13 czerwca, środa po kolacji; Tulon, rezydencja Sanguine
Podkład
Gabriel Faure - Pavane, op. 50
Czerwona kula słońca już dawno zagasła, topiąc się na horyzoncie splugawionego przez uderzenie meteorytu morza, kiedy dobrze budowana sylwetka szefa ochrony przemierzała w półcieniach korytarzy rezydencję Sanglierów. Barthez poruszał się w wyuczony przez treningu lata cichy i lekki sposób mimo, że był pogrążony w swoich rozmyślaniach nad ostatnimi nieco niepokojącymi pomysłami dziedzica i tym co się za nimi naprawdę kryło. A może nic się nie kryło. Może to tylko Toulon, miasto prowadzonego pod przykrywką wzniosłych słów podstępu, handlu i negocjacji, podświadomie wpływało na tok myślenia Bartheza, ale jeśli tak to dlaczego miał to dziwne uczucie, które już tyle razy się sprawdziło.
[center]

[/center]
Alpejczyk spodziewał się, że za odwleczeniem wyprawy będą stały także inne niźli tylko ostrożność przyczyny. Chęć jak to ładnie określił Abdel odwiedzenia miejsc, gdzie bawi się lokalna arystokracja wyraźnie świadczyła o tym, że oficjalny powód był tylko wymówką.
Jeśli opóźnienie miało być tylko jednodniowe to nie był to żaden problem, ale jeśli miało się przeciągać, to Barthez wiedział, że ściągnie to zrozumiałą irytację Ventriculi. Pytanie było tylko na kogo. Tu w Tulonie Nathan miał chociaż narzędzia aby móc zaraportować Lavelle sytuacje, w drodze nie będzie już takiego komfortu, ale z drugiej strony, Abdel będzie zapewne chciał jak najszybciej znaleźć się w Bergamo i nie będzie grymasił. Spekulował w myślach mijając kolejne pokoje.
Tak czy owak będąc zaszczycony możliwością audiencji u dziedzica, miał szanse wybadać plany Abdela, co do pobytu mieście. Jedno wiedział już na pewno. Tej nocy raczej nie pośpi tylko będzie przewodnikiem panicza...
Zapukał do pokoju. Otworzył mu jeden ze sług anonsując przybysza. Lekki powiem wdarł się poruszając zawieszone w oknie śnieżnobiałe muślinowe firany, skryte za szczelna siatką przeciw owadom. Lekki zapach perfum z nutą bergamotki uderzył w nozdrza ochroniarza. Abdel skinął tylko dłonią na najemnika aby wszedł do apartamentu, nie odrywając wzroku od toaletki. Nathan widział niejednokrotnie mężczyzn robiących makijaż, ale w znakomitej większości byli klanyci malujący na twarzach, mniej lub bardziej skomplikowane, wojenne wzory. Zdążył już jednak przywyknąć do dość niewieścich obrazków bywając na dworze Sanguinów toteż stanął spokojnie i rzekł:
- Chciałeś ze mną rozmawiać wasza miłość. Jestem do usług.
Abdel gestem dał znać służącemu, że ten nie będzie już dzisiaj potrzebny i może niezwłocznie opuścić pokój. Dziedzic nie odrywał wzroku od zrobionego lustra w którym delikatnie z wprawą usuwał wszelkie drobne niedoskonałości swoje skóry starając się przy tym by ów skomplikowany makijaż wyglądał naturalnie w swym kształcie.
- Zadam teraz Panu pytanie, które w oczywisty sposób może się wydać nieeleganckie. Proszę nie brać tego za nietakt bowiem muszę znać prawdę. - powiedział odciągając powiekę i zbliżając oko do tafli szklą by lepiej obejrzeć poprawki. - Z jakiego powodu rozstał się Pan z Helwetami? Tylko niech Pan nawet nie próbuje mnie okłamywać.
- Tajemnica mojego poprzedniego kontraktu pozostaje znana wyłącznie czcigodnemu Ventricule oraz jego miłości Lavelle - w ton Nathana wkradła się nieco sztywna nuta, mogąca się kojarzyć z urażoną dumą albo niezadowoleniem z poruszenia niewygodnego tematu - Zostałem zaprzysiężony przez ród Sanguine jako zaufany sługa kilka lat temu. Ojciec waszej miłości nie miał w ten względzie żadnych wątpliwości. Jeśli wasza miłość zamierza kwestionować moje kompetencje, zbyt na to późno.
