Lokacja - Sorte Kirke

Gohan
Reactions:
Posty: 81
Rejestracja: 29 listopada 2016, 15:24

Post autor: Gohan » 26 kwietnia 2018, 15:58

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maja 1996 roku[/center]
Po ściągnięciu Kapitana Galaktyki z płotu, zgodnie z zapowiedzią, Karen ruszyła w kierunku przygniecionego Cezara. Jej ruchy straciły większość gibkości, bo tułów trzymała sztywno tak by jej ramię nie poruszało się w rytmie kroków, tylko pozostawało nieruchome.
Przy gruzowisku Morten z Clausem zdołali już w sumie odkopać Świra, więc podeszła bliżej omijając kilka większych kamieni i przyglądając się efektom.

- Woah! Ale jaja, wykopaliście kogoś jeszcze - powiedziała na tyle głośno by mieć pewność, że Michelle i Kapitan to usłyszą.

Ostrożnie przecisnęła się między kolejnymi gruzami tak by widzieć co Gangrel robi z rannym.

- Przyprowadziłeś tutaj człowieka Cezarze?

To chyba nie był najlepszy pomysł.

Nie czekała jednak na żadną odpowiedź tylko zbliżyła się jeszcze bardziej, a widząc jak Gangrel próbuje pomóc rannemu wypaliła rozbrajająco bezpośrednio do niego:

- Masz pożyczyć bandaż?

Medyk sprawnym ruchem sięgnął w kierunku torby wyciągając zwinięty jeszcze bandaż elastyczny, po czym nie odwracając nawet głowy powrócił do swego zadania. Nie lubił, gdy mu przeszkadzano w robocie.

Karen wzięła bandaż i usiadła niedaleko na kamieniu. Po czym zaczęła rozpinać kurtkę...
Karen owija sobie ramię na tyle by nie ciekła jej krew i żeby nieco mniej się majtało.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar, ranny ludek
Ostatnio zmieniony 26 kwietnia 2018, 16:10 przez Gohan, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 10 maja 2018, 21:41

Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maja 1996 roku

Nadal bolał go cały obtłuczony bok, ale wiedział, że to chwilowe uczucie. Przeżywał już większe bóle, jednakże nigdy do nich nie przywykł. Mocne ramię pomogło Cezarowi wstać do pionu. Po czym wespół z Mortenem ruszyli w stronę kręgu Giovanni, by dowiedzieć się, co dalej. Uścisk Clausa był mocny ale nie bolesny, choć i tak obrażenia ciała dawały o sobie znać przy każdym, stawianym z trudem krokiem.

- Dziękuję. - powiedział szeptem lecz trudno było wiedzieć czy zwraca się do całej ekipy ratunkowej czy jedynie do medyka.

Ze względu na rany, szedł nie spiesznie ale też bez odciągania się. Zmierzając tak ku przeznaczeniu Cezar patrzył na przepastne wrota i zastanawiał się, co też dokładnie mogły kryć się w głębi kościoła. Zdawało mu się, że dziwna czerń biła od budowli, wywołując na jego skórze nieprzyjemne, ostrzegawcze mrowienie. Lecz wkrótce, o tym co się kryło za bramą, miał przekonać się osobiście.

Kiedy podszedł, przywitał się taktownie z zebranymi.

- Witam szanowne gremium. Obawiam się, że niestety nie zdążyłem ostrzec na czas, że... tuż prze poczułem jak To się gwałtownie do nas zbliżało ale... chyba po prostu zaczęło ode mnie.

- Nic nie szkodzi - uśmiechnął się Algol, wielkodusznie ignorując kłamstwa Cezara - Osobiście uważam, że zjawił się pan w samą porę, by wydobyć nas z kłopotów. Poszukiwaliśmy bowiem właśnie kogoś, kto nadawałby się na ofiarę. Cieszę się więc z naszego spotkania, gdyż spełnia pan wszystkie wymagania. Z pewnością zna pan maksymę: bene mori praestat, quam turpiter vívere? Wierzę, iż obecni tutaj zapamiętają pańskie poświęcenie - pomimo oczywistej groźby zawartej w tych słowach, czarownik zdawał się sprawiać sympatyczne wrażenie. Tak, jakby nie tyle informował ofiarę o planowanym morderstwie, co dzielił się uwagami, na temat zdrowia i sposobów spędzania wolnego czasu. Jedynie chłód bijący z jego oczu, zadawał kłam tej urokliwej masce, mającej imitować ludzkie oblicze.

Gdyby Scypione był przedstawicielem innego klanu, zapewne w tej chwili zaprotestowałby, lub okazał swe zniesmaczenie. Ewentualnie jedno i drugie. Nic takiego się jednak nie stało. Giovanni kompletnie nie wyglądał jakby przejmował się czyimś życiem, lub jak kto woli - samą śmiercią. Po słowach Algola, szef koterii Klanu Śmierci przemówił:

- Twój łysy czerep błyszczy w świetle księżyca Cezarze... Idealnie... Nigdy nie przepadałem za wariatami.

Głos Nekromanty nie zdradzał nawet cienia emocji. Scypione zwrócił się do Algola:

- Proponuję namalować na jego głowie Pieczęć Rozdarcia, aby jego dusza trafiła w odpowiednią paszczę. Oscar może się tym zająć... Ufam, że będzie potrafił pan nawiązać nić porozumienia z istotą, która znajduje się wewnątrz...?

- Nić jakiegoś porozumienia, na pewno - zachichotał czarownik. - W końcu mówimy podobnym językiem... Ale, ale, po cóż malować, jeśli można wyciąć? - w półmroku dziedzińca oczy Starszego lśniły niczym ślepia głodnego drapieżnika - W tych sprawach cenię sobie klasykę. Odrobina krwi i cierpienia zawsze działa ożywczo na początku ceremonii...

- Wybornie - odrzekł Scipione. Oscar jedynie skinął z aprobatą głową, szukając w czarnej torbie sztyletu rytualnego.

- Można by wykorzystać później ten płat skóry... - zaproponował z zawodowym zainteresowaniem.

Cezar dochodził do siebie po szokującej dla niego wiadomości. Jego istnienie miało się zaraz skończyć, przy cichej zgodzie pozostałych obecnych. Dlatego unikał do tej pory odczłowieczonego świata Kainitów przedkładając inne towarzystwo.

