PBF - Okna Duszy
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Dobra, dajcie proszę dokładnie znać, w którym kierunku chcecie się skierować. Jeśli pójdziecie brzegiem na południe, zgodnie z sugestiami rybaków, po minięciu tego porzuconego domostwa, w którym odpoczywaliście natraficie prędzej czy później (ale na pewno już po zachodzie słońca) na przystań Atakar-kiru. Idąc plażą na północ podążycie śladami owego Elajkuma ku Spiżowej Arenie. Idąc na wschód zagłębicie się w las, by prędzej czy później wyjść na ubitą drogę łączacą obie wielkie osady. I oczywiście pozostaje kierunek na zachód, wpław do Ostrogaru.
Nie chcę za Was sam decydować, ponieważ wybór każdej z tych czterech opcji niesie ze sobą specyficzne konsekwencje.
Nie chcę za Was sam decydować, ponieważ wybór każdej z tych czterech opcji niesie ze sobą specyficzne konsekwencje.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Dzika knieja, 26 orakt-ran
Kthan Angano podjął kolejną próbę zaprowadzenia porządku wokół wozu, jednak ani jego sroga mina ani wyszukane wyzwiska nie zdołały wlać otuchy w serca kogokolwiek poza ogrami. Te, najwidoczniej całkowicie oddane swemu panu, przywarły do zaprzęgu, przycisnęły się do niego plecami broniąc mitycznemu potworowi przystępu do kapłana.
Upiorny bek rozległ się raz jeszcze, tak blisko i tak głośno, że Eco aż zaszczękał zębami z wrażenia. Nim jeszcze echo tego przerażającego zwierzęcego zawodzenia ucichło, gdzieś w oddali dał się słyszeć inny dźwięk, zupełnie odmienny od pierwszego, ale w uszach strażnika równie, jeśli nawet nie bardziej straszny. Było to płynące z licznych gardzieli wycie, pnące się drapieżną nutą ku koronom drzew i wysoko ponad nimi.
- Wataha Tfama! - zawrzasnął Trzęsikęsek osuwając się bezwiednie na kolana i okładając pięściami po głowie w ataku szaleńczej paniki - Łaknące mięsa bestie, które towarzyszą jeleniołaszczowi w łowach! Nic po nas nie zostanie, nic!
- Te potwory nawet wóz zeżrą, nawet dyszel! - zaniósł się histerycznym szlochem Zager - Lepiej nam w puszczy szczeznąć!
Miecz omal nie wypadł ze zdrętwiałej dłoni Eco. Sparaliżowany lękiem strażnik wbił szeroko otwarte oczy w obu buratarskich przewodników w chwili, kiedy ci rzucili się na złamanie karku w ślad za woźnicą w baranicy, w ciemniejący leśny gąszcz, w zieloną dzicz. Trzęsikęsek wciąż okładał się rękami po głowie, a Zager całkowicie postradał w opinii surelianina rozum, ze zgrozy albowiem twarz krzywił w tak niezwykłym grymasie jakby demonicznie rechotał, a nie umierał z przerażenia.
I tyle ich Ostrogarczycy widzieli. Dwa, trzy uderzenia serca później zostali na puszczańskim trakcie sami, dwóch miejskich strażników, dwa świątynne ogry oraz ich pan ze swoim tajemniczym małym kompanem w kapturze. No i były jeszcze dwa przestraszone woły, zaprzęgnięte do wozu.
- Cóż nam czynić przyjdzie, świątobliwy? - odezwał się ochrypłym głosem jeden z ogrów, przerywając panującą na drodze ciężką ciszę. Niosące się w oddali wycie przybrało w międzyczasie na sile, ewidentnie zmierzając w okolicę nawiedzaną przez strasznego jeleniołaszcza.
- Jeśli to dzikie wargi, będziemy z nimi walczyli, aż odstąpią - oznajmił zdecydowanym tonem kapłan Morglitha - Między waszymi ostrzami, a moją magią, pomrą ze szczętem. Jeśli to zaś owi goblinowie, co to ich miejscowi wspomnieli, onieśmielę ich potęgą swego majestatu i zmuszę, aby oddali mi pokłon.
- A lejeszczak? - wystękał Eco ściągając na siebie surowy wzrok kleryka - Co z nim?
Kthan Angano zmarszczył czoło, najwyraźniej nie wiedząc w pierwszej chwili, co odpowiedzieć. Potem otworzył co prawda usta, ale słowa składające się na jego odpowiedź utonęły w straszliwym beku zarzynanego chyba tępym nożem potwora. Tym razem struchlały strażnik zdołał z grubsza określić kierunek, z którego dobiegł dźwięk, z wyjątkowo gęstej kępy buków i brzóz przerośniętych pomniejszymi krzewami.
- Tam się chowa, tam! - ryknął surelianin unosząc miecz - Tam!
I wtedy ponad jego głową przeleciał skowyczący z wściekłości mastug, wieszcząc początek bezlitosnego ataku!
Kthan Angano podjął kolejną próbę zaprowadzenia porządku wokół wozu, jednak ani jego sroga mina ani wyszukane wyzwiska nie zdołały wlać otuchy w serca kogokolwiek poza ogrami. Te, najwidoczniej całkowicie oddane swemu panu, przywarły do zaprzęgu, przycisnęły się do niego plecami broniąc mitycznemu potworowi przystępu do kapłana.
Upiorny bek rozległ się raz jeszcze, tak blisko i tak głośno, że Eco aż zaszczękał zębami z wrażenia. Nim jeszcze echo tego przerażającego zwierzęcego zawodzenia ucichło, gdzieś w oddali dał się słyszeć inny dźwięk, zupełnie odmienny od pierwszego, ale w uszach strażnika równie, jeśli nawet nie bardziej straszny. Było to płynące z licznych gardzieli wycie, pnące się drapieżną nutą ku koronom drzew i wysoko ponad nimi.
- Wataha Tfama! - zawrzasnął Trzęsikęsek osuwając się bezwiednie na kolana i okładając pięściami po głowie w ataku szaleńczej paniki - Łaknące mięsa bestie, które towarzyszą jeleniołaszczowi w łowach! Nic po nas nie zostanie, nic!
- Te potwory nawet wóz zeżrą, nawet dyszel! - zaniósł się histerycznym szlochem Zager - Lepiej nam w puszczy szczeznąć!