- Nigdy nie jest za późno na szczerość, zwłaszcza jeśli pyta pana ktoś mego pokroju ale to pana wybór rodzaju relacji między nami...
Dziedzicowi odpowiedziała cisza, więc kontynuował:
- Dobrze, załóżmy że wierzę w Pana szczere intencje ale... Nie ufam temu afrykanerowi, który wchodzi w skład Pana oddziału, powiem szczerze na naszym dworze jest zbyt wielu szpiegów Neolibijczyków, Helwetów bym mógł spać spokojnie. Co Pan na to?
- Szacowny Ventricule i pan Lavelle pozostawili dobór ekipy w mojej gestii. Znamy się z przeszłości i ufam Kiwolo. Ale proszę wiedzieć, że nie zaufałbym ludziom poleconym przez kogokolwiek.
Dziedzic obrócił się na krześle wpatrując uważnie w twarz Bartheza.
- Wie Pan że jestem dziedzicem rodu, prawowitym następcą mego ojca piastującego funkcję głowy rodu. Obaj wiemy, że przybycie kogoś takiego nigdy nie zostaje nie zauważone. To miasto ma zbyt wiele par oczu i uszu by uszło to uwadze osobom zainteresowanym tym faktem. Te osoby zapewne rozpoczynają już swe działania, jakie by nie były, by ten fakt wykorzystać do swych własnych celów. Jest Pan szefem mojej ochrony. Ilu zatem szpiegów obserwujących nasz pochód odnotował Pan odkąd wylądowaliśmy w porcie?
Barthez poczuł jednoznacznie, iż Abdel właśnie sprawdza jego wartość jako profesjonalnego ochroniarza pytając o rzeczy oczywiste, które nie mogły przecież ujść uwadze szefowi ochrony. Alpejczyk uśmiechnął się lekko:
- Wasza miłość, nie musiałem się wcale rozglądać. Każdy, kto jest żywo zainteresowany wyprawą Sanguine'ów do Bergamo, nie musi szukać informacji przez uliczne ptaszki w Toulonie. Nie ma się co oszukiwać. Tak jak ród Sanguine ma swoje uszy i oczu tu i ówdzie, tak i inni mają takowe na waszym dworze. Ci którzy chcieli, wiedzieli o wszystkim nim wasza miłość wyruszył z Montepelier. Natomiast jeśli chodzi o same ulice, to nie przejmowałbym się zbytnio żołnierzami Rezysty czy ciekawskimi oczami sekciarzy apokalipsy.
- Czy słyszał Pan nazwisko Noel Karnak? Nie? Nie dziwię się. Był ochroniarzem przyszłego dziedzica rodu Chantres. Niestety przez błędy w ochronie został on zasztyletowany, a szybko wschodząca gwiazda Noela zagasła wraz z nim. Mówi się w kuluarach, że celowo pozostawił dziury w ochronie by dziedzic zginął. W podzięce wuj zmarłego, który zapewne się z nim domówił w tej sprawie, zapłacił mu tą samą monetą. Zdradą i grobem. Zmasakrowane ciało Noela znaleziono parę dni później, wraz z jego żoną i dzieckiem. - Dziedzic utkwił wzrok w ochroniarzu mówił dalej powoli i chłodno, tak by tamten raz na zawsze zapamiętał następną część wypowiedzi. - Barthez, mam wielu wrogów i zdaję sobie z tego sprawę. Wielu z rodziny może dybać na me życie ale ja potrafię odpłacić w dwójnasób tym osobom, które będą mi wierne. Nie szczędzę na to środków. Nikogo nie odtrącam i nikim nie gardzę z tych którzy są ze mną. Nie obchodzi mnie zatem, czy jest pan Helweckim szpiegiem czy nie, tak długo jak przy pana pomocy będę się wspinał po drabinie władzy na górę. Na ostatni szczebel. Pana gwiazda idzie na szczyt ze mną albo runiemy obaj w dół. Rozumiemy się?
- Zapewniam waszą miłość, że nie zamierzam, pardon za sformułowanie, spierdolić tej roboty. Wiem dobrze, w momencie kiedy przekazano mi zadanie ochrony wyprawy, że mój los został związany z losem waszej miłości na śmierć i życie. I zbyt szanuje swoje własne życie, żeby je stracić przez błędy lub zdradę.