- Rozumiem, że jest pewność iż ofiara nie wzmocni Tego Który Jest w Kościele, a jest gwarantem uzyskania jego przychylności? Pytam, albowiem podczas ataku odniosłem wrażenie, iż to miejsce ciągnie siłę z zadawania bólu i cierpienia. Tym samym po rytuale stanie się silniejsze, prawda? I jest pewne, że wzmocnione, na pewno dotrzyma swojej strony umowy, kiedy będziecie już w środku. Proszę wybaczyć, że zapytam jeszcze o jedną rzecz. Nie mam tak dużego pojęcia jak Wasza trójka, ani pod względem doświadczenia, ani estymy w okultystycznym świecie jakim zasłużenie się cieszycie, ale jak mniemam nie przychodzi Państwu do głowy, żadne inne rozwiązanie sposobu na wejścia do kościoła, choćby było dużo bardziej ambitne i wymagające?

- Oczywiście, że nie mamy takiej pewności - uśmiechnął się szeroko czarownik - ale bez ryzyka nie ma zabawy, prawda? Przemawia przez pana rozsądek, który sugeruje powstrzymać się od działania. Jednakże, pozwolę sobie zauważyć, iż mądrość wypływa z wiedzy, a wiedza jest owocem starań ludzi niemądrych. Uważam więc, iż właśnie w obliczu naszej ignorancji, powinniśmy zdecydowanie podjąć tą próbę, chociażby po to, by zdobyć wiedzę i pogłębić mądrość. Grzechem byłoby zmarnować taką okazję, czyż nie?

- Cretino... Przehandluję twoją duszę za wolność dla mojego brata, a hrabia nam w tym pomoże... - dodał Scipione. Oskar pokiwał entuzjastycznie głową, sprawdzając kciukiem ostrość sztyletu rytualnego.

- Możesz już przejść do błagania o litość - poradził Cezarowi Algol - zawsze bardzo sobie cenię dobrą grę wstępną...

Cokolwiek hrabia spodziewał się odnaleźć na twarzy Malkavianina, nie ujrzał tam paniki. W oczach starego skazańca, przywykłego do egzystencji w nazistowskim obozie śmierci, rodziło się z wolna zgoła inne uczucie. Tak jak przed laty.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, jeden Cezar i jego pies.
Ostatnio zmieniony 10 maja 2018, 22:54 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Ferre
Reactions:
Posty: 60
Rejestracja: 14 czerwca 2015, 19:42

Post autor: Ferre » 10 maja 2018, 22:32

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996
[/center]


Isabela w końcu otrząsnęła się z szoku. Przez chwilę tylko zaledwie zastanawiała się, jak zaradzić sytuacji i ocalić Cezara. Zaczęła mówić cicho do Czarownika.

- Panie hrabio. Zdaje sobie Pan sprawę, że jeżeli Cezar zginie z naszej winy to będzie to kosztowało nas wszystkich nasze nieżycia. Po cóż nam wejście do Sorte Kirke, jeśli potem książę skaże nas na ostateczny koniec. I będzie to pańska zasługa. Nie dość, że zrobi pan jedną przysługę zdejmując klątwę z Sorte Kirke, to jeszcze uczyni pan drugą skazując na śmierć ostateczną pretendentów do terenu Klasztoru za morderstwo członka Camarilli. Taki strzał w kolano a potem w głowę. Jestem przeciwna tak destruktywnemu działaniu. Nie odwołuję się do pańskiego człowieczeństwa, bo widzę, że jest panu ono obce, aczkolwiek bardzo chciałabym się mylić w tej kwestii.

- Ależ madame - odparł czarownik, nie tracąc nic ze swej pewności siebie. - ostateczny cios zada pan Oscar lub Scipione. Obaj są członkami klanu niezależnego i naprawdę nie sądzę, by Andreas miał zrobić z tego powodu większą awanturę. W końcu nikt z Camarilli nie będzie bezpośrednio zamieszany w zejście pana Cezara. Zawsze zresztą możecie powiedzieć, że zgłosił się na ochotnika. Poza tym śmiem mniemać, że Książę pogodził się już z możliwością, iż nigdy nie ujrzy na oczy tych, którzy tej nocy odwiedzą Sorte Kirke. Więc, choć z pewnością twa troska o jego dobre samopoczucie jest wzruszająca, uważam, że jakoś to przeboleje.

- I będą o tym wiedzieć wszyscy tutaj, czyli przedstawiciele chyba wszystkich klanów w mieście. Oznacza to tyle, że wieści się rozniosą, kainici się wzburzą, zaczną protestować swoim primogenom i książę będzie musiał podjąć odpowiednie kroki. Nie zgadzam się na takie decyzje. Na dodatek nie macie pewności, czy to pomoże, czy zaszkodzi. Myślicie, że możecie decydować o czyimś losie jak dzieci w piaskownicy o losie piaskowych ludzików? To głupie, nie odpowiedzialne, nieludzkie a nawet bestialskie. Zastanówcie się, hrabio lepiej nad innym rozwiązaniem.

Hrabia nie próbował nawet udawać, że zachowuje powagę. W momencie, w którym Degeneratka wspomniała Primogenów wybuchnął po prostu śmiechem. Kontynuując swą wypowiedź Izabela zmuszona była więc podnieść głos, by zagłuszyć napady wesołości Starszego.

- Pozwoli pani, że dam jej pewną poradę - odezwał się Algol, gdy już nieco ochłonął - Jeśli chce się trafić do serca mężczyzny, należy zacząć do czegoś, czego on pożąda. A nie od dość nudnej politycznej tyrady, której mówiąc prawdę nie chce mi się poświęcać drugiej myśli. Uważałbym to za marnowanie tej uroczej nocy. Poza tym, gdzie pani miłość do sztuki? Oto rysuje się możliwość podziwiania połączonych kunsztów Nekromancji i Czarostwa. I to z pierwszego rzędu, że się tak wyrażę. Zapewniam, że wielu członków Klanu Róży, których znam, umiałoby docenić to widowisko.

