewidomy był w stanie zorientować się, że przeciwstawienie się nachalnej prośbie wieśniaków oznaczało rozniesienie na kłonicach i cepach.
- Już dorze ludkowie. Przecież idziemy już. Nie trza napierać jak tłuszcza na karczemnym, gdy komu mieszek rozdarło. Bywajcie w zdrowiu. Jak będziecie któreś z was w Ostrogarze to chętnie się spotkam przy kuflu pienistego.
Wiedział teraz chociaż, że gwardzisata pewnie wracał do domu. Wyprawa do wioski, choć nie przyniosłą żadnych opdowiedzi w śledztwie, a okazałą się wielce tylko ryzykowna to przyniosła Milcarrowi nieliche profity: nienajgorszą skórznię i nielichy trzos.
- Uchodźmy czym prędzej nim nas widłami skłują, bo coś mi się widzi, że po tych twoich przemowach, to jakikolwiek afekt do nas stracili. - syknął do barda.
- Już dorze ludkowie. Przecież idziemy już. Nie trza napierać jak tłuszcza na karczemnym, gdy komu mieszek rozdarło. Bywajcie w zdrowiu. Jak będziecie któreś z was w Ostrogarze to chętnie się spotkam przy kuflu pienistego.
Wiedział teraz chociaż, że gwardzisata pewnie wracał do domu. Wyprawa do wioski, choć nie przyniosłą żadnych opdowiedzi w śledztwie, a okazałą się wielce tylko ryzykowna to przyniosła Milcarrowi nieliche profity: nienajgorszą skórznię i nielichy trzos.
- Uchodźmy czym prędzej nim nas widłami skłują, bo coś mi się widzi, że po tych twoich przemowach, to jakikolwiek afekt do nas stracili. - syknął do barda.
Zmyakmy stąd byle gdzie nas ksierują do wsi, aby znaleźć jakiś transport do stolicy.