Wóz raptownie zahamował, pozbywając się ze swego świata niepotrzebnego balastu, martwe ciała poszybowały na stragany sprzedawców szynki, komponując się z oferowaną przez tych padliną. Złote monety sypnęły na bruk jak perły przed wieprze, zaraz zbierane przez chciwą tuszę miejską.
Spostrzegłem wówczas, że nie tylko czas stał się drwiną bogów, ale i przestrzeń kompletnie oszalała. Mimo że chwilę temu walczyłem na wozie, teraz gnałem przez powietrze niczym pocisk z balisty wprost w ramiona opitego półolbrzyma. Uwolniwszy się z mocnego uścisku onego, rzuciłem się w wchciwą złotej ofiary mieszczańską ciżbę. Uratować co się da, tyle ran. Gdzie jest Milcarr?
Dzięki po trzykroć Surelionie,
Za cuda czasu, na walkę,
Dwuistnienie w przestrzeni,
Życie Milcarrra.
Zobaczyłem że ledwo stoi na nogach, wykrzywiając usta w tym samym szelmowskim uśmiechu. Grzechem byłoby zmarnować ofiarę, wbiegłem więc w tłum mieszczan schylający się po monety za które walczyliśmy.
-Wara chamy! Katański wydział zwalczania klątw i chorób magicznych. Won, bo się wam kutasy w jadowite węże zmienią.
-Nie strasz nie strasz, bo się zes.....-nie dokończył, bo silny cios precyzyjnie zakończył ruch na zębach i nosie wichrzyciela.
Krzyki i przestrogi popieram kopniakami i pięścią, oraz ostrzem miecza, płazem waląc co bardziej krnąbrnych z tłumu. Zamykam skrzynie żeby to co jeszcze w nich pozostało nie uciekło. Zrywam z ramion płaszcz, rzucam na bruk.
-ty, ty i ty wskazuję trójkę z tłumu, pozbierać mi te żółte krążki na płaszczyk, już ruszać się, jak was oklątwi to się tym kapłani zajmą.
Ewidentnie rozkaz zbierania złota powściągną ciżbę. Sami wskazani nie byli wcale chętni dotykać złota, którego i ja dotykać nie chciałem.
-Isztwan -zwracam się do Milcarra- możesz tym jechać? - stawiam na wozie zamknięte skrzynie, zawinięte w sieć i spostrzegłem że nie może, bo wóz na boku, konie zaś daleko.
-Wołaj straż szybko! -krzyknę do kogoś -A my Isztwanie prędko na posterunek.
Pokarzę Ślepakowi na migi, że trzeba się stąd jak najszybciej zbierać. Jeśli potrzebuje pomocy, użyję do tamowania ran swej jedwabnej koszuli. Jeśli trzeba, poturbuję kogoś z tłumu mocniej. W tej sytuacji jeśli znajdę swój miecz to nie pożałuję też ostrza. Ostatecznie sam pozbieram z grubsza złoto, spojrzę też za ciałami wrogów. Kiedy zbieram złoto, dyskretnie poczernię twarz. Nie zabieramy ciał bo nie ma jak, jeśli się uda to tyle skrzyń ile się da, mój miecz [koniecznie!!!], następnie do przystani i spróbuję zabrać jakąś łódkę.
-Śpieszmy się Isztwanie, czuję że klątwa zaczyna działać.
MG: fabularnie - spadłeś z wozu. Wylądowałeś na straganie. Poruszasz się pieszo, konie gdzieś pognały. Wóz jest przewrócony, a koń który do niego jest zaprzęgnięty krwawi i kona.