Zdesperowana bezsilnością w obecnej sytuacji Toreadorka zaczęła się rozglądać za kimś, kto może ją poprzeć.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
Post pisany razem z Sigilem
Sanity is for the weak!

zmarly
Reactions:
Posty: 239
Rejestracja: 10 maja 2015, 20:56

Post autor: zmarly » 10 maja 2018, 22:38

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]


Bez zbędnej zwłoki zabrał Cezara do towarzystwa skupionego wokół Giovanni. Słuchając jednak coraz to nowszych pomysłów odnośnie Świra Claus sam zaczął się zastanawiać z pewnym niepokojem, kto tutaj właściwie jest największym wariatem. Nie, żeby nie był przyzwyczajony do widoku śmierci, ale zgon w wyniku rytuałów okultystycznych to nie było coś, co chciał oglądać na żywo. Mało tego, nie chciał nawet o tym wiedzieć. Zachowując jednak cały czas kamienną twarz,rzekł do pozostałych:

- Nie przemawia do mnie idea poświęcania tutaj kogokolwiek, drodzy panowie. Nie wiemy nawet, co dokładnie jest w środku kościoła, a już chcemy detonować możliwe opcje. Może po prostu sprawdzimy szczęście klanu wariatów? Puśćmy go po prostu przodem przez wrota i sprawdźmy, co się stanie. Kto wie, może nawet przetrwa?


Myśl, że będzie świadkiem bestialskiego morderstwa sprawiała, że medyk czuł się coraz bardziej zaniepokojony. Cholera, jeśli teraz już mają takie pomysły, co strach pomyśleć, co wymyślą po drugiej stronie wrót... Miał zatem nadzieję, że uda się ocalić Cezara od przedwczesnej nicości, choć osobiście nie zrobił on wcześniej zbyt dobrego wrażenia podczas ich poprzedniej rozmowy.
---

If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 10 maja 2018, 22:45

Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996

- Jak to... Nadal chce Pan hrabio złożyć ofiarę jednego z Nas, z Rodziny, to nie do pomyślenia! - Narastająca irytacja w Cezarze w końcu wzięła górę, w jednym głośnym zdaniu. - Madame Michelle, zapraszam wraz z koterią. - Dodał szybko. Ochłonął - Przepraszam za ten wybuch emocji. Pozwolę sobie tylko przypomnieć, iż podstawą relacji pomiędzy zacnym domem Giovanni a Camarillą, od zawsze było budowane na fundamencie nie przelewania nawzajem krwi. Szczere słowa ubolewania z powodu straty brata, ból może przytłumić racjonalny zwykle umysł. Pragnę jedynie przypomnieć o całej szczytnej rodzinie jaką właśnie Pan tutaj reprezentuje. Nie wiem jakie restrykcje od władz miasta nastąpią za planowany akt, ale na pewno nastąpią. A znając reputację Księcia, to zapewne wyciśnie z tej sposobności więcej niż by się Pan spodziewał Panie Scipione. Co do Klanu Róży, to ja akurat nie wyśmiewam się z czyjegoś indywidualizmu. Ani z człowieczeństwa, którego z całym szacunkiem ale Panu brakuje Hrabio. Zawsze stanowiło bazę dla wielu genialnych artystów i nie ma w nim nic wstydliwego ,albowiem wielu członków Klanu Róży nadal bardzo docenia ten aspekt osobowości. Choćby, wyrocznia dla mnie w tym zakresie, harpia Michael Olsen. Szanuje go Pan, Hrabio? - zapytał, spodziewając się wymijającej odpowiedzi okrutnego czarownika.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
Ostatnio zmieniony 10 maja 2018, 23:01 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Mystic
Reactions:
Posty: 155
Rejestracja: 31 stycznia 2016, 16:36

Post autor: Mystic » 12 maja 2018, 00:43

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Morten stał w tym swoistym kręgu, choć tak naprawdę był tylko obserwatorem. Czuł jak ta wyobcowana, nieznana mu rzeczywistość właśnie przelewała się przez jego palce niczym srebrzysta, metaliczna ciecz. Był jak odurzony. Śmiercią, mrokiem, klimatem Sorte Kirke. Cholera, ostatnio się tak czułem w liceum, jak przyjaraliśmy z chłopakami to dziwne świństwo.

Niby w malignie obserwował sąd nad jeszcze żywym truchłem Cezara. K*rwa, no mogło by być trochę bardziej do rzeczy. Energicznie potrząsnął głową i napiął mięśnie całego ciała. Otrzeźwiło go to trochę. Szybko przypomniał sobie fakt, że nie przepada za południowo opalonym kolegą z zamiłowaniem do śródziemnomorskiej kuchni. To ten ch*jek chciał mi odstrzelić łeb jak zrobiło się gorąco! Przed oczami zrobiło mu się czerwono. Choć Krzykacz należał raczej do tych kumatych, to prosta matematyka mówiła że 2 i 2 to 4. No jak nic ten pan skosztuje dzisiaj mojej podeszwy! - poprzysiągł sobie w duchu.

Nie chciał jednak przerywać hrabiemu. Co się odwlecze, to nie uciecze. Chuj. Cezar nie był jego ziomkiem, nie wiązał ich żaden układ. Właściwie... chyba nie czuł zbyt wiele ciepłych uczuć w kierunku Cezara. Choć ten, niewątpliwie mógł być ciepły. A tfu, niearyjskie nasienie! Z chęcią dołożę swojego buta do jego twarzy!

Stał więc tak z kamienną twarzą słuchając dialogów zebranych i czekając na rozwój wydarzeń. Kurde, szkoda że nie wziąłem popcornu! To wszystko jest popieprzone, ale patrzenie jak ten obsmarkaniec skomle o swe nieżycie po prostu mnie bawi. Tak samo jak szkolnego urwisa znęcanie się nad mniejszymi i słabszymi kolegami. Cóż... na powrót czuł się jak Morten Madsen.

Wtem obudziła się w nim iskierka człowieczeństwa. Czuł, że to jest ta chwila. To jest ta chwila, w której ważą się losy i jeśli nie zareaguje, to sprawy potoczą się swoim biegiem, będą się kręcić swoim wirem. A może by wór wziął i poszedł rzucił się z klifu? Jak już ma iść na straty, to może gdzieś z dala ode mnie? Co jak co, ale choć nie poważał Cezara, to nie chciał być współwinnym jego śmierci. Nawet, a głównie przez, bierność.