Miecz omal nie wypadł ze zdrętwiałej dłoni Eco. Sparaliżowany lękiem strażnik wbił szeroko otwarte oczy w obu buratarskich przewodników w chwili, kiedy ci rzucili się na złamanie karku w ślad za woźnicą w baranicy, w ciemniejący leśny gąszcz, w zieloną dzicz. Trzęsikęsek wciąż okładał się rękami po głowie, a Zager całkowicie postradał w opinii surelianina rozum, ze zgrozy albowiem twarz krzywił w tak niezwykłym grymasie jakby demonicznie rechotał, a nie umierał z przerażenia.
I tyle ich Ostrogarczycy widzieli. Dwa, trzy uderzenia serca później zostali na puszczańskim trakcie sami, dwóch miejskich strażników, dwa świątynne ogry oraz ich pan ze swoim tajemniczym małym kompanem w kapturze. No i były jeszcze dwa przestraszone woły, zaprzęgnięte do wozu.
- Cóż nam czynić przyjdzie, świątobliwy? - odezwał się ochrypłym głosem jeden z ogrów, przerywając panującą na drodze ciężką ciszę. Niosące się w oddali wycie przybrało w międzyczasie na sile, ewidentnie zmierzając w okolicę nawiedzaną przez strasznego jeleniołaszcza.
- Jeśli to dzikie wargi, będziemy z nimi walczyli, aż odstąpią - oznajmił zdecydowanym tonem kapłan Morglitha - Między waszymi ostrzami, a moją magią, pomrą ze szczętem. Jeśli to zaś owi goblinowie, co to ich miejscowi wspomnieli, onieśmielę ich potęgą swego majestatu i zmuszę, aby oddali mi pokłon.
- A lejeszczak? - wystękał Eco ściągając na siebie surowy wzrok kleryka - Co z nim?
Kthan Angano zmarszczył czoło, najwyraźniej nie wiedząc w pierwszej chwili, co odpowiedzieć. Potem otworzył co prawda usta, ale słowa składające się na jego odpowiedź utonęły w straszliwym beku zarzynanego chyba tępym nożem potwora. Tym razem struchlały strażnik zdołał z grubsza określić kierunek, z którego dobiegł dźwięk, z wyjątkowo gęstej kępy buków i brzóz przerośniętych pomniejszymi krzewami.
- Tam się chowa, tam! - ryknął surelianin unosząc miecz - Tam!
I wtedy ponad jego głową przeleciał skowyczący z wściekłości mastug, wieszcząc początek bezlitosnego ataku!
Sam nie wiem, czy chcę dalej ciągnąć tę scenkę, przerażenie coraz bardziej mnie paraliżuje!
-
Nanatar
- Reactions:
- Posty: 641
- Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 155 times
- Been thanked: 116 times
Zwiesiłem nos na kwintę. W milczeniu dotarliśmy do opuszczonej chaty. Właściwie gdyby nie wszędzie czyhające niebezpieczeństwo, podobałoby mi się tu. Szczególnie zapach był znacznie lepszy niż w stolicy.
-Radźcie gdzie pójdziemy teraz kamraci, ja swój oddech pozostawię dla fujarki. Pójdę gdzie doradzicie.
-Radźcie gdzie pójdziemy teraz kamraci, ja swój oddech pozostawię dla fujarki. Pójdę gdzie doradzicie.
Eszar kompletnie nie w sosie. Ku uldze reszty drużyny zamilknę.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Dzika knieja, 26 orakt-ran
Ujrzany przez Eco stwór nie był oczywiście mastugiem, latające nad głowami ludzi mastugi były równie fantastyczną mrzonką jak latające łoża z baldachimem, przynajmniej w opinii trzeźwo na co dzień myślących surelian. To, co wybujała fantazja przerażonego strażnika uznała za mastuga okazało się znacznie zwyczajniejszym stworzeniem.
Jeden z ogrów kapłana wykazał się niezwykłym refleksem, ciął przed siebie wielkim tarsarem w ostatniej bez mała chwili, przerąbał rozwrzeszczanego potwora w locie na dwie części. Gęsta gorąca krew rozprysnęła się w powietrzu, obryzgała twarz i pierś ogra. Podrygujące szczątki bestii uderzyły o burtę wozu, spadły z głuchym odgłosem na ziemię.
- Co to jest? - zapytał wyprostowany niczym świeca Angano, pchnięciem stopy w kark ponaglając swego zwinnego przybocznego do oględzin latającego wrzaskuna.
- To chyba goblin - oznajmił wyraźnie zdumiony Fleituh - Tak, to goblin, zwyczajny nizinny, znaczy się typowy. Ale dlaczego... dlaczego on latał? Jak on to zrobił?
Krwiożercze wycie dobyte z wilczych gardzieli gruchnęło gdzieś w pobliżu, drapieżną głodną nutą.
- Obawiam się, że teraz tej zagadki nie rozwikłamy - odparł zdumiewająco opanowanym tonem kleryk Morglitha, kładąc lewą dłoń na ukrytej pod kapturem głowie tajemniczego stworzenia w czerni - Bądźcie gotowi oddać życie za mą czcigodną osobę.
Ujrzany przez Eco stwór nie był oczywiście mastugiem, latające nad głowami ludzi mastugi były równie fantastyczną mrzonką jak latające łoża z baldachimem, przynajmniej w opinii trzeźwo na co dzień myślących surelian. To, co wybujała fantazja przerażonego strażnika uznała za mastuga okazało się znacznie zwyczajniejszym stworzeniem.
Jeden z ogrów kapłana wykazał się niezwykłym refleksem, ciął przed siebie wielkim tarsarem w ostatniej bez mała chwili, przerąbał rozwrzeszczanego potwora w locie na dwie części. Gęsta gorąca krew rozprysnęła się w powietrzu, obryzgała twarz i pierś ogra. Podrygujące szczątki bestii uderzyły o burtę wozu, spadły z głuchym odgłosem na ziemię.
- Co to jest? - zapytał wyprostowany niczym świeca Angano, pchnięciem stopy w kark ponaglając swego zwinnego przybocznego do oględzin latającego wrzaskuna.
- To chyba goblin - oznajmił wyraźnie zdumiony Fleituh - Tak, to goblin, zwyczajny nizinny, znaczy się typowy. Ale dlaczego... dlaczego on latał? Jak on to zrobił?