Adbel wstał od stolika i obciągnął swój szyty złotą nicią kubrak do idealnie prostego i eleganckiego kształtu.
- Zatem, gdzie po kolacji sugeruje się Pan wyprawić by dzisiejszej nocy nawiązać kontakty towarzyskie z tutejszą śmietanką? Szukamy ludzi młodych i ambitnych, skłonnych do nawiązywania nowych ryzykownych układów na szachownicy władzy, które z czasem zastąpią stare powiązania poprzedniego pokolenia. Wszak nasza misja nie wyklucza ugrania czegoś więcej, prawda?
Barthez nie bywał w miejscach, gdzie bawiła arystokracja. To nie były jego progi. On zażywał rozrywki w miejscach ludzi jego pokroju. Ale nie koniecznie były to miejsca dla dziedzica rodu Sanguine. Ktoś taki jak Alpejczyk nie był interesującą osobą dla wędrownych srok, które potrafiły zapewnić każdą przyjemność, ale Abdel już był. I Barthez zdawał sobie z tego sprawę jakie niebezpieczeństwo spadłoby na głowę dziedzica, gdyby dopuścił do tego. W najlepszym wypadku skończyłoby się to niebotycznym okupem.
- Jedno wiem wasza miłość. Na dwór Hamzy, gdzie bawi elita Toulonu nie wejdziemy. A ja jestem człowiekiem prostym, bawię się pośród takich ja sam. Mogę zabrać waszą miłość do innych miejsc, choćby tu w Terres Putain czy Port Lagagne, gdzie spotkasz co prawda niższych stanem sobie, ale młodych i ambitnych, a ponadto zaznasz rozrywek.
- Nawiązywanie zażyłości z niższymi mi stanem jest bezcelowe. Mam od tego ludzi. Tym bardziej ze śmierdzącym motłochem, pełnym pijaków, dziwek i chorób na którą samą myśl wzdryga mnie obrzydzenie. Nie mój drogi, Sanguine nie zadowala się byle czym. - powiedział z nieudawaną wyniosłością i zawiesił głos w namyśle - Choć... choć tym razem zrobię wyjątek by poznać miasto. Widząc ten brud dolnej partii ciała dowiem się również, na jakież to choroby cierpi i głowa tego miasta. Ciekawość jest tego spora...
- Tyle, że jeśli mogę coś zasugerować, to nie są miejsca dla arystokracji, będzie jaśnie pan musiał założyć coś bardziej odpowiedniego, bo w najlepszym razie straci tylko mieszek, a w najgorszym znajdą nasze ciała w którymś z kanałów.
- O strój niech się pan nie martwi, to drobiazg. - Machnął ręką zbywająco: - Lepiej niech pan pomyśli jak stąd wyjść niepostrzeżenie, skoro zdajemy sobie obaj sprawę z tego, iż cały czas jesteśmy obserwowani.
- Niebawem do rezydencji przyjedzie wóz jednego z dostawców. Wyjedziemy z nim gdy tylko zakończy rozładunek i oddaliwszy się kilka przecznic zejdziemy z wozu. Będzie tam czekał mój człowiek. Muszę spytać waszej miłości jak długo zamierza zostać w mieście? Mamy bowiem połowę czerwca i kupcy z Purgare ruszają na północ, Jehammedanie też zaczynają przemieszczać się częściej o tej porze roku i wyprawa morze utknąć na dłużej na punktach celnych, które są żadną miarą nieprzekupne, a helweckie procedury są niemożliwe do obejścia. Każdy dzień zwłoki w Tulonie może sprokurować dodatkowe dni lub nawet tygodnie na nieprzyjaznym Okopconym Szlaku.
- Ruszymy niezwłocznie jak tylko Leon przygotuje nas bardziej do wyprawy. Nie chcę wprowadzać w gniew swego szlachetnego ojca, niech się pan nie martwi. A teraz.... - powiedział szlachcic otwierając szafę, poszukiwał wzrokiem czegoś w miarę prostego na nocną wyprawę. Krótki uśmieszek błysnął mu na twarzy kiedy w cieniach znalazł w końcu coś zadowalającego.
Post pisany wspólnie z 8artem.
Wymykamy się na miasto, upewniwszy wprzódy iż nie śledzą nas żaden niepotrzebne oczy domowników, zwłaszcza siostry. Wolałbym wyjść jakimś wyjściem dla służby by zupełnie nie zwracać na siebie uwagi osób zapewne obserwujących domostwo.