- Ekhm - odchrząknął - Hrabio, a może tak zamiast rzezać takiego pucołowatego i różowego, to któryś z panów al dente wytnie mu etniczne szlaczki na czole i pogna w pizdu? Nie wiem, może przed siebie biegiem aż ten się zmęczy i padnie, albo prosto w objęcia Kościoła? Tak będę mógł powiedzieć, że nie dołożyłem się do jego zaj*bania, nie?

- A wcześniej róbcie sobie z nim co chcecie, byleby dychał - dodał po chwili odwracając się i odchodząc nieco od grupy.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, jeszcze żywy Cezar
"Kors i roven" - bo czemu by nie obrazi? kogo? jednocze?nie profanuj?c krzy?? - Morten Madsen

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 12 maja 2018, 09:53

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
- Sei stupido come una mucca* - stwierdził zimno Scipione, kwitując wypowiedź Świra. - Szkoda mi czasu na gadanie z tobą, cretino, o sprawach, o których nie masz pojęcia.

- I nie schlebiaj sobie tak bardzo - dorzucił chłodno czarownik. - Nie jesteś członkiem mej Rodziny, synu Kaina - dziwnym, choć zapewne nieprzypadkowym trafem, ostatnie określenie zabrzmiało w ustach Starszego jak obelga.- Ja nie dostrzegam między nami żadnego pokrewieństwa. Nie jestem nawet pewien, czy zasadnym jest nazywać was, Świrów, klanem. Bowiem w mym odczuciu przemienianie osób słabych psychicznie i nazywanie tego tradycją, jest doprawdy żałosną pomyłką.

Wsparł się oburącz na trzymanej przed sobą, wężowej lasce i kontynuował z mrożącym krew w żyłach spokojem:

- Prawdziwa sztuka natomiast nie wyrasta z hołubienia wygodnych iluzji, lecz z cierpienia właśnie. I poprzez cierpienie rozwija się i wzrasta, czerpiąc soki życiowe z rozpaczy, wściekłości i agonii. Trudno jednak oczekiwać by ten prosty fakt został pojęty przez umysł wypaczony i słaby. Może jednak Olsen zechce ci to wyjaśnić, jeśli tak bardzo przepadasz za jego zniewieściałym towarzystwem. Mnie osobiście szkoda na nie czasu.

- To jak w końcu z tą ofiarą? Bierzemy się za niego?- zapytał Oscar, wskazując Cezara ostrzem sztyletu ofiarnego.

- Obawiam się, że musimy na razie zrezygnować z naszych planów, biorąc pod uwagę reakcję zebranych - westchnął Algol, nie kryjąc rozczarowania. - Żałuję, lecz wykonywanie jakiejkolwiek ceremonii w otoczeniu innym niż entuzjastyczne jest zbyt ryzykowane i obciążające. Tak to już jest niestety z Kainitami. Gdy zdaje ci się, że wybierasz się z nimi w tą samą stronę, zawsze okazuje się, że nie do końca wypada wam po drodze. Mam jednak nadzieję, że jakoś przecierpię tę noc - zaśmiał się cicho. - Będzie to z pewnością bolesne jak i inspirujące doświadczenie.

- A co do Cezara to cóż... Przychylam się do propozycji panów Clausa i Mortena. Wygląda na to, że pierwszy będzie miał zaszczyt ujrzeć, co kryje się za drzwiami Sorte Kirke. Wierzę, panowie, że zadbacie o oto, by był odpowiednio zmotywowany. Przynajmniej w ten sposób będzie mógł okazać się pożyteczny... A pani, madame Izabelo może potraktować mą decyzję jako prezent.

Skłonił się lekko Torreadorce, po czym przeniósł spojrzenie z grupy skonfundowanych potomków Kaina na czarną bryłę kościoła, tak jakby dalsza rozmowa przestała go interesować. Z góry, bezszelestnie opadła niewielka, szara sowa i przysiadła na ramieniu czarownika, który pogładził ją w zamyśleniu i wyszeptał kilka słów. Wszakże pomimo zaniechania swych złowieszczych planów, a także całego zamieszania jakie z tego wynikło, hrabia nie wydawał się przejęty całą sytuacją bardziej, niż śmiertelnik, który odkrywa, że w spiżarce zabrakło jego ulubionej herbaty. Tak jakby krwawy rytuał ofiarny był dla niego rzeczą tak powszednią i rutynową, jak dla obywatela Issdagry zaparzenie filiżanki tego aromatycznego napoju. I chyba właśnie ta łatwość, z jaką przeszedł nad cała sprawą do codzienności, była w tym wszystkim najbardziej przerażająca. Sugerowała bowiem, że dla Starszego takie i podobne tematy, nie stanowiły kuriozum, lecz były elementami powszedniości. Jakkolwiek musiała być to powszedniość spływająca czerwienią i wypełniona wrzaskami bólu. Jasnym było, iż równie dobrze mógłby uczestniczyć w mrocznej ceremonii, jak i z niej zrezygnować, kierując się, jak w przypadku wyboru herbaty, przede wszystkim osobistym smakiem i potrzebami. I najwyraźniej nie uznawał tego za istotne na tyle, by udawać, że poświęca całemu zajściu drugą myśl.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Cezar, Scipione, Oscar
* wł. Jesteś głupi jak krowa.
Ostatnio zmieniony 12 maja 2018, 12:26 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

zmarly
Reactions:
Posty: 239
Rejestracja: 10 maja 2015, 20:56

Post autor: zmarly » 12 maja 2018, 16:46

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Ktoś tu chyba nie ma najszczęśliwszej nocy... - pomyślał Claus ruszając w stronę świra.

Przedtem oczywiście upewnił się, że rozmowa została właściwie zakończona. Właściwie jakiekolwiek jego protesty miał gdzieś, ważne, że udało się zachować człowieczeństwo na swoim miejscu.

Wyciągnął umundurowaną rękę w przyjacielskim, obejmującym geście i rzekł:

- No, Cezarze, to skoro już demokratycznie ustaliliśmy, że to właśnie ciebie spotka zaszczyt wejścia do Sorte Kirke jako pierwszego, to szkoda tracić czasu. Kto wie, może nawet nam wszystkim zdążysz opowiedzieć, jak jest w środku?

Medyk upewnił się, iż Morten jest obok i razem z szaleńcem ruszyli w kierunku głównych wrót, stanowczo pokazując ofierze, jaka jest jej rola w tym momencie.
Swoją drogą to ciekawe, że absolutnie nikt nie chce mu pomóc...