Krwiożercze wycie dobyte z wilczych gardzieli gruchnęło gdzieś w pobliżu, drapieżną głodną nutą.
- Obawiam się, że teraz tej zagadki nie rozwikłamy - odparł zdumiewająco opanowanym tonem kleryk Morglitha, kładąc lewą dłoń na ukrytej pod kapturem głowie tajemniczego stworzenia w czerni - Bądźcie gotowi oddać życie za mą czcigodną osobę.
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
Dawaj tego trola!
Eco jest gotowy, jak się da pozwoli kapłanowi umrzeć,
Fleituh może się chwile pomęczyć
Fleituh może się chwile pomęczyć
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Dzika knieja, 26 orakt-ran
Obserwowani przez idących jakiś czas ich śladem rybaków, przepędzeni z wioski zbiegowie podążyli wzdłuż brzegów jeziora ku Atakar-kirowi, na przemian to brodząc po płyciznach, to wspinając się na skały wrzynające się w podejrzanie spokojną toń wody. Słońce zachodziło coraz bardziej, rozpalając falującą delikatnie powierzchnię jeziora bezlikiem czerwonych refleksów. Podróżni zerkali w ich stronę co jakiś czas, pamiętni konieczności zachowania czujności, ale zarazem szczerze urzeczeni pięknem zmierzchu. Niebo zaczynało się skrzyć milionami mrugających gwiazd, będących w ludowych podaniach olbrzymów rozsypaną mąką Asteriusza.
- Maliat wschodzi w pełnej krasie - powiedział Rokko kiwając głową w kierunku jasnej tarczy jednego z pięciu księżyców - Będą psy wyły do niego, a w dziczy drapieżne zwierzęta. Ale Paladius nad nim wisi, tedy mi się widzi, że dobrzy bogowie nas otoczą łaskami.
- Obyś się nie mylił, starcze - Otlaf splunął znacząco pod nogi, zadrżał mimowolnie wspomniawszy niepokojące dźwięki, które jakiś czas temu dobiegały od strony północy, z głębi gęstego zielonego lasu - Wilcze wycie mnie nie przeraża, chociaż wolałbym z wilkiem się nie potykać, zwłaszcza z tym burym bydlakiem, który nas dzisiaj podchodził. Ale ten drugi odgłos... ten potworny bek, Kielich jeden wie, z jakiej gardzieli dobyty... jeszcze mam miękkie kolana jak sobie to beczenie wspomnę...
Idąc gęsiego piaszczystym odcinkiem brzegu mężczyźni pogrążyli się w krótkiej zadumie, wszystkimi bowiem głęboko wstrząsnął ów tajemniczy dźwięk dobiegający kilka razy z zielonej gęstwy; tak straszny w swej zwierzęcej naturze, że każdy ze zbiegów zmówił w duchu modlitwę błagając swego patrona o oszczędzenie przygody z udziałem takiego potwora. Na szczęście dla nich - i jakby za sprawą błogosławieństwa ucieleśnionego w postaci płonącego księżycowym blaskiem Paladiusa - bestia podążyła w inną stronę, ścigana wyciem płynącym z licznych wilczych gardeł.
Karhuan pierwszy przyniósł pozostałym dobrą nowinę, rozpalając nadzieją drętwiejące członki i dodając wędrowcom animuszu. On to wypatrzył na ciemniejącej tafli jeziora niewielkie olejne lampy, których atakarkirscy rybacy używali do nocnych połowów szczawnicy i mirabeluków. Przyśpieszając kroku zbiegowie przedarli się przez przybrzeżne szuwary i ociekając wodą stanęli na opłotkach rozświetlonego pochodniami Atakar-kiru, wśród warzywnych poletek i skleconych byle jak drewnianych szop na łodzie.
Obserwowani przez idących jakiś czas ich śladem rybaków, przepędzeni z wioski zbiegowie podążyli wzdłuż brzegów jeziora ku Atakar-kirowi, na przemian to brodząc po płyciznach, to wspinając się na skały wrzynające się w podejrzanie spokojną toń wody. Słońce zachodziło coraz bardziej, rozpalając falującą delikatnie powierzchnię jeziora bezlikiem czerwonych refleksów. Podróżni zerkali w ich stronę co jakiś czas, pamiętni konieczności zachowania czujności, ale zarazem szczerze urzeczeni pięknem zmierzchu. Niebo zaczynało się skrzyć milionami mrugających gwiazd, będących w ludowych podaniach olbrzymów rozsypaną mąką Asteriusza.
- Maliat wschodzi w pełnej krasie - powiedział Rokko kiwając głową w kierunku jasnej tarczy jednego z pięciu księżyców - Będą psy wyły do niego, a w dziczy drapieżne zwierzęta. Ale Paladius nad nim wisi, tedy mi się widzi, że dobrzy bogowie nas otoczą łaskami.
- Obyś się nie mylił, starcze - Otlaf splunął znacząco pod nogi, zadrżał mimowolnie wspomniawszy niepokojące dźwięki, które jakiś czas temu dobiegały od strony północy, z głębi gęstego zielonego lasu - Wilcze wycie mnie nie przeraża, chociaż wolałbym z wilkiem się nie potykać, zwłaszcza z tym burym bydlakiem, który nas dzisiaj podchodził. Ale ten drugi odgłos... ten potworny bek, Kielich jeden wie, z jakiej gardzieli dobyty... jeszcze mam miękkie kolana jak sobie to beczenie wspomnę...
Idąc gęsiego piaszczystym odcinkiem brzegu mężczyźni pogrążyli się w krótkiej zadumie, wszystkimi bowiem głęboko wstrząsnął ów tajemniczy dźwięk dobiegający kilka razy z zielonej gęstwy; tak straszny w swej zwierzęcej naturze, że każdy ze zbiegów zmówił w duchu modlitwę błagając swego patrona o oszczędzenie przygody z udziałem takiego potwora. Na szczęście dla nich - i jakby za sprawą błogosławieństwa ucieleśnionego w postaci płonącego księżycowym blaskiem Paladiusa - bestia podążyła w inną stronę, ścigana wyciem płynącym z licznych wilczych gardeł.
