Lokacja - Sorte Kirke

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 09 kwietnia 2018, 17:37

Przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996

Myśli kotłowały się po głowie Westwooda niczym w porypanym mózgu Malakviana. Wydarzenia ostanich kilku sekund, słowa któe docierały do niego z róznych stron. Ledwo nadążał z ich analizą. Może gdyby był jakimś flegamtycznym angielskim gentlemanem z możliwością zatrzymywania czasu to wtedy może by wyrabiał. Dostrzegł też bardzo niepokojące go szczegóły. Karen nie dostała zwykłą kulką. Rany jakie odniosła nie były z tych jakie wampiry leczą w mgnieniu oka.

Jebaniutka twarda sztuka. Świnka ma jaja większe niż moje. Większość Krzykaczy po czymś takim pewnie już zapierdalałaby w szale... - pomyślał z uznaniem o dziewczynie. Jesli przyrównać go do Ray, którego kiedyś poznał i jego krótkiego bezpiecznika, to Karen była przy nim prawdziwą oazą stoickiego spokoju.

No i jej krew... Wsiąkła w bruk dziedzińca w nadnaturalnym tempie, jakby wciągana niewidzialną siła. Szczura przeszedł dreszcz tylko na myśl co mogła zbudzić. W końcu z grubsza miał pojęcie, że mogą tam być niezłe leszcze. Potworne oczy Szczura na ułamek sekundy spotkały się z pięknymi oczami Michelle. ALe te wyrażały strach, co tylko potwierdziło obawy Bradley'a. Nie wiedział, czy to strach czy nie, ale Michelle w końcu wykazała jakąś inicjatywę:

- Lepiej będzie jak się ujawnimy i powiemy Giovanni ze wzielismy ich za czlonkow Sabatu...

No to już jest coś... Ja bym kurwiarzy jeszcze przegadał, ale chyba mamy tu lekki "Houston we've got a pro", więc lepiej nie wyskakiwać z niczym

- Ta krew obudzila coś... - Michelle szeptała dalej: - Coś niewidzialnego i bardzo niebezpiecznego... ta krew sprawiła, że wrota można już otworzyć...

- Fuck... - zaklął Westwood. Nie było dobrze i nie zanosiło się aby mogło być lepiej. Giovani i dzieciarnia Algola mieli ich na talerzu, a tu jeszcze czekało ich coś gorszego.

- Ok zdejmę niewidzialność. Trzeba jakoś Karen ogarnąć, bo nie będzie z nią dobrze...

- Mogę jej pomóc, potrzebujemy krwi. Miała pecha, że akurat ona dostała taką kulą.

Nosferatu spojrzał na leżący na bruku pocisk i już domyślał się jaki niefart miała Krzykaczka. Ale i tak dobrze, że to ona oberwała, bo Szczura pewnie by zdrapywali z muru.

- Coś na to zaradzę może. Mam trochę zaskórniaków.

Potem zaczęła gadać Toreadorka z koterii Algola kończąc błagalnym okrzykiem

- Błagam was, nie róbcie niczego szalonego. Wystarczającym szaleństwem było podkradnięcie się, nie pogarszajcie sytuacji!

Kurwa mieli nas na widelcu. Wymiękła lasencja... Albo domyśla się, że tylko razem będziemy mogli stawić czoła temu co mówiła Michelle. - Słowa Isobell był jednak tym co ostatecznie przekonało Bradley'a żeby przerwać działanie dyscypliny.

I wtedy dopiero zauważył, że podczas gdy gadał z Tremereką, Galaktyka wyrwał się przed szereg z misją dyplomatyczną. Tyle, że bełkot jaki słyszał i wisienka na torcie w postaci pluszowego misia, tylko upewniały Westwooda (i zapewne nie tylko jego), że efekt może być odwrotny od zamierzonego...

Ja pierdolę, zaraz on go zastrzeli, będziemy mieli dwóch wyautowanych w koterii... I wtedy już po zabawie. Będzie dobrze jak samemu z tego wywinę o własnych nogach... - Bradaley niemal złapał się za głowę ze zgrozy, po czym szybko wycedził do Michelle:

- Michelle, zajmij się Karen, a ja... spróbuje załagodzić sytuacje bez misiów koala... - ruszył do przodu ostatecznie przerywając działanie dyscypliny. Wiedział, że po wstępie jaki zafundował koterii Kapitan, będzie to zadanie niemal przerastające możliwości Szczura. Ale w końcu jeśli potrafił zrobić w bambuko Anarchistów i bandę starego ghula, to może i da radę ze Giovanni...
Dobra, na razie tyle. Nie zaczynam jeszcze dialogu z nekromantą, bo nie wiem, czy MG nie zacznie tego co przeczuwa Michelle, a poza tym muszę dobrze przemyśleć czy podaruję Giovanni pluszaka, czy paciorki i lusterko :o
Post pisany we współpracy z MG
Ostatnio zmieniony 09 kwietnia 2018, 18:00 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 09 kwietnia 2018, 23:16

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
- Cretino - skomentował chłodno Scypione, przyglądając się Kapitanowi Galaktyce, z lodowatym spokojem.

Następnie pociągnął za spust.

Ciszę nocy rozdarł kolejny strzał, gdy ciężki pistolet plunął ogniem w rękach włoskiego mafiozo. Świr rzucił się na ziemię, starając się uniknąć fatalnego trafienia. Nie zdołał jednak być szybszy od kuli, która trafiła prosto między oczy... pluszowego misia. Pocisk w mgnieniu oka rozdarł zabawkę na strzępy. Tęczowe skrawki zasypały bruk i leżącą postać Kapitana Galaktyki.

- Stul mordę, bo następnym razem trafię w twój łeb, malkaviańska gnido - odezwał się Giovani z kamiennym spokojem, a jego twarz była równie pełna emocji, co stojący na cmentarzu nagrobek.
Spoiler!
Giovanni strzela i trafia cel za 4 sukcesy.
Kapitan Galaktyka Unika ST:8 = 1 sukces.

Obrażenia 3 + 8 = 11 obrażeń.