Miał jednak nadzieję, że sam wyjdzie z tego cało. Widok czerni za prastarymi skrzydłami napawał go jakimś pierwotnym lękiem, który delikatnie, acz nieubłaganie zwiększał się z każdym krokiem skierowanym do środka budowli...
Prowadze wraz z Mortenem Cezara w stronę drzwi. Jednocześnie obserwuję wrota na wypadek, gdyby znowu coś się wyłoniło i abym mógł wykonać unik w razie potrzeby. Gdyby jednak świr próbował protestować, stanowczym gestem przytrzymuję go ręką i prowadzę dalej.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Cezar, Scipione, Oscar
Ostatnio zmieniony 12 maja 2018, 17:25 przez zmarly, łącznie zmieniany 1 raz.
---

If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 13 maja 2018, 02:38

Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996

- No, Cezarze, to skoro już demokratycznie ustaliliśmy, że to właśnie ciebie spotka zaszczyt wejścia do Sorte Kirke jako pierwszego, to szkoda tracić czasu. Kto wie, może nawet nam wszystkim zdążysz opowiedzieć, jak jest w środku?

Spojrzał w oczy medyka i już wiedział z kim ma do czynienia. Tacy jak on nie dyskutowali, cyngle do każdego zadania. Wystarczyło, że wydała go odpowiednia osoba. Cywil czy żołnierz, nie robiło im to różnicy.

- No to mamy problem, bo ja się nigdzie nie wybieram. - lekki grymas bólu wykrzywił twarz Cezara, żelazny uścisk Gangrela narósł w jednej chwili. Cezar stęknął z bólu. - Źle pana oceniłem na początku. Ale znałem różnych żołnierzy i takich jak pan również. Nie oceniam pana, ale za moich czasów primum non nocere jeszcze coś znaczyło.

Pies zaczął szczekać przeraźliwie wokół nogi Gangrela ale ten nic sobie z tego nie robił. Cienie przeszłości powróciły do Cezara. Ciąganie korytarzami, komnaty przesłuchań, pobicia, tortury...

Obrazek
Cezar nie idzie. Nie wierzga, ani nic podobnego, ale zwyczajnie nie przebiera nóżkami. Obawiam się, że trzeba go będzie wwlec do środka, co dla kogoś z obdarzonego rozsądną siłą nie będzie stanowiło wielkiego problemu.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Cezar, Scipione, Oscar,
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Mystic
Reactions:
Posty: 155
Rejestracja: 31 stycznia 2016, 16:36

Post autor: Mystic » 13 maja 2018, 14:42

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

- Nigdzie się nie wybierasz?! Naprawdę mógłbyś sprawić mi taki zawód? - Morten zaczął potrząsać Wariatem niczym suchym drzewkiem.

Choć słowa mogły brzmieć jak wypowiedziane przez osobę obytą i inteligentną, to wybrzmiewała w nich potężna groźba. Wielu oprychów czy bandziorów jest po prostu: duża i groźna. Gorzej, jeśli jest przy tym diabelnie inteligentna. Błyskawicznie znalazł się przed Cezarem i sążniście uderzył go otwartą dłonią.

- Panie Claus, przytrzyma pan Julka - rzucił jakby od niechcenia patrząc się beznamiętnie na Malkava - a ty się nie szarp za mocno, bo jeszcze mi ręka zejdzie i nieszczęście gotowe - wycedził do Cezara, jak na zawołanie znów będąc drapieżnym i jadowitym.

Krzykacz począł dobywać swojej broni, skrzętnie ukrywanej do tej pory przy lewym boku. Zważył ją w ręku, lecz nim zdążył docenić jej kunszt i wagę, zalało go wrażenie żądzy krwi. Odczucie czegoś pierwotnego i nieokiełznanego, czegoś co pragnie tylko krwi i ofiar. Wizja przybrała zabarwienie czerwieni oraz gęstej, bezdennej czerni...

- To teraz sobie zatańczymy...

Dobył do Cezara, lewą ręką chwycił go za żuchwę i odchylił do tyłu tak mocno jak tylko się dało. Wariat począł się krztusić i wierzgać, ale Krzykacz tylko wzmocnił chwyt i przyłożył ostrze do twarzy ofiary nachylając się do niego.

- Słuchaj - zaczął sączyć jad do jego ucha - pójdziesz tam, prosto w otwarte wrota Kościoła - ostrze zagłębiło się w skórze poniżej linii szczęki. Pierwsze krople krwi skapnęły na głodny metal...

- Pójdziesz i wejdziesz tam, choćby nie wiem co - klinga dalej ryła bruzdę w miejscu, w którym głowa przechodzi w szyję. - a jeśli nie, to ja cię oprawię. Jak tłustego wieprza którym jesteś.

Wypowiadając ostatnie słowa, ruch ostrza przyspieszył, kreśląc już bardziej równą linię w stronę grdyki Cezara. Morten zgrabnym ruchem zdjął zebraną vitae z szyi skazańca i rozprowadził po ostrzu.

- Idź. - zachrypiał dobitnym głosem wyciągając rękę w kierunku Sorte Kirke.
Używam Zastraszania na Cezarze, coby zwielokrotnić wrażenie i siłę przekonywania.
Na Zastraszanie wypada aż 6 sukcesów. Cezar zrobi wszystko, aby oddalić się od Mortena, który pokazał się nagle z bardzo paskudnej strony. Postać Cezara zrobi wszystko co zechce Morten. Mało tego, Malkavianowi do końca sceny nie przyjdzie do głowy podnieść głos na Mortena, ani nawet pomyśleć o jakiejkolwiek formie agresji w stosunku do Brujaha. Proszę Suriela o właściwe odegranie sceny.
Spoiler!
Zapasy krwi, które należy zmienić na karcie postaci:

Odpisz 3 punkty za karmienie człowieka. Zgodnie z deklaracją chciałeś by przeżył, więc to było absolutne minimum, aby nie zmarł w ocenie Cezara.