Karhuan pierwszy przyniósł pozostałym dobrą nowinę, rozpalając nadzieją drętwiejące członki i dodając wędrowcom animuszu. On to wypatrzył na ciemniejącej tafli jeziora niewielkie olejne lampy, których atakarkirscy rybacy używali do nocnych połowów szczawnicy i mirabeluków. Przyśpieszając kroku zbiegowie przedarli się przez przybrzeżne szuwary i ociekając wodą stanęli na opłotkach rozświetlonego pochodniami Atakar-kiru, wśród warzywnych poletek i skleconych byle jak drewnianych szop na łodzie.
Brawo, dotarliście bez dalszych kłopotów do Atakar-kiru! Osada jest otoczona murem, ale po jego zewnętrznej części położone są chatki rolników i ich poletka. Tu i ówdzie kręcą się jeszcze jacyś doglądający obejść chłopi, większość jednak zniknęła w osadzie, na pewno racząc się tanim i bardzo lichym piwem z agawy. Co teraz?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Opłotki Atakar-kiru, 26 orakt-ran
Zmoczeni po kolana, ale niemożebnie szczęśliwi, puszczańscy wędrowcy przemaszerowali przez porośnięte burakami poletko, denerwując jakiegoś siedzącego w jamie w ziemi pieska. Kundel obszczekał ich zajadle, po czym uciekł kopnięty na pożegnanie w tyłek przez odzyskującego dobry humor barda. Zwabiony szczekaniem zwierzęcia kędzierzawy chłop wyjrzał przez krzywy płot na poletko, nie odważył się jednak okrzyknąć pięciu sprawiających groźne wrażenie zbirów, uzbrojonych po zęby i noszących skórznie. Miast tego szybko wycofał się do swej lepianki, chociaż Eszar bynajmniej nie zamierzał go kopnąć.
Porwana z jednej z szop szmata wylądowała na głowie Karhuana, zapleciona tam na podobieństwo fantazyjnej chusty i to tak przemyślnie, by nie dało się spod niej dostrzec nawet kawałka niewolniczego piętna - Rokko skrupulatnie o to zadbał.
- Niby pięknie, ale może nie wystarczyć - mruknął pod nosem Otlaf, który pierwszy dostrzegł stojących przed otwartą bramą strażników w barwach miejscowego włodarza - Kto wie, czy nas aby nie zapamiętali z wyjazdu w klatkach. Mnie to jeszcze pal licho, bom taki zwyczajny, ale co ze Ślepakiem? Milcarr, ciebie na pewno mogli zapamiętać, tę twoją opaskę chędożoną.
Strażników było kilku, kręcili się w dobrych humorach przed otwartym na oścież wejściem do Atakar-kiru, żartując obleśnie z młodymi dziewczętami w skromnych strojach chłopek. Zatknięte w żelaznych obejmach łuczywa trzaskały donośnie, sypały w nocne niebo mrugającymi ulotnie iskierkami.
- Świeże kartofle żrą, aż tutaj czuję - oblizał się niewidomy zabójca - Smażone z cebulą... nie dam rady, kiszki mi skręca, zara ducha wyzionę!
- Co im rzekniemy jak się pytać poczną, cośmy za jedni? - spytał niespokojnie Rokko, stojący w cieniu jakiejś lepianki.
Zmoczeni po kolana, ale niemożebnie szczęśliwi, puszczańscy wędrowcy przemaszerowali przez porośnięte burakami poletko, denerwując jakiegoś siedzącego w jamie w ziemi pieska. Kundel obszczekał ich zajadle, po czym uciekł kopnięty na pożegnanie w tyłek przez odzyskującego dobry humor barda. Zwabiony szczekaniem zwierzęcia kędzierzawy chłop wyjrzał przez krzywy płot na poletko, nie odważył się jednak okrzyknąć pięciu sprawiających groźne wrażenie zbirów, uzbrojonych po zęby i noszących skórznie. Miast tego szybko wycofał się do swej lepianki, chociaż Eszar bynajmniej nie zamierzał go kopnąć.
Porwana z jednej z szop szmata wylądowała na głowie Karhuana, zapleciona tam na podobieństwo fantazyjnej chusty i to tak przemyślnie, by nie dało się spod niej dostrzec nawet kawałka niewolniczego piętna - Rokko skrupulatnie o to zadbał.
- Niby pięknie, ale może nie wystarczyć - mruknął pod nosem Otlaf, który pierwszy dostrzegł stojących przed otwartą bramą strażników w barwach miejscowego włodarza - Kto wie, czy nas aby nie zapamiętali z wyjazdu w klatkach. Mnie to jeszcze pal licho, bom taki zwyczajny, ale co ze Ślepakiem? Milcarr, ciebie na pewno mogli zapamiętać, tę twoją opaskę chędożoną.
Strażników było kilku, kręcili się w dobrych humorach przed otwartym na oścież wejściem do Atakar-kiru, żartując obleśnie z młodymi dziewczętami w skromnych strojach chłopek. Zatknięte w żelaznych obejmach łuczywa trzaskały donośnie, sypały w nocne niebo mrugającymi ulotnie iskierkami.
- Świeże kartofle żrą, aż tutaj czuję - oblizał się niewidomy zabójca - Smażone z cebulą... nie dam rady, kiszki mi skręca, zara ducha wyzionę!
- Co im rzekniemy jak się pytać poczną, cośmy za jedni? - spytał niespokojnie Rokko, stojący w cieniu jakiejś lepianki.
Jakiś plan na rozmowę ze strażnikami? Nie sprawiają wrażenia specjalnie przejętych obowiązkami, ale jedno źle postawione pytanie lub jeszcze gorzej dobrana odpowiedź może Wam napytać kłopotu!
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Dzika knieja, 26 orakt-ran
Przestępujący z nogi na nogę Eco dałby sobie obciąć głowę, że w miejscu, z którego nadleciał ciśnięty w powietrze goblin coś się poruszyło łamiąc gałęzie. W lesie było coraz ciemniej, toteż strażnik nie widział zbyt wielu szczegółów, ale ujrzał dostatecznie dużo, by uznać, że lejeszczak nie był aż tak straszną bestią jaką malowali go Buratarczycy. Miast jakiegoś wielkiego potwora o pełnej zębów paszczy surelianin spostrzegł umykający szybko kształt słusznych, wszelako bardziej człekokształtnych rozmiarów, targający na dodatek na grzbiecie coś, co przypominało swym wyglądem jakiś wór czy sak.