Kula zabija pluszowego misia na ŚMIERĆ.
Spoiler!
Giovanni użył Zastraszania. Za sytuację ma - 2 do ST w rzucie. Wypadają 3 sukcesy. Jesteś przerażony. Scypione dał ci do zrozumienia, że mógł zabić, ale tego nie zrobił. Nie podejmiesz żadnych działań przeciwko Włochowi.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 09 kwietnia 2018, 23:17

Przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996

W Westwoodzie zaszła spora przemiana od momentu gdy kończył mówić o "misiu koala". Przestał się głupkowato uśmiechać, wyprostował się i zdjął jasnoniebieską czapeczkę z daszkiem. Nawet ruszając w stornę Giovanniego jakby mniej utykał. Wiedział, że od "pana Scipione" dzieli go kilkanaście metrów od kowersacji, która może zaważyć o życiu Karen, Galaktyki, a być może w konsekwencji i swoim. Spojrzał po swoim ubraniu oceniając, że to nie najlpeszy outfit na mafijne pogaduchy, ale jak się nie miało co się lubi... A nie wypadało mu teraz strzelać innej, być może bardziej odpowiedniej maski tysiąca twarzy. Bradley oceniał, że rozmówca mógłby to odczytać jako kolejną próbę zniewagi, jakiej przed chwilą doznał od Malkava.

Bradley zwolnił na ułamek sekundy, jakby obawiając się wciąż, że Scipione nie poprzestanie na wyładowaniu gniewu na koali. Na szczęście Malkavian jeszcze cieszył się nieżyciem. Westwood dostrzegł szansę. Kiedy już zbliżył się na stosowną odległość, skłonił się lekko celem ukazania szacunku i zaczął mówić z nowojorskim akcentem (notabenne jego rodzinnym akcentem), który ma silne włoskie korzenie, gestykulując jak yankes z przodkami z Italii:

- Mr Scipione... Jestem Bradley Westwood krwi Nosferatu to chyba widać zresztą... i chciałbym wyrazić najgłębsze ubolewanie i przeprosić za infantylne zachowanie tego młodzika. Racz mu przebaczyć bowiem szaleństwo jakie ma we krwi przemawiało przez niego.

Widząc, że lufa Cassulla nie kieruje się po raz kolejny w stornę Kapitana, Bradley fuknął na Świra niczym ojciec karcący dziecko:

- Sprawdź czy cie nie ma za winklem! - potem kontynuował:

- Chciałbym w tym miejscu przeprosić za kolejne niefortunne nieporozumienie, do jakiego doszło. Wstyd przyznać, ale wzięliśmy pana i pana obstawę za sforę Sabatu, której się to spodziewaliśmy w tę noc, a nim dosłyszałem włoski język, było już za późno i pan Algol zdołał zapewne przedstawić nas w niecnym świetle co też przyniosło konsekwencje jakich wolę nie przywoływać powtórnie.
OD MG:
Każdy z was zauważa że postawa Nosferatu zmieniła całą sytuację skutecznie rozładowując nerwową atmosferę. Jego słowa wydają się na miejscu.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Klaus, Morten, Isabela, trzech bezimiennych Giovani

Gohan
Reactions:
Posty: 81
Rejestracja: 29 listopada 2016, 15:24

Post autor: Gohan » 09 kwietnia 2018, 23:33

[center]Przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
Mieliśmy być niewidzialni - zdążyło jej przemknąć przez głowę, gdy widząc wyciągniętą w ich kierunku broń, stanęła tak by zasłonić padającą na ziemię Czarodziejkę.
Po tym stało się coś niewyobrażalnego, bo szansa na trafienie była tak absurdalna, że zgromadzone wampiry powinny nie mieć wątpliwości, że są przeklęte.

Karen początkowo poczuła tylko ukłucie, ale gdy kula wychodziła z tyłu jej ciała wyrywając kawał mięsa zaczęło docierać do niej coś więcej, coś o niebo gorszego. Czuła nie tylko ściekającą wewnątrz kurtki na bok gęstą juchę, ale palący ból sprawiający, że pociemniało jej przed oczami, a z jej ust wydobył się potworny krzyk.

Niewidzialność prysnęła i wszyscy zobaczyli jak dziewczyna przyklęknęła wyhamowując odrzut, po czym wyprostowała się ponownie lekko zataczając i odruchowo łapiąc za ramię.

Wyglądała zupełnie inaczej niż poprzedniego wieczora. Fryzurę, makijaż, biżuterię i sukienkę zastąpiły prosto związane włosy, wygodne, solidne buty za kostkę, spodnie z pozoru wyglądające na zwykłe, dość szerokie dżinsy z dużą ilością kieszeni, czarno-żółta kurtka motocyklowa, wzmacniane rękawice, słuchawka w lewym uchu i duży czarny plecak z jakimiś naszywkami. Mimo że wszystko to sprawiało, że straciła nieco na wyglądzie, to jednak dało się odnieść dziwne wrażenie, że pasuje do niej znacznie lepiej niż strój wieczorowy.

Tyle że w tym momencie nikt raczej nie zwracał uwagi na to w co Karen była ubrana. Straszliwy grymas, który pojawił się na jej twarzy, pustka w oczach oraz szybko cichnący krzyk, który przeszedł w coś w rodzaju warczenia skutecznie odwracał od tego uwagę.

Tymczasem ona przez moment, który wydawał się wiecznością czuła, że jej ciało płonie. Początkowo miała ochotę zacząć rozrywać kurtkę i własne ramię by pozbyć się palącego cierpienia. Jednak to uczucie szybko zmieniło się w coś innego, coś co sprawiało, że nadal miała ochotę rozrywać, ale już nie siebie, a wszystkich wokół. Przed oczami miała czerwone plamy, ale gdzieś między nimi przewijały się postacie, które zaraz miały zapłacić za to co się stało.

Na strzępy... Rozerwę na strzępy... Zatłukę...

Stojący naprzeciwko niej widzieli jak jej oczy zwężają się złowrogo, a w lekko uchylających się ustach błyskają wysuwające się kły. Brujah przekrzywiła głowę jakby próbując poprawić kąt widzenia i przez moment byli pewni, że się na nich rzuci.

Palący ogniem ból pozwolił jej jednak na uchwycenie się prostej myśli, która skutecznie zagłuszyła podpowiedzi próbującej zerwać się z łańcucha bestii.

Coś jest nie tak. Czemu to tak boli? I czemu słyszę warkot?

Potrząsnęła głową i zamrugała oczami jakby spodziewając się dostrzec jakiś przejeżdżający obok motocykl. Pojazdu jednak nigdzie nie było. Przed nią za to był Giovani, który zbliżał się powoli. Chwilowa dezorientacja, której nie mogła się pozbyć czując kolejne fale bólu przechodzące przez jej ciało sprawiła, że wypowiadane słowa zarówno ze strony jej towarzyszy, jak i drugiej nie docierały jeszcze do jej głowy, wciąż mieszając się z losowymi wyrazami jak "rozerwę", "zabiję", "rozszarpię".