Broń jaką trzyma Morten zadaje Prawdziwe Rany. Otrzymujesz 1 Prawdziwą Ranę, co podczas rozcinania skóry jest bólem nie do wytrzymania. Postać ma za mało siły, aby być jakimkolwiek wyzwaniem dla Bruhaja i Gangrela, którzy w Twojej ocenie muszą mieć Potencję, bo ich chwyt jest stalowy i pewny. Dodatkowo sztylet wysysa przez otwartą ranę 1 Punkt Krwi. Cezar będzie przerażony obrotem sytuacji. Wspomnienia powrócą. Byłeś więźniem i znów nim się stajesz. Wykonasz każdy rozkaz, byleby przetrwać. Wampirza natura wygrywa... Krzyczeć nie dasz rady, bo Morten trzyma Cezara za żuchwę i nie pozwala na wrzaski.

Podsumowując:
Otrzymujesz 1 Prawdziwą Ranę.
Odpisz 4 punkty Krwi.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Cezar, Scipione, Oscar
Ostatnio zmieniony 13 maja 2018, 15:33 przez Mystic, łącznie zmieniany 1 raz.
"Kors i roven" - bo czemu by nie obrazi? kogo? jednocze?nie profanuj?c krzy?? - Morten Madsen

Fobetor
Reactions:
Posty: 106
Rejestracja: 24 marca 2016, 11:03

Post autor: Fobetor » 14 maja 2018, 22:30

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Świr regenerował swoje obrażenia przestając powoli krwawić. Czuł jak jego skóra zasklepia się, a wiązadła mięśni znów łączą się w jedno.
Krzykaczka nie czekając na nich ruszyła w stronę ekipy ratunkowej Lexa Lutora. Kiedy dwójka Kaniktów została sama Kapitan Galaktyka spojrzał w oczy Zatanny i i powiedział spokojnym cichym głosem:

- Odkąd tu jesteśmy czuje, że moja krew jest niczym czyste srebro, a moja moc jest inna niż przez całe moje życie. Ty jako Czarodziejka też czujesz takie zmiany?

- Nie... Nie odczuwam tego samego co ty. Zgaduję, że ma to związek z krwią Malkvaian i księżycem. Dobrze, że mnie informujesz o tym zjawisku. Im więcej mam wiedzy na temat nadnaturalnych emanacji w tym miejscu, tym większą szansę mamy na powodzenie naszej misji - opowiedziała Tremerka.

- Nie będzie to łatwe zadanie przeżyć w kościele, twój rytuał musi pewnie odbyć się w środku zgaduje. Problem stanowi to coś, co jest właścicielem tej macki. Masz pojęcie jak się przed tym ochronić, albo pokonać. Masz jakikolwiek pomysł co moglibyśmy zrobić by nie podzielić losu tamtego Samuela? Mogę sam nawet wkroczyć do tego przeklętego miejsca i to uczynić by was nie narażać na to zagrożenie.

Po słowach Kapitana Galaktyki, z oddali dało się słyszeć wołanie Cezara: "Madame Michelle, zapraszam wraz z koterią!" Czarodziejka odwróciła niespiesznie głowę w stronę Algola i Giovannich, obrzucając cała sytuację obojętnym spojrzeniem. Sytuacja Cezara wydawała się niewesoła, ale przedstawicielka klanu Tremere najwyraźniej nie przejmowała się jego nieszczęściem.

- Kapitanie... Nie mieszajmy się w to - zwróciła uwagę towarzyszowi, który także obserwował całą sytuację. - Misja jest najważniejsza, a a Lex nie jest w stanie pomóc nam, jedynie zaszkodzić. To miejsce jest wystarczająco niebezpieczne, abyśmy marnowali siłę, energię i krew na ratowanie kogoś, kto na pewno nie pomógłby nam, gdybyśmy znaleźli się w podobnej sytuacji. Lex Luthor jest złoczyńcą, który zasłużył sobie na ten los - opowiedziała oschle, wyraźnie akcentując słowo los, które dla Kapitana wydało się być bardziej znaczące, niż wszyscy razem wzięci na placu Sorte Kirke mogliby przypuszczać. - Poza tym gdyby działo się tam coś ważnego, na pewno Deathpool dałby nam znać.

No co racja to racja Lex zasłużył sobie na to by zostać tam uwięzionym, ale nawet najgorsza menda nie zasłużyła na śmierć przez pożarcie przez takie coś. Niestety nie jestem w stanie mu pomóc. Zwłaszcza, że to my potrzebujemy pomocy.

- Rozumiem więc że nie masz pojęcia co tam może się kryć. Prawdą jest, że możemy potrzebować każdej informacji na ten temat. Z drugiej strony Huntress potrzebuje naszej pomocy nie wygląda najlepiej i nie regeneruje się jak przystało na bohaterkę. -Spojrzał w stronę Krzykaczki która sama próbowała się opatrzyć. Po chwili zastanowienia dodał.

-Znam czar, dzięki której widzę wzory wszechświata, nazywa się Oczy Chaosu. Podejdę na bezpieczną odległość do wrót, tak bym widział ciemność wydobywającą się z niej i może czegoś się dowiem. Ciekawe czy kiedy spojrzę w otchłań to ona spojrzy we mnie, jak to mawiał Crowley. Ty zajmij się naszą łowczynią. Ja sam nie jestem dobry opatrywaniu ran. Nie będę się mieszał do tego co oni tam robią. A musimy się przygotować do wejścia do kościoła. Jak podoba ci się plan?

- Dobra, spróbuj. - Odpowiedziała Kapitanowi.
Post pisany wspólnie z Lighstorm.
Idę w stronę drzwi kościoła staje w sporej odległości od nich, ale w taki sposób by widzieć ciemność w bramie. Do tego nadwrażliwość na 1 i używam Oczy chaosu by dowiedzieć się coś o tym co czai się w Sorke Kirke.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Cezar, Scipione, Osca

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 17 maja 2018, 21:38

Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996

Cezar zadrżał. Miał wrażenie, że po nacięciu krew jaką mu utoczył Krzykacz w dziwny sposób zaczęła być pochłaniana przez mroczną aurę tego miejsca. Wraz z krwią czuł jakby wycieka z niego także esencja jego życia, a może nawet i fragment samej duszy.

- Dobrze, dobrze... zatem pójdę. Obiecaj mi, tylko że nigdy więcej nie będziesz chciał mnie w żaden sposób skrzywdzić. Proszę.

Zluzowany z uścisku Cezar, ogarnął się nieco i ruszył utykając w kierunku bramy.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Cezar, Scipione, Osca
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 18 maja 2018, 13:01

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
Czarownik przyglądał się krwawej scenie z niekłamanym zainteresowaniem, najwyraźniej nie tracąc żadnej okazji do delektowania się czyimś bólem. Jednak, gdy Cezar ruszył ku wrotom, uwaga hrabiego przeniosła się na sam budynek.