Mówiąc szczerze, gdyby to nie była idea z gruntu absurdalna, Eco mógłby się zastanowić, czy aby przypadkiem nie ujrzał ponownie Łamignata z Burat-aru, tak podobna do tego poczciwego olbrzyma wydała mu się sylweta, która w ułamku chwili zniknęła w leśnej gęstwie.
Czasu jednak nie wystarczyło, by skonsternowany Eco mógł podążyć tą ścieżką dywagacji. Z przeciwnej strony traktu przy wtórze trzaskających gałęzi pojawiły się chyże kształty mrożące krew swoim wyglądem, straszące na dodatek krwiożerczym wyciem i butnym wrzaskiem.
- Bij zabij! - ryknął Fleituh przywierając plecami do wozu w chwili, w której tuzin potężnych wargów wypadł na odkrytą przestrzeń niosąc na swych grzbietach krępe muskularne sylwetki goblińskich jeźdźców.
- Za kthana! - zaryczały jeszcze głośniej od dziesiętnika ogry, a ich tarsary świsnęły niemal natychmiast w powietrzu. Huk uderzającego o metal metalu, wrzaski i ryki i zwierzęce wycie wdarły się poprzez uszy do skamieniałego umysłu Eco, gotując w żyłach surelianina krew.
A kiedy przed twarzą Ostrogarczyka wyrósł ociekający spienioną śliną pysk rozjuszonego warga, miecz w ręku mężczyzny ożył prowadzony odruchami pamięci mięśniowej, niczym żywa istota broniąc swego właściciela.
Przestępujący z nogi na nogę Eco dałby sobie obciąć głowę, że w miejscu, z którego nadleciał ciśnięty w powietrze goblin coś się poruszyło łamiąc gałęzie. W lesie było coraz ciemniej, toteż strażnik nie widział zbyt wielu szczegółów, ale ujrzał dostatecznie dużo, by uznać, że lejeszczak nie był aż tak straszną bestią jaką malowali go Buratarczycy. Miast jakiegoś wielkiego potwora o pełnej zębów paszczy surelianin spostrzegł umykający szybko kształt słusznych, wszelako bardziej człekokształtnych rozmiarów, targający na dodatek na grzbiecie coś, co przypominało swym wyglądem jakiś wór czy sak.
Mówiąc szczerze, gdyby to nie była idea z gruntu absurdalna, Eco mógłby się zastanowić, czy aby przypadkiem nie ujrzał ponownie Łamignata z Burat-aru, tak podobna do tego poczciwego olbrzyma wydała mu się sylweta, która w ułamku chwili zniknęła w leśnej gęstwie.
Czasu jednak nie wystarczyło, by skonsternowany Eco mógł podążyć tą ścieżką dywagacji. Z przeciwnej strony traktu przy wtórze trzaskających gałęzi pojawiły się chyże kształty mrożące krew swoim wyglądem, straszące na dodatek krwiożerczym wyciem i butnym wrzaskiem.
- Bij zabij! - ryknął Fleituh przywierając plecami do wozu w chwili, w której tuzin potężnych wargów wypadł na odkrytą przestrzeń niosąc na swych grzbietach krępe muskularne sylwetki goblińskich jeźdźców.
- Za kthana! - zaryczały jeszcze głośniej od dziesiętnika ogry, a ich tarsary świsnęły niemal natychmiast w powietrzu. Huk uderzającego o metal metalu, wrzaski i ryki i zwierzęce wycie wdarły się poprzez uszy do skamieniałego umysłu Eco, gotując w żyłach surelianina krew.
A kiedy przed twarzą Ostrogarczyka wyrósł ociekający spienioną śliną pysk rozjuszonego warga, miecz w ręku mężczyzny ożył prowadzony odruchami pamięci mięśniowej, niczym żywa istota broniąc swego właściciela.
I tak oto nasz dzielny gwardzista dotarł do tego etapu przygody, w którym będzie się mógł popisać żołnierskim rzemiosłem! Wataha zaatakowała bez wahania, najpewniej zwabiona na szlak beczeniem jeleniołaszcza, ale gotowa pożreć wszystko, na co natrafi! Każdy walczy o własne życie! Dretch, jakieś deklaracje taktyczne? Tylko szybko, nie każ mi czekać tydzień, bo już sobie nawet serię rzutów wykonałem i drżę z niecierpliwości, by opisać tę epicką bitwę!
dwd; dwd; dwd;
dwd; dwd; dwd;
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Brama Atakar-kiru, 26 orakt-ran
Podchodząc do bramy warownej wioski Otlaf przyjrzał się uważnie strzegącym jej strażnikom. Orki, ludzie i mieszańcy, wszyscy sprawiający wrażenie znających się na swoim fachu rębajłów. Niezbyt to ostrogarskiego złodzieja zaskoczyło, wszak jeden dzień spędzony w przerażającej dziczy na brzegach jeziora wystarczył surelianinowi aż nadto do uświadomienia sobie, na jakie niebezpieczeństwa wystawieni byli ci nieszczęśnicy, dla których z woli bogów zabrakło miejsca na stołecznej wyspie.
Kto mieszkał poza Ostrogarem, musiał umieć zadbać o swą skórę, najlepiej orężnie - wszystko wskazywało zatem na to, że przytroczone do boków zbrojnych szable i topory nie były dla nich jeno ozdobami, ale morderczymi narzędziami w żołnierskim fachu.
Rosły ork macający bez żenady piersi pochwyconej w uścisk chłopki zaprzestał obopólnie wesołej zabawy, odesłał rozchichotane dziewczę w cień bramy dając swej oblubienicy na pożegnanie klapsa w pośladek. Położywszy prawicę na rękojeści szabli pozdrowił nadchodzących obcych uniesioną władczo ręką. Towarzyszący mu kompani, wszyscy bez wyjątku w nabitych żelaznymi płytkami skórzniach i nasadzonych na głowy kapalinach, odłożyli na bok gliniane miski ze smażonymi ziemniakami i kanki ze śmietaną, przestali się obściskiwać z innymi dziewczętami.
- Podejdźcie bliżej i mówcie, coście za jedni! - zażądał surowym tonem ork, gdy pięciu nieznajomych wychynęło z mroku zalegającego pomiędzy nędznymi chatkami chłopów - Skąd wędrujecie i czego tu szukacie?
- Idziemy z lasu do jeziora - odpowiedział pierwszy z obcych, młody mieszaniec o zwinnych ruchach i rozbieganych oczach - W swoich sprawach i nie musicie się nas lękać.