W ten sposób kilka rzeczy zdążyło się wydarzyć zanim tak naprawdę ruszyła się z miejsca, ale gdy to zrobiła nie obchodziło jej zbytnio nic poza gościem z pistoletem, który sprawił jej tyle cierpienia.

Wciąż zaciskając szczęki zrobiła kilka kroków zupełnie nie przejmując się Nosferem, który próbował coś mówić. Spojrzała wprost na Scipione i gdy tylko ich oczy się spotkały, nie chowając kłów powiedziała:

- Nie chcieliśmy was ruszać, bo nie jesteście z Sabatu, ale jak nie chcesz mi teraz za to - ścisnęła wymownie własne ramię - zapłacić to stąd wypierdalaj.

Kończąc mówić syknęła na niego, a na jej twarzy i w jej oczach błysnął ostatni ślad opanowanej tymczasowo bestii.
Spoiler!
Test Prezencji zdany z 1 sukcesem. Giovanni opuści broń i cofnie się jeden krok w tył.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, trzech Giovani, Cezar
Ostatnio zmieniony 10 kwietnia 2018, 15:36 przez Gohan, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 10 kwietnia 2018, 12:47

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
Karen zasyczała niczym rozwścieczona puma, odsłaniając długie kły. Na ten widok Scypione cofnął się o kilka kroków. Spajająca jego rysy maska spokoju pękła i na twarzy Giovaniego pojawił się wyraz wahania. Jego dłoń zadrżała lekko, gdy w końcu, jakby wbrew sobie, opuścił broń.

Przez chwilę na dziedzińcu kościoła zapadła martwa cisza. Włoch wpatrywał się w stojących naprzeciwko niego członków Camarilli, najwyraźniej rozważając dostępne opcje. Karen stała przed nim, gotowa do działania, pomimo ran jakie odniosła. Zarówno Bradley jak i Michelle modlili się w duchu by to działanie nie było konieczne i by całą sprawę udało się załatwić bez dalszego rozlewu krwi. Kapitan Galaktyka leżał wśród strzępków swego pluszowego przyjaciela, bojąc się unieść głowę. Członkowie koterii hrabiego oglądali ten spektakl beznamiętnie i jedynie Isabela wydawała się szczerze wszystkim zatroskana.

Scypione otworzył usta, chcąc coś powiedzieć. Nikt jednak nie dowiedział się nigdy, co, bowiem w tym momencie...
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 10 kwietnia 2018, 12:47

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
[center]Podkład: Engill Ljssins[/center]
- Ofiara została spełniona - odezwał się niespodziewanie Algol, a jego głos był czysty i dźwięczny, niczym dzwon zatopionego miasta, które raz na tysiąc lat wznosi się ponad fale mrocznego morza. Ten fakt, oraz niepokojące znaczenie słów czarownika, sprawiły, iż wszyscy obecni spojrzeli na niego z zaskoczeniem.

- Krew zbudziła mrok za zasłoną. Wrota są teraz otwarte - Nie poruszając się wskazał ręką budynek Sorte Kirke. W istocie bowiem przez cały czas wpatrywał się w krew Karen, znikającą wśród kamieni. A na jego twarzy malował się dziwny wyraz, będący mieszaniną grozy i fascynacji.

Tak naprawdę słyszał swój głos jakby z wielkiej oddali. I dopiero po chwili zorientował się, że to jego własne słowa. Patrzył na krew córki Kaina, która przeciekała przez zasłonę, zmieniając się w żywą ciemność - broczące niebytem rozdarcie w rzeczywistości. Ta ciemność nie miała dna i rozszerzała się niczym przepaść, poza kres czasu i przestrzeni. Tą ciemność dzieci stworzenia zwały Otchłanią - miejscem, w którym rozum i duch przestawały istnieć.

A jednak, przecież w mroku coś ŻYŁO...

Zdał sobie sprawę, że już od dłuższej chwili stoi z wyciągniętą ręką, wskazując kościół. Odwrócił więc głowę, podążając spojrzeniem za własnym gestem. Budynek Sorte Kirke widziany w perspektywie Umbry zdawał się gigantyczny. Na zewnątrz obejmowały go wzorce tkaczki, wezbrane niczym wyrastające z gruntu skały. Pnąc się w górę jednak stawały się coraz bardziej niestałe, efemeryczne, postrzępione. Jakby to, co było w środku wypaczało ich strukturę, zmieniając je w przeżarte entropią pasma.

[center]Obrazek[/center]
Wewnątrz tętniła ciemność. Widział ją teraz. To, co wiło się w mroku, krzyczało za granicami snów... Wiecznie głodne, wiecznie nienasycone... Widział macki, zmieniające formę i oślepłe twarze, kiełkujące w czerni, gdy próbowała przyjąć jakieś oblicze. Każda z nich była jednak jedynie kolejną maską, próbującą przesłonić to, co niewypowiedziane. I każda pożerana była ponownie, tonąc w odmętach nocy, starszej niż czas.

[center]Obrazek[/center]
Ta nieustanna męka, stawania się i konsumowania samego siebie zafascynowała go na chwilę, sprawiając, iż zgroza widoczna na jego twarzy zastąpiona została niemal religijnym uniesieniem. Wiedział jednak, że nie może zdradzić potomkom Kaina tego, co dane mu było ujrzeć. Ci, którzy nie potrafili przyjąć łaski bólu, odczuli by na ten widok jedynie strach...

- Pożeracz Dusz - wyszeptał zbielałymi wargami. - Oto rozwarły się Bramy Otchłani...

Jakby w odpowiedzi na słowa czarownika, w górze rozległo się pojedyncze uderzenie dzwonu. W powietrzu załopotały skrzydła spłoszonych ptaków, zrywających się z dachu dzwonnicy. W ciemności krzyknęły zbudzone gołębie, zawtórowało im ochrypłe krakanie kruka.

Niespodziewanie drzwi Sorte Kirke otworzyły się z trzaskiem, uderzając o kamienne ściany. Ze środka wystrzeliła ogromna, czarna macka, wijąca się niczym żyjący koszmar. W mgnieniu oka pełzająca okropność dopadła stojącego najbliżej Gustavo Giovani, oplatając go w pasie, po czym bez wysiłku wciągnęła do wnętrza budynku, w mrok... Przeraźliwy wrzask Włocha trwał jeszcze przez chwilę, po czym urwał się nagle, ucięty tasakiem śmierci. W chłodnym powietrzu rozległo się kolejne uderzenie dzwonu...

- Teraz zechce pożywić się... - powiedział spokojnie Algol.
Oczywiście to, co widoczne jest w umbrze (mroczna wizja kościoła i ciemności wewnątrz), widzi tylko Algol. Jednakże mackę porywającą Giovaniego widzicie wszyscy.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 10 kwietnia 2018, 15:11

Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996

Nerwowy pat dyplomatyczny, balansująca na krawędzi szału Karen nagle znalazły się w spektrum bardzo odległych i mało istotnych problemów.

O ja pierdolę... Grubo... - zaklął w myślach Westwood, intuicyjnie cofając się kilka kroków, widząc coś co było tak nieprawdopodobne, że nawet nie miał stuprocentowej pewności czy była to pieprzona halucynacja, iluzja Ravnosów czy koszmarna rzeczywistość.

- Nie chciałbym być niekulturalny seniore Scipione, ale chyba widział pan to co ja? - zapytał w zasadzie retorycznie, bo nie sposób było nie dostrzec ogromnej macki i i nie dostrzec agonalnego wrzasku nieszczęśnika wciągniętego nieznaną siła do wnętrza Sorte Kirke. Nie spuszczając wzroku z kościoła podał Krzykaczce wyciągnięty spod dresu spray, mówiąc spokojnie i śmiertelnie poważnie:

- Karen, spryskaj tym rane i wszystko co masz brudne od krwi. Powinno zabić woń vitae. Będzie bolało... - ostrzegł, dodając: - I módl się, żeby to coś nie miało pieprzonego szóstego zmysłu, bo chyba jest głodne.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Klaus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar

zmarly
Reactions:
Posty: 239
Rejestracja: 10 maja 2015, 20:56

Post autor: zmarly » 10 kwietnia 2018, 15:18

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Wyciągnięcie broni przez Giovanni zdziwiło Clausa - spodziewał się nieco więcej taktu ze strony mafii. Niemniej sam broń zrobiła na nim takie wrażenie, że aż gwizdnął pod nosem z podziwu. Po czym zorientował się, że broń została wycelowana w kierunku koterii. Zapobiegliwie odsunął się o mały krok upewniając jednocześnie, iż nikt z koterii nie stoi w linii strzału. początkowo chciał osłonić Algola, ten jednak sam się odsunął. Jednocześnie pamięć mięśniowa zrobiła swoje. W ułamku sekundy nogi ugięły się w kolanach z delikatnym wykrokiem lewej stopy, ręka zaś powędrowała w tak bardzo znajome miejsce szukając wsparcia zimnej stali.

Hrabia zagrał ryzykownie i medyk o tym wiedział, choć nie posądzał go o takie manipulacje. Ryzyko jednak się opłaciło - widok zakrwawionej Brujah uspokoił dzikusa. Wiadome było jedno - osłabienie konkurencji zawsze działało na jego korzyść, postanowił zatem bez słowa rozwijać się dalej przedstawieniu. Kto wie, może Sycylijczycy jeszcze bardziej się rozkręcą i będzie z głowy jeden problem?

Następne, co zaskoczyło kainitę było wystąpienie Kapitana. Wiedział co prawda, że ten klan jest szalony, ale nie spodziewał się, iż w tak dużym stopniu. Postanowił zatem się nie przejmować bełkotem Malkaviana szczególnie po uwadze o rzekomym wyciągniętym sprzęcie. Może się nawalił? Ale przed robotą? Idiota... Za głupotę jednak się płaci - ledwo skończył w swej głowie tę myśl, a kolorowy miś właśnie zamienił się w obłoczek. Cholera, nie trafił. Może się poprawi? Jednak ponowny strzał nie nastąpił.

Johansen miał nadzieję na wzajemne wyeliminowanie się dwóch grup, niestety ten plan pokrzyżowała wypowiedź Bradley'a. Może jeszcze trafi się okazja na wyeliminowanie oponentów, pocieszył się w myślach.

Pyskówka Karen w kierunku Scypione mogła zrobić wrażenie na Włochu, ale z pewnością nie na żołnierzu. Niemniej nagła wypowiedź hrabiego i owszem. Claus zwrócił głowę w kierunku wskazanym przez Algola i ujrzał otwierające się wrota kościoła. Wyłaniająca się z wnętrza czarna niczym najciemniejsza noc macka nie była tym, czego się Gangrel spodziewał. Tym bardziej to, co się potem stało z drugim z Giovanni. Odruchowo złapał czarownika i zaciągając go w najbliższe schronienie krzyknął do Brujah:

- Morten, bierz ją i kryć się!

Sam nie sięgnął po broń przeczuwając, że na wiele się tutaj nie zda.A reszta jak ma ochotę, niech stoi i zdycha, będzie nawet łatwiej
Claus zaciąga Algola w jakieś bezpieczne miejsce (grubsze drzewo/drzewa, głaz, fragment muru) i przygotowywuje się mentalnie do walki.
Jeśli coś spróbuje ataku w ich kierunku, odpala pazury i przyjmuje atak na siebie.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
Ostatnio zmieniony 10 kwietnia 2018, 16:09 przez zmarly, łącznie zmieniany 1 raz.
---

If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.

Mystic
Reactions:
Posty: 155
Rejestracja: 31 stycznia 2016, 16:36

Post autor: Mystic » 10 kwietnia 2018, 22:05

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Na słowa medyka w okamgnieniu porwał Isabel i przerzucił ją przez ramię. Lewą ręką przytrzymywał Torreadorkę, a w prawej dzierżył pistolet gotowy do strzału. Spiesznym truchtem podążył do reszty ekipy, byle dalej od tych przeklętych wrót od Sorte Kirke!

Gdy tylko odstawił ją na ziemię, przykucnął i schował broń do kabury. Co jak co, ale czegoś takiego się nie spodziewałem... Kors i roven! Już prędzej uwierzyłbym w armię szkieletów niż upiorną mackę z ciemności!

...mimo wszystko dłoń pozostała na broni, gotowa by w dowolnym momencie błyskawicznie jej dobyć. Lewą ręką odszukał ostrze sporządzone przez hrabiego. Odsunął wierzchnią warstwę odzieży by zapewnić sobie szybki dostęp.

Choć wszystko było dziwaczne i popieprzone, to on czuł głód. Głód przygody i nieznanego, obietnicę rywalizacji, obietnicę walki. Choćbym nawet miał tu zginąć, to chociaż dobrze się zabawię. A "zabawki" miał niczego sobie, w sam raz na imprezę ostateczną.
Morten zachowuje najwyższą czujność, a broń w pogotowiu. Kuca, by być trudniejszym celem. W razie czego broni lub zasłania Isabel, której też dał znak ręką by nieco się "przypłaszczyła".
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
Ostatnio zmieniony 10 kwietnia 2018, 22:33 przez Mystic, łącznie zmieniany 1 raz.
"Kors i roven" - bo czemu by nie obrazi? kogo? jednocze?nie profanuj?c krzy?? - Morten Madsen

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 11 kwietnia 2018, 09:16

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
Nikt nie był dostatecznie przygotowany na to co miało dopiero nadejść. Już na samym początku tajemnicze i jak się przed chwilą okazało - także nad wyraz niebezpieczne miejsce, postanowiło sprawdzić przygotowanie swych gości. Księżyc w pełni wisiał nad dziedzińcem, przyglądając się dzieciom Kaina wkraczającym w prawdziwy świat mroku. Sotre Kirke otworzyło swe podwoje, a samotny wrzask Gustavo, stał się już tylko cieniem w umysłach i sercach nieumarłych. Wszyscy bez wyjątku zaczęli czuć bliskość śmierci. Powietrze zdawało się gęstnieć i nawet wiatr, wstrzymał swój oddech. Trzecie uderzenie dzwonu sprawiło, że zapach świeżej grobowej ziemi wypełnił nozdrza Spokrewnionych.

Po chwili zaskoczenia, Kainici rozbiegli się po dziedzińcu niczym spłoszone kolorowe ptaki. Morten złapał Isabel i z łatwością przerzucił ją przez prawe ramię. Gangrel pchnął czarownika ku najbliższej osłonie, rozglądając się w poszukiwaniu zagrożenia. Bradley podał Karen zmywacz zapachu, lecz ta nie użyła go od razu. Również była czujna i gotowa na wszystko. Kapitan Galaktyka zaczął iść w kierunku Kościoła, jak gdyby nic się nie stało. Głowę trzymał jednak nisko, robiąc wszystko, aby trzymać się jak najdalej od Scypiona.

Algol obserwował świat duchowy, którego widok zdawał się całkiem pochłaniać uwagę czarownika, jednakże odpowiednia argumentacja, w postaci Clausa, skutecznie odwiodła go od wejścia. Pozostała dwójka Giovanni, również zrobiła kilka kroków w tył oddalając się od drzwi Sorte Kirke. Michelle wypowiedziała jakieś dziwnie brzmiące słowo, którego znaczenia nie domyślał się nikt wokoło. Cezar natomiast opierał swe plecy o ścianę, również uważnie obserwując okolicę i zabierając się za realizację swoich planów.

[center]Muzyka: You All Going To Die Down Here[/center]
Tan chaos w ciągu kilku sekund przerodził się jednak w koszmar. Gęste powietrze przyjęło nagle postać mlecznobiałej mgły, która ograniczyła widoczność do dwóch metrów. Nie wiadomo skąd, rozległy się przerażające krzyki i zawodzenia cierpiących, oraz dźwięki wleczonych po bruku łańcuchów. Słuchawka będąca w uchu Mortena, Isabelli i Klausa wydała świdrujący pisk, sprawiając że cała trójka złapała się za ucho, a następnie zerwała urządzenie rzucając je na ziemię. Wtem Scypione podniósł swego casulla, wycelował w plecy ogłuszonego Brujaha i wypalił. Gdyby nie kamizelka kuloodporna, metalowiec znalazłby się w poważnych kłopotach. Miękki srebrny pocisk rozpłaszczył się jednak na pancerzu. Wszakże sama siła broni była potężna. Uderzenie złamało żebro Kainity i zmiażdżyło tkankę dookoła niego.

Zaskoczony Claus próbował zareagować na to, co robi Giovanni, gdy wtem coś niewidzialnego uderzyło go prosto w twarz. Uderzenie było tak potężne, iż z łatwością powaliłoby każdego na ziemię. Każdego, ale nie Clausa. Gangrel przyjął cios, odchylając się jedynie lekko i zachowując równowagę. Warcząc, otarł krew z rozbitego nosa. Nagle jednak latarka, którą miał przy pasie, wybuchła niczym petarda. Algol z niewiadomych przyczyn stracił przytomność i upadł bezwładnie na bruk, niczym marionetka, której ktoś odciął sznurki.

- Merda!* Spektry! - krzyknął Oscar Giovanni, wskazując ręką całą okolicę.

Scypione zaklął coś pod nosem, gdy nagle jakaś niewidzialna siła podcięła mu nogi, skutecznie pozbawiając stabilności. Włoch upadł na ziemię uderzając prawym bokiem twarzy o bruk.

- Sti cazza!** Zrób coś!- jęknął.

- Za dużo! - zawołał Oscar machając rękami. Po chwili jednak skupił się, wykonując jakieś nieco bardziej zborne gesty i mamrocząc coś pospiesznie.

[center]Obrazek[/center]
Kapitan Galaktyka próbował podejść bliżej wejścia, gdy nagle coś niewidzialnego porwało go w powietrze i rzuciło niczym szmacianą lalką w stronę najbliższych krzewów. Pech chciał, że pośród kęp młodej pokrzywy i bylicy znajdowały się resztki metalowego ogrodzenia, oddzielającego ongiś cmentarz od pozostałej części dziedzińca. Malkavian poczuł rozdzierający ból, gdy metalowe pręty przeszyły jego brzuch i klatkę piersiową. Krew trysnęła z rany Świra, upadając na przeklętą ziemię, gdy ten zawisł na pordzewiałym płocie niecałe dwa metry nad ziemią. Szarpiąc się, niczym nabita na harpun ryba, zawył z bólu, nie do końca właściwie wiedząc, co się stało.

Bradley był przerażony, instynkt przetrwania działał jednak u niego bez zarzutu. Szczur padł więc na ziemię, gdy tylko usłyszał kolejny strzał. Dźwięk łańcuchów stawał się nie do zniesienia, a cała okolica zaczęła przypominać sceny z najgorszego koszmaru. Zorientował się, że nie jest w stanie odróżnić, które z wrzasków pochodzą z zaświatów, które zaś od pozostałych nieumarłych. Zresztą, nie zastanawiał się nad tym zbyt długo, gdyż i jego dopadło. Coś rzuciło nim w powietrze, kilka metrów w górę, pozwalając mu odkryć, że gęsta mgła znajduje się nawet na dużej wysokości. Upadek trwał jednak o wiele dłużej, niż Bradley by sobie tego życzył. Gęsty, biały opar, który rozciągał się wokoło sprawiał, iż nie mógł się oprzeć wrażeniu, że spada w jakąś bezdenną otchłań. Po kilku sekundach jednak jego ciało uderzyło ciężko o bruk dziedzińca.

Karen ponownie poczuła przeszywający ból, który sprawił, że osunęła się na kolana. Rana na jej ramieniu trysnęła krwią, a z jej wnętrza wychylił się płaski łeb węgorza. Stworzenie miało zęby ostre, jak brzytwy. Mimo bólu i zaskoczenia dziewczyna podjęła walkę z przeciwnikiem, starając się chwycić go pod skrzelami i wydostać z ciała. Ten jednakże wił się z zadziwiającą zwinnością, unikając prób schwytania. Nie miał oczu. Na jego skórze Brujah mogła dostrzec rozbryzgi własnej krwi i fragmenty tkanki.
Isabela wydała z siebie wysoki krzyk, widząc co dzieje się z Clausem. Oczy Torreadorki zrobiły się wielkie niczym szklane kule.

Przerażenie wypełniało je bez reszty. Nagle jednak poczuła straszliwy ból, który sprawił, iż upadła na kamienie dziedzińca. Cierpienie wypełniło jej zmysły na kilka chwil, przysłaniając wzrok czerwoną mgłą bólu. Wijąc się, próbowała uciec od niego, jednak bezskutecznie. Dopiero po chwili zrozumiała, iż coś pełza pod jej skórą, próbując przebić się na zewnątrz. Czuła wyraźnie wijący się, obrzydliwy ruch, który nie tylko przysparzał jej bólu, lecz także wywoływał u niej mdłości. Ze zgrozą spojrzała na własne ciało. Falujący ruch widoczny był nawet przez materiał ubrania. Nagle z jej ciała trysnęła krew. Degeneratka załkała spazmatycznie, widząc, jak z otwartych na jej ciele ran wypełzają olbrzymie czerwie. Ich żuwaczki poruszały się bezmyślnie, gdy robactwo przegryzało się przez skórę i odzienie, próbując się uwolnić.

Cezar w tym momencie wyjrzał zza węgła odkrywając, że mgła skutecznie ogranicza widoczność. Nagle Malkavian poczuł ostry ból, spowodowany niewielkimi wyładowaniami elektrycznymi jakie uderzyły w jego ciało. Ich siła skutecznie sparaliżowała mięśnie ograniczając możliwości mobilne. Jednak to nie było największym problemem. Tuż nad jego głową coś huknęło potężnie. Ogromny kawał starego muru oderwał się od reszty budynku i spadł prosto na Spokrewnionego. Ważące około ćwierć tony kamienie posypały się, miażdżąc go niczym plastelinowego ludzika. Głuchy jęk przez ułamek sekundy dobył się spod gruzów, a następnie całkiem zamilkł.
Na razie MG nie poinformuje Was jakie odnieśliście rany, ale prosi o wczucie się w postacie i opisanie odegranych scen. Sigil też dowie się wtedy, co dzieje się z jego postacią. Reszta na razie nie widzi żadnych przeciwników, najwyżej cienie we mgle, które znikają po chwili.

Informacje techniczne (obrażenia etc.) podam w kolejnym poście.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
* wł. Gówno!
** wł. Jebać to!
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Fobetor
Reactions:
Posty: 106
Rejestracja: 24 marca 2016, 11:03

Post autor: Fobetor » 11 kwietnia 2018, 09:29

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Świr stał wpatrując się w Salomona po wypowiedzeniu słów. Wszystkie mięśnie były gotowe do działania. Zmysły wyostrzone skupione na swoim rozmówcy. I nagle wystrzał. Kapitan rzucił się na ziemie tak szybko, jak tylko mógł, w locie ujrzał jak kula trafia jego przyjaciela rozrywając go na kawałeczki. Kapitan padł na ziemie przerażony, nie mogąc się poruszyć przez dobrą chwile.

Mój przyjacielu z niebios, co wskazujesz drogę nie opuszczaj mnie, nie chciałem twej śmierci.

Oczom Kapitana Galaktyki ukazał się wielki duch gwiezdnego misia, który przemawiał tylko do niego.

- Moje zadanie dobiegło końca, więcej cie już nie ochronie, ale zawsze będę ci towarzyszyć w podniebnych przygodach. Zawsze wskaże ci drogę, tak jak robiłem do tej pory. Wystarczy, że spojrzysz w niebo. Moja ofiara była potrzebna i nie poszła na marne. Pamiętaj kim jesteś. - Po tych słowach, duch zamienił się w niedźwiedzia i powędrował w niebo, do gwiazd. Do układu małej niedźwiedzicy.

Kapitan usłyszał prychnięcie Deadpoola. Który próbował dogadać się z Grundym. Patrzył jednak na swojego przyjaciela, który odchodzi jak przystało na bohatera. Patrzył w niebo.

- Pamiętaj kim jesteś i do czego zostałeś stworzony. - Rozbiło się echo słów misia w czaszce Świra.

Jestem Kapitan Galaktyka,
przemierzam światy jak kometa.
Będę dążył do równowagi wszechświata.
Uczynię świat lepszym niż teraz jest
po to w końcu mam w sobie marsjańską krew.


Skup się musisz wytężyć zmysły teraz w końcu Legion Zagłady ma tu jeszcze przyjść. Nie możesz być zaskoczony.

W tym jak Malkawianin skupił się na otoczeniu. Wielka macka wystrzeliła z kościoła i zabrała jednego z pomniejszych Salomonów. Słyszał dogłębnie jego przerażenie i strach a potem, już tylko cisze.

No takich rzeczy obawiać się można w kościele. O takie rzeczy jak macki pytałem Zatanne i nie dostałem odpowiedzi. Widać to miejsce jest bliższe kosmosowi niż można by się zdawać. Między młotem a kowadłem. Jestem ja Kapitan Galaktyka .

Świr wstał i zaczął zmierzać w stronę drzwi kościoła. Nie chciał przy tym, spotkać się ze wzrokiem Salomona. Uderzył wtedy trzeci raz dzwon. Koszmar się zaczął. Tajemnicze zaklęcie, Zatanny, strzały, gęsta mgła sprawiająca, że było się samemu pośród panującego horroru. Nim Kapitan Galaktyka dobył swej broni było już za późno. Tajemnicza siła porwała go w powietrze, przez co stracił orientacje. Następnie cisnęła go w krzaki, z których wyrastały pręty, nabijając go tym na pal. W olbrzymim szoku Kapitan Galaktyka chwycił dwa pręty które wystawały mu z klatki piersiowej. Próbując wszystkich sił podnieść się, lecz bez skutku. Czół jak krew cieknie po jego czarnym płaszczu znikając we mgle i bujnej roślinności. Krzyki, łańcuchy dobiegały z wszelkich stron. Kapitana ogarnęła na chwile niemoc. Sam nie wiedział, czy większy jest strach, że jego towarzysze zginą czy ból wypływający z jego klatki piersiowej. Powtarzał sobie więc motywującą pieśń.

- Jestem Kapitan Galaktyka.
Przemierzam światy jak kometa. - Kaszel krwi
- Będę dążył do równowagi wszechświata.
Uczynię świat lepszym niż teraz jest
po to w końcu mam w sobie marsjańską krew.
Nie zginę tutaj!
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
Ostatnio zmieniony 11 kwietnia 2018, 10:58 przez Fobetor, łącznie zmieniany 1 raz.

Gohan
Reactions:
Posty: 81
Rejestracja: 29 listopada 2016, 15:24

Post autor: Gohan » 11 kwietnia 2018, 16:35

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
Widząc jak Scipione traci opanowanie i opuszcza broń poczuła lekką satysfakcję. Zemsta, o której teraz myślała, zaczęła spełniać się szybciej niż sądziła, bo nawet nie zdążyli wypowiedzieć kolejnego zdania, a już wielka macka porwała towarzysza Giovaniego i wciągnęła go do środka otwartego wreszcie kościoła. Nie było to jednak coś co ją ucieszyło. Wręcz przeciwnie widok czegoś tak dziwnego sprawił, że spięła się jeszcze bardziej.

A niech mnie, co to jest...

Nawet nie wyciągnęła ręki w kierunku podawanego jej przez Bradleya sprayu, bo wydawało jej się to tak nie w czasie, że całkowicie to zignorowała. Zamiast tego odruchowo cofnęła się od wejścia starając znaleźć bliżej Michelle i obserwowała wszystko uważnie spodziewając się ataku z każdej strony. A przynajmniej starała się to robić do momentu, gdy kolejna fala bólu przeszyła jej ramię sprawiając, że grunt uciekł jej spod stóp. Wzmocnienia spodni na kolanach sprawiły, że nawet nie poczuła, że już klęczy, zresztą miała gorsze problemy, bo gdy spojrzała na własną ranę zobaczyła następną niesamowitą rzecz. Odruchowo zaczęła próbować schwytać wystającego z jej ciała węgorza, ale potworne stworzenie wiło się niesamowicie, skutecznie unikając jej chwytu.

Koncentrując się głównie na tym by pozbyć się paskudztwa powodującego dalsze cierpienie, którego na tę noc miała już serdecznie dosyć, tylko kątem oka starała się odnotować co działo się wokół. A ponieważ dla niej absurd tej sytuacji był zdecydowanie za wysoki, zaczęła się zastanawiać czy to na pewno nie jakieś halucynacje wywołane szokiem.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 12 kwietnia 2018, 09:07

Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996

Huk drugiego wystrzału przebrzmiał echem przez całe przeklęte wzgórze. Biegł w poprzek, przecinając okalające kościół ruiny, odbijając się od wiekowych grobów o połamanych płytach i mknął dalej w kierunku jeszcze starszych pogańskich świętych miejsc aż zniknął rozbijając się ostatecznie w pobliskiej gęstwinie. Wprzódy kalając swym brzmieniem nabożną ciszę tego mrocznego miejsca.

Strzały to wszystko... jakieś takie niestosowne. Niepotrzebne. Co oni tam wyrabiają... Na bogów, przecież... Hic vivi taceant. Hic mortui loquuntur.*

Dziwne, zimne mrowienie wibrowało delikatnie w koniuszkach palców Cezara i do tego to dziwne cierpnięcie skóry na karku. Oddech śmierci która dyszała mu za plecami przypominając, że tak naprawdę jej nie uciekł. I że już niedługo być może zaraz po niego... Zawsze kiedy TO czuł, za chwilę było źle. Bardzo źle. Potarł kark chcąc pozbyć się tego bijącego chłodem oddechu kostuchy. Nadaremnie.

Nie wytrzymał. Zaczął podczołgiwać się w kierunku krawędzi ruin by wyjrzeć zza węgła. Cicho i bardzo powoli. Pies też był coraz bardziej niespokojny ale Cezar zbył go gestem ręki, nawet nań nie zerkając. Dziwna świdrująca cisza zapadła naraz w okolicy w nienaturalny sposób obejmując we władnie cały dziedziniec. Jakby przeklęte miejsce postanowiło zassać wszystkie dźwięki zostawiając jedynie matowy bezdech. Pies zerwał się na raz z trawy, ujadając najgłośniej jak potrafił w kierunku piekielnych wrót budynku.

[center]Obrazek[/center]

Co robisz! Przestań ! Zdradzisz nas wariacie!

Pies miał niesamowity rodowód. Wywodził się bowiem po części od greckiego Ortrosa, brata Cerebera a po części od potomków nordyckiego Garmra, strażnika podziemnego królestwa pani śmierci Hell. Malkavianin uświadomił sobie, że tak spazmatycznie ujadał jedynie podczas spektakularnej ucieczki Cezara ze świata śmierci by móc wyrwać się z mocy Plutona i wrócić do świata żywych. Zawsze tak panicznie reagował na bliską obecność boga śmierci. W chwilę uświadomił ten fakt a usta otworzyły się ze zdziwienia. Było jednak za późno. Uderzenie zdradliwej elektroniki wyzwolonej z noszonych przy sobie baterii wywołało spazm mięśniowy w całym ciele. Zamieszało nerwom w ciele paraliżując wszelkie ruchy, zadając lekki szczypiący ból. Cezar zdołał się jeszcze odwrócić by zobaczyć ujadającego z wściekłością psa i kawał spadającego bloku kamienia, który odpadł ze szczytu ściany i mknął przez ciemność by go zmiażdżyć. Oczy Cezara rozszerzyły się z zaskoczenia i lęku przed powrotem do królestwa umarłych. Niewiele jednak mógł zrobić, paraliż od przeklętego wylądowania elektrycznego w dużej mierze unieruchomił go, czyniąc tym samym pułapkę niemal idealną by mogła zadać ostateczną śmierć. Ćwierć tonowy kamień uderzył w Cezara powodując mroczki przed oczyma to dziwne uczucie jakby świadomość zapadała się w nim spadając gdzieś w dół w królestwo śmierci...

Świadomość jednak nie zgasła. Czuł na sobie olbrzymi ciężar kamienia, który go przytłukł. Napiął mięśnie by go zrzucić z siebie ale bez powodzenia. Fragment muru był ponad jego siły.

- Vagina dentata!** - głośne przekleństwo rzucone spod rumowiska rozległo się w mglistej przestrzeni - Niechże mi ktoś pomoże się wydostać!

A przeraźliwy horror na dziedzińcu trwał, i trwał, i trwał...

Podkład: The Music Of "The Lords Of Salem"



* Łac. Tu żywi niech milczą. Tu przemawiają zmarli.
** Łac. zębata pochwa

Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus (przez C), Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar i jego pies
Ostatnio zmieniony 13 kwietnia 2018, 11:31 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 13 kwietnia 2018, 22:20

Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996

Podkładzik muzyczny https://www.youtube.com/watch?v=dwcxVv_s8Bg

Nosferatu był przerażony. Kakofonia upiornych wrzasków połączonych z brzeczącymi złwieszczo łańcuchami, była tak nierealna, że nie mieściła się w zimnej logice Szczura. To nie była uliczna bójka, to nawet nie był atak zmiennokształtnych. To było... No właśnie, Bradley nie wiedział co to było. Dysonans poznawczy przyniósł w konsekwencji strach, który sprowadził kainitę do szybkiej i jedynej reakcji jaka była w repertuarze instynkotwnych zachowań na takie okazje: Ucieczkę. Zanim jednak dał nogę za pas, huk wystrzału Cassulla znów zagłuszył wszystko. Bradley padł na ziemię, gotów wykorzystać najmniejszą sposbność do ucieczki. Zorientował się tylko, że napewno Scipione nie strzelił do niego, a nawet jeśli, to nie trafił. Szczur nie zdążył się podnieść ziemi o własnych siłach, żeby uciekać. Coś schwyciło go, Szczur poczuł tylko jak pęka szew bluzy pod pachą i wyfrunął w powietrze z wielką siłą.

I wtedy czas jakby zatrzymał się w miejscu dla Kainity. Utonął w mlecznobiałej mgle nie widząc kompletnie niczego i straciwszy jedyny punkt odniesienia jakim była ziemia pod stopami. Umysł jednak wrócił na swój normalny tor. Spokojnie, tak jakby nic się nie stało, Nosfer zaczął kalkulować, choć pierwsza myśl jaka przebiegła przez myśl Bradleyowi była całkowicie surrealistyczna zważywszy na to co działo się wokół:

Kurwa mać, bluza rozerwana. Nawet metki nie odciąłem, ale już nie zwróci się jej do outletu po akcji. Kurwa będę wyglądać jak żebrak w podartej bluzie!

Nosferatu odleciał z dużo większą siłą niż się spodziewał. Zbyt długo nie zaliczał kontaktu, ani z brukiem dziedzińca, ani z żadnymi ze skał. Fakt że nie widział nic poza białym oparem, nie pomagał w orientacji i ewentualnej próbie przygotowania się do lądowania, które zapewne będzie twarde.

Możesz zrobić tylko jedno... - pomyślał, czując że chyba zaczyna spadać w dół, choć wrażenie miał jakby leciał w bezdenną mleczną przepaść bez dna. Instynktownie obrócił się tak, żeby nogi były tam gdzie jest był dół, choć nie był tego w stu procentach pewien. Zanim uderzył od kamienny bruk postanowił jeszcze jedno:

Jak wyjdziesz cały z tego burdelu, to choćby chuj na chuju stanął ryjesz okultyzm. Ciekaw jestem co powiedziała Michelle, zanim się to zaczęło...

W końcu spadł z łoskotem na ziemie, upadając bezwładnie i wyrzucając ręcę na boki. Skalkulował jednak, że i tak nie było źle. Mógł przecież zarobić kulkę w oko, albo zostać wciągnięty do kościoła przez mackę z nie z tego świata.
Spoiler!
Podbiję Wytrzymałość w locie za 1PK (jeśli jest taka szansa). Staram się lądować tak, żeby nie poszły zaskórniaki :o
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus (przez C), Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar i jego pies
Ostatnio zmieniony 13 kwietnia 2018, 22:26 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.

Mystic
Reactions:
Posty: 155
Rejestracja: 31 stycznia 2016, 16:36

Post autor: Mystic » 14 kwietnia 2018, 10:28

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Morten kucał przyczajony niczym dziki kot w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń. Uważnie rozglądał się wokół wypatrując z której strony może nadejść potencjalne niebezpieczeństwo. Zmysły miał wyostrzone, a nerwy napięte niczym postronki.

Rzeczy zdawały się iść całkiem po ich myśli. Przeciwna koteria była osłabiona, ofiara z makaronu została złożona. Wybornie k*rwa. Zobaczymy jak się rozwinie sytuacja, bo nadal jest z deka nerwowo.

Gdy widmowy dzwon odmierzył trzecie uderzenie atmosfera wokół jakby zaczęła się zmieniać. Powietrze zaczęło trącić wilgotną ziemią, ale gdy wokół rozległy się potępieńcze dźwięki niedorzeczność osiągnęła maksimum. Co do ch*ja?! - zaklął w myślach. Zewsząd poczęła napływać gęsta, ograniczająca widoczność mgła.

To za wiele k*rwa. Tu się kroi coś grubego. Na nic jednak zdały się przeczucia, gdy ledwo widział dalej niż na wyciągnięcie swojej ręki.

Wtem poczuł silne uderzenie w plecy zgrane z wystrzałem niczym ze strzelby. Moc postrzału sprawiła, że przewrócił się na twarz jak długi. Chwila kalkulacji i był już niemal pewien - to sk*rwiel. Tępy ból zaczął rozlewać się po jego klatce piersiowej, a każdy ruch tułowiem przynosił ból.

Ostrożnie zaczął podnosić się z ziemi i asekuracyjnymi ruchami przyjął postawę pozwalającą odeprzeć potencjalny atak wyłaniający się z mgły. Gdy tylko się pozbierał, zwrócił uwagę na miotającą się po kamiennym podłożu Torreadorkę.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
Ostatnio zmieniony 15 kwietnia 2018, 13:57 przez Mystic, łącznie zmieniany 1 raz.
"Kors i roven" - bo czemu by nie obrazi? kogo? jednocze?nie profanuj?c krzy?? - Morten Madsen

ODPOWIEDZ