- A szemem... - szepnął - Repülj most!*

Mała, szara sówka oderwała się od ramienia czarownika, wzlatując w górę. Żeglując na miękkich i cichych skrzydłach, zatoczyła krąg nad dziedzińcem, po czym, nie zauważona przez nikogo, podążyła śladem Cezara. Algol uśmiechnął się samymi ustami. Jego oczy nadal pozostawały zimne, niczym dwa kamienie błyszczące na dnie ciemnego stawu. Spojrzał na stojącego w niewielkim oddaleniu Nosferatu, jakby zastanawiając się nad czymś. Nim jednak Bradley zdążył zareagować, czarownik potrząsnął głową, jakby rozbawiony jakaś myślą i wolnym krokiem ruszył w stronę Mortena i Clausa.

- Podoba mi się pańskie zaangażowanie, panie Morten - odezwał się. - Jestem zdania, że współczesna Camarilla cierpi na brak zdecydowanej postawy. Tym bardziej cieszy więc konkluzja, iż nie wszystkich młodszych dotknęła ta niemoc. To bardzo odświeżające.

- A teraz nastąpi chwila prawdy, czyż nie? - dodał, przenosząc wzrok na sylwetkę Malkavianina, który lekko kulejąc i najwyraźniej nie spiesząc się, zbliżał się do wrót kościoła.

- Pradawny Wężu, zechciej nasycić się poprzez tą ofiarę, którą ci składamy - szepnął hrabia, czyniąc jednocześnie lewą ręką tajemniczy gest.
Spoiler!
Używam Wzroku Wiedźmy (Wiązanie Duchów:1), by dostrzec to, co znajduje się w Umbrze.

Poczynania Cezara (także w budynku) ma obserwować sówka i Astwihad. Jeśli coś się stanie istotnego (np Cezara coś zje czy nastąpi jakieś nienaturalne zdarzenie) sówka wraca, bym mógł ocenić, co i jak. W razie zagrożenia oba zwierzątka mają się wycofać.

* Węg. - Moje oko... Leć teraz!
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 19 maja 2018, 23:06

Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996

Nosferatu przyglądał się biernie sądowi na Cezarem jak i rozmowie Algola ze Scipione. W pierwszej chwili był dość mocno przestraszony, że nie zdązył wparować między hrabiego a Giovanniego. Ale szybko można rzec odetchnął z ulgą:

A już się bałem, że będzie siusiek znów napuszczał makaroniarzy na naszą koterię...

Czy to nagłe pojawienie się wariata, albo może fakt, że Scipione mógł mieć w dupie także drugą koterię, skierowało rozmowę dwójki na inny tor. Westwood w świetle tego co wygadywał wcześniej Cezar nie miał zamairu kiwnąć palcem w obronie Malkavianina i nawet się nieco rozczarował postawą członków Camarilli skomlejących o życie wariata.

Ja pierdolę, zaraz mu chyba obciągną grupowo za życie wariata. W sumie to może powinienem dołaczyć do szanownej reprezentacji Camarilli. Może nie być wielu okazji do wzięcia hrabiowskiego kutasa w zęby...

Mogli się pozbyć jednego kłopotu jakim był rzymski lunatyk i jego mrzonki o przebudzaniu matuzalemów. No i jeszcze narobić koło dupy Algolowi, a tak, Cezar dostał wyrok z odroczeniem a rączki hrabiego pozostały czyste niczym białe, aksamitne rękawiczki.

I patrz. Mogło nie być już psychola, a drugi mógł mieć kłopoty w przyszłości, a tak chuj... Jak się nie ma twardej sztuki w tyłku, to trzeba się i miękkim flakiem zadowolić... Może go jeszcze weźmie cholera po wejściu... - spojrzał za odchodzącym Cezarem. Potem przeniósł wzrok na stojących starszych.

Ze Scipione i tak będzie musiał pogadać. Nie był pewien, czy to była najlepsza okazja, ale od biedy można było to odłożyć na kilka godzin. W końcu skąd miał mieć pewność, czy makaroniarz nadal będzie Kainitą przed świtem. Nawet nie wiedział, czy sam dożyje następnej nocy. Nie było chyba potrzeby zaprzątać głowy "błachostkami".

No i została jeszcze Karen. Tremere miała ją uleczyć po tym jak oberwała kulkę. A Nosferatu zoobowiązał się pomóc logistycznie. Tyle że niespodziewana mgła i towarzyszące jej "atrakcje" nieco przeszkodziły Bradley'owi w realizacji pomocy.

Prawie przeminąłeś z wiatrem Westwood i wylądowałeś trochę za daleko. Ja tu sobię marzę o orgii z Algolem a Karen krwawi. Zwalisz gruchę przed świtem i pójściem spać, teraz bierz się za robotę...

Ruszył w stronę Tremerki i Karen.

Golnie se trochę, to się od razu lepiej poczuje...

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 20 maja 2018, 19:27

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke/Wnętrze Czarnego Kościoła, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
Cezar posłusznie ruszył w stronę jedynego otwartego wejścia do Czarnego Kościoła. Szedł powoli, powłócząc nogami, co przywodziło na myśl śmiertelny marsz jeńca wojennego. Prawie wszyscy obecni, w skupieniu obserwowali jego kroki. W ich umysłach, odżyło świeże wspomnienie Gustavo Giovanni porwanego przez cienistą mackę i wciągniętego do środka Sorte Kirke. Czekali, nie próbując ukryć napięcia, jakie ich znienacka ogarnęło, gdy w milczeniu obserwowali niebezpieczny i samotny marsz Cezara, prosto w paszczę nicości...

W końcu Świr dotarł do dwuskrzydłowych wierzei, z rzeźbionego drewna, okutych ciemnym żelazem. Stał przed nimi przez krótką chwilę jakby zbierał w siły, by pchnąć jedno z skrzydeł do środka. Gdy tylko dotknął dłonią zniszczonej przez czas powierzchni, drzwi same otworzyły się do wewnątrz, tworząc szerokie na metr przejście. W tym czasie Kapitan Galaktyka również zrobił kilkanaście kroków w kierunku głównego wejścia, a następnie zaczął uważnie przyglądać się każdemu szczegółowi, który mógłby mu powiedzieć więcej o naturze przeklętego Kościoła.


[center]***[/center]
Tremerka zajmowała się w tym czasie Karen i zaczęła leczyć jej poważne rany. Gdy tylko dłoń Michelle dotknęła ciała Brujah, ta zacisnęła zęby i skupiła się na opanowaniu Bestii, pragnącej wyrwać się spod kontroli. Ból, jaki sprawiała magiczna operacja regeneracji Prawdziwych Ran nie ułatwiał zadania. Jednak wola Krzykaczki tym razem wygrała z instynktem i rana zaczęła się zabliźniać. Karen poczuła jak ogromne zapasy krwi zaczynają opuszczać jej martwe serce. Michelle widząc, że dziewczyna potrzebuje więcej krwi, sprawnym ruchem ręki rozcięła nadgarstek i powiedziała krótko:

- Pij!

Tym razem Bestia wygrała i Krzykaczka zaczęła łapczywie pić świeżą vitae wprost z żył Czarodziejki. To przyśpieszyło proces leczenia, sprawiając, iż po kilku minutach po dziurze pozostała niewielka rana oraz sczerniały strup dookoła, zakrywający świeżą skórę.


[center]***[/center]
W końcu Cezar zniknął za wielkimi drzwiami, które pozostały lekko uchylone. Ledwie uczynił kilka kroków, przechodząc przez kruchtę, a zatrzymał się zaskoczony. Nie tego bowiem spodziewał się. Zarówno przedsionek jak i przód nawy głównej oświetlone były woskowymi świecami, ustawionymi w mniejszych lub większych skupiskach na ziemi, u podnóża figur, lub bezpośrednio na gzymsach. Ich drżące światło, pełzało po ścianach przeklętego kościoła, pozwalając zorientować się, jak jak wygląda najbliższe otoczenie. Wnętrze Sorte Kirke tylko kształtem przypominało średniowieczną świątynie chrześcijańską. Na całej długości po lewej i prawej stronie znajdowały się półki z równymi książkami, naczyniami i innymi reliktami przeszłości związanymi z historią miasta Isdaggry. Cezar szybko zorientował się, że regały zostały zbudowane z ław kościelnych, po których nie było żadnego śladu. Ich brak w centralnej części kościoła, sprawiał, iż całe wnętrze wydawało się niezwykle rozległe. Tylko ołtarz, bielejący w samotnej plamie księżycowego blasku, przypominał o pierwotnym celu, w jakim wzniesiono Sorte Kirke.

[center]Obrazek[/center]
Niewielka ilość światła, wpadającego jedynie przez wąskie okna, umieszczone wysoko w murze, nie pozwalała na zorientowanie się, co znajduje się dalej. Promienie księżyca przesączały się przez wąskie szczeliny, rozpryskując się na kamiennej mozaice podłogi, pogłębiając cienie zaczajone w załomach muru i naw bocznych. Posadzka była przykrywa grubą warstwą kurzu, pod którą zdały się kryć jakieś wzory i obrazy. W najbliższych wnękach, będących najwyraźniej grobowymi kaplicami, po lewej i prawej stronie Cezar ujrzał dwie postacie.

[center]Obrazek Obrazek[/center]
Jedną z nich był Gustavo Giovanni, którego wcześniej coś wciągnęło do środka. Po prawej natomiast znajdował się przedziwna postać, siedząca na wygodnym krześle, przed biurkiem, na którym leżał sporych rozmiarów żelazny klucz. Zarówno Gustavo jak i truposz z pentagramem u szyi, wyglądali dość niepokojąco. Giovanni nie posiadał oczu. W jego oczodołach ziały dwie czarne dziury i Cezar poczuł, jak po jego grzbiecie pełznie dreszcz, gdy uświadomił sobie, iż z pustych oczodołów Nekromanty COŚ na niego spogląda.

Zanim Malkavian zdążył cokolwiek zrobić Gustav przemówił:

- Nie ufaj temu szarlatanowi po drugiej stronie. To on zaatakował was swymi sługami na dziedzińcu. Oszuka cię, tak jak zrobił to sto lat temu...

- Zamilcz pomiocie ciemności... Gdybym tego nie uczynił, opętałbyś więcej niż jednego nieszczęśnika! - sprzeciwiła się gwałtownie postać po lewej stronie.

- Jakież to miłosierdzie przemawia przez ciebie, mój drogi przyjacielu... - zadrwił Gustavo.

- Zamilcz! - powtórzył pewnym siebie głosem truposz z pentagramem, łapiąc za sztylet i wykonując tajemny znak przed sobą, który zdawał się Cezarowi niepodobny do niczego, co widział wcześniej.

- Witaj, wędrowcze w Sorte Kirke - odezwał się uprzejmie po chwili. - Mogę pomóc, ale w zamian musisz ofiarować swoją krew do pucharu, który stoi za mną - wskazał na srebrzysty, zdobiony kielich, stojący na trumnie z czerwonego marmuru. - Gdy napełnisz puchar do pełna, będziesz mógł zadać mi jedno pytanie związane z tym miejscem, a ja na nie odpowiem.

- Ha! On nie wie wszystkiego - dodał Gustavo Giovanni. - Ja mam większą wiedzę, od tego truposza! Patrz! Za mną znajduje się ołtarz i sztylet. Za przelaną na nim krew pomogę w przetrwaniu w tym miejscu. To uczciwa oferta - ostatnie zdanie wypowiedział doskonale beznamiętnym głosem.
UWAGA: Tylko Cezar wie co dzieje się w środku. Proszę nie wykorzystywać wiedzy zawartej w tym poście.

Co robicie dalej?
Spoiler!
Michelle leczy 2 Punkty Prawdziwych Ran. Po otrzymaniu od Bradley'a bloodpacków oraz krwi Michelle, masz obecnie 8 punktów krwi. Czyli zostają Ci 2 obrażenia prawdziwe.
Spoiler!
Test Oczu Chaosu. Wypada 1 sukces. Drzwi otwierają się same, wystarczy je dotknąć. Przez chwilę prawie uchwyciłeś naturę Sorte Kirke, ale coś skutecznie Cię rozprasza i nie pozwala patrzeć dalej.
Spoiler!
Odpisz bloodpacki.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

ODPOWIEDZ