- Jak cię zaraz w pysk strzelę, dolecisz aż do jeziora - odpowiedział ork dowodzący nocną strażą, zadzierając hardo podbródek - Ani mi się ważcie łżeć, łazęgi, bo mam kuszników na murze, bełty wam w słabiznę wrażą na jeden mój znak. Zatem raz jeszcze i grzeczniej z łaski swojej. Coście za jedni?
- Jestem el Aszer, kupiec drzewny z Ostrogaru, z manufaktury tana Gryzilla - przedstawił się z szerokim uśmiechem drugi z obcych - Raczcie wybaczyć brak manier tego chłystka, wszelako dobre miał intencje i z troski o me bezpieczeństwo nie chciał wyjawić prawdy. Kiedy wędrujemy w dziczy odwiedzając sadyby drwali, po drodze podajemy się za myśliwych albo szukających roboty najemników, bo zbójcy skrzętnie wypatrują na traktach kupców, których mogliby obłupić. Takich jak my, stwarzających pozory groźnych rębajłów, wolą omijać, lękają się zęby na nas połamać.
- Co prawda, to prawda - pokiwał głową ork, ale w jego oczach wciąż czaiła się podejrzliwość - Tyś zatem kupiec, a inni twa świta?
- Jam jest skrybą - oznajmił trzeci wędrowiec, noszący na głowie czarną opaskę ślepca. Słysząc jego słowa stojący za dowódcą zbrojni ryknęli niczym na komendę dzikim rechotem, nad wyraz szyderczym w wydźwięku.
- Ślepy skryba? - potrząsnął głową dowódca straży - Teraz iście krotochwile się was trzymają, co? Chcecie ze mnie głupca uczynić?
- Prawdę rzekł - odpowiedział z jeszcze szerszym uśmiechem drzewny kupiec - Postradał wzrok jakiś czas temu, za dużo ślęczał nad księgami przy słabym płomieniu świeczki. Trzymam go z sentymentu, tak jak szlachcic trzyma przy swym kominku starego psa łowczego, któremu wszystkie zęby już wypadły. A teraz zechciejcie zacny kapitanie przepuścić nas do środka, bo z głodu umieramy. Niechaj tutejsi karczmarze ucieszą się z naszego złota, o ile tylko posiadają strawy godne ostrogarskiego podniebienia.
- Niech wam będzie, wszelako miejcie w pamięci, że jeśli jakich kłopotów w osadzie narobicie, wylecicie za mur! - ostrzegł ork - Może to i nie Ostrogar, ale wielce szanujemy tu prawo. A względem prawa, ostała jeszcze kwestia myta. Nocna taryfa, od pieszego, będzie pięćdziesiąt srebrników.
- Pięćdziesiąt srebrników? - jęknął z rozczarowaniem Milcarr, który nosił w sakiewce przy pasie pieniądze zabrane pobitym na szlaku handlarzom niewolników - Srogo sobie liczycie, kapitanie, po dziesięć od głowy.
- Pięćdziesiąt od głowy, dobry człeku - odpowiedział dowódca warty - Ale dla takiego obytego w świecie kupca to pewnikiem furda. Tedy raz dwa, płaćcie żwawo dwieście pięćdziesiąt srebrników albo jeszcze lepiej złotem, bo mnie liczenie tylu monetek mierzi i nudzi, cycki na mnie czekają, a kartofle z omastą.
Podchodząc do bramy warownej wioski Otlaf przyjrzał się uważnie strzegącym jej strażnikom. Orki, ludzie i mieszańcy, wszyscy sprawiający wrażenie znających się na swoim fachu rębajłów. Niezbyt to ostrogarskiego złodzieja zaskoczyło, wszak jeden dzień spędzony w przerażającej dziczy na brzegach jeziora wystarczył surelianinowi aż nadto do uświadomienia sobie, na jakie niebezpieczeństwa wystawieni byli ci nieszczęśnicy, dla których z woli bogów zabrakło miejsca na stołecznej wyspie.
Kto mieszkał poza Ostrogarem, musiał umieć zadbać o swą skórę, najlepiej orężnie - wszystko wskazywało zatem na to, że przytroczone do boków zbrojnych szable i topory nie były dla nich jeno ozdobami, ale morderczymi narzędziami w żołnierskim fachu.
Rosły ork macający bez żenady piersi pochwyconej w uścisk chłopki zaprzestał obopólnie wesołej zabawy, odesłał rozchichotane dziewczę w cień bramy dając swej oblubienicy na pożegnanie klapsa w pośladek. Położywszy prawicę na rękojeści szabli pozdrowił nadchodzących obcych uniesioną władczo ręką. Towarzyszący mu kompani, wszyscy bez wyjątku w nabitych żelaznymi płytkami skórzniach i nasadzonych na głowy kapalinach, odłożyli na bok gliniane miski ze smażonymi ziemniakami i kanki ze śmietaną, przestali się obściskiwać z innymi dziewczętami.
- Podejdźcie bliżej i mówcie, coście za jedni! - zażądał surowym tonem ork, gdy pięciu nieznajomych wychynęło z mroku zalegającego pomiędzy nędznymi chatkami chłopów - Skąd wędrujecie i czego tu szukacie?
- Idziemy z lasu do jeziora - odpowiedział pierwszy z obcych, młody mieszaniec o zwinnych ruchach i rozbieganych oczach - W swoich sprawach i nie musicie się nas lękać.
- Jak cię zaraz w pysk strzelę, dolecisz aż do jeziora - odpowiedział ork dowodzący nocną strażą, zadzierając hardo podbródek - Ani mi się ważcie łżeć, łazęgi, bo mam kuszników na murze, bełty wam w słabiznę wrażą na jeden mój znak. Zatem raz jeszcze i grzeczniej z łaski swojej. Coście za jedni?
- Jestem el Aszer, kupiec drzewny z Ostrogaru, z manufaktury tana Gryzilla - przedstawił się z szerokim uśmiechem drugi z obcych - Raczcie wybaczyć brak manier tego chłystka, wszelako dobre miał intencje i z troski o me bezpieczeństwo nie chciał wyjawić prawdy. Kiedy wędrujemy w dziczy odwiedzając sadyby drwali, po drodze podajemy się za myśliwych albo szukających roboty najemników, bo zbójcy skrzętnie wypatrują na traktach kupców, których mogliby obłupić. Takich jak my, stwarzających pozory groźnych rębajłów, wolą omijać, lękają się zęby na nas połamać.
- Co prawda, to prawda - pokiwał głową ork, ale w jego oczach wciąż czaiła się podejrzliwość - Tyś zatem kupiec, a inni twa świta?
- Jam jest skrybą - oznajmił trzeci wędrowiec, noszący na głowie czarną opaskę ślepca. Słysząc jego słowa stojący za dowódcą zbrojni ryknęli niczym na komendę dzikim rechotem, nad wyraz szyderczym w wydźwięku.
- Ślepy skryba? - potrząsnął głową dowódca straży - Teraz iście krotochwile się was trzymają, co? Chcecie ze mnie głupca uczynić?
- Prawdę rzekł - odpowiedział z jeszcze szerszym uśmiechem drzewny kupiec - Postradał wzrok jakiś czas temu, za dużo ślęczał nad księgami przy słabym płomieniu świeczki. Trzymam go z sentymentu, tak jak szlachcic trzyma przy swym kominku starego psa łowczego, któremu wszystkie zęby już wypadły. A teraz zechciejcie zacny kapitanie przepuścić nas do środka, bo z głodu umieramy. Niechaj tutejsi karczmarze ucieszą się z naszego złota, o ile tylko posiadają strawy godne ostrogarskiego podniebienia.
- Niech wam będzie, wszelako miejcie w pamięci, że jeśli jakich kłopotów w osadzie narobicie, wylecicie za mur! - ostrzegł ork - Może to i nie Ostrogar, ale wielce szanujemy tu prawo. A względem prawa, ostała jeszcze kwestia myta. Nocna taryfa, od pieszego, będzie pięćdziesiąt srebrników.
- Pięćdziesiąt srebrników? - jęknął z rozczarowaniem Milcarr, który nosił w sakiewce przy pasie pieniądze zabrane pobitym na szlaku handlarzom niewolników - Srogo sobie liczycie, kapitanie, po dziesięć od głowy.
- Pięćdziesiąt od głowy, dobry człeku - odpowiedział dowódca warty - Ale dla takiego obytego w świecie kupca to pewnikiem furda. Tedy raz dwa, płaćcie żwawo dwieście pięćdziesiąt srebrników albo jeszcze lepiej złotem, bo mnie liczenie tylu monetek mierzi i nudzi, cycki na mnie czekają, a kartofle z omastą.
Sprzedanie strażnikowi bajeczki będzie wymagało udanego testu CH, a ponieważ nie chciałem za bardzo czekać z aktualizacją na nowe wpisy BG, postanowiłem poturlać za wszystkich, żeby było sprawiedliwie i wina za ewentualne trafienie do kozy spadła na wszystkich po równo. Współczynnik CH w przypadku Czegoja wynosi ...18. Naprawdę 18? Rzuciłem sobie 1k100 i wypadło 28. Niestety, test nieudany, ale dość niski, aby porażka nie przysporzyła złodziejowi wielkiego kłopotu. Swoją drogą, Czegoju, nie masz dla swojego złodzieja ani jednego wyuczonego zawodu? Teraz Nanatar i jego CH 105, wynik rzutu 84 (mało brakowało). I Milcarr z CH 40, wynik rzutu 51. To na bazie tych wyników powstała powyższa konwersacja!
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
Dzika knieja, 26 orakt-ran
Przerażające skowyty, chrząkania i wrzaski zalały niepodejrzewajacych zasadzki podróżnych. Pierwszą krew przelały sługi Morgilita. Z każdym świstem stali zieleń trawska i brąz błota zmieniał się w karmazynową czerwień. Młody sktrażnik przywykł do widoku krwi, w rynsztokach chłopskiego krocza był gotów poslac pocisk by zabić, tu na otwartym polu ilość celi przetłoczyła go, był odporny na wrzaski dziesiętnika i tumaniony całą sytuacją, wskoczył na wóz zacząwszy grzebać soć między plecakami.
Jest! Wrzasnął i prędko przełożył przed siebie swoją stalową tarczę, to był dla niego mur. W Ostrogarze miał multum ścian, zasłon, gzymsów, paczek, gratów, skrzyń, czy wyklinowych koszów. Te przedmioty były potencjalną osłoną. W gęstwienie musiał iprowizować a jedyną cywilizowaną osłoną był wóz. Teraz burta i tarcza była dla niego tarczą. Wiedział, że mógł polegać wyłącznie na kawałku stali od długości dwóch czy trzech stóp.
Momentalnie skierował tarczę w stronę z której dobiegł go najgłośniejszy skowyt. Przyparł ją ciałem do burty, umożliwiajac jej założenie zaraz po strzale. Nastepnie zaczął szybko nakręcać kołowrót kuszy by napiąć cięciwe i posłać pocisk. Karłowata zielona poczwara w brudnej postrzęponej skórzni wyglądła jak wrzut na futrze przerażającej włochatej bestii. Osliniony jęzor zwisał z brudnego pyska, nienaturalnie zaostrzone zęby zdobiły szalony uśmiech zielonoskórej kreatury. Jednak dla Eco to warg był bardziej niebezpieczny spowodu jego instynktu, instynktu do zabijania.
Dygoczącymi rekami szukał pocisku lecz kątem oka zobaczył, że goblin zamachał parzustymi stopami, wbijając pięty w podbrzusze stwora, ten tylko warknął i wyrywajac kępki trawy ruszył z rozdziawioną paszczą wprost na miejskich strażników!
Nie miał już czasu na szukanie bełtów. Wsunął rękę w tarczę i dobył miecz by zapewnić sobie choć odrobinę zasłony!
Przerażające skowyty, chrząkania i wrzaski zalały niepodejrzewajacych zasadzki podróżnych. Pierwszą krew przelały sługi Morgilita. Z każdym świstem stali zieleń trawska i brąz błota zmieniał się w karmazynową czerwień. Młody sktrażnik przywykł do widoku krwi, w rynsztokach chłopskiego krocza był gotów poslac pocisk by zabić, tu na otwartym polu ilość celi przetłoczyła go, był odporny na wrzaski dziesiętnika i tumaniony całą sytuacją, wskoczył na wóz zacząwszy grzebać soć między plecakami.
Jest! Wrzasnął i prędko przełożył przed siebie swoją stalową tarczę, to był dla niego mur. W Ostrogarze miał multum ścian, zasłon, gzymsów, paczek, gratów, skrzyń, czy wyklinowych koszów. Te przedmioty były potencjalną osłoną. W gęstwienie musiał iprowizować a jedyną cywilizowaną osłoną był wóz. Teraz burta i tarcza była dla niego tarczą. Wiedział, że mógł polegać wyłącznie na kawałku stali od długości dwóch czy trzech stóp.
Momentalnie skierował tarczę w stronę z której dobiegł go najgłośniejszy skowyt. Przyparł ją ciałem do burty, umożliwiajac jej założenie zaraz po strzale. Nastepnie zaczął szybko nakręcać kołowrót kuszy by napiąć cięciwe i posłać pocisk. Karłowata zielona poczwara w brudnej postrzęponej skórzni wyglądła jak wrzut na futrze przerażającej włochatej bestii. Osliniony jęzor zwisał z brudnego pyska, nienaturalnie zaostrzone zęby zdobiły szalony uśmiech zielonoskórej kreatury. Jednak dla Eco to warg był bardziej niebezpieczny spowodu jego instynktu, instynktu do zabijania.
Dygoczącymi rekami szukał pocisku lecz kątem oka zobaczył, że goblin zamachał parzustymi stopami, wbijając pięty w podbrzusze stwora, ten tylko warknął i wyrywajac kępki trawy ruszył z rozdziawioną paszczą wprost na miejskich strażników!
Nie miał już czasu na szukanie bełtów. Wsunął rękę w tarczę i dobył miecz by zapewnić sobie choć odrobinę zasłony!
Jedną ręką trzymam swój miecz! Drugą zaś dobywam tarcze do obrony. Pewnie była na wozie toteż będzie łatwiej. Zdejmę ją i się zasłaniam. Jeżeli mogę stanę plecami do wozu! Będę kreatywny, jeżeli, będę miał możliwość wskoczę na wóz, może będzie tam kusza, żeby chociaż posłać jeden pocisk
np. w plecy kapłana przy rzucie 99-100. (1) walcząc z wargiem używam powstrzymania, walcząc z goblinami używam młynka, jeżeli jest więcej niż 2 przeciwników. Natarcia użyję, jeżeli zostałem sam na sam. Strzelając z kuszy używam przycelowania. (2) jak trzeba będzie przeczołgam się pod wozem, albo uderzę tarczą, albo walne pięścią ^Boks. (3) Jak stracę tarcze dobywam nóż /EVILS/
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 12 grudnia 2017, 16:57 przez dretch, łącznie zmieniany 1 raz.
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
Nanatar
- Reactions:
- Posty: 641
- Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 155 times
- Been thanked: 116 times
Aż dziwne jak długo potrafię trzymać gębę na kłódkę, jeśli tylko ktoś grzecznie poprosi. Było to nawet miłe, mogłem wsłuchiwać się w odgłosy lasu, jeziora i te, które ten delikatny szept natury rozdzierał. Dziki ryk, jak daleko, kto, co ryczy? Potwór zaklęty w głuszy. Ależ żałowałem że nie zdołałem zabrać sieci z Burat-aru. Puste brzuchy, psuły i tak wątłe morale.
Słuchając leśnych melodii nie chciałem nawet grać na flecie. Gdy dotarliśmy do opłotek osady, nadzieje wypełniła serca, a głowy napełniły myśli o ciepłej strawie. Wyobraźnia igrała ze mną, podsuwając fantazje o pulchnej i chętnej kuchcie. Mlasnąłem jęzorem jakbym już ją przyciskał do gorącego pieca, nogę utopiwszy w wiadrze pełnym rzepy, kiedy uwalniałem ja w wyobraźni, ruch zgrał się z kopniakiem, którym poczęstowałem buraczanego kundla.
Negocjacje ze strażnikami sprowadziły nas z powrotem na Orchię. Zażądali wyjątkowo wygórowanej ceny za wejście do grodu. Nic dziwnego, pora była późna, a my mało przekonywujący, sam sobie nie wierzyłem. Kupiec drzewny Aszer odchodził, jak sen o poranku. Byłem teraz jednym z pięciu zmęczonych wędrowców. Na domiar złego, wszystkie miejscowe piękności były okupywane przez wojaków przy bramie.
Miętosiłem usta i język, ale brakowalo mi konceptu, jak rozmawiać z zbrojnymi.
Słuchając leśnych melodii nie chciałem nawet grać na flecie. Gdy dotarliśmy do opłotek osady, nadzieje wypełniła serca, a głowy napełniły myśli o ciepłej strawie. Wyobraźnia igrała ze mną, podsuwając fantazje o pulchnej i chętnej kuchcie. Mlasnąłem jęzorem jakbym już ją przyciskał do gorącego pieca, nogę utopiwszy w wiadrze pełnym rzepy, kiedy uwalniałem ja w wyobraźni, ruch zgrał się z kopniakiem, którym poczęstowałem buraczanego kundla.
Negocjacje ze strażnikami sprowadziły nas z powrotem na Orchię. Zażądali wyjątkowo wygórowanej ceny za wejście do grodu. Nic dziwnego, pora była późna, a my mało przekonywujący, sam sobie nie wierzyłem. Kupiec drzewny Aszer odchodził, jak sen o poranku. Byłem teraz jednym z pięciu zmęczonych wędrowców. Na domiar złego, wszystkie miejscowe piękności były okupywane przez wojaków przy bramie.
Miętosiłem usta i język, ale brakowalo mi konceptu, jak rozmawiać z zbrojnymi.
Jeśli nie ma sposobu, zbić tej ceny nie z tej ziemi, to pozostaje zapłacić.
A trzeba jeszcze dostać się na statek do stolicy i coś zjeść.
Jedyną pocieszającą myślą jest, że w zamieszaniu zapomnieliśmy zapłacić za jedzenie w Burat-arze.
Kiedy negocjacje zostaną zakończone, przysiądę na pobliskim pieńku i zagram coś do hulanki dla wojaków, niech przynajmniej oni się zabawią.A trzeba jeszcze dostać się na statek do stolicy i coś zjeść.
Jedyną pocieszającą myślą jest, że w zamieszaniu zapomnieliśmy zapłacić za jedzenie w Burat